Wiele twarzy Shah Rukha Khana
Artykuł z Zee Premiere, w którym SRK opowiada o swoich rolach, grudzień 1998 roku
Autor: Roshmila Bahttacharya
Shah Rukh Khan jest aktorem, dla którego Raj, Rahul i
Manu są równie realni jak on sam. Kibicuje im, wczuwa
się w ich problemy, czasami jest przez nich
sterroryzowany. Każdy detal ich osobowości jest
przemyślany, każda emocja głęboko przeżywana, w każdym
jest coś z niego samego lub z ludzi, których kocha. Być
może dlatego każda postać, którą gra, jest tak
wiarygodna. On nie odgrywa swoich ról, on je przeżywa.
Dla niego jego bohaterowie mają przeszłość, dzień
dzisiejszy i przyszłość. I nie umierają po skończeniu
filmu, lecz żyją w wyobraźni.
Snuje wizje życia małżeńskiego Raja i Simran, martwi się
o Rahula i jego problemy przedstawiciela klasy średniej,
obawia się, że Ganga znudzi się anielskim Arjunem i
opuści go. Siedząc w jego wygodnej przyczepie prosimy
go, żeby ożywił dla nas niektóre z tych postaci,
podzielił się z nami momentami z ich życia. „Pewnie” –
zgadza się chętnie, bez chwili zastanowienia. Nie musi
się zastanawiać. Oni są nim.
Odkryjmy więc człowieka i jego wiele twarzy...
Dil Se
„Mój bohater z tego filmu to taki najzwyczajniejszy
mężczyzna. To dziennikarz, wyróżniający się z tłumu
tylko dlatego, że to ja go grałem, człowiek, którego
ojciec był żołnierzem, dziadek walczył o wolność, a mimo
to on sam nie jest czystej wody patriotą. Kocha
oczywiście Indie, ale gdyby mu pozostawiono wybór, nie
oddałby życia za kraj. Jest takim szarym bohaterem
codziennego dnia, nie jest odważny z przekonania, a
tylko dlatego, że nie ma wyboru.
Film Maniego Ratnama przypomina mi historię, którą
słyszałem dawno temu. Rząd USA właśnie zwodował łódź
podwodną wyładowaną ekwipunkiem wartym miliony dolarów.
Rosja chciała ją zatopić, ale Amerykanie byli
zdecydowani do tego nie dopuścić. Na pokładzie był
rekrut, którego zadaniem było sprawdzać, czy klapa łodzi
podwodnej jest szczelnie zamknięta. Kapitan łodzi wezwał
go tuż przed pierwszym rejsem i włożył wiele wysiłku w
wyłuszczenie mu, jak ważne jest jego zadanie. Podkreślał
wartość wyposażenia, naciski polityczne i wagę misji,
którą mają wypełnić. „Teraz rozumiesz, synu, czemu
musisz się upewniać, czy właz jest zamknięty jak
należy?” – zapytał go na koniec przemowy. Rekrut
przytaknął. „Yes, sir, rozumiem. Jestem na jej pokładzie
i jeżeli nie domknę włazu, sam pójdę na dno”. Taki jest
właśnie patriotyzm zwykłego człowieka, o którym mówimy w
filmie.
Kuch Kuch Hota hai
Po raz pierwszy grałem ojca, trzydziestoletniego ojca z
ośmioletnią córką. Kiedy trzymałem niemowlę w ramionach,
myślałem o tym, jak mój syn Aryan pojawił się na
świecie. Oczywiście historia mojej miłości miała o wiele
szczęśliwsze zakończenie. W filmie wiem, że moja żona
umrze. Stoję obok, patrząc bezradnie, jak wymyka mi się
z rąk. Szepcze: „Czy przyrzekniesz mi coś?” A ja nie
jestem bohaterem. Odmawiam udzielenia jej jakiejkolwiek
pociechy. Chcę ją skrzywdzić, mając nadzieję, że taka
zraniona może mnie nie opuści. Ta scena jest wzięta
wprost z mojego życia (w „King of Bollywood” opisana
jest podobna, prawdziwa scena. Shah Rukh próbował
powstrzymać śmierć matki mówiąc jej, że jeśli ona umrze,
on się stoczy, nie zrobi kariery, nie zajmie się
siostrą. Wierzył, że umierają tylko szczęśliwi ludzie –
przypisek tłumacza). W „Kuch Kuch...” po raz pierwszy
grałem tatę. Ale ten tato był inny niż tato Aryana.
