w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

   - Asoka

   - Devdas

   - Dil Se  

   - Dilwale Dulhania Le Jayenge

   - Don

   - Koyla

   - My Name is Khan

   - Om Shanti Om

   - Paheli

   - Rab Ne Bana Di Jodi

   - Swades

   - Veer Zaara

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Devdas. Analiza krytyczna.

Źródło: http://www.oocities.org/mamavatu/devdas1.html.tmp
Tytuł oryginalny: 'Devdas – a Critical Analisys'
Autor: Kabhir Ahamed


Nazwanie “Devdasa” „współczesnym arcydziełem” to nie wyczerpuje tematu. Wolę termin “przyszły klasyk.” Czy film takiej świetności przetrwa próbę czasu, o tym zadecydują widzowie za dwadzieścia lat. Jednak przez następne lata “Devdas” be trudu zarezerwuje sobie miejsce w historii kina jako z pewnością najbardziej olśniewający wizualnie film, jaki indyjska branża filmowa wyprodukowała w ciągu ostatnich trzydziestu lat, a ja podejrzewam, że film ten będzie punktem odniesienia w szkołach filmowych na świecie, obok 'Pakeezah', 'Mughal-E-Azam' i 'Umrao Jaan'.
Jednakże rozprawianie o miejscu tego dzieła w w księgach rekordów nie oznacza, że film nie ma słabych miejsc. Jak mógłby obraz, tak bezwstydnie wykorzystujący wszystkie typowe schematy kina hindi, pożytkuje koloru w ilościach hurtowych, i pyszni się gwiazdorską obsadą, która wygląda, jakby właśnie zeszła z wybiegu dla modeli, oczekiwać, że zostanie potraktowany serio? Z pewnością reżyser Sanjay Leela Bhansali nie zrobił tego filmu dla idiotów i dwupajsowców bez śladu gustu. Ale nie nakręcił go też z przeznaczeniem dla poważnej publiczności filmów artystycznych. Podejrzewam, że reżyser chciał znał znaleźć coś pośredniego dla swojego kręgu widzów. Pod tym względem „Devdas” bez trudu osiąga wyjątkowy poziom, na którym film nie musi mieć publiczności docelowej, aby odnieść sukces. Są w nim jednocześnie i bezwstydnie komercyjna pozłota i intelektualne, awangardowe dialogi, zwykle jedno po drugim, bardzo często w jednym ujęciu. Użycie w stosunku do reżysera słowa „geniusz” byłoby dość dyskusyjne, ale Bhansali udowadnia, że nie jest głupcem z kamerą i bezsensownym scenariuszem, zwłaszcza, gdy rozważymy interakcje pomiędzy trójką głównych bohaterów.
“Devdas” często jest nazywany najsłynniejszą indyjską historią miłosną. W kraju, w którym kino sprowadzono współcześnie do groteskowego doświadczenia, gwarantującego happy end dla każdego, opowieść taka jak ta może grozić rzuceniem fatum nie tylko na twórców, ale i na całą branżę, w której bardzo poważnie podchodzi się do zadania tworzenia iluzji radości i wiecznego szczęścia. Kino indyjskie stopniowo zmieniane jest w narzędzie, którego jedynym celem jest „podnieść widza na duchu” i przenieść go do świata, w którym nie istnieje wieczny smutek, czy bieda. W kraju, w którym większość populacji żyje poniżej granicy możliwości, taki cel ze strony przemysłu filmowego jest owszem, chwalebny. Ale ostatnio słodkie, naiwne historie miłosne wypuszczane z Bollywood sprawiły, że zakres gustu publiczności zmienił się dramatycznie. Dla widzów, którzy kiedyś uwielbiali tak duchową i głęboką strawę jak „Shree 420” Raja Kapoora, kino mainstreamowe jest teraz niczym innym, jak historiami o właścicielach wielkich korporacji, którzy żyją za granicą i noszą markowe zachodnie ubrania. Ostatnich kilka mega-hitów z kilku lat, a zwłaszcza 'Kabhi Khushi Kabhie Gham' i 'Kuch Kuch Hota Hai' były bezlitosne w promowaniu zachodniej odzieży i kultury i już wydawało się, że prawdziwe indyjskie wartości i sztuka filmowa odeszły na zawsze. To dlatego nowa wersja „Devdasa” jest i aktualna i konieczna. W kraju, który lawinowo doświadcza kryzysu tożsamości, klasyczna indyjska opowieść może wzbudzić nową falę w sposób, w jaki robi się filmy w Indiach, a co najważniejsze, w jaki opowiada się historie.
