Dilwale Dulhania Le Jayenge
autorka: Anupama Chopra British Film Institute 2002
Rozdział I
„Trzynaście za trzydzieści” , czyli fenomen DDLJ
„Trzynaście za trzydzieści trzynaście za trzydzieści
trzynaście za trzydzieści” i
na jednym oddechu. W ten duszny niedzielny poranek pod kinem
Maratha Mandir w Mumbaju mają upewnić się, że nikt nie
odejdzie stąd rozczarowany. Tablica o dostępności biletów
przypięta na balkonie oznajmia: ten seans jest wyprzedany.
Ale koniki pilnie powtarzają swoją formułkę, 13-rupiowy
bilet można wciąż dostać, za 30 rupii. Kiedy klient się
burzy, czmychają za róg, gdzie dalej prowadzą interesy.
Pięciu z nich, każdy z plikiem dziesięciu biletów w ręku,
kręci się w tłumie pod rozbieganym wzrokiem ich szefa,
Kundana. Tkwi w tym biznesie już trzy dekady i zna każdy
film.
Kino Maratha Mandir, otwarte 16 października 1958 roku, ma
tysiąc miejsc. Mieści się w muzułmańskiej dzielnicy w
południowo centralnym Mumbaju, gdzie nowoczesne wieżowce
stoją obok rozwalających się sklepów i fabryk. To, że koniki
tutaj się kręcą, to nic dziwnego. W kraju, który ma obsesję
na punkcie filmów, w którym blisko 11.962 kin zaspokaja
potrzeby 12 milionów ludzi dziennie, koniki są nie tyle
normą, co wręcz koniecznością. Jednym ze sposobów zmierzenia
sukcesu filmu jest cena biletów na czarnym rynku. 100
rupiowe bilety na filmy z wieloma gwiazdami w obsadzie mogą
sprzedawać się nawet z dziesięciokrotną przebitką (kiedy w
2001 roku odbyła się premiera blockbustera „Kabhi Kushi
Kabhi Gham”, pocztą pantoflową krążyła wiadomość, że na
czarnym rynku bilety osiągnęły cenę 1000 rupii – przypisek
Anupamy Chopry). Co jest najdziwniejsze to to, że nielegalni
sprzedawcy wciąż zarabiają na tym właśnie filmie. Czarny
rynek biletowy, podobnie jak wrzawa wokół filmu, kończy się
zwykle gwałtownie w kilka tygodni, a czasami dni po
premierze. Na większych przebojach koniki zarabiają przez
kilka miesięcy. Ale „Dilwale Dulhania Le Jayenge”
wyświetlany jest w kinie nieustannie od sześciu lat (dane z
roku ukazania się książki, czyli 2002, W marcu 2009 film
osiągnął rekord 700 tygodni na ekranie – przypisek
tłumacza). „To film pierwsza klasa” mówi Kundan ze zblazowaną
miną kogoś, kto był świadkiem klap tysięcy filmów, „dlatego
publika wciąż tu wraca.”
„Dilwale Dulhania Le Jayenge”, znany na świecie pod skrótem
DDLJ, jest najdłużej wyświetlanym filmem w historii kina
indyjskiego. Od premiery 20 października 1995 roku, film
pokazywano w setkach kin w całych Indiach i za granicą.
Emitowano go 12 razy w telewizji (od 1996 DDLJ jest
oficjalnie pokazywane w telewizji dwa razy do roku. A
ponieważ w Indiach piractwo szaleje, nie jest możliwe
wyliczenie nielegalnych projekcji w różnych telewizjach
kablowych i satelitarnych – przypisek A.Ch), jest dostępny
na video, w wersji VCD i DVD. Ale tłumy wciąż gromadzą się w
kinie. Prawie co tydzień odbywa się premiera nowego filmu, a
mimo to publiczność wiernie przybywa na DDLJ, żeby wziąć
udział w rodzinnej przyjemności.
Oglądanie DDLJ w Maratha Mandir to jak uczestnictwo w
zbiorowym karaoke, albo udział w znanej na pamięć sztuce
religijnej na wiejskim placu. W miarę rozwoju opowieści
publiczność śmieje się, mamrocze dialogi i śpiewa piosenki.
