|
w skrócie
autobiografia
wywiady
artykuły
o filmach
Still Reading Khan
mapa wspomnień
co lubi SRK ?
nagrody
inni o SRK
|
Triumf SRK.
Artykuł z Man’s World z marca 2010.
Autor: Maithili Rao
„My
Name Is Khan” będzie, w wielu wymiarach, filmem definiującym
karierę SRK. Broniąc swego prawa do tego, by jego film
pojawił się na ekranach, objawił się jako prawdziwy,
rzeczywisty bohater – w kraju, który poszukuje takich
bohaterów w kręgach swych elit. Równie ważne jest to, że
dzięki sportretowaniu przez niego dumnego i stanowczego,
postępowego mężczyzny – muzułmanina, proces, który rozpoczął
się od roli Kabira Khana w „Chak De”, na nowo zdefiniuje,
miejmy nadzieję, postrzeganie muzułmańskich bohaterów w
kinie hindi. To pożądana zmiana w zalewie
charakterologicznych klisz, do których jesteśmy
przyzwyczajeni: wujaszków o dobrym sercu, władców
przestępczego podziemia, szmuglerów i inspektorów policji
próbujących udowodnić, że są patriotami.
Nazywam się Khan.
To proste twierdzenie jest poważną deklaracją. Została ona
wypowiedziana otwarcie, z dyskretną dumą i bez
usprawiedliwiania się. Jej wpływ jest tym większy, że
została wypowiedziana w Bollywood, przez władającego nim
króla, pod okiem producenta i reżysera, który podbijał listę
najlepiej sprzedających się filmów o wiele częściej niż
ponosił na niej fiasko. Nawet szukający dziury w całym
krytycy duetu Karan Johar – Shah Rukh Khan muszą przyznać,
że „My Name Is Khan” to więcej niż tylko film. Jego zalety i
wady mogą zostać przeanalizowane później, ale nic nie
zminimalizuje jego doniosłości. Wagi, która z czasem może
tylko wzrastać. Ten film mógłby napędzać ruch, w którym
zaciekła, prężąca mięśnie partia stanęłaby naprzeciw
pokojowej akcji obywatelskiej – nie pomijając oczywiście
rządu wykonującego swoje podstawowe obowiązki w zakresie
egzekwowania prawa i porządku.
Analiza i ocena długoterminowych konsekwencji politycznych
wymaga czasu. Być może dzięki temu twierdzeniu wspólne
działania opinii publicznej pójdą dalej, poza chwilowy
euforyczny entuzjazm, który wybuchł po wykreowanej na
początku w telewizji dramie. A być może nie. Widok
zwyczajnych mieszkańców Mumbaju wychodzących z domów, by
zobaczyć film, niezważających na wiadome groźby ze strony
gwałtownie ulatniających się zwolenników Shiv Seny;
Mumbajczyków nawołujących za to innych do okazania
solidarności – podnosił na duchu. [Solidarność okazywano]
nie poprzez pisanie „Kocham cię, SRK” w Internecie, ale
poprzez ruszenie do kin. Relacja w programach informacyjnych
była usprawiedliwiona, ponieważ nie chodziło tu jedynie o
film supergwiazdy, przez nią współprodukowany. Chodziło o
gwiazdę noszącą muzułmańskie nazwisko, broniącą tego
nazwiska z godnością pełną spokoju i skromności, dumną z
bycia Indusem.
Deklaracja uczyniona przez SRK ma wielkie znaczenie nie
tylko w Indiach, jest ważna również dla muzułmanów na całym
świecie, piętnowanych jako dżihadyści z powodu zła
dokonywanego przez niewielką grupkę spośród nich.
Powszechnemu klimatowi islamofobii trzeba przeciwstawić się
za pomocą argumentów i przykładu. Zaczynając od miejsca, w
którym ma to największe znaczenie, od Bombaju, stawiając
czoła tygrysowi w jego własnym legowisku (głowa tygrysa jest
symbolem Shiv Seny – przypis tłumacza).
Historia bollywoodzkiej rezygnacji, poddania się wyjątkowej
autocenzurze, jest haniebna. O wiele za długo bombajskie
środowisko filmowe płaszczyło się, truchlało przerażone
groźbą przemocy, a osobisty komercyjny zysk brał górę nad
szacunkiem wobec siebie samego.
To oświadczenie – które jest nie tylko prawem twórcy do
pokazania na ekranach filmu zaakceptowanego przez cenzorów,
ale także obywatelskim prawem jednostki do wyrażania opinii
i bronienia ich, nawet jeśli są one niemiłe ksenofobicznym
fanatykom – jest kamieniem milowym.
