|
w skrócie
autobiografia
wywiady
artykuły
przemówienia
o filmach
Still Reading Khan
mapa wspomnień
co lubi SRK ?
nagrody
inni o SRK
|
Superman
Man's World, grudzień 2007 r.
Autorka: Shrubhra Gupta (autorka jest krytykiem filmowym z
Indian Express)
Powiedz bez zastanawiania się: jakie były twoje najbardziej
pamiętne bollywoodzkie zauroczenia 2007 roku? Surowy,
brodaty trener hokejowy? Odhaczony. Retro - młodszy artysta,
luzak w dzwonach biodrówkach i z długimi włosami? Odhaczony.
Opalone ciało z najbardziej znanym six-pack w dziejach?
Trafiłeś w sedno.
Tylko jeśli żyjesz na innej planecie, mogłeś nie zauważyć
tej niepowstrzymanej lawiny, jaką był w tym roku Shah Rukh
Khan, supergwiazdor, producent, aktor. Jego „Chak de India,”
film o zniesławionym trenerze hokejowym, który buduje
drużynę sportową światowej klasy z grupy krnąbrnych
dziewczyn, stał się jak hymn narodowy. Tytułowe wyrażenie,
do premiery filmu znane jedynie w mieścinach Punjabu, wyszło
teraz poza Punjab i hokej. Zadomowiło się bardzo mocno w
naszej zbiorowej świadomości i każdy, kto chce dodać odwagi
przyjacielowi czy krajowi, może je przywołać, użyć. I
wygrać.
Potem nadjechała niszczycielska siła zwana „Om Shanti Om,
zgniatająca swoim walcem wszystko, co stanęło jej na drodze.
Podwójna rola Shah Rukha jako statysty z lat 70
romansującego z sarniooką debiutantką Deepiką i
super-umięśniony, super-zwycięski gwiazdor, zasilił podwójne
fantazje Indusów całego świata: tych, którzy są pogrążeni w
nostalgii i tych, którzy chcą być jak SRK.
Zostało to zapisane, ogłoszenia na całą stronę w krajowych
dziennikach obwieściły, że OSO jest „najbardziej kasowym
indyjskim filmem wszechczasów.” I nie byłoby w tym wiele
przesady, gdyby te reklamy mówiły „Shah Rukh Khan, indyjska
gwiazda, która odniosła największy sukces wszechczasów.”
Mógłbyś oczywiście to oświadczenie potraktować jak typowe
bollywoodzkie pustosłowie bez pokrycia, lub skrytykować
człowieka, który je wygłasza. Ale przecież to jest właśnie
to, czego chciał dokonać, kiedy zaczynał: rządzić światem. I
nie zawahał się o tym mówić, od samego początku.
Jego samozwańczy status jestem-panem-na-zamku nasuwa mi
przypomnienie mojego bardzo osobistego spotkania z Shah
Rukhiem. Z bardzo dawnych czasów. Kiedy jeszcze nie był King
Khanem. Z czasów kiedy już budził ekscytację na kanale
Doordarsham jako żołnierzyk z fryzurą jak mop, wyrzucający
słowa z szybkością karabinu maszynowego. Moim zadaniem, jako
świeżo upieczonej reporterki, było przeprowadzenie wywiadu z
dramaturgiem Barrym Johnem, który właśnie przeprowadzał
próby do spektaklu w Kamani, jednej z dostojnych sal
teatralnych w Starym Delhi.
Wałęsałam się po zakurzonej sali prób, czekając, aż Barry
będzie miał chwilę przerwy. Aktorzy zgromadzili się wokół
reżysera, słuchając jego instrukcji. Oprócz jednego. Shah
Rukha – a wszyscy wtedy oglądaliśmy „Fauji,” nawet
telewizyjni snobi – on stał sam na scenie. Stał lekko
odwrócony, wydmuchując nos w wielką chusteczkę. Nie wyglądał
inaczej niż inni. Ale coś w sposobie, w jaki utrzymał
pozycję ciała widać było, że bardzo jest świadomy siebie.
Tego, że stoi w światłach rampy. Że jest oglądany.
Ta niemal pierwotna, maksymalnie kinetyczna właściwość –
umiejętność sprawienia, że wszyscy na ciebie patrzą – to był
największy atut Shah Rukha w jego podróży na sam szczyt.
Kiedy Shah Rukh jest na ekranie, całym sobą, bardzo trudno
jest oderwać od niego wzrok. To właściwość wszystkich
wielkich gwiazd, które nie muszą koniecznie być wielkimi
aktorami. Od tamtego czasu on tylko doskonalił tę
umiejętność. Jego „Om Shanti Om” jest jej szczytową
realizacją.