Raczej nikt nie ogląda filmu po raz pierwszy. Właściwie
niektórzy są tu po raz 15, 20, nawet 30. Kundan mówi, że
przychodzą „zabić czas”, spędzić parę miłych chwil za
niewielkie pieniądze, w klimatyzowanej sali, rozrywkowo.
Mówi, że zna takich, którzy przychodzą codziennie. „Nigdy
nie widziałem takiego wariactwa przy innym filmie.”
W 2001 DDLJ pobił rekord czasu wyświetlania filmu „Sholay
(1975), wcześniejszego bollywoodzkiego wzorca, który grano w
Mumbaju w kinie Minerwa przez pięć lat. W ciągu swojego
długiego żywota, DDLJ sprzedało również godną podziwu ilość
25 milionów kopii ścieżki dźwiękowej. HMV, firma, która go
wydała, podała oficjalną liczbę sprzedaży kaset – 12
milionów – a na pewno rozeszła się przynajmniej taka sama
liczba kaset pirackich. Dyrektor produkcji HMV, Harish
Dayani, ocenia, że co trzecie gospodarstwo domowe w Indiach
posiada soundtrack DDLJ. A chociaż cyfry dochodów w Indiach
są mocno niewiarygodne, ocenia się, że DDL zarobiło średnio
600 milionów rupii, co czyni z niego największy hit
wszechczasów. Wierni „regularni” widzowie DDLJ wchodzą do
kina nawet pół godziny po rozpoczęciu seansu, wychodzą kiedy
skończy się ulubiona scena, lub piosenka. Przyjemność nie
tkwi już w samej opowieści, lecz w opowiadaniu o niej.
DDLJ
jest romantycznym musicalem, co jeszcze nie wyróżnia go z
setek filmów produkowanych w Indiach. Indie mają największą
na świecie produkcję filmową, powstaje ich tam około 800
rocznie (jest to średnia. W 2001 powstało 1.013 filmów. Od
1931, roku powstania kina dźwiękowego, Indie wyprodukowały
ponad 67.000 filmów w 30 językach – przypisek A.Ch).
Najwięcej z nich, około 200, kręci się w Mumbaju. Przemysł
filmowy Bombaju, zwany popularnie Bollywood, jest centrum
kina w języku hindi. W Bollywood powstaje wielka
różnorodność spektakli, o rozpiętości od obrazów
wielkobudżetowych, z wieloma gwiazdami w obsadzie, do filmów
klasy C, robionych za śmiesznie małe pieniądze w 10-15 dni.
W każdej dowolnej chwili trwa praca nad około 250 filmami, a
prawie każdy z nich jest równocześnie historią miłosną i
musicalem.
To są kardynalne cechy kina bollywoodzkiego. Bez względu na
to, czy film jest thrillerem, filmem akcji, epopeją wojenną,
romansem dla nastolatków czy horrorem, bohaterowie na pewno
się zakochają i zaczną śpiewać. Historycy twierdzą, że ta
musicalowa forma wywodzi się z teatru indyjskiego: z
tradycyjnego wielkiego teatru klasycznego, teatru Parsów i
nautanki (ludowy teatr i forma dramatu, popularne zwłaszcza
w stanach Bihar i Uttar Pradesh – dopisek tłumacza) i teatru
ulicznego. Film hindi bez piosenek jest automatycznie
klasyfikowany jako artystyczny i przewidziany do popełnienia
samobójstwa kasowego. Piosenki filmowe, grywane na weselach,
podczas świąt, na przyjęciach i w nocnych klubach , stają się hymnami narodowymi. To one bardzo często decydują o tym,
czy film będzie hitem czy klapą.
Film bollywoodzki nieubłaganie miesza gatunki i style. Nagłe
zmiany lokalizacji, logiki, tonu i nastroju są naturalne i
nawiązują do tego, co radzą estetycy indyjscy: do
umiejętnego mieszania bhavas (nastrojów) i żonglowania
emocjami. Kiedy śpiewający bohater w połowie piosenki nagle
przenosi się z Mumbaju do Gstaad, widz się nie dziwi. Nacisk
kładzie się bowiem nie na realizm, w zachodnim znaczeniu
tego słowa, tylko na widowiskowość. Każdy film dostarcza w
różnych proporcjach romansu, dramatu, komedii, scen akcji i
muzyki, które tworzą wyrazistą mieszankę masala. Zawiera
również wystarczającą ilość zwrotów akcji, żeby widza
przykuć do fotela na trzy godziny (niektóre filmy są
dłuższe. „Mera Naam Joker” z 1970 trwał 4 godziny i 15
minut, „Mohabbatein” z 2000 – 3,36, „Lagaan” z 2001 – 3
godziny 42 minuty. Długość filmów bollywoodzkich sprawia, że
konieczna jest w nich przerwa – przypisek A.Ch). Bollywood
jest nade wszystko sztuką wyważania proporcji.