Można by bez końca debatować, czy rząd centralny miał
zwrócić się do szefa rządu Maharasztry i zmusić go do
skonfrontowania Shiv Seny bezpośrednio z cała potęgą
stanowych sił policyjnych. W zasadzie to było sprytne po
partyzanckiej taktyce Rahula Gandhiego i pozwoliło na to, by
kolejny raz zademonstrować swój wpływ nad podporządkowanym
strachowi miastem. Ktoś musiał zacząć żądać zwrotu
metropolii i jej zagrożonego kosmopolityzmu. Aktywiści
walczący o swobody obywatelskie podejmowali samotną, z góry
przegraną walkę. Aż pojawiła się supergwiazda, znana ze
swoich pogodnych, podbijających box-office filmów i
rozbrajającego czaru, po to, by poza charyzmą objawić
stalowy kręgosłup. Dziękuję, Shah Rukhu Khanie, że stałeś
twardo po stronie tego, w co wierzysz i się nie ugiąłeś.
Łatwo było się poddać i wygłosić gładkie przeprosiny, skoro
chodziło o sto crore. Okazałeś się prawdziwym bohaterem –
nie tylko ekranowym.
W
równym stopniu istotny był stworzony przez niego w filmie
portret Rizvana Khana. Zgoła rewolucyjnie przełamuje on
stereotyp istniejący w kinie hindi w odniesieniu do postaci
muzułmanów. To galeria stereotypów, zawsze ukazywanych
protekcjonalnie i bezmyślnie. Dobrotliwy wujaszek,
przemytnik, wojownik o antynarodowym nastawieniu, glina,
który musi okazać się większym patriotą niż jego hinduscy
koledzy, wesoły przyjaciel rodziny, melancholijna kurtyzana
o złotym sercu – spotykaliśmy ich wielu i jeszcze więcej na
obrzeżach atłasowego świata cywilizacji nawabów minionej
ery. Jeśli chodzi o muzułmańskich aktorów, Yusuf Khan musiał
się przechrzcić na Dilipa Kumara, a Mahajabeen stała się
Meeną Kumari. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych wielkie
gwiazdy ozdobiły swoją drogę do sukcesu własnymi
muzułmańskimi nazwiskami i nietkniętą tożsamością. Czy była
to zapowiedź większej otwartości w narodzie, przeświadczonym
o swojej pluralistycznej spuściźnie, pomimo powracających
społecznych zamieszek?
Nawet jeśli odpowiedzią jest ostrożne tak, nasze kino nie
stworzyło herosów o muzułmańskiej tożsamości, chociaż trio
Khanów (z posiłkami w osobach Saifa Alego Khana, Irrfana
Khana i Farhana Akhtara) rządzi box-office’em. „Fiza” i
„Fanaa” zarysowały muzułmańskich bohaterów, którzy wybrali
wojenną ścieżkę i pożałowali tego za późno.
Ale to właśnie SRK zagrał najmocniej zdefiniowanych
bohaterów muzułmanów – w „Chak De India” i „My Name Is
Khan”. Kabir Khan, inspirujący trener hokeja, musiał
ujarzmić własne demony, zanim poprowadził swoje dziewczyny
na ścieżkę chwały i dowiódł swego patriotyzmu. Wcześniej, w
„Hey Ram!” SRK grał pasztuńskiego przyjaciela, który
zawracał Kamala Haasana z drogi w kierunku ideologii RSS
(Rashtriya Swayamsevak Sangh – Narodowa Organizacja
Ochotników, znana także jako Sangh, uważana za organizację
nacjonalistyczną – przypis tłumacza), udowadniając, że jest
prawdziwym spadkobiercą dziedzictwa Frontiera Gandhiego –
Khana Abdula Gaffara Khana i jego niezachwianej wiary w
ideologię braku przemocy (Khan Abdul Gaffar Khan (1890-1988;
polityk indyjski, a potem pakistański pochodzenia
pasztuńskiego; jeden z duchowych przywódców ruchu oporu (non
violence) przeciwko okupacji brytyjskiej w Indiach,
zwolennik Gandhiego. Nazywany był Baadshah Khan, Sarhaddi
Gandhi lub Frontier Gandhi – przypis tłumacza na podstawie
wikipedia.org). Ta rola była tylko trochę obszerniejszym
występem specjalnym, ale ważne były powtarzane kolejny raz
słowa o ufności i wierze, która chwiała się pod szturmem
historii.
Jako Rizvan Khan SRK staje się indyjskim odpowiednikiem
mędrca ze skazą, którego niewinność i dobroć zwyciężają jego
własną ułomność. Jest fuzją Forresta Gumpa i Rainmana –
sentymentalną, tak, ale także poruszającą i dodającą otuchy.
Karan Johar wykazał się nieomylną ręką, kiedy przełożył
naprawdę dopracowany scenariusz Shibani Bathiji na pierwszą
część filmu. Po raz pierwszy także oglądamy Shah Rukha jako
mistrza aktorskiej metody. Przyswaja sobie „szurający” chód,
niechęć przed dotykiem kogoś nieznajomego, odmowę patrzenia
w oczy komuś nieznajomemu, niezmienną monotonię i
powtarzanie tego, co słyszy – by przybliżyć syndrom
Aspergera zwyczajnemu widzowi, który z pewnością nie szuka
rozprawy naukowej na ten temat, a jedynie możliwych do
identyfikacji elementów, by zrozumieć, dlaczego Rizvan
zachowuje się tak, a nie inaczej.