Przypominał raczej mojego ojca. Był chyba doroślejszy.
Może kiedy Aryan będzie miał osiem lat, ja też stanę się
taki...
Duplicate
Nigdy nie męczyło mnie megalomańskie pragnienie, żeby
zagrać podwójną rolę. Wiem, że panuje powszechne
przekonanie, że gdzieś tam w świecie każdy ma sobowtóra.
Ja w to nie wierzę. Kiedy zaproponowano mi podwójną
rolę, powiedziałem sobie, że jeśli mam grać dwie postaci
wyglądające identycznie, a są one na skrajnych
biegunach, jak chodzi o charaktery, muszę logikę odłożyć
na bok. I tak „Duplicate” odżegnuje się od wszelkiej
logiki.
Nastój filmu jest szalony, slapstickowy, uwodzicielski,
wciągający. To jest jak karykaturalny komiks, ożywiony
film rysunkowy, indyjska wersja „Maski”. To Babloo,
dobry chłopiec, a nie Manu, zły, ustanawiał nastrój
filmu i zmuszał wszystkich, żeby działali równie głupio
jak on sam. Kiedy dawał klapsa swojej dziewczynie, ona
mu oddawała, a kiedy w połowie piosenki nagle wskakiwał
na drzewo, przestawała na niego patrzeć.
Babloo to duże dziecko. W jego towarzystwie wszyscy
zaczynają zachowywać się, jakby mieli po dziesięć lat.
Juhi, Sonali i pani Faridzie nie było łatwo wejść w taki
klimat, ale kiedy zobaczyły, jak ja się wygłupiam,
chwyciły klimat zabawy. Dorosłym nie jest łatwo wejść w
skórę dzieci. Najłatwiej było mnie, bo – tak myślę –
wciąż jestem dzieckiem.
Babloo był hołdem dla moich ulubionych komików, od Jima
Carreya, Jerry'ego Lewisa i Charliego Chaplina po
Kishore'a Kumara, Mehmooda, Johnny'ego Levera i Keshto
Mukherjee. Początkowo chcieliśmy zrobić to w stylu
Rampur kontra Lakshman. Idiota i prostaczek. Prawdziwy
gaonwallah. Ale to ja nie chciałem, żeby bohaterowie
byli rozróżniani tylko na podstawie wyglądu fizycznego i
odmiennych kostiumów. Postanowiłem, że to mój sposób gry
sprawi, że będą wyglądać jak dwaj różni ludzi o tych
samych rysach twarzy. Chwilami zmieniałem się z jednego
w drugiego w 20 minut. Musiałem tylko spłukać żel z
włosów, wypiąć brzuch i pośladki, wydąć usta i
powiedzieć: „Jhappi?” Króciutka scena pogodzenia się z
Juhi w damskiej toalecie to jeden z najlepszych momentów
w całym filmie. „Ladna jhagadna” był niezwykle
„czepliwym” kawałkiem. Wszystkie piosenki były ładne. A
skoro był to komediowy film, nawet romantyczna „Kathai
aankhonwali”, która powinna stać się kolejną wersją „Ek
ladki ko dekha”, była zabawna.
Babloo jest głuptasem, ale jest w nim wrodzony spryt,
bystrość umysłu, która sprawia, że taka piękna,
wykształcona dziewczyna, jak Sonia, zakochuje się w nim.
I to dzięki niej może on przechytrzyć i pogrążyć Manu,
który uwierzy, że to kompletny idiota.
Manu to wąż, podstępny i cichy. Babloo jest klaunem,
wariackim i kochanym. Obaj są fatalnymi aktorami. To
usprawiedliwia ich okropną, przejaskrawioną grę. Manu
wstydzi się strasznie udawania Babloo. A Babloo jako
Manu jest mało przekonujący. Nie każdy to zrozumiał. Ten
film kochają ludzie, którzy odłożyli logikę na bok i po
prostu cieszyli się jego komizmem. Ci, którzy
zastanawiają się, jakim sposobem oczy mogą wyjść z
oczodołów, nie znoszą go. Kiedy narzekają, mówię im:
„Hej, a gdzie twoje wewnętrzne dziecko?” Ale cóż, nie
każdemu podobał się „Ace Ventura”, a Charlie Chaplin
nigdy nie dostał Oscara.
„Duplicate” to film dla dzieci. Jeśli im się podoba, to
ja się cieszę. Co z tego, że nie był hitem finansowym.
Został sprzedany do dystrybucji za niewielką cenę i jego
koszty się zwrócą, a jest to jeden z filmów, które z
dziką radością pokażę mojemu synowi.
Czy Manu musiał umrzeć? Oczywiście, bo był złym facetem.
Zabijał ludzi. I to wyłącznie Lily Długie Nogi musiała
pociągnąć za spust. Wszyscy pozostali byli pozytywnymi
bohaterami, a dobrzy nigdy nie zabijają. Zrobiłem
karierę, grając złych, ale we wszystkich moich filmach
możecie zauważyć, że jeśli ktoś zabija, sam musi zginąć.
Taka jest sprawiedliwość.
Dil To Pagal Hai
W tym filmie, muszę to wyznać, moje partnerki, Madhuri i
Karisma, był o wiele lepsze ode mnie i tylko ich miłość
sprawiła, że Rahul pozostał w ludzkiej pamięci. Gdzieś w
głębi serca uważam, że każdy chłopak jest jak Rahul,
zachowuje się nie jak umierający z miłości Devdas, ale
jak pełen życia Rahul. Kiedy Pooja mówi mu, że zrywa z
nim, on nie jest smutny. Jest zły... wkurzony. I jest
gorzko sarkastyczny. „Powiedz mi tylko raz, że mnie
nigdy nie kochałaś...”.
Jest taka scena w filmie, kiedy Akshay przerywa próbę,
żeby zabrać narzeczoną na lunch. Dla Pooji to niezwykle
niezręczna chwila, a Rahul, zamiast jej to ułatwić, robi
się maksymalnie podły. To właśnie tak zachowuje się
każdy Romeo w realnym świecie. Kiedy Pooja wraca,
pojawia się błysk nadziei. Może wróciła, żeby
przeprosić? Może odwołała zaręczyny? Może nie odejdzie?
Ale ona wraca tylko po torebkę, której zapomniała.
Chwilowa nadzieja wyzwala gniew i nadaktywność. „Babloo,
włączyłeś światła? Skończmy próbę!” Wszyscy wiedzą, że
Rahul w środku umiera, ale nigdy się do tego nie
przyzna... nawet przed samym sobą.
Mam przyjaciół, którzy mi go przypominają. Kiedy
uświadamiają sobie, ze tracą kogoś, kogo kochają,
reagują, jak on. „Ty suko, powiedz, że mnie nigdy nie
kochałaś, powiedz choć raz”. Nieważne, że to ją rani...
i sprawia, że czuje się winna. Może, jeśli poczuje się
winna, nie odejdzie.
Rahul jest postacią bardzo realną, ale co dziwne, film
taki nie jest. To marzenie wykreowane przez Yasha Choprę.
To nie jest świat, w jakim żyjemy, tylko taki, w jakim
chcielibyśmy żyć. Wiele osób pytało mnie: „Hej, skąd są
ci ludzie i dokąd idą? Gdzie mieszkają?” Rahul Yasha
Chopry nie jest jak Rahul Aziza Mirzy. Nie ma
codziennych zmartwień, jak debet na koncie i problemy z
szefem. Nawet nie ubiera się ani nie wygląda, jak
reżyser sztuki teatralnej, choć jest w nim trochę
intensywnego, pełnego gniewu, kochanego Yasha-ji i
trochę Adiego (Adityi Chopry) w sposobie, w jaki stoi z
szeroko rozstawionymi nogami, jakby prawie robił
szpagat. Ale nie przypomina on mnie. Gdybym kiedykolwiek
został reżyserem, zmieniłbym się w tyrana. Nie byłoby
żadnych przerw na lunch, żadnych długich pikników.
Pewnie moje aktorki trzymałbym w studio pod kluczem,
żeby nawet nie myślały o wychodzeniu do domu.
Jedynym problemem w życiu Rahukla jest miłość, a ona nie
robi z niego lepszego człowieka, robi z niego
prawdziwego kundla. Rani Pooję... i rani Nishę. Żadnej z
dziewcząt nie przeprasza. Nakręciliśmy taką scenę, w
której odprowadzam Nishę na lotnisko i mówię jej
„Przepraszam”. Później postanowiliśmy ją usunąć, bo
zdaliśmy sobie sprawę, że Rahul nigdy nie przeprosiłby.
Jedną z moich ulubionych scen jest ta po przyjęciu,
kiedy Rahul wabi Pooję, żeby podeszła bliżej: „Paas, aur
paas...” Dla mnie jako aktora była to magiczna chwila.
Myślę, że dla Madhuri też, bo kiedy powiedziano nam, że
ujęcie się udało, przytuliliśmy się do siebie bardzo
mocno.
Madhuri to wspaniała partnerka. Ja jestem okropnym
tancerzem, a ona jest fantastyczna. Ale ile razy miałem
kłopoty z zatańczeniem moich kroków, ona udawała, że dla
niej też są one trudne i to dlatego tak długo trwa
kręcenie ujęcia. To jest najmilsze, co może zrobić
dziewczyna!
Dilwale Dulhania Le Jayenge
Raj naprawdę przypomina mnie. Zawsze świetnie się bawi,
nawet kiedy musi walczyć o swoją miłość. Nigdy nie traci
poczucia humoru i nadziei, nawet w najczarniejszych
momentach. Jest chłopakiem do naśladowania. Odmawia
ucieczki z dziewczyną, nawet kiedy jej matka błaga go,
żeby to zrobił. „Nie będę wykradał Simran. Jej ojciec mi
ją odda” – mówi jej. Nawet kiedy na stacji czeka na
pociąg, wciąż zapewnia ojca: „Ona przyjdzie”. I
przychodzi.
To mi przypomina czasy, kiedy romansowałem z Gauri.
Mieliśmy także masę rodzinnych problemów do rozwiązania.
Ale jak Raj, odmówiłem ucieczki z nią. I ostatecznie
mogłem zabrać moją pannę młodą z błogosławieństwem jej
rodziny.
Raj to chłopak, którego wszyscy kochają, ale nie robi to
z niego słabeusza. Jest łebski, rozsądny i świetnie się
bawi. Mój ojciec określał takich chłopaków słowem „harami”.
Ale Raj nie jest jakimś draniem czy łobuzem. Mój wujek,
Brahmachari, był identyczny. Raj zawala szkołę, unika
pracy w ojcowskiej firmie, rozbija się z przyjaciółmi,
pijąc piwo zdrowo po północy, a i tak kochają go i
dziewczyny, i ich rodziny. To typowy yuppie lat 90.
Wiem, że mój syn wyrośnie na takiego Raja, jeśli tylko
nie będzie brał narkotyków. Będzie się rozbijał
motocyklem, obleje egzaminy i w wieku lat 16 nie będzie
już prawiczkiem.
Zrobiłem z Raja trochę błazna, inaczej byłby takim
wzorcowym, mdląco dobrym chłopcem. A tak został
nieszkodliwym „harami”. W przeciwieństwie do Rahula,
nikogo nie rani, a jeśli czuje, że skrzywdził Mandirę,
jest mu przykro. Tutaj także nakręciliśmy scenę, w
której ją przeprasza, ale potem uznaliśmy, że zabrzmiało
to zbyt protekcjonalnie.
Raj ma naprawdę odważne serce. Mogę go sobie bez trudu
wyobrazić z Simran, starzejących się razem. Wciąż w
sobie zakochanych. Wciąż mających mnóstwo zabawy.
Pardes
Arjun to wzorcowy bohater pozytywny lat 60 i 70. Raczej
męczyłby się w latach 90. Jest zbyt święty, zbyt
prostolinijny. Arjun kapłan. Może dlatego tak trudno
jest mi się z nim identyfikować.
Jest inteligentny, ma bardzo jasno wytyczone cele i
kocha Gangę. Ale nie sądzę, żeby dobrze się razem
bawili. Pewnie będzie ją zabierał do kina, może do
parku, ale nigdy w życiu nie wyskoczy w nocy na piwo ani
nie będzie uśmiechał się do księżyca. Będą mieli
gromadkę dzieci, a on będzie wciąż siedział w studiu
nagraniowym i stanie się bardzo nudnym mężem. A w końcu,
kto wie, Ganga zmęczy się ciągłym czekaniem na niego i
odejdzie.
Raj jest ciągle chłopcem, Arjun to postać prawie
ojcowska. Różnicę między nimi widać najbardziej po
sposobie, w jaki traktują swoje dziewczyny. Dla Raja
Simran to przyjaciółka, z którą może się świetnie bawić.
Dla Arjuna Ganga jest małą dziewczynką, która mogłaby
być jego córką, którą chce otoczyć opieką, chronić przed
całym światem i jego złoczyńcami.
Sądzę, że różnica między Arjunem i Rajem wypływa z
faktu, że Arjun jest biedny, a Raj bogaty. Arjun nie
zawala egzaminów, bo wie, ze dla niego to jedyna szansa
na awans i wybicie się. On uczy się bardzo pilnie. I
przez całe życie będzie wdzięczny Amrishowi Puri za
wprowadzenie go do złotego miasta. Kocha Gangę i chce ją
poślubić. Ale kocha także Amrisha Puri i byłby równie
szczęśliwy, gdyby poślubiła ona jego syna, jeśli by to
miało uszczęśliwić Amrisha Puri.
Jest jedna scena, w której autentycznie lubię Arjuna,
kiedy na lotnisku Ganga uświadamia sobie, że on nie leci
z nimi do USA. „Opuszczasz mnie” – skarży się. Arjun
patrzy na nią przeciągle, a potem mówi cicho: „Nie” i
odchodzi.
Kiedy zaczynaliśmy zdjęcia, Arjun był całkiem inną
postacią. Był bardzo współczesnym, modnym tancerzem
break dance, z małym kucykiem. Amerykańskim yuppie z
sercem Hindusa. Był takim mężczyzną, że dziewczyna z
Agry, widząc go po raz pierwszy, mówi „Chhee...”.
Oczywiście potem okazuje się zupełnie inny. Prawie jak
Wielki Brat Ram. Wolałbym raczej być Lakhanem.
Yes Boss
Rahul z „Yes Boss”, mimo że się dużo uśmiecha i śpiewa
piosenki, jest bardzo smutną postacią. W jednym momencie
w filmie przyznaje, że to okoliczności zrobiły z niego „chidchida”.
Trudno jest być chłopakiem z klasy średniej, ciągle na
krawędzi, wciąż w rozdarciu pomiędzy różnymi wyborami.
Nawet pójście na randkę jest naznaczone napięciem. Gdyby
był „tapori” (drobny gangster – przypisek tłumacza) z
„Ram Jaane” albo „Rangeeli”, zabrałby dziewczynę do
McDonalda na frytki. Jeśli byłby Tatą albo Brilą (wielcy
indyjscy przemysłowcy – przypisek tłumacza), musiałby
tylko wybrać, czy iść do Zodiac Grill, czy Trattorii, i
zdecydować, czy zamówić wino, czy szampana. Ale Rahul
godzinami musi rozważać, czy mają pójść do kina, czy do
teatru. Zaprosić na lunch czy herbatę? A może lunch
będzie za drogi? W której restauracji? A może jednak
zamiast tego herbata i samosy? Może skończyć się to tak,
że w ogóle jej nigdzie nie zaprosi, a jeśli już, to
przez cały czas będzie tak spięty, że nie będzie miał z
tego żadnej przyjemności. Kiedy wciąż nie masz
pieniędzy, a bardzo starasz się nadążyć, to życie robi
jest naprawdę uciążliwe.
Rahul to mój najsmutniejszy bohater. Jest trochę jak
klaun – zabawny, ale smutny. Ani król, ani sługa. Ubogi
chłopak tak zaprzątnięty martwieniem się, czy będzie w
stanie dać dziewczynie dom i mercedesa, ze zapomni
poprosić ją o rękę. A może będzie zbyt przerażony, żeby
ją poprosić, bo nie jest dość zamożny, przystojny,
wykształcony. Niektórzy uważają, że on zachowuje się jak
sutener. Ja go tak nie postrzegam. Widzę w nim człowieka
stającego przed straszliwym wyborem – praca czy ukochana
dziewczyna? Ilu mężczyzn w jego sytuacji wybierze
dziewczynę?
Zawsze usiłuję sobie wyobrazić, co będzie z moim
bohaterem potem, kiedy film już się skończy. Widzę
Rahula w domu, gawędzącego z dzieckiem. „Wiesz, synu,
gdybym się nie ożenił z mamą, może miałbym teraz własną
agencję, a ona byłaby żoną milionera. Oczywiście dobrze
nam ze sobą, ale gdybyśmy mieli więcej pieniędzy,
posłałbym cię do Świętego Kolumbana, a nie do osiedlowej
podstawówki”.
Rahul Joshi może sobie pozwolić tylko na skuter, ale nie
przestaje marzyć o wożeniu ukochanej mercedesem. I wciąż
rozważa: „Czy ja dobrze wybrałem?”
Kabhi Haan Kabhi Naa
Sunil w jakiś sposób przypomina mi Gauri. Ona, podobnie
jak on, żyje w tęczowym świecie, świecie miłości i
śmiechu, nadziei i szczęścia...
Sunil to nieudacznik o złotym sercu. Przegrał wszystko,
ale nawet strata nie powodowała, że tracił serce. Babloo
też był nieudacznikiem, ale miał w sobie błysk takiej
twardej, ulicznej mądrości, która sprawiała, że na
koniec dostawał swoją Sonię. Raj miał w nosie szkołę,
bajerował ojca, który pozwolił mu jechać na wakacje
dookoła Europy, spotkał dziewczynę swych marzeń,
oczarował ją, podbił jej rodzinę i żył długo i
szczęśliwie. Sunil przegrał na całej linii nie dlatego,
że nie miał rozumu czy dlatego, że mu nie zależało, ale
dlatego, że był tak zajęty marzeniami o dziewczynie. I
nie zdobywał jej nawet w marzeniach. Nawet kiedy na
końcu filmu odchodzi z Juhi, nie jesteś przekonany, że
właśnie dostał drugą szansę na miłość. Może ona się w
nim zakocha, a może – i to bardziej prawdopodobne – na
końcu drogi czeka na nią przystojny narzeczony.
Sunil to ktoś, kto kocha być zakochanym, widzieć, że
inni są też zakochani. Ja jestem podobny. Pewnego ranka,
kiedy jechałem na zdjęcia, zatrzymałem samochód na
światłach. Zobaczyłam chłopaka czekającego na przystanku
autobusowym. Nagle w polu widzenia pojawiła się
dziewczyna, rozejrzała się niedbale, udała, że
przypadkiem go zauważyła i uśmiechnęła się. On
odpowiedział uśmiechem. To była śliczna, mała, niema
scenka. Było dla mnie ewidentne, że tych dwoje zna się
świetnie. Może czekał na nią na tym przystanku
codziennie? Może wsiadali do tego samego autobusu?
Musieli kryć się przed wścibskimi sąsiadami? Chciałem
wysiąść i powiedzieć im, żeby nie przejmowali się
innymi. „Oni się nie liczą. Cieszcie się tym, że
jesteście zakochani”.
Sunil był najbardziej utopijnym bohaterem, jakiego
kreowałem. Jestem pewien, że nigdy w życiu nie odniesie
sukcesu, a jednocześnie miłość pomoże mu przetrwać.
Wokół jest wielu Sunilów, takich trochę trampów a la
Charlie Chaplin. Właściwie moją inspiracją był jeden z
nich. Był tęgi, niezbyt przystojny, ale o złotym sercu.
Tacy ludzie nigdy nie wygrywają. Ale i nie przegrywają.
Baazigar
Vicky to psychopatą. Irracjonalny, nielogiczny,
nienormalny. Nie zabija dla kraju czy z powodu złego
systemu politycznego, nie z miłości czy dla zemsty, lecz
dla osobistego odwetu, który nikomu nie służy. Na
początku filmu widzimy smutną matkę i smutnego Vicky'ego.
Na końcu filmu widzimy jeszcze smutniejszą matkę i
umierającego Vicky'ego. I mamy tyle ludzkich istnień,
które zniszczył po drodze, bez żalu, z zimną krwią, bez
cienia współczucia. Bezlitośnie zabija młodą dziewczynę
i chłopaka. Spycha z dachu dziewczynę, która uciekła z
domu, żeby go poślubić, i odchodzi, nie poświęcając jej
ani jednego spojrzenia. Przeprowadza dziewczynę, którą
chyba kocha, od jednej traumy do drugiej, i umiera, nie
mówiąc „przepraszam” czy nawet „kocham cię”. Niszczy
także kobietę, dla której dokonał tej skomplikowanej
zemsty. Leżąc tam na końcu, a głową złożoną na podołku
wstrząśniętej matki, której pewnie lepiej byłoby
pozostać w jej własnym świecie, mówi z dziecinną skargą:
„Mamo, jestem zmęczony, pozwól mi zasnąć...”
Morderca z „Anjaam” był bardziej ludzki – zepsuty,
zazdrosny, trochę poszkodowany na umyśle, bogaty
chłopczyk. Morderca z „Darr” był jak Sunil –
nieudacznik, który swoją przegraną potraktował bardzo
osobiście i stał się groźny. Ale jego możesz zrozumieć,
możesz go omamić, żeby dał ci się zaprowadzić do
szpitala psychiatrycznego. Żałujesz go, współczujesz mu,
czujesz empatię. Zabójca z „Baazigar” jest chory i
nieludzki. Żyje we własnym świecie, według własnych
standardów, jest głupi i uparty. Jak słoń w sklepie z
porcelaną, niszczy wszystko i na koniec siebie samego.
To może być chłopak, który siedzi naprzeciwko ciebie w
autobusie i ani przez moment nie podejrzewasz, że
planuje coś, co sprawi, że to będzie twoja ostatnia
podróż... I jego też”.
Tłumaczenie: Mowilka
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"