Socjolog Ashis Nandy pisze:
„Idealny popularny film powinien mieć wszystko – od klasyki
do ludowości, od subtelności do niedorzeczności, od skrajnej
nowoczesności, do nienaruszalnej tradycjonalności...
Przeciętny „normalny” film bombajski musi mieć, w
największym możliwym stopniu, wszystko dla każdego. Musi
wznieść się ponad miliardy lokalnych odcieni plemiennych, i
różnorodność indyjskich stylów życia, a nawet świat
zewnętrzny, który przenika do Indii.”
Bollywoodzki reżyser filmowy dąży do tego, żeby zdobyć
zarówno rolnika z Biharu, jak i urodzonego w Bostonie
amerykańskiego Hindusa w drugim pokoleniu. To jest zadanie
prawie niewykonalne (według środowiskowych raportów, roczny
stosunek sukcesów do porażek wynosi 20:80, w ostatnich
latach ta różnica jest o wiele większa – przypisek A.Ch)
Jednak
DDLJ zdołało tego dokonać. Akcja filmu jest prosta. Raj
Malhotra, dwudziestokilkulatek, jest zamożnym brytyjskim
Hindusem w drugim pokoleniu. Urodzony i wychowany w
Londynie, jest przebojowy, nie uznający autorytetów i
nieodparcie skłonny do flirtów. Ale pod tą cienką zawadiacką
powłoczką, kryje się nienagannie moralny Hindus o złotym
sercu. Osiemnastoletnia Simran Singh to żywiołowa, ale
bardzo tradycyjna dziewczyna z klasy średniej wychowana w
Southall (indyjska enklawa Londynu – przypisek tłumacza).
Ojciec Raja jest krzepkim, spolegliwym milionerem. Ojciec
Simran to surowy, patriarchalny właściciel sklepu. Raj i
Simran, którzy różnią się pod każdym względem, jadą wraz z
szanowanymi przyjaciółmi na miesięczną podróż po Europie
pociągami Eurail. Początkowo wciąż się kłócą, ale w końcu,
po spóźnieniu się na pociąg, awarii wynajętego samochodu i
jednej zimnej, pijanej nocy w Szwajcarii, zakochują się w
sobie. Problem w tym, że Simran nie jest wolna. Kiedy była
maleńka, została zaręczona Kuljeetowi, synowi najlepszego
przyjaciela ojca z Punjabu. Wkrótce wyjedzie do kraju, w
którym nigdy nie była, żeby poślubić mężczyznę, którego
nigdy nie widziała.
Kiedy Chaudhury Baldev Singh, ojciec Simran, podsłuchuje jej
rozmowę z matką, w której opowiada jej ona o swojej miłości,
w ciągu jednej nocy sprzedaje swój interes i wyprawia się z
rodziną do Punjabu. Ślub Simran ma się odbyć w ciągu
najbliższych tygodni. Baldev sądzi, że opanował sytuację,
jednak nie bierze pod uwagę nieustępliwości Raja. Raj jedzie
za Simran do Punjabu. Ale w przeciwieństwie do zakochanych
chłopaków z niezliczonych bollywoodzkich romansów, nie
ucieka z nią. Zamiast tego zostaje w jej wsi pod przykrywką
fałszywej tożsamości i zdobywa względy jej rodziny.
Ostatecznie po wylaniu wielu łez i niewielkim rozlewie krwi,
Raj zdobywa też Baldeva. Wbrew wszelkim przeciwnościom, Raj
jest pewien, że pewnego dnia poślubi Simran za zgodą jej
ojca, bo, jak obiecuje tytuł, tylko odważny zdobędzie pannę
młodą.
Kiedy debiutujący, zaledwie 23 – letni reżyser Aditya Chopra,
zapisywał tę opowieść odręcznie na kartkach papieru, nie
postało mu nawet w głowie, że właśnie tworzy historię. DDLJ
przeobraził konwencje filmu hindi i dodał im współczesnej
wrażliwości. Aditya wypełnił miliardy wymogów filmu
bollywoodzkiego, ale też poprowadził go z taką wprawą, że
powstał film ożywczo świeży. DDLJ stał się wyznacznikiem
stylu, wywołując lawinę naśladownictw. Reżyserzy kopiowali
jego schemat scenariuszowy i wszelkie chwyty przez całe lata
90, aż styl DDLJ ostatecznie sam stał się stereotypem.
Wraz z DDLJ, w światłach reflektorów pojawił się emigrant,
NRI (Non Residing Indian). Od dziesięcioleci reżyserzy
filmów hindi byli zafascynowani zagranicą. „Sangam” Raja
Kapoora (1964), był jednym w pierwszych filmów kręconych
poza Indiami. Ojciec Adityi, reżyser Yash Chopra, był jednym
z pionierów popularyzujących zagraniczne plenery. Część „Silsila”
(1981) nakręcił w tulipanowych ogrodach Holandii, wraz z
filmem „Faasle” (1985), przeniósł się do Szwajcarii. Yash
kręcił w Szwajcarii tak często, że jej rząd nadał mu status
oficjalnego gościa (Yash kręcił tak często w wiosce
Rossiniere, że miejscowe jezioro nazywa się nieoficjalnie
Jezioro Chopry – przypisek A.Ch.). Ale Yash, jak inni
filmowcy, traktował egzotyczne lokacje tylko jako śliczne
tło dla piosenek (z wyjątkiem „Lamkhe”, którego bohater był
NRI i większość drugiej połowy filmu kręcona była za granicą
– przypisek A.Ch). Bohaterowie opowieści raptem przenosili
się przez morza, żeby kochać i poruszać ustami w takt
piosenek, potem wracali do Indii.
NRI w filmie pokazywany był rzadko. A kiedy już się
pojawiał, to był z reguły rozpustnikiem, robiącym wszystko
to, czego urodzeni w Indiach nie powinni robić – mianowicie
pił, palił, uprawiał hazard i pożądał. W tych filmach Zachód
był równie groźny jak orientalny Wschód – uwodzicielski ale
zgubny dla duszy. Jednym z pierwszych filmów pokazujących
indyjską diasporę był „Purab aur Paschim” (Wschód i Zachód,
z 1970). Bohater nazywał się Bharat (jest to też nazwa Indii
w języku hindi), syn nieżyjącego już bojownika
niepodległościowego, który przyjeżdża do Londynu na studia.
Bharat nie pali, nie pije i nie gra w pokera i jest tak
pełen szacunku, że nawet do lokaja zwraca się dodając -ji
do jego imienia.
Zachód reprezentowany jest przez cały zestaw odrażających
bohaterów, którzy mają jasne włosy, inicjały zamiast imion
(czarny charakter, lubieżny hazardzista, każe mówić do
siebie O.P.) i żadnych moralnych zasad. Dzieci NRI są
pogubione i puszczone samopas. Syn jest hippisem, a córka
włóczącą się po nocnych klubach flądrą, noszącą mini,
popijającą i wypuszczająca kółeczka dymu prosto w kamerę.
Ale Bharat przemienia obydwoje w godnych szacunku,
szanujących tradycję, odzianych od stóp do głów obywateli.
Dość powiedzieć, że cała rodzina dobrowolnie porzuca
materialistyczny zachodni blichtr na rzecz prostszych, ale
moralnie wyższych rozkoszy Indii. Ostatnie ujęcie pokazuje
córkę wylewającą do zlewu butelkę whisky, podczas, kiedy jej
matka drze powrotne bilety lotnicze do Londynu.
DDLH
stawia bollywoodzkie stereotypy na głowie. Bohaterowie nie
są Hindusami przeniesionymi na chwilę zagranicę dla
odśpiewania piosenki, ale drugim pokoleniem NRI. I choć są
urodzeni i wychowani w Londynie, zarówno Raj jak i Simran,
są nienagannie moralni. Ich stroje może i są zgodne z
najnowszą modą (Raj właściwie nie wychodzi z kurtki Harleya
-Davidsona i dżinsów), ale ich system wartości jest
tradycyjnie indyjski. Właściwie DDLJ kończy z postacią
zepsutego zachodniego obwiesia. Najbardziej naganny bohater
filmu, szowinistyczny i obleśny narzeczony Simran, jest
czystej wody Punjabczykiem (Punjab to głównie rolniczy stan
na północy Indii. Punjabczycy są uważani za silnych,
zdrowych i bezpośrednich – przypisek A.Ch.). W filmie
pokazane są zagraniczne plenery, ale jako część opowieści, a
nie tło dla piosenek.
DDLJ odmienił także filmowy romans. W 1994 inny młody
reżyser, Sooraj Barjatya (sportretowany w OSO jako młodziak
zapisujący w kajeciku kwestię Oma „No sorry, no thank you...”
- przypisek tłumacza), stworzył nową historię box-office
filmem „Hum Aapke Hain Kaun” (szacunkowo zarobił on 700
milionów rupii w Indiach i jest jednym z najbardziej
kasowych w dziejach kina hindi – przypisek A.Ch). Film
koncentrował się wokół ślubu i był czystą celebracją
rozległej, zgodnej hinduskiej rodziny. DDLJ, który miał
premierę rok później, potwierdzał wartość rodziny i
istotność poświęcenia indywidualnych pragnień dla większego
dobra. Bunt i romans przestały być synonimami. Te filmy
wychwalały miłość, ale z rodzicielską aprobatą. A rodzina w
nich nie ograniczała się do rodziców, ale rozciągała się na
ciotki, wujków, kuzynów, dziadków, a nawet służbę i domowe
zwierzęta.
Modny, ale tradycyjny, w którym eleganckie wnętrza i markowe
stroje nie zaprzeczają wartościom rodzinnym, podsuwa
publiczności nowe konfiguracje. Lata 80 były czasem
schyłkowym dla kina hindi. Wraz z nadejściem kolorowej
telewizji w 1982 i ery video, klasa średnia zdecydowała się
na przeżywanie rozrywki w domu. Kina, uczęszczane głównie
przez mężczyzn z klas niższych, chyliły się ku upadkowi.
Filmowcy usiłowali odzyskać odpływającą publiczność
zwiększoną dawką przemocy i seksu, więc rodziny miały
jeszcze mniej powodów, żeby przychodzić do kina.
„Hum Aapke Hain Kaun” poprawił sytuację przemysłu filmowego.
Jego producenci zrezygnowali z równoczesnej premiery
kinowej i video, żeby zabezpieczyć się przed piractwem.
Film był wyświetlany tylko w wybranych kinach, a cenę
biletów podniesiono (w mumbajskim kinie Liberty ceny
skoczyły z 50 na 75 rupii w tygodniu do 100 w weekend –
przypisek A.Ch), co tylko rozpaliło ciekawość publiczności.
Niezliczone fotosy z filmu pokazywały uśmiechniętą rodzinę i
i tradycyjne hinduskie rytuały, co wskazywało na to, że „Hum
Aapke Hain Kaun” jest filmem, który cała rodzina może
wspólnie oglądać bez zażenowania. Widzowie klasy średniej
gromadnie wrócili do kin. Podobnie zrobiła młodzież. DDLJ,
podobnie poprowadzony, potwierdził, że „Hum Aapke Hain Kaun”
nie był strzałem w ciemno. Kina stały się świadkami 40
procentowego wzrostu widowni.
Narodowy Raport o Stanie Czytelnictwa z 1995 podawał, że
liczba osób przychodzących do kina częściej niż raz na
tydzień zwiększyła się z 3 procent w 1990 do 7 procent w
1995. „Hum Aapke Hain Kaun” wywołał precedens z podnoszeniem
cen biletów, DDLJ kontynuowało ten obyczaj, windując ceny
nawet do 150 rupii w wybranych kinach. Oglądalność skakała
pod niebo. Komal Nehta, wydawca branżowego ekonomicznego
czasopisma „Film Information”, ocenia, że od roku 1994 do
1995 przemysł filmowy hindi zwiększył się o 300 procent.
Eksperci uważają, że o tym wzroście zdecydowali przede
wszystkim młodzi ludzie, zwłaszcza z ośrodków miejskich.
Jeden z weteranów dystrybucji, Ramesh Sippy z Mumbaju
ocenia, że prawie 60% publiczności stanowiła młodzież, co
można porównać do 30% w 1980. Chodzenie na filmy hindi nie
było już poniżej godności. Uczniowie ekskluzywnych szkół i
college'ow, dawniej zapatrzeni w Hollywood, teraz
identyfikowali się z nowym pokoleniem bohaterów, takich jak
Shah Rukh Khan, Salman Khan, Aamir Khan.
DDLJ
przyczyniło się też do rozwoju rynku bollywoodzkiego za
granicą. Filmy hindi mają za granicą ogromną publiczność, na
którą składa się głównie około 20 milionów indyjskich
emigrantów. Rynki dystrybucyjne dzielą się na cztery
podstawowe obszary – Stany Zjednoczone i Kanadę, Wielką
Brytanię i Europę, kraje Zatoki Perskiej i rynki mniejsze,
jak Fidżi, RPA, Singapur, Sri Lanka. DDLJ zarobiło ponad
pięć milionów dolarów na całym świecie, stając się jednym z
największych hitów wszechczasów na rynkach zagranicznych.
Indyjska diaspora po prostu nie mogła się nim nasycić.
Pierwsze pokolenie NRI identyfikowało się z Chaudrym
Baldevem Singhiem, surowym ojcem, który tęskni za ojczyzną,
a ich dzieci widziały swoje odbicie w Raju i Simran. DDLJ
odzwierciedlało, choć w różowych barwach, ich życie i
konflikty.
W kinie Naz w San Francisco, tylko w pierwszym tygodniu
wyświetlania film zobaczyło 11.000 ludzi. Pierwszego dnia
pojawiło się 1000 chętnych na miejsca w sali kinowej, która
ich 720. Właściciel, Shiraz Jiwani, nie miał wyjścia,
zorganizował drugi pokaz o 1 w nocy; obejrzało go 680 osób.
Przez trzy tygodnie Shiraz grał film przez całą dobę na
okrągło, od pierwszego seansu o 5.00. Seanse nocne też miały
widzów. Shiraz zarobił na filmie 200.000 dolarów. W Wielkiej
Brytanii DDLJ był wyświetlany przez ponad rok, dając zyski
2,5 miliona funtów. Choć bilety kosztowały 10 funtów, kina
były pełne . Nawet powtórne seanse gromadziły dużą liczbę
widzów.
Sukces DDLJ sprawił, że rynki zagraniczne stały się bardzo
ważne dla indyjskich filmowców. O ile w 1980 roku film klasy
A, z znanymi gwiazdami w obsadzie przynosił 1,5 do 2
milionów rupii, to o dekadę później ceny za sprzedaż praw do
wyświetlania za granicą skoczyły do 90 i 100 milionów rupii.
Reżyserzy zaczęli tworzyć filmy przeznaczone głównie dla
publiczności z ośrodków miejskich i NRI – romantyczne
opowieści z gwiazdami, rytmiczną muzyką, bogatą oprawą i
minimum akcji. W 1997, za namową Adityi, Yash Chopra
otworzył biuro w Wielkiej Brytanii. W 1998 podobne biuro w
USA rozpoczęło swą działalność od rozpowszechniania filmu „Kuch
Kuch Hota Hai”, w reżyserii Karana Johara, bliskiego
przyjaciela i asystenta Adityi przy DDLJ, który pobił rekord
DDLJ i zarobił ponad siedem milionów dolarów na całym
świecie.
DDLJ był naśladowany bez końca zarówno w kinie, jak
telewizji. Jednak żaden z jego klonów nie powtórzył
oszałamiającego sukcesu. 29 marca 2002 billboardy w całych
Indiach zapowiadały premierę romansu „Kitne Door Kitne Paas”,
o dwóch NRI z Ameryki, którzy przyjeżdżają do Inddi, żeby
poślubić narzeczone, których nie widzieli na oczy. Krytycy
rozerwali na strzępy tego kolejnego naśladowca DDLJ, a tym
razem i publiczność kręciła nosem. A w tym samym czasie DDLJ
świętował 337 tydzień nieustannego wyświetlania. Interes
Kundana, szefa koników kwitnie, a on sam oznajmia z wielką
pewnością „Ten film będą grać jeszcze przez sześć lat.”
Tłumaczenie: Mowilka
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"
>> przeczytaj o filmie w dziale
filmografia
>> zobacz galerię zdjęć z filmu