W przeciwieństwie do braci – filmowców: Karana Johara i Adityi Chopry, reżyser Sanjay Leela Bhansali ma na koncie niezwykle bogaty dorobek. Jego pierwszy film, poetycki utwór zatytułowany „Khamoshi” („Cisza”) stał się natychmiastową klapą w Indiach, w których ludzie nie byli zbyt zainteresowani historią młodej dziewczyny, która wyśpiewuje sobie drogę do serc głuchoniemych (dosłownie) rodziców. Jednak już w tym pierwszym filmie widać było przebłyski geniuszu, który wydobył z olśniewającej w jej roli nepalskiej aktorki Manishy Koirali i wykorzystał także nieźle mniej utalentowanego Salmana Khana. Jednak jego drugi film, 'Hum Dil de Chuke Sanam' krytycy albo kochali albo nienawidzili. I zaiste, było go za co nienawidzić. Choć oznaczył on wstąpienie modelki Aishwaryi Rai na tron panującej królowej Królestwa Bollywood, to także złożył całe najgorsze, tandetne indyjskie filmotwórstwo w trzy nieznośne godziny.
Ale jest w nim również co kochać – nikt nie może zakwestionować reżyserskiego użycia koloru czy wartości ścieżki dźwiękowej z tego filmu, jednak fakt, że reżyser przyjął za pewnik, że jego widzowie są opóźnieni umysłowo, nie pomógł. Najlepiej z całego filmu pamiętam próbę podsunięcia nam Węgier jako Włoch (podejrzewam, że zrobiono to że względów budżetowych), mimo, że wszyscy ci ekranowi „Włosi” mówili z silnym węgierskim akcentem. Byliśmy także oprowadzeni po zabytkach Budapesztu, a para głównych bohaterów dołączyła nawet do grupy tańczącej węgierskie tańce, żeby wykonać czardasza, ale reżyser nie przestawał twierdzić, że jesteśmy we Włoszech.
'Hum dil de chuke sanam' oznaczało także powrót do (pewnego rodzaju) tradycyjnych indyjskich wartości, kiedy główna bohaterka jest zmuszona wybierać między mężem, a ukochanym. Nie jest tajemnicą, że robi „właściwą rzecz,” ale nie było to wcale takie oczywiste, kiedy weźmie się pod uwagę nastroje społeczne subkontynentu w tamtej chwili.
Mimo takich wątpliwych referencji, jestem gotowy przyznać po obejrzeniu jego trzeciego filmu, że reżyser odkupił swoje winy.
"Devdas" opowiada historię Devdasa Mukherjee (Shah Rukh Khan), który wraca z Londynu do domu w Kalkucie. Powieść napisana na początku wieku nie mówiła w ogóle o Londynie, ale przypuszczam, że motyw ten został dodany do linii narracyjnej, żeby przydać głównemu bohaterowi więcej wyrafinowania, a także, żeby od razu określić go jako „outsidera” bez mówienia tego wprost. Oryginalna historia jest raczej prosta – Devdas chce poślubić ukochaną z dzieciństwa, a choć rodzina dziewczyny nie ma z tym żadnego problemu, jego własna rodzina ewidentnie ma. Cichy i raczej łagodny Devdas musi patrzeć jak jego jedyna miłość poślubia kogo innego a my przez resztę opowieści patrzymy, jak Devdas zapija się na śmierć.
Założenie jest takie, że Devdas i Parvati to bratnie dusze, którym nie dane jest być razem. Dość powiedzieć, że jest to przede wszystkim nawiązanie w prostej linii do tradycyjnego indyjskiej podania o Raddzie i Krishnie (oboje, Radha i Krishna, byli poślubieni komu innemu, ale nie przestali się kochać aż do śmierci), ale tragiczne historie miłosne zawsze się sprawdzają, jeśli są opowiedziane jak należy, nic więc dziwnego, że i do tej powraca się często na ekranie i scenie. I choć jest to indyjska odmiana „Romea i Julii,” to jest w jakiś sposób bardziej rozdzierająca i rzeczywista niż szekspirowska saga.