Nieustępliwy wzrost SKR w jakiś sposób dla mnie zawsze łączy
się w myślach z tą chwilą, w której wtedy podniósł głowę i
spojrzał wprost przed siebie. W tym mgnieniu oka było widać
jak na dłoni, że jego przeznaczenie sięga o wiele dalej poza
tę zakurzoną scenę. Niedługo potem był już w Bombaju,
wchodząc na początkowy stopień do sławy, wraz z „Deewana,”
jego pierwszym filmem fabularnym. Był rok 1992. Pojawiał się
po przerwie, siedząc okrakiem na motocyklu, śpiewając
piosenkę; doskonałe wejście w tamtych czasach, kiedy bohater
filmu hindi musiał być wielozadaniowy: miał
śpiewać-tańczyć-bić się. Spostrzega bohaterkę i wykonuje
numer miłość-od-pierwszego-wejrzenia. I uwozi ją, prosto w
zachodzące słońce.
Kino hindi lat dziewięćdziesiątych rozpaczliwie szukało Shah
Rukha Khana. Amitabh abdykował z numeru 1 do numeru 10 z
tronu, który zajmował przez tak długie lata. Aamir i Salman
mieli już każdy swoje pierwsze wielkie hity, ale obaj w
swych debiutach zagrali gładkich dobrych chłopców, z gatunku
tych, którzy najpierw są dobrzy dla swoich gotujących domowe
jedzenie mam i pomagają siostrom wyjść za mąż, a dopiero
potem mogą zakochać się we własnych heroinach.
W Bollywood było miejsce dla kogoś, kto będzie szczęśliwy
mogąc utorować sobie do niego drogę z zewnątrz, kto zjedzie
do niego ze swoim nie-mam-żadnych-protektorów-w-branży, żeby
związać się z tymi, którzy dorośleli w latach 90, mając
podejście
hej-nie-jestem-grzecznym-chłopcem-ale-i-tak-zdobywam-dziewczynę.
To był klucz. SRK był gotów na wszystko, żeby zdobyć
ukochaną. Mógł zabić jej siostrę. Bez mrugnięcia okiem. Mógł
stać się jąkającym się potworem, ale nie przestać się
uśmiechać. SRK sprawił, że zły stał się nowym dobrym: „Darr”
i „Bazigar” były wielkim hitami.
Kiedy to się przejadło, bardzo rozważnie wykonał pełen
obrót. Po kręconych z tymi i tamtymi filmach, zaczął powoli
szukać dla siebie miejsca w największych bollywoodzkich
obozach. Jego etap Yash Raj, który zaczął się od zagrania
złego chłopca, w „Darr,”eksplodował
zadziwiająco-wciąż-wyświetlany-po-tylu-latach „Dilwale
Dulhania le Jayenge.” To w tym czasie założył szaty dobrego
Raja, nowoczesnego, ale tradycyjnego, równie swobodnie
czującego się w przydrożnej kawiarence w Paryżu, co na
polach gorczycy i w obejściu w Punjabie, adorującego Simran,
ale nie uciekającego z nią. Aż do chwili, kiedy jej rodzice
i dziadkowie, cioteczni dziadkowie i siostrzenice, 'tayajis”
i „chaijis,” dadzą jej swoje „aishrwad.” Synowskie
posłuszeństwo stało się dzięki niemu seksowne.
Po DDLJ indyjscy kochankowie stali się słodkimi chłopcami,
którzy najpierw sprawdzają, czy pasują horoskopy, a potem
wchodzą w progi świątyni. Po „Dil To Pagal Hai,”każdy chciał
mieć przenośny mikrofon zaczepiony na uchu i być
choreografem. Po obejrzeniu „Kuch Kuch Hota Hai,” wszyscy
chcieli wracać do koledżu. A po „Kabhi Khushi Kabhie Gham”
ludzie marzyli, żeby mieć zięcia jak Shah Rukh.
Wśród prawie 60 filmów, jakie do tej pory nakręcił,
włączając w to item numbers i występy gościnne, więcej było
hitów niż flopów. Po Amitabhie, to on działa jak największy
magnes w reklamie. A teraz, po „Chak De” i OSO, stał się
ikoną. Od tego miejsca trudno już pójść gdziekolwiek dalej.
Ale zdaje się, że Shah Rukh już opracowuje nowy plan. Trener
z „Chak De” jest muzułmaninem, publicznie (w filmie)
zbesztanym za swoją wiarę i za „sprzedanie się”
współwyznawcom: zwycięstwo jego drużyny jest w równym, jeśli
nie w większym stopniu zwycięstwem jego samego. Czy Shah
Rukh nie będzie teraz podkreślał swojej islamskiej
tożsamości, żeby wejść w sferę polityki? W krótkim występie
w jednym z tegorocznych hitów, „Hey Babyy” pojawia się w
pięknym sherwani, składając przepisowy adaab. Jeden z jego
największych przyszłych projektów ma mieć tytuł „Jestem
Khan.”
Liberalny, bardzo popularny, uwielbiany muzułmański poseł?
Czemu nie? A może premier? Kto wie! W filmach wszystko się
może zdarzyć.
Tłumaczenie: Mowilka
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"
|