Historia miłosna z udziałem dziarskiej samotnej matki,
Mandiry, rozpala na nowo ekranową magię Kajol i Shah Rukha,
z wiekiem bardziej dojrzałą, a emocjonalnie jeszcze bardziej
poraża, gdy szczęśliwą małą rodzinę, w której syn odnajduje
więź z ojczymem dzięki piłce nożnej, dotyka tragedia. Sceny
pokazujące misję Rizvana, który chce spotkać amerykańskiego
prezydenta, zmontowane na przemian z tymi prezentującymi
odległą i niedawną przeszłość, utrzymują delikatną równowagę
pomiędzy bezpośredniością teraźniejszości a jej powiązaniem
z tym, co minęło.
„Nazywam się Khan i nie jestem terrorystą” to mantra
napędzająca film; dotyczy nie tylko odysei Rizvana poprzez
Amerykę, ale ma szerszy zakres, odnosząc się do wszystkich
przestrzegających prawa muzułmanów żyjących w oparach
podejrzeń i rasistowskich ataków.
Jeśli
chodzi o „My Name Is Khan”, wygląda to prawie tak, jakby
Karan Johar usilnie próbował naprawić szkodę wyrządzoną
przez „Kurbaan”, wyprodukowany w jego stajni.
W „Kurbaan”, kolejnej miłosnej historii o hinduistce i
muzułmaninie, wszyscy wyznawcy islamu poza nieustraszonym
operatorem telewizyjnym są krwiożerczymi dżihadystami,
zaczajonymi na pozornie spokojnym przedmieściu, zabijającymi
żony, które zadają niewygodne pytania, więżącymi niewierną,
która może na nich sprowadzić gliny, w jej własnym domu;
mężczyźni bluzgają nienawiścią do Zachodu, a kobiety w
hidżabach emocjonalnymi argumentami usprawiedliwiają zamiar
podłożenia bomb w nowojorskim metrze. Nawet kolega Kareeny z
Delhi, cichy naukowiec ze skłonnością do grania z samym sobą
w szachy, zmienia się w złowrogiego konspiratora. Czy to
przez zamysł, czy przez nierozwagę, „Kurbaan” sprawia, że
podejrzewa się każdego muzułmanina, w kraju czy za granicą.
Postać grana przez Saifa Alego Khana to jeden z tych
nieprzejednanych bojowników dżihadu, który używa swego
łagodnego, kosmopolitycznego czaru, by zbałamucić Kareenę,
wjechać legalnie do USA, a następnie zacząć realizować swój
ponury zamiar wobec niepodejrzewających niczego niewinnych –
poczynając od swej żony. To postać wymagająca ukazania
złożoności charakteru i odcieni szarości w niej, by została
zrozumiana – jeśli nie przyjęta z empatią.
„Kurbaan” jest momentami dobry jako thriller, ale istnieje
błąd w jego założeniach. Argumenty ukazane na
usprawiedliwienie gniewu ze strony większej części świata
islamskiego wobec zachodniego imperializmu i
niesprawiedliwości w Palestynie to zbiór rozmaitości na
poziomie ucznia drugiej klasy szkoły średniej. Możesz
wydostać się z Afganistanu i Iraku, my wyjedziemy z Ameryki,
to pytanie stawiane przez tajnego śledczego Viveika Oberoia,
który infiltruje afgańsko-pakistański, lubiący przemoc gang.
Film przedstawia zbyt proste argumenty i pokłada wiarę w
tym, że śmiała scena miłosna zdobędzie dla niego punkty na
liście hitów. Nieprzekonujące wykonanie oraz ucieczka od
złożonej problematyki sprawiły, że „Kurbaan” przepadł
zarówno u krytyków, jak i widzów.
Rizvan Khan to najbardziej przekonywający w kinie popularnym
reprezentant sprawy islamskiej na całym subkontynencie. Nie
tylko wzbudza nasze zrozumienie, ale staje się przypadkowym,
skazanym na sławę bohaterem, po prostu ze względu na swą
dobroć i determinację. Pomińcie nadmiar sentymentalizmu i
przesadzone zakończenie, które nadszarpuje wiarygodność.
Siła oddziaływania jest w uczuciu. Weźmy scenę w kościele w
Georgii, podczas której odbywa się pogrzeb tych, którzy
zginęli w Iraku. Wygłoszona głównie w hindi przemowa Rizvana
o swym przybranym synu kończy się chwilą rozpoznania: jego
ukochane „Hum Honge Kamyab” to indyjska wersja „We Shall
Overcome”, hymnu ruchu na rzecz praw człowieka. Emocjonalna
identyfikacja porusza i jest rozgrzeszeniem dla braku
umiaru.
Tłumaczenie: GosiaJG
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"
|