Oglądając pierwszych kilka minut “Devdasa” miałem wątpliwości, czy film przerodzi się w wielką epicką opowieść, co się ostatecznie stało. Bhansali po mistrzowsku prowadzi opowieść, ale jego przesadna interpretacja pewnych postaci jest okropna. Film zaczyna się od sceny, w której Kaushalyi (Smita Jaykar), matka Devadasa, cieszy się z wiadomości, że jej syn wraca z Londynu. Jest to chyba pięć najgorzej pomyślanych minut w całym filmie, trudno jest ustalić, czy reżyser w tej scenie robi sobie żarty z kiczowatych postaci matek, czy kręci to z prawdziwą powagą. Kaushalya jest oddaną matką, a jej najlepszą przyjaciółką jest sąsiadka z naprzeciwka, Sumitra (Kiron Kher), która jest równocześnie matką ukochanej Devdasa z dzieciństwa, Paro (przepiękna Aishwarya Rai). Obie matki czczą powrót syna 'shondeshem,' a Sumitra biegnie do domu, żeby powiedzieć Paro, że Devdas wraca. Poznajemy również obowiązkową „złą synową,” graną przez Ananyę, która nie ma do roboty nic poza staniem z boku, unoszeniem brwi i wypowiadaniem mściwych uwag. Na szczęście porcja „zła” w filmie na tym się kończy. To, co następuje potem, to kinematograficzna poezja, przenosząca w lata 60, kiedy to na ekranie królowały Madhubala i Meena Kumari i ich olśniewające role.
Paro (Aishwarya Rai) stoi przy oknie, kiedy matka pojawia się niosąc dobre wieści. Nie może wręcz w nie uwierzyć, ale kiedy to do niej dociera, odchodzi od zmysłów ze szczęścia. Centralnym obiektem tej części jest „diya” (lampa), której płomień Paro podtrzymuje od kiedy Devdas opuścił brzegi Indii. Strzegła jej odtąd, nie pozwalając jej zgasnąć ani na chwilę, a wiadomość o jego powrocie ponagla ja do zaśpiewania.
Piosenka ta, 'Silsila ye chaahat ka', jako pierwszy muzyczny utwór filmu, jest bardzo ważna, jako, że służy jako zapowiedź całej ścieżki dźwiękowej. Paro dostaje wiadomość nocą, a płonące lampy wprowadzają odpowiedni klimat dla pierwszych wersów pieśni, śpiewanych przez służące Paro. Twarz Aishwaryi Rai oglądamy poprzez światło lampy, a od chwili, gdy wychodzi ona na scenę, „Devdas” cały należy do niej. Każdy, kto miał choćby cień wątpliwości co do ekranowej obecności Aishwaryi niemieje w trakcie trwania piosenki, kiedy Paro i jej tancerki przemykają w dół po schodach i biegną poprzez korytarze jej pięknej posiadłości w stylu starej Kalkuty. Tematem piosenki jest to, że Paro podtrzymywała płonące światło „przez wszystkie lata,” dosłownie i symbolicznie, a piosenka wymaga, żeby lampa płonęła przez cały czas jej trwania, nawet w najtrudniejszych okolicznościach. Widzimy Paro biegnącą pod wiatr, moknącą w deszczu i wirującą w takt skomplikowanych figur tanecznych, ale lampa nie gaśnie. Podczas, gdy ten pomysł może niektórym wydać się zbyt dosłowny, to jednak wykonany jest przepięknie. Kiedy się kończy, pragniemy więcej.
Wszystko to poprzedza właściwe spotkanie dwojga głównych bohaterów, które jest tak niezręczne, jak można się było spodziewać. Paro i Devadas mają w tej scenie jedne z najpiękniejszych kwestii, a nasza uwaga kieruje się w stronę kiepsko przetłumaczonych na angielski napisów u dołu ekranu. Scenariusz jest mieszanką hindi, urdu i bengalskich kolokwializmów i niuansów, a bogata tkanka tekstu jest rezultatem tego zamieszania. Wydaje się jednak, że Bhansali chce w tym momencie koniecznie pokazać, jakie są korzenie tej opowieści. To historia z Bengalu, bez wątpienia, ale skoro film jest w hindi, nikt nie spodziewa się, że obsada zacznie nagle mówić po bengalsku, żeby zadowolić regionalną publiczność, lub ewentualnych krytyków. Kiedy kolejna osoba oferuje po raz któryś z rzędu następny „sondesh,” masz ochotę rzucić butelką w ekran, ale śliczna twarz Paro jest zawsze na podorędziu, żeby pohamować wszelkie gwałtowne ruchy, jakie możesz mieć. Dev i Paro bez wątpienia wyglądają jak przeklęci przez los kochankowie i tak, między aktorami jest niewątpliwa chemia. Choć wydaje się, że Aishwarya po prostu powtarza swą rolę z 'Hum dil de chuke sanam,' w którym przez całą drugą część wyglądała, jakby została walnięta ciężką belką, to ta rola wymaga od niej więcej ekspresji i cichej mowy oczu i rzeczywiście, to ona prawdziwie się tutaj wyróżnia.
W tym momencie filmu na plan pierwszy wychodzi zdecydowanie Kiron Kher. Jako Sumitra, matka Paro obdarzona silną wolą, jest kobietą, która jest zdecydowana wspierać marzenia córki o wżenieniu się w znakomitą rodzinę. Jako aktorka teatralna, Kiron wnosi do filmu swój aktorski kunszt i to ona wypada najlepiej z całej obsady drugoplanowej. Ona także piastuje marzenia o zostaniu teściową Devdasa, ale nie ma pojęcia, jak niskie mniemanie mają o niej jej sąsiedzi. Przeszłość Sumitry, tancerki, oznacza, że choć może ona przyjaźnić się z członkiniami klasy wyższej, to nie może marzyć o wyniesieniu się do ich statusu. W miarę jak rozwija się akcja, obserwujemy radosne igraszki Paro i Devdasa podczas piosenki „Bairi Piya,” która rozgrywa się pod księżycowym niebem pokazując tę parę drażniącą się i flirtującą że sobą.
Sprawy wydają się przybierać dobry obrót, kiedy ma miejsce pierwsza pełna napięcia scena. Sumitra zostaje zaproszona na przyjęcie urządzane przez rodzinę Devdasa, podczas której, jak ma nadzieję, otrzyma oficjalne potwierdzenie akceptacji jej córki jako przyszłej synowej. Jest także zaproszona do wykonania tańca i tutaj następuje czas na wspaniałą piosenkę 'Morey Piya.' Zobrazowanie tej pieśni jest nadzwyczajne z dwóch powodów – po pierwsze Kiron Kher tańczy jak burza w bogato zdobionej dekoracji pokazującej przepych dawnej Kalkuty, z drugiej, Paro i Devdas romansują w scenerii nocnego brzegu rzeki. Powraca tutaj temat Radhy i Krishny, zarówno w słowach piosenki, jak w kostiumach. Paro balansuje dzbanem na głowie nad brzegiem rzeki, a Devdas próbuje uwieść ją, gdy ona przybiera skomplikowane tantryczne pozy. Mamy pisma wedyjskie i romantyczność wcielone w życie, a zmysłowość sceny niesiona jest przez autentyczną chemię, jaka panuje między tą dwójką. Jednak reżyser bardzo starannie tonuje to, co widzimy. Choć Paro i Devdas dzielą intensywną fizyczną więź, nie zauważamy, aby to poszło dalej, poza uścisk czy wymuszone objęcie. Sposób, w jaki kończy się piosenka, z kochankami splecionymi w objęciach na brzegu rzeki (kolejna niesamowita robota operatorska), sugeruje, że stało się coś więcej, niż widzieliśmy, lub może to ja wyczytuję z tego za dużo. Niemniej jednak, gdyby Devdas i Paro skonsumowali swój związek na tym etapie, obraz nadchodzących wydarzeń byłby o wiele czarniejszy, jako że uczyniłby traumę ich nadchodzącego rozstania jeszcze trudniejszą do zniesienia. Po drugiej stronie rzeki Sumitra w końcu zostaje sprowadzona na ziemię, kiedy Kaushalya publicznie ją upokarza i mówi jej, żeby wydała swoją córkę za kogo innego.
Paro nie wydaje się szczególnie zmartwiona, gdy dowiaduje się, że rodzice Devdasa odrzucili ją. Zdaje się być pewna, że Devdas przyjdzie jej z pomocą. I mówi o nim, jakby już był jej mężem. “Jak możesz prosić o coś, co już jest twoje?” mówi przyjaciółce. Wspaniałe w filmie jest to, że oboje, Paro i Devdas uważają, że są już sobie poślubieni w każdym sensie, oprócz prawnego. To każe nam jeszcze mocniej być po ich stronie, gdyby sprawy zaczęły układać się źle (i tak się układają), skoro szkicują swoje role z taką klarownością i przekonaniem – trudno jest nie lubić ich, nie współczuć im.
Kiedy Sumitra pospiesznie angażuje małżeństwo Paro z starszawym arystokratą, Paro nie wydaje się buntować - pewna, że wszystko ułoży się po jej myśli. Jednak, kiedy nie ma od niego żadnego znaku życia, wymyka się w nocy, żeby odwiedzić go w jego pokoju – krok, który wywołuje serię niefortunnych zdarzeń.
Ojciec Devdasa obraża ją, zastając w pokoju syna, a Devdas skonfrontowany z rodziną uświadamia sobie w końcu, że nikt z nich nie pozwoli mu jej mieć. Wściekły, wychodzi z domu, żeby zdobyć trochę przestrzeni. Jednak Paro i jej matka, upokorzone ponad miarę (w ich odczuciu), stwierdzają, że Devdas tak naprawdę nie kocha Paro, a ona niechętnie godzi się na ślub z wybranym przez matkę kandydatem. Opowieść w tym momencie robi bardzo ciekawa, z wielu powodów. Po pierwsze – Devdas nie jest tu pokazany jako „młody gniewny” (choć w starciu z ojcem jest raczej gwałtowny), ale raczej jako słaby mięczak, który chce „uciec od tego wszystkiego.” Shah Rukh Khan bardzo uważnie gra tę kwestię. Choć jako słabeusz mógłby stracić sympatię widzów, Devdas Khana jest miękki, ale sympatyczny. Zresztą to bardziej wiarygodne i realistyczne, kiedy mężczyzna woli raczej być sobą, niż iść utartym bollywoodzkim szlakiem i grać furię. To jest też etap filmu,w którym Paro dojrzewa wewnętrznie. Kiedy Devdas powraca do niej kilka dni później, jest ona w nastroju do zemsty, choć widzimy, że nadal kocha go do szaleństwa.
Devdas oskarża ją, że jest zbyt próżna, kiedy mówi, że będzie w końcu miała własny majątek, kiedy wżeni się w bogatą rodzinę i że teraz będzie stała obok niego „jak równa z równym.” „Nawet księżyc nie jest tak próżny jak ty,” on mówi do niej, na co ona odpowiada, „Ach tak, ale księżyc ma blizny, jakże śmiałby być próżny?” (mówi oczywiście o pooranej kraterami powierzchni księżyca). Devdas popełnia w tym momencie jedyny akt przemocy, fizycznie atakuje Paro, czego skutkiem jest rana na jej czole. „Już nie będziesz próżna,” mówi jej, choć widać, że bardzo żałuje swojego czynu. Wygląda na to, że Devdas chce, żeby Paro zawsze była „naznaczona nim,” a jeśli to rzeczywiście wytłumaczenie dla tego, co zrobił, to wyobrażam sobie, że może to z pewnością wyjaśnić wiele przypadków domowej przemocy. Ale sadomasochistyczne wątki na bok, ta scena świetnie wypada, szczególnie, że prowadzi ku urzekającej balladzie 'Hamesha Tumko Chaaha' (“Zawsze cię pragnęłam”), przejmującej opowieści, podczas której Paro zostaje wydana za mąż za swojego starszego adoratora, a Devdas czynnie ją mu „oddaje.” W kinie, kiedy oglądałem film, słyszałem jak mężczyźni i kobiety płakali – niektórzy otwarcie szlochając – podczas tej sceny. To jedna z mistrzowskich sekwencji tego filmu, a pokazuje także, że w „Devdasie,” w przeciwieństwie do wielu innych filmów hindi ,piosenki są nieodłączne od filmu. Każda z nich jest niezwykle ważna dla opowieści, a ja nie umiem wyobrazić sobie filmu tego rodzaju bez takiej właśnie ścieżki dźwiękowej.
Kiedy Paro wychodzi za mąż, Devdas zmienia się na gorsze. Natychmiast zaczyna wyglądać na wynędzniałego i mizernego, nawet odrobinę szczuplejszego. Kiedy zamyka się w pokoju i zaczyna podpalać sprzęty, rodzina z przerażeniem uświadamia sobie, że odmawiając mu Paro, sprowadzili go na ścieżkę samozagłady. Rodzina Devdasa nigdy nie jest pokazana jako naprawdę kochająca swojego syna. U tych ludzi wszystko, jak to bywa w większości wielopokoleniowych rodzin w Indiach, opiera się na pozycji, prestiżu „dobrym imieniu rodziny.” W roku 1917 to ewidentnie znaczyło więcej niż dziś. Jednak Devdas, także nie jest raczej kochankiem na dobre i złe. Spotyka Chunnilala (Jackie Shroff), arystokratę, który przesiaduje w domu uciech pięknej kurtyzany i tancerki z dzielnicy czerwonych latarni w Kalkucie. Chunnilal, trzeba to powiedzieć, kocha najbardziej na świecie dwie rzeczy: kobiety i alkohol i nie tracąc czasu zaznajamia Devdasa z obiema.
Od tego momentu „Devdas” zaczyna naprawdę stawać się magnum opus o rozmiarach epickich. Jeśli myślicie, że tańce Madhubali w witrażowych salach dawnych Indii z „Mughal-E-Azam” zapierały dech, przygotujcie się na pełną przepychu kryjówkę Chandramukhi (Madhuri Dixit), kurtyzany znanej jako jedna z najpiękniejszych i najinteligentniejszych uwodzicielek w mieście. Jej okazały dom, ozdobiony autentycznymi lustrzanymi klejnotami z ubiegłego wieku, wypełniony najkosztowniej wyglądającymi błyskotkami i wisiorkami, jest bez wątpienia najbardziej oszałamiającą wizualnie scenografią bollywoodzką po dziś dzień.
Chandramukhi gra rolę „tej trzeciej” w tej romantycznej historii – kobieta, która z racji wyboru profesji musi zrezygnować z marzeń o miłości i ślubie, a której jedynym zajęciem jest tańczenie dla rozrywki mężczyzn, którzy płacą za jej usługi. Jednak to ona jest najbardziej duchową i rzucającą wyzwanie światu postacią całego filmu. Choć Madhuri Dixit ma może mniej czasu ekranowego, to i tak jest jednoosobowa potęgą, przesycając dosłownie każdy kadr klasą i wyrafinowaniem. Widzimy ją, kiedy suszy włosy po kąpieli – i jest przedstawiona Devdasowi, otwarcie zażenowanemu wizytą w domu kurtyzany. Widzimy w tej scenie wiele zahamowań Devdasa. Jest on raczej surowy i wiktoriański w poglądach na moralność (w końcu wychował się w brytyjskiej szkole prawniczej) i nie zawaha się odkreślić Chandramuki i jej zawodu jako „wstrętne i złe,” Jednak nie przeszkadza mu to zasiąść w czasie jej pokazu tego wieczoru, bo, jak każdy zgromadzony w wielkiej sali, jest zbyt obezwładniony przez jej piękno i czar. Następująca teraz pieśń, 'Kaahe Chhed Mohe' jest zdecydowanie najbardziej klasycznym utworem z całej ścieżki dźwiękowej, a także ma najbardziej wyrafinowanym choreografią. Jest ona również znakiem nowej epoki w Bollywood, bo jeśli w przyszłości ktokolwiek będzie chciał pokazać na ekranie klasyczny „kawałek” zawsze będzie musiał użyć tego utworu jako wzorca, bo upłynie wiele lat, zanim znajdziemy coś, co można będzie nazwać równym temu utworowi. Pandit Birju Maharaj, który skomponował ten utwór i ułożył do niego choreografię, włożył całego siebie w dzieło przekształcenia Madhuri Dixit w natychmiastową ikonę (nie, żeby już nią nie była). Mówiono, że suknia Madhuri ważyła prawie trzydzieści kilogramów, a ciężkie zari i haft przewyższa o niebo każdy inny kostium z tego filmu. Może i suknia jest centralnym punktem tej piosenki, ale to mocno stylizowany taniec przykuwa uwagę i budzi zachwyt. W pewnym momencie grupa tancerek gromadzi się w sposób przypominający wirujących derwiszów, podczas gdy kamera filmuje tę scenę spod sufitu. To sztuka filmowa w jej najlepszej formie, a Bhansali bez trudu przewyższa Maniego Ratnama w tej formie sztuki, przynajmniej w tej części filmu.
Jedyny problem, jaki mam z opowieścią od tego momentu jest taki, że postaci nie rozwijają się tak dobrze, jak można się było spodziewać. Momentami wydaje się, jakby reżyser przenosił po prostu mechanicznie książkę na ekran. Jednak z drugiej strony scenariusz niemal przechodzi sam siebie w sposobie, w jaki trafia prostu do serca widza. Chandramukhi wygląda na ognistą kobietę, która wybrała sobie trudny sposób zarabiania na życie i bycia osądzaną, ale to, jak zakochuje się w Devdasie od pierwszego wejrzenia, wydaje się być trochę wymuszone i sztuczne. Oczywiście, może być tak, że dla kobiety, która dzień w dzień spotyka tylko nudnych starców, dla których co noc tańczy, Devdas i jego urok jest jak łyk świeżego powietrza, ale jaka nie byłaby przyczyna, wydaje się, że dała się oczarować zbyt łatwo. Lecz to dość mała usterka, my poznajemy Milinda Gunaji, który gra jednego z wielbicieli Chandramukhi. Okazuje się, że jest on też mężem pasierbicy Paro (jako, że Paro nieświadomie poślubiła wdowca mającego troje dzieci). Jest on wściekły widząc jak Chandramukhi traci głowę dla Devdasa i kiedy ona wyraża swoje zaloty piosenką 'Maar Daala' (“Zabiłeś mnie”), wzywa ją, aby zawróciła. Ta piosenka jest kolejnym oszałamiającym osiągnięciem w kategoriach bogactwa inscenizacji i choreografii.
To mniej więcej wtedy uświadamiamy sobie, że rośnie uzależnienie Devdasa od alkoholu. Żeby zapomnieć o Paro i utopić smutki, niechętnie zajmuje się on Chandramukhi, choć nie chce mieć z nią żadnego związku fizycznego. Ona szanuje ten dystans, ale wciąż pragnie, aby ich związek wszedł na kolejny poziom. Równocześnie Paro dostosowuje się do nowego domu i nowej, wielopokoleniowej rodziny. W tym momencie naprawdę na pierwszy plan wysuwają się aktorskie umiejętności Aishwaryi Rai, kiedy z łatwością i wdziękiem gra różne osobowości – może nie jest to niej naturalne, ale z pewnością dużo pracowała nad swoim warsztatem w latach które upłynęły od 'Hum dil de chuke sanam'. Sanjay Bhansali dał jej pod wieloma względami najtrudniejszą rolę. Z jednej strony jest ona pogrążoną w smutku dziewczyną, która usycha z tęsknoty za ukochanym, z drugiej, jest nową żoną arystokraty, ma władzę i pieniądze na każde skinienie. Z jeszcze jednej, jest nagle matką z trójką dorosłych dzieci. Poczucie obowiązku w stosunku do rodziny i - generalnie- społeczności, daje jej siłę do spełnienia tych ról bez okazywania najmniejszych oznak żalu, ale publiczność czuje jej ból, kiedy zaczyna ona powoli umierać od środka. Zostaje nam pokazany bardzo prywatny aspekt życia Paro. Jej mąż, który stracił pierwszą żonę, kocha nadal jej pamięć i mówi Paro, że choć szanuje ją jako nową matkę jego dzieci, nie będzie miał z nią żadnych stosunków fizycznych. Podejrzewam, że to świetnie odpowiada Paro pod wieloma względami, jest to najlepszy sposób, żeby pokazać ją jako wiecznie czystą dziewicę, która oddana jest jedynemu mężczyźnie którego kocha (Devdasowi) i którego mieć nie może.
W międzyczasie umiera ojciec Devdasa. Matka jest zrozpaczona, kiedy Devdas przybywa na pogrzeb pijany i kiedy sarkastycznie bełkocze, że śmierć ojca jest 'kiepską rzeczą', która nie powinna się wydarzyć. W tym momencie widzowie są pełni uznania dla gry Shah Rukha Khana, choć może wydawać się ona nieco zbyt dramatyczna. Problem z graniem pijanego jest taki, że trzeba to zrobić z pełnym oddaniem, bo inaczej wypadnie sztucznie. Scena Khana jest bez zarzutu, ale później nie udaje mu się aż tak dobrze zagrać bardziej dramatycznych sekwencji.
Narracja w tym miejscu nabiera rozpędu i zmierza w rejony, w jakich jeszcze nie była. Paro odkrywa, że Devdas od jakiegoś czasu mieszka u Chandramukhi i chce wyrwać go spod jej „złego wpływu.” Kiedy dowiaduje się, że ceremonia zbliżającego się święta Durga Pooja wymaga, żeby zebrać garść ziemi z progu domu kurtyzany, szybko korzysta z okazji, żeby osobiście poznać Chandramukhi. Ta sekwencja jest jedną z najwspanialszych w filmie, jako że konfrontacja tych dwóch kobiet szybko z wstępnej niezręczności zmienia się w złośliwość, a potem przyjaźń. Staje się to, kiedy Paro odpuszcza. Początkowo wątpi w szczerość Chandramukhi i używa wszelkich książkowych banałów, żeby obrazić prostytutkę. Jednak Chandramukhi, najłagodniejsza i pełna godności postać w filmie (Madhuri przechodzi samą siebie), nie daje się zdenerwować ani poruszyć. Kiedy Paro domaga się, aby oddała ona Devdasa, Chandramukhi zabiera ją do swego pokoju, w którym zrobiła sobie małą kapliczkę. Devdasa nie ma tam fizycznie, mówi, ale jest tam jego duch. Paro uświadamia sobie, że Chandramukhi kocha Devdasa i wydaje się, że postanawia zrezygnować z niego. Kobiety czują do siebie natychmiastową sympatię i Paro zaprasza Chandramukhi na Pooję.
Tutaj pojawia się nieco sprzeczności. Na przykład, Paro w tej sekwencji wydaje się wskazywać, że już przebolała utratę Devdasa, kiedy mówi Chandramukhi, że jest zadowolona, że nie jest on już samotny, od kiedy ją spotkał. Przyjmuję to jako aprobatę dla ich związku (lub jego braku). Z drugiej strony, kiedy między Devdasem i Chandramukhi dochodzi do pełnej emocji sceny, w której ona wyznaje mu swoją miłość, a on właściwie odwzajemnia się tym samym, traktuję to jako czytelny znak, że on ją kocha, choć może nie jest ona jego „jedyną prawdziwą miłością.” Jednak, w miarę postępu akcji zdajemy sobie sprawę, że Paro i Devdas są coraz bardziej opętani na swoim punkcie i zamiast iść dalej, oboje po prostu załamują się pod presją. Podczas gdy bohaterowie są od siebie chwilowo oddzieleni, nadal coraz głębiej i głębiej popadają w obsesję na swoim punkcie i ta obsesja prowadzi film w kierunku nieuchronnego finału.
Chandramukhi odwiedza Paro w jej domu w Kalkucie i obydwie wykonują sekwencję taneczną dla uczczenia święta Durga Pooja - „Dola re Dola,” najbardziej komercyjny utwór w całym soundtracku. Ponieważ jest to ostatnia wielka sekwencja muzyczna filmu, Bhansali nie szczędzi wydatków, rozwijając przed naszymi oczami najwymyślniejsze plany i kostiumy. Nie, żebyśmy się skarżyli. Taka obfitość może istnieć tylko w mitycznym świecie bollywoodzkich snów, a „Dola re Dola” jest doskonałym przykładem wielkobudżetowej bollywoodzkiej piosenki filmowej. I podobnie, jak w przypadku wielu innych filmowych piosenek hindi, nie należy zadawać pytań. Na przykład, jak to możliwe, że tancerze i główne bohaterki wykonują kroki i skomplikowane figury taneczne zaledwie w minutę od spotkania? Czy odbywały się jakieś sekretne próby, których widownia nie jest świadoma? Takie bezsensowne pytania są jednak bezpodstawne. Piosenka sprawdza się, jako nadmiernie wypracowana i olśniewająco (niemal nie do zniesienia) finezyjna sekwencja taneczna. Pod jej koniec z cienia wychodzi Milind Gunaji i przygotowuje się do wywarcia zemsty. Lży Chandramukhi w obecności ponad setki osób, a ona daje mu błyskotliwą odprawę i broni swojej profesji. Jeśli jakaś scena filmowa, poza tańcem, należy całkowicie do Madhuri, to właśnie ta. Kiedy wybiega z posiadłości, staje twarzą w twarz z pogarszającym się stanem zdrowia Devdasa i próbuje zaopiekować się nim i wyleczyć go. Kiedy medyk orzeka, że najmniejsza dawka alkoholu zabije go, ona ustanawia się jego strażniczką Jednak Devdas - nieugięty i uzbrojony w wiedzę, że stoi już u wrót śmierci, zawiadamia Chandramukhi o swojej decyzji wyjazdu. Ona nie zdaje żadnych pyta i wspiera go całkowicie. Ostatni obraz Chandramukhi stojącej w drzwiach swojej przepięknie oświetlonej haveli, kiedy Devdas opuszcza ją za zawsze, jest jednym z tych czarujących obrazów, których film jest pełen.
W pociągu jadącym do domu, stan Devdasa ze złego staje się jeszcze gorszy. Kiedy jego towarzyszem podróży okazuje się Chunnilal (jeden z dogodnych filmowych przypadków że starej opowieści), Devdas nie traci czasu, żeby podzielić się z nim szklaneczką alkoholu, jako, że przyjaciele piją swoje zdrowie. Chunnilal nie jest świadomy stanu zdrowia Devdasa. Kiedy pociąg dojeżdża do celu, Devdas wysiada z niego i wynajmuje powóz i woźnicę, żeby zawiózł go do domu Paro.
Tutaj zaczyna się najbardziej hipnotyzująca część filmu. Paro jest nieustająco udręczona przez własny instynkt podpowiadający jej, że coś jest nie w porządku – robi się niespokojna i podenerwowana, choć nie wie, dlaczego. Kiedy Devdas przyjeżdża pod jej dom, upada pod jego bramą, nie mając już sił nawet żeby doczołgać się dalej. Zamiłowanie Bhansalego do detali jest tutaj zadziwiające. Reżyseria tej części filmu jest czymś, czego jeszcze nie było w Bollywood – wywiedzionym zarówno z geniuszu dawnych filmów Raja Kapoora, jak i surowego obrazowania rodem z produkcji Bernardo Bertolucciego. Paro, zauważa z balkonu grupę ludzi gromadzących się wokół człowieka leżącego na zewnątrz i kiedy pyta służącą, kim on jest, dowiaduje się, że to ktoś pijany i wycieńczony. Paro nie podejrzewa, że to Devdas i spędