w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Jest człowiekiem!

Society, marzec 1994
Tytuł oryginalny: He's Human!
Autor: Ashok Banker


A w uwodzicielskim świecie filmów hindi jest coś nadludzkiego. Dzisiaj, po zdobyciu Filmfare'ów dla najlepszego aktora i Nagrody Krytyków, w ślad za wspaniałymi występami w "Baazigar", "Darr" i po ostatniej premierze, "Kabhi Haan Kabhi Naa", Shah Rukh Khan znalazł się w centrum maniakalnego uznania, otoczony wianuszkiem zasobnych w gotówkę producentów. Jednak mimo powabów sławy i fortuny bierze w nim górę człowiek. Ashok Banker, znany pisarz, spędza dwa dni z aktorem, aby namalować szczegółowy portret Shah Rukha takiego, jakim on jest.

Palli Hill. Tuż po pierwszej, jasne, wietrzne, środowe lutowe popołudnie, tydzień po gali rozdania nagród Filmfare. Wysiadam z rikszy, przeciskam się grzecznie przez tłum pełnych nadziei fanów oblegających furtkę, przedstawiam się ochroniarzom, przedostaję się na pochyły betonowy podjazd, obchodzę róg domu, a tam stoi on.

Ubrany jest w orzechowy garnitur, połyskująca tkanina lśni w słońcu, ucharakteryzowany, pali papierosa i mówi coś łagodnie do wysokiego, potężnie zbudowanego mężczyzny z brodą, w białym salwar-kamizie. Wygląda na zrelaksowanego, w domu pomiędzy kablami energetycznymi grubości pytona i surrealistycznie nakierowanymi blendami, pomiędzy technikami, elektrykami, asystentami, członkami ekipy rojącymi się wokół jak w ukropie; wyspa spokoju na burzliwym oceanie. Kiedy się zbliżam, podnosi papierosa do wydatnych ust, zimny lutowy wiatr od morza rozwiewa dym, jego brwi w kształcie łuków unoszą się na mój widok.
"Cześć, wejdź" - mówi, kiedy mu się przedstawiam. Wskazuje poprzez otoczony reflektorami plan na grupę białych, metalowych krzeseł ustawionych przy niskim żywopłocie. "Rozgość się. Zaraz do ciebie dołączę".
Przekraczam wijące się kable i rozrzucone w nieładzie utensylia ekipy filmowej i siadam na jednym z metalowych krzeseł.

Do tego spotkania przygotowywałem się przez trzy miesiące: czytając każde słowo, jakie o nim wydrukowano, oglądając jego filmy ciągle od nowa - nie z obowiązku, to był akt wyboru i przyjemności; mówiąc wciąż o nim, aż moja żona była chora od mojej obsesji. Najbardziej przeraża mnie myśl, że nie dorośnie do ideału, jaki sobie uformowałem, że okaże się tylko kolejnym supergwiazdorem, albo gorzej, kolejnym supergwiazdorem, który miał szczęście, na które nie zasłużył.

I oto staje przede mną, lśniący garnitur zastąpił bardziej zwyczajną marynarką i spodniami, siadając obok mnie macha ciepło do wrzeszczącego grona fanów zwisających z pobliskiego balkonu.
Rozmawiamy. Wyjaśniam mu, że nie chcę kolejnego półgodzinnego wywiadu, dwudziestu pytań, podstawowego przedmiotu użytkowego dziennikarstwa filmowego. Mówię mu, że od dłuższego czasu śledzę uważnie jego karierę, że wierzyłem, że odniesie wielki sukces, że "Baazigar" i "Darr" będą superhitami, zanim stały się superhitami, że zdobędzie nie jednego, ale dwa Filmfare'y. Mówię mu, że chcę być z nim przez dzień albo dwa, obserwując, dyskutując, analizując, wypytując, patrząc, jak pracuje, jak odpoczywa, w przeróżnych sytuacjach. Wydaje się być zaskoczony moim podejściem, ale bardzo chętny. Z entuzjazmem zaprasza, abym spędził trochę czasu z jego żoną, Gauri, w ich mieszkaniu przy Carter Road, kiedy on będzie kończył swoje "patchworkowe" zdjęcia (wejścia i wyjścia) do aktualnie kręconego filmu, "Guddu".
Tak więc około 3.30 ląduję w niebieskim Shah Rukhowym Maruti 1000, wieziony do jego domu przez Kabirę, z którym wdaję się w pogawędkę. Niewysoki, ciemny mężczyzna w średnim wieku mówi z wyważoną ostrożnością o przymilności i dumie, typowych cechach członków branży filmowej. Przez czternaście lat był kierowcą Dharmendry, potem pracował dla Rajesha Khanny (który, kiedy go zwalniał, w jego najczarniejszych latach, powiedział: "Kabira, sabbi mujhe chhod rahe hain, abb tum bhi ja rabe hon?"), krótka przerwa po Kakaji, kiedy pracował dla Mithuna, śledził jego wzloty, i w końcu trzy lata temu zaczął pracę dla Shah Rukha. Postrzega się jako szczęśliwa maskotka swoich pracodawców, którym przynosi fart, puchnie z dumy z megasukcesu obecnego pracodawcy i bardzo go szanuje. Jest szczęśliwy i przekonany, że wzlot Shah Rukha dopiero się zaczął.

Tymczasem siedzimy już na dziedzińcu Cooperative Housing Society przy Carter Road, na skraju wioski rybackiej Chuim, powietrze hałaśliwego popołudnia aż ciężkie od zapachu suszonych ryb. Budynek jest w trakcie remontu, a cement i żwir trzeszczą pod nogami. Kiedy jedziemy windą, Kabira mówi z dumą o urządzeniu mieszkania. Jego duma jest dumą właściciela z posiadania pierwszego domu, kupionego kilka miesięcy temu. Przekraczam zaśmiecony trocinami i wiórami próg Shah Rukhowego mieszkania na siódmym piętrze.

Mieszkanie nie jest ostentacyjne, pokój dzienny i jadalnia w jednym połączone z kuchnią i widokiem na niebieski, lśniący w słońcu jak klejnot ocean. Wyglądające groźnie białe rzeźbione drzwi prowadzą do czegoś, co wydaje się być dwiema sypialniami. Ukryte w rogu części kuchennej, ponad czyściutko upchniętymi kuchennymi sprzętami, wisi oprawione w ramki zdjęcie Gauri w grupie ubranych w trykoty tancerzy, podczas występu (tańczy w grupie Shiamaka Davara). Na ekranie czterdziestocalowego telewizora Sony film z Jackie Shroffem i Amritą Singh. Chyba służąca go ogląda.
Drzwi jednej z sypialń na końcu krótkiego korytarza otwierają się, wypuszczając muzykę Beatlesów i ukazując krótki widok na przytulny pokój. Pojawia się Gauri, ubrana w dżinsy i zawiązaną w pasie koszulę, niesamowicie atrakcyjna w wyraźnie zachodnim stylu, bardzo gościnna i uprzejma, ale wyraźnie ostrożna w podejściu do dziennikarzy. W trakcie naszej ponadgodzinnej rozmowy nie kryje niesmaku wobec dziennikarzy filmowych, magazynów filmowych, a nawet magazynów w ogóle - na widoku jest tylko jeden, Society - a także większości oszalałej na punkcie filmów publiczności. Pod koniec naszego spotkania nie-bardzo-jasna służąca przynosi jej popołudniową pocztę - spóźnioną kartkę walentynkową pokrytą od brzegu do brzegu licznymi "kocham cię". Otwiera ją i marszcząc brwi czyta każde słowo domniemanej fanowskiej epistoły. Kwestionuje najmniejszą próbę jakiejkolwiek sugestii w moich pytaniach, dotyczących sprawy afer, plotek, pogłosek, dekadencji życia gwiazd filmowych. Jej zaborczość jest ujmująca; jest jasne, że została głęboko zraniona przez nieubłagany plotkarski magiel i wschodzący blask supergwiazdorstwa męża, i łapię się na tym, że sam zaczynam nienawidzić brutalnej medialnej machiny, której w tym momencie sam jestem trybem.



Jednak z mocnym przekonaniem i ujmującą szczerością mówi o Shah Rukhu: "Kiedy jest w pracy, jest inną osobą, a zupełnie inną, kiedy jest w domu. Przy mnie jest bardziej zrelaksowany. Kiedy gra, jest bardziej spięty... Każdy chyba jest. W domu bardzo lubi robić różne rzeczy, jest bardzo domowy, to człowiek, który kocha swój dom, nie jak niektórzy mężczyźni, którzy... Bardzo kocha swój dom. Ma dwa różne, bardzo mocne punkty oparcia; pracę i rodzinę. Jego wpływ na ludzi... Naprawdę ma wpływ na ludzi. Kiedy mówi, ludzie słuchają. Bo mówi z sensem. Jest świetnym mówcą: w domu czy do moich przyjaciół, czy... zawsze chce ludziom pomagać. W domu wciąż w coś gra, uwielbia grać, gra codziennie godzinę, dwie. Chinky Pandey (brat Chunkeya) jest u nas co wieczór. Grają razem w gry video. Nie rozstaje się też z komputerem. Jest bardzo kreatywny. Ma talent manualny. Ma też świetne wyczucie koloru, umie zestawiać kolory... Ja lubię malarstwo, projektowanie strojów, kupuję lokal na założenie własnego butiku, projektuję jego kostiumy... Ale on jest o wiele bardziej twórczy niż ja. I co jeszcze... kocha zwierzęta. Chewbacca, nasz pies...".
"Tak, mówił mi" - wtrącam, patrząc na pekińczyka piaskowego koloru ze spłaszczonym noskiem. "Powiedział mi o ślubie Chewbakki w przyszłym miesiącu z panią pekińczyk imieniem Rebecca". Zapewne zawstydzony tym nagłym zainteresowaniem jego planami matrymonialnymi, Chewbacca wybiera tę chwilę, aby kichnąć i zwinąć się w kłębek na dywaniku obok sofy.
Gauri siedzi z nogami odzianymi w dżinsy, wyciągniętymi na sofie, nieufna, czujna na każde pytanie mogące wywołać jakieś podejrzenie skandalu, a mimo to szczera i bezpretensjonalna.
Kiedy mówimy o ich stosunkach z przeszłości, o latach, zanim się pobrali, wyczuwam nutkę rezerwy odnośnie jego profesji, tak, jakby Gauri myślała o swoim mężu jak o profesjonaliście w sensie ogólnym, nie jako o aktorze. Po wielu próbach wysondowania przyznaje, że jej rodzina, ich koło towarzyskie w Delhi, ona sama, unikali filmów hindi, uważając je za prymitywne, wulgarne, za rozrywkę możliwą do przyjęcia, ale na pewno nie godną pochwały. A już - o zgrozo - na pewno nie zawód, wśród którego przedstawicieli mieliby szukać męża dla Gauri.
"Musiało więc być wam trudno doprowadzić do ślubu" - mówię.
"Tak było" - zgadza się, ale w jej tonie jest coś, co sugeruje, że po ślubie trudności nie zniknęły, a nawet zwiększyły się, przynajmniej w jednej dziedzinie: sławy.
Na przykład, kiedy rozmawiamy o tej super nagłaśnianej sprawie, czy jest on supergwiazdorem, czy aktorem (tak jakby między tymi dwoma była przepaść nie do przebycia), wskazuje ona Shah Rukhową bezwzględną otwartość w wywiadach. "Czasami powie coś, w co tak naprawdę, w dosłownym sensie, nie wierzy... Ma tak wiele myśli przez cały czas, że mówi coś, a ludzie nie kojarzą, o co mu chodzi. Wybierają wyrwane z kontekstu wypowiedzi i rozdymają je. Nie piszą wszystkiego, co powiedział, nie wyjaśniają, dlaczego to powiedział. Dlatego mówi się, że jest arogancki, egoistyczny... Tak naprawdę są w nim dwie strony. W przeważającej części jest ekstrawertykiem. Może mówić do tysięcy ludzi albo wyjdzie i na scenę i będzie występował dla tłumów, ale na przykład, kiedy pójdzie na przyjęcie, na którym nie będzie dużo ludzi, siądzie w kącie i nie odezwie się słowem. Jest bardzo nieśmiały".
"Nie lubi salonowych pogawędek" - sugeruję. - "Ale kiedy chodzi o coś ważnego, coś, co ma dla niego znaczenie, potrafi mówić".
"Tak" - kiwa głową. - "Taki jest. Czasami mówi o ludziach i mówi coś bardzo prawdziwego, a oni rozumieją to na opak. Zwłaszcza dziennikarze filmowi. To takie przygnębiające, nienawidzę tego".
"Chodzi o plotki o jego romansach?" pytam.
A ona eksploduje: "O jakich romansach? O czym ty mówisz? To właśnie jedna z tych spraw, które...".
"Mówię, że to plotki, a nie prawda" - próbuję wytłumaczyć. Ale musi upłynąć pół godziny, zanim przekonam ją, że ani mi w głowie postało, że którąś z tych pogłosek można brać na serio. Jednak zło już się stało. Chyba dotknąłem otwartej rany. Ale przynajmniej efektem tego odkrycia jej wrażliwości jest to, że otrzymałem wgląd w zupełnie niefilmowe podejście do życia tej pary. Stanowczo odmawiają uznania statusu supergwiazdora, z całym jego bagażem; jeśli bycie gwiazdą oznacza stawianie czoła podkręconym artykułom i niesprawdzonym pogłoskom, to media mogą sobie zabrać wyprodukowaną przez siebie metkę "gwiazda" i wrzucić do zsypu na śmieci.
"Ja nawet nie czytam magazynów" - kończy temat. - "Nawet filmowych. Nie mogę ich znieść. Nie mamy ich w domu. Wychowałam się w zupełnie innej rodzinie. Mój ojciec i cała rodzina nigdy nie kupowali magazynów filmowych i nie oglądali filmów hindi. Byliśmy zupełnie poza tym światem. Teraz oglądają jego filmy. Ale ja nadal tego nie lubię, nie czuję się częścią tego wszystkiego. Nie chcę nic wiedzieć o jego pracy, co robi, jestem kompletnie niezainteresowana. Lubię dobre filmy, hindi, zachodnie, wszystko jedno, ale nie interesuje mnie ani trochę zaangażowanie się w ten świat. Nie chcę chodzić i oglądać prób, bywać na premierach, to wszystko takie głupoty. Nie mam pojęcia, jak postępują inne aktorskie żony, ale ja nie chcę chodzić na przyjęcia filmowe, na takie imprezy".

Kiedy opuszczam mieszkanie i w myślach porównuję świat Gauri i jej męża, wyłania mi się obraz młodej, szczęśliwie dobranej pary szaleńczo w sobie zakochanej, dwojga odrębnych indywidualności, które ogromnie się nawzajem szanują. Shah Rukh, kiedy pytam, czy planują dzieci, mówi, że za bardzo kocha Gauri, aby ośmielić się taką decyzję podjąć samemu. A ona właśnie powiedziała mi, że póki co nie chce mieć dzieci. "Teraz nie jestem na to gotowa". Kiedy już zadecydują, że chcą mieć dziecko, on chciałby córkę, jak mi powiedział, i chciałby dać jej na imię G2, Gauri 2. Przyznaje także, że odmawia i będzie odmawiał grania w filmach, w których musiałby całować partnerki, lub grać intymne zbliżenia. Jego lojalność wobec Gauri rozciąga się tak daleko. A co do okrzyczanych scen, takich jak w "Maya Memsaab" Ketana Mehty, wystarczy zobaczyć film (czego większość krytyków ewidentnie nie zrobiła), żeby się przekonać, że ani on, ani Deepa Mehta niczego nie zrobili. I to byłoby na tyle co do trzeciego banału o gwiazdorze - playboyu, imprezującym w mieście, z odzianą w sari żoną potulnie siedzącą w domu i czekającą na telefon wzywający ja do dołączenia do niego w wymaganych statusem publicznych wystąpieniach. Shah Rukh jest mężczyzną z pozazdroszczenia godną osobowością i jeszcze bardziej pozazdroszczenia godnym małżeństwem.

Kiedy wracam do pensjonatu BSES, w którym odbywają się zdjęcia, widzę jak omawia sprawy organizacyjne związane z podróżą po kraju i uczestnictwem w premierach "Kabhi Haan Kabhi Naa" w tym tygodniu. Śmieje się z samego siebie, kiedy mówi o "dramatycznym" wejściu z udziałem efektów świetlnych i dymu, jakie mu zaplanowano. "Mam nadzieję, że nie padnę na twarz" - mówi. Bardzo nalega, żeby na każdej premierze zostawać do końca seansu, żeby ocenić, jak publiczność przyjmie film; to straszne utrudnienie dla koordynatorów tego tournée i jego sekretarza Anwara, ale on nie chce wychodzić z seansu w jego połowie.
Kiedy wraca na plan, żeby dokończyć zaplanowane na ten dzień zdjęcia, przychodzi reżyser Kundan Shah. Próbuję zagarnąć go na chwilę, żeby porozmawiać o Shah Rukhu, ale on uśmiecha się z rezerwą i mówi, żebym raczej obejrzał film. Kiedy wraca Shah Rukh, mówi mi to samo. Właśnie idzie oglądać materiały z "Kabhi Haan Kabhi Naa". Obserwuję, jak ściska ręce, rozdaje autografy, z szacunkiem dziękując wszystkim po drodze - od asystentów produkcji po ochroniarzy, zanim wsiądziemy do samochodu. Po drodze rozmawiamy o mojej pogawędce z Gauri i ich wspólnej niechęci do gazetowych plotek. "Właściwie" - mówi, wychylając się w tył z przedniego siedzenia - ja siedzę z tyłu - "to aktorzy filmowy zepsuli tych ludzi z magazynów filmowych. Niektórzy aktorzy chcą być na okładce, chcą, żeby o nich pisano, więc pozują do zdjęć, pozwalają na wypisywanie tych niestworzonych historii. W rezultacie prasa uważa, że to ona kreuje i strąca gwiazdy. Najpierw stawiają gwiazdę na piedestale, czego robić nie powinni, bo jesteśmy tylko ludźmi, jak oni, tylko wykonującymi swój zawód, a potem próbują ściągnąć nas w dół".

Sprowadzam rozmowę znów na temat "Kabhi Haan Kabhi Naa" i jego oczekiwań w stosunku do filmu, a Kabira steruje nami wzdłuż sinusoidalnych zakrętów Palli Hill w dół, w kierunku Bandry.
Jest podekscytowany filmem. "To kapitalny film, uwielbiałem przy nim pracować". Mówi o postaci, którą gra, Sunilu - za tę rolę otrzymał Filmfare'a od krytyków. "Mam w filmie taką kwestię, chyba ją ostatecznie wycięli, która mówi, że w każdym jest coś z Sunila. To rola, w której jest najwięcej mnie samego. Nigdy nie będę podobny do bohaterów "Baazigara" czy "Darr". Nie mógłbym nikogo zranić, użyć przemocy, czy zabić. Ale Sunil jest podobny do mnie, jakim naprawdę jestem. Wiele własnych cech włożyłem w tę postać. Na przykład w scenie w kościele, kiedy gubi pierścionek, widzi go, ale nadal udaje, że nie może go znaleźć, wyobraziłem sobie, że to Gauri ma wyjść za Deepaka (Tijori). Do tego stopnia, że momentami zaczynałem naprawdę nienawidzić Deepaka. Poczułem, jakby to było, gdyby Gauri poślubiła kogo innego".

To nasuwa mi na myśl wszystko, co słyszałem o ich długich zalotach, o prowadzonej małymi kroczkami kampanii, aby zburzyć mur jej początkowej obojętności dla tego eks-sportowca, który wybrał tak godną pożałowania karierę, jak aktorstwo filmowe, jego wysiłki, aby udowodnić jej rodzinie, że jest równie dobrym kandydatem na jej męża, jak każdy oficer czy biznesmen, i ostateczne potwierdzenie tego przekonania poprzez ostatnie sukcesy i kaskadę wszelkiego uznania. W przeciwieństwie do jego kąśliwych uwag na temat morderczego bohatera "Baazigar" - "jeśli nie posłuchasz, zrzucę cię z dachu" - i naśladowania samego siebie z "K-k-k-Kiran", jego współodczuwanie i sympatia dla bohatera "Kabhi Haan Kabhi Naa" jest autentyczna i wzruszająca.
W Gemmini - kinie w trójsalowym budynku Gaiety-Galaxy-Gemini w Bandrze, niewielka widownia i hol są ciasno zatłoczone widzami. Rozpoznaję wśród nich Rahula Roya, Deepti Naval i Deepaka Tijori. Przedstawia mnie Deepakowi, który przyjmuje z ulgą wiadomość, że nie jestem dziennikarzem filmowym: "Gdyby tak było, mój uśmiech byłby zupełnie inny!".
Zaczyna się seans. Jak to na pokazach przedpremierowych, ekran jest trochę za blisko, dźwięk za głośny. System nagłaśniający Gem jest jak zwykle toporny, odnotowuję w myślach. I wtedy nagle porywa mnie magia filmu.
Następnego dnia, jadąc na plan "Guddu" w innym miejscu, w drodze rozmawiamy o "Kabhi Haan Kabhi Naa".
"Powiedziałeś wczoraj, że grałeś tę rolę wprost z serca" - mówię. - "Tego uczył cię Barry John w teatralnych czasach w Delhi. To wyziera z filmu. Właściwie to twoja najbardziej ujmująca cecha, to, jak całym sobą oddajesz się rolom, które grasz".

Szuka wokół siebie zapałek. Kabira wręcza mu zapalniczkę, której używa; kiedy ją otwiera, rozlega się elektroniczna wersja "Happy Birthday". Zaciągając się, mówi z namysłem: "Wiesz, wielu ludzi jest ciężko zdziwionych tą moją cechą, ale moi przyjaciele, ci, z którymi współpracuję wiedzą, że ile razy mówię o filmie, ile razy kręcę film, dyskutuję o filmie, jestem w tym cały. Wychodzę ze skóry, żeby rozmawiać też o innych postaciach. Nigdy nie miałem podejścia: "zróbcie mi zbliżenie". Nie mam ego, mogłem w "Darr" zostać przez innego gościa pobity tak, jak tylko on chciał mnie pobić. Żaden bohater tego nie robi. A na przykład w "Kabhi Haan Kabhi Naa" nie podnoszę na nikogo ręki. Moje podejście do aktorstwa jest takie: niech wszystko płynie z serca. Jeśli umiesz tak zrobić, wszystko zadziała. Musi być w to włożona inteligencja, dobre wyczucie czasu... Trzeba mieć to wszystko w głowie... Wygląd, gra na drugim planie - cokolwiek, ale serce jest zawsze nadrzędnym czynnikiem, serce jest o krok przez innymi sprawami. Czuję, kiedy zrobię dobre ujęcie. I wiem, kiedy robię dobre. Bo myślę o tym sercem".

Zanim dojedziemy, pokazuje mi kilka książek, które właśnie czyta - ma je w samochodzie, bo tutaj ma najwięcej czasu na czytanie. Komplet książek Douglasa Adamsa o autostopie i powieść indyjskiego pisarza. Pisarz podarował mu książkę w nadziei, że on zagra w adaptacji, ale powieść mu się nie podobała. Douglas Adams, uwielbia go. Jakich jeszcze autorów czyta? "Dostojewski, "Champak", "Chandamama". Ale najwięcej czytam scenariuszy. Dawniej śmiali się że mnie, kiedy prosiłem o scenariusz. Teraz wręczają mi ich całe stosy".

Podjeżdżamy pod willę Jyoti, stałe miejsce tysięcy planów filmowych. Opada go tłum ewidentnie ubogich fanów, kiedy tylko wysiada z samochodu. Przez chwilę ten tłum go zatapia, chwytając kurczowo, szarpiąc, szczypiąc, potrącając. Pozwala się im nieść, uśmiechając się, podając dłoń do uścisku, jakimś cudem rozdając autografy. Jestem zmuszony iść za nim.
Wewnątrz willi wita nas Prem Lalwani, reżyser "Guddu". Próbuje znaleźć jakiś pokój, w którym moglibyśmy usiąść. Deepti Naval zajęła jeden pokój, Mukesh Khanna kolejny. Wśród przeprosin siadamy na kanapie w pokoju Mukesha Khanny. Ktoś wręcza Shah Rukhowi kserokopię sceny, którą będzie kręcił dziś, jego osobisty charakteryzator, Ravi Dada, zaczyna pracę, ktoś pokazuje mu kostium, kilka osób gratuluje nagród Filmfare, wychodzi z pokoju, żeby z kilkoma osobami porozmawiać, wraca. Kiedy go nie ma, czytam sobie jego kwestie.
Kiedy znowu siada spokojnie, sączymy herbatę, on pali. Pytam, jaki będzie następny film. "Anjaam" z Madhuri Dixit - odpowiada. O czym będzie, jaką rolę on zagra?
"To znowu, mówiąc normalnym językiem filmowym, czarny charakter. To będzie o facecie, który kocha dziewczynę, ale jest bardzo podły, inaczej niż w "Darr" - bo jest bardzo bogaty, wpływowy, sprytny. Chce ją mieć za wszelką cenę".
Czyli kolejny złoczyńca, ale może zaskoczy widownię, skoro pojawi się nie po "Baazigarze" i "Darr", ale po "Kabhi Haan Kabhi Naa".
"O to właśnie chodzi, żeby nie było wiadomo, czego się spodziewać po następnym filmie Shah Rukha Khana. Za każdym razem nowatorski pomysł. Ale nowatorski i dobrze wykonany. Filmy to cała masa opowieści, tylko sposób wykonania je odróżnia. Nieprzewidywalność Roalda Dahla. Nagłe zwroty akcji Jeffreya Archera...".
"Na co zwracasz uwagę, zastanawiając się nad wyborem filmu?"
"Najważniejsza sprawa to człowiek, z którym będę pracował, reżyser. Muszę wiedzieć, czy damy radę się dogadać. Czy kiedy poddam jakiś pomysł, on go podejmie? Może odrzucić, ale niech to robi logicznie. Jestem otwarty na odrzucenie, ale powinno być inteligentne".

Te jego słowa o odrzuceniu nasuwają mi myśl o incydencie, który opowiedział mi poprzedniego dnia. Podczas rozmowy wstępnej w sprawie przyjęcia do St. Stephens College w Delhi dyrektor był tak nieporuszony jego dyplomami i medalami, że zagarnął je w stos i strącił ze stołu. Wspomnienie tej chwili wypaliło się w jego umyśle.
Shah Rukh bardzo szanuje ludzi, każdą osobę, która z nim się kontaktuje, a w zamian oczekuje jeśli nawet nie takiego samego szacunku, to przynajmniej nie lekceważenia. Nie tylko w stosunku do siebie, ale do człowieczeństwa w ogóle. "Przeważnie szukam jakichś chwil. Albo postaci. Na przykład w "Kabhi Haan Kabhi Naa" próbowałem pokazać absolutnie dziecięcy charakter. To dlatego on przez cały czas płacze. Płacze jak dziecko. Zagrałem go w oparciu o obserwację dzieci. Płacze otwarcie, jak dziecko, nie jak mężczyzna. I jest też bezczelny, bo dzieci takie są, kiedy dostają klapsa albo się je karci. Jeśli mężczyzna płacze, płacze jak w "Darr", ale tutaj jestem dzieckiem. Żaden bohater nie robi tego w filmach hindi. To dlatego Sunil nie jest bohaterem, jest istotą ludzką".
"Tak właśnie robisz przez cały czas z rolami? Starasz się przekazać cechy człowieka, a nie bohatera kina hindi?"
"Tak, ale wzory czerpię zewsząd. Od mojej żony, mojego psa, przyjaciela".
"Czyli grasz instynktownie? Pozwalasz emocjom przepływać przez siebie, w sposób niekontrolowany, ale tak naprawdę kontrolując je?".
Zapala kolejnego papierosa muzyczną zapalniczką. "Tego nauczyłem się od Raghubira Yadava. Nauczyłem się, jak kręcić kolejne duble tak, żeby każdy był nie tyle jak pierwszy, co lepszy od poprzedniego".
Później dodaje. "Chciałbym dostać rolę, której mógłbym zupełnie "nie dograć". Osobowość. Jak Clint Eastwood. Jak Amitabh. Nie mam osobowości, jaką ma Salman Khan. Więc gram-gram. Ale chciałbym móc przekazać treści tylko przez to, jak wyglądam, jak wchodzę do pokoju, zamiast to odgrywać, jak robię teraz. Do czegoś takiego musisz mieć w zapasie masę szacunku.

Ktoś chce z nim porozmawiać. Jacyś ludzie wyglądający na finansistów wywołują go z pokoju. Zwracam się do Mukesha Khanny, który przez cały czas w ciszy czyta swoje kwestie. Zaczynamy rozmawiać o Shah Rukhu. Uważa, że najważniejszą cechą Shah Rukha - aktora jest energia. "Jest bardzo zmotywowany. Musisz mieć motywację, żeby zagrać dobrą rolę. Ale jak długo możesz podtrzymać tę motywację, ten poziom energii - to jest problem. Dobry aktor zawsze będzie to miał, Shah Rukh Khan ma. Większość aktorów w tej branży nie traktuje swojej pracy serio. Mają pendżabskie podejście, grają w karty aż do czasu, kiedy przychodzi ich kolej wyjścia na plan. Ale on traktuje pracę bardzo poważnie. Jak choćby podczas meczu krykietowego gwiazd w zeszłym roku w Dubaju; powiedział mi przed meczem, że zamierza zostać najlepszym graczem meczu. I został. Chce wygrać samochód dla żony, powiedział mi. A jak na złość nagrodą okazał się telewizor! Ale rzecz w tym, że on walczył o zwycięstwo, gdy ja podszedłem do tego lekko. Jest wojownikiem, chce zawsze dać z siebie jak najwięcej. To dlatego jest dobrym aktorem".

Przez resztę popołudnia, patrząc na niego na planie, obracam te słowa w myślach. Gra teraz bardzo prostą scenę: syn, Guddu, chce pójść polatać na lotni. Jego matka, Deepti Naval, uważa, że to zbyt niebezpieczny sport. Jego ojciec, Mukesh Khanna, uważa, że syn sobie poradzi. Razem, ojciec i syn, przekonują matkę. Guddu wychodzi, podśpiewując zawadiacko.
W pierwszym ujęciu Shah Rukh jest tak zaabsorbowany przymilaniem się, że uderza czołem naprawdę mocno w nisko zawieszoną belkę. Mimo to kontynuuje. Podczas kilku pierwszych ujęć tej sceny podchodzi do taboretu, na którym miał usiąść, zatrzymuje się z jedną nogą opartą o niego, potem decyduje się usiąść z pośladkami opartymi o stołek. Doszedłszy do tej pozycji - nie omawiając tego z nikim, zachowuje ją aż do ostatniej powtórki. Na ile mogę osądzić, na dobrą sprawę wszystkie kolejne podejścia robi się z powodów technicznych, albo drobnych przejęzyczeń pozostałej dwójki gwiazd; Shah Rukh wydaje się dokładnie taki sam od pierwszego do ostatniego kręcenia, żadnych pomyłek, wciąż ten sam chłopięcy entuzjazm.
Po zakończeniu zdjęć o szóstej po południu - stara się mieć tylko jedną dniówkę dziennie, a w niedziele nigdy nie pracuje - jedziemy do Gem. W samochodzie pytam go o rodziców. "Ojciec zmarł w 1981" - mówi, paląc. "Był moim najlepszym przyjacielem. A kiedy zmarł - na raka krwi - przywykłem, że to mama została moim najlepszym przyjacielem. Była bardzo piękna. Byli bardzo przystojni - cała rodzina. Oprócz mnie. Ojciec był najmłodszym bojownikiem o wolność w kraju, mama była urzędnikiem opieki społecznej. Mama umarła w 1991 roku. Właściwie przyjechałem do Bombaju, żeby grać w filmach, bo ona umarła. Poza tym miałem wiele propozycji, ale kiedy mama umarła, chciałem uciec z Delhi. Wszystko tam przypomina mi... mamę. Taki jest głębszy powód mojego wejścia w świat kina...". Przerywa. "Pamiętam, była absolutnie pogodzona, kiedy to się zaczęło...".
Kiedy podejmuje temat, jest widocznie poruszony, może nie rozemocjonowany, ale już nie tak swobodny jak przedtem.
"Zaczęło się od cukrzycy" - mówi - "która przeszła w odmę płucną, potem wszystko zaczęło się sypać... Aż umarła na niewydolność wielonarządową".
Przez chwilę milczę. Zatrzymujemy się na światłach. Ludzie z sąsiednich samochodów najwyraźniej go rozpoznają, zwłaszcza, że okna są opuszczone, samochód nie ma klimatyzacji.
"Kiedy siedziałem przy niej na intensywnej terapii" - kontynuuje - "próbowałem ją unieszczęśliwić. Chciałem, żeby poczuła się źle. Mówiłem, że mojego serialu nie dopuszczą do emisji, że będę bił siostrę, będę bardzo zły. To było strasznie głupie. Próbowałem wytrącić ją z równowagi. Bo wierzyłem, że umierasz tylko kiedy jesteś totalnie spełniony, osiągasz mokszę, kiedy zakończysz wszystkie swoje sprawy. Próbowałem więc ją unieszczęśliwić. I ten moment, w którym aparatura zaczęła wariować. W jednej chwili dotarła do 200, potem spadła do 89, potem 300, potem 155. A potem nastąpiła chwila, której nie umiem zapomnieć, której nie potrafię przełożyć na moje aktorstwo. Zrozumiałem, że życie to nie suma części składowych. To nie tylko bycie aktorem, któremu się powiodło, bycie dobrym mężem... To więcej niż to, to coś o wiele ważniejszego niż jakieś części składowe życia. Nie ma planowania, nie ma strategii, nie ma sensu jakiekolwiek kontrolowanie. Nie ma żadnej strategii w byciu gwiazdą, w byciu kimkolwiek. Życie po prostu płynie swoim rytmem. A ja nie mogę nad nim panować".

Dojeżdżamy do Gem. Przyjechaliśmy do minikina, żeby na podstawie obejrzanego filmu, "Halchal", mógł osądzić, czy będzie mógł pracować z reżyserem przy następnym projekcie. Po seansie jest bardzo dyplomatycznie wymijający. Mówi reżyserowi, że będą w kontakcie. Schodząc po schodach dowiaduje się, że Salman Khan i Aamir Khan są tu właśnie na pokazie przedpremierowym ich wspólnego filmu, "Andaaz Apna Apna". "Zobaczmy go" - mówi, zabierając mnie do środka.
Glamour, siostrzane do Gem kino przedpremierowe, jest zatłoczone. Film już się zaczął. Salman i Aamir obejmują Shah Rukha gorąco, sadzając go. Ja stoję, potrącany przez tłum w przejściu. W końcu siadam, tuż przed ekranem. Regularnie słyszę nosowe wybuchy śmiechu Shah Rukha, któremu wtóruje śmiech publiczności. Pamiętam, że nie śmiał się wczoraj, oglądając własny "Kabhi Haan Kabhi Naa" - tylko kopcił jak komin. Salman i Aamir oglądają w ciszy.
Po seansie, kiedy zapalają się światła, zaproszony na seans tłum rzuca się robić zdjęcia z gwiazdami. Co ciekawe, choć to film Salmana i Aamira, ludzie idą najpierw do Shah Rukha, potem do jego sławnych kolegów.
Później Salman odciąga Shah Rukha na stronę i rozmawiają o czymś na schodach. Aamir, Arbaaz Khan i ja stoimy przy drzwiach Glamour i rozmawiamy o filmie. Kiedy Shah Rukh do nas dołącza, Aamir mówi: "Widziałem twój film "Kabhi Haan Kabhi Naa", jest bardzo dobry, naprawdę świetny".
Shah Rukh i ja wychodzimy ostatni. Na parterze obaj kierujemy się do publicznej męskiej toalety. Rejestruję wyraz twarzy sprzedawcy przekąsek. Jak często zdarza mu się zobaczyć gwiazdę korzystającą z publicznej toalety? Jego twarz, zdezorientowana, trochę ogłuszona, z lekko otwartymi ustami, jest niezapomniana. W łazience kilku urzędujących tam kinomanów nie zauważa, że jest między nimi gwiazda.

Zamykając za sobą drzwi triplexu zatrzymuje się na chwilę. Jakiś film ma tu dziś premierę. Spory tłum już czeka, z zapałem wypatrując znajomych twarzy. Kiedy oświetlają nas reflektory, wpadają w euforię, nie wierząc własnemu szczęściu. Jeszcze raz zostaje otoczony, obmacany, szarpany, aż zaczynam się zastanawiać, czy są jakieś różnice między tym, co widzę, a zamieszkami. Ale on nie ma ze sobą żadnej ochrony, nawet zwyczajowego podręcznego pochlebcy, jednego czy dwóch. Kabira czeka w samochodzie z zapalonym silnikiem, ale nawet kiedy jest już w środku, Shah Rukh nie przestaje ściskać rąk, pozwala się dotykać. Ktoś krzyczy: "Arre, Madam Sharma!". Ktoś inny naśladuje jego "K-k-k-Kiran". Odjeżdżamy.

Kiedy wyładowujemy się pod jego domem, a Kabira zawraca samochód, żeby podrzucić mnie do domu, który jest niedaleko, Shah Rukh pali spokojnie i rozmawia, nie okazując śladu zniecierpliwienia. Dowolna ilość fanów może go tutaj spotkać - i często to robią, zwłaszcza rano, ale kiedy przekracza próg mieszkania numer 702, jest poza zasięgiem. Kiedy odjeżdżam jego samochodem, wciąż stoi i macha do mnie.
Gdy Kabira dodaje gazu, próbuję przewinąć sobie w myślach strzępy myśli i analiz, które towarzyszyły mi przez te dwa minione dni. I oto, co z tego wyłowiłem.
Zdałem sobie sprawę, że Shah Rukh oddziałuje i na to, co we mnie jest z ulicznego chuligana, jak i na pisarza. Jest Dostojewskim i Gulshanem Nandą, Bergmanem i Bokadią, Naseerem i Govindą, Mozartem i Bappi Lahiri. Kiedy mówi "komercyjny" ma na myśli "o światowym zasięgu", a nie "powszechnie poniżający", jak wydaje się uważać większość gwiazd. Poszukuje Najwyższego Wspólnego Mianownika. Szanuje nas za to, że my szanujemy jego, że pozwalamy mu zarabiać na życie, wykonując niepewny zawód. Za czterdziestocalowy Sony, za gry video, za samochodziki - zabawki zdalnie sterowane, za mieszkanie na dachu z tarasem w stronę morza, swobodę kręcenia tylko tych filmów, które chce kręcić, wolność wyboru, która jest najrzadszą, najbardziej ulotną nagrodą.

Ale najbardziej - za zaakceptowanie go takim, jaki jest, na jego własnych warunkach, z jego własną twarzą, własnymi standardami, wartościami, przekonaniami. Za zaakceptowanie faktu, że Shah Rukh Khan, jaki jest, nie jest Shah Rukhem Khanem, jakim chcielibyśmy go widzieć. Za to, że kochamy go z - czy bez - noży, wymyślnych dialogów, niedopasowanych soczewek kontaktowych. Jego samego. I jednak niezupełnie jego. Nie mężczyznę, z którym żyje Gauri, z którym sypia, którego kocha. Nie tego, który pewnego dnia będzie ojcem G2. Nie nieśmiałego eks-sportowca, dla którego każde publiczne wystąpienie niesie napięcie, ale który drży z emocji na myśl o wyścigu na sto metrów, Nie takiego, jakim jest w swoim wnętrzu. Ale tak blisko tego, jak tylko istota ludzka może być. Wystarczająco blisko.
Kiedy samochód oddala się od bramy, oglądam się poprzez przyciemnioną tylną szybę. Stoi tam, na podjeździe otoczonego rusztowaniem apartamentowca, paląc. Potem odwraca się i wchodzi do środka. Idzie teraz do siebie. Do żony, zabawek, do domu. Wraca do siebie.

Tłumaczenie: Mowilka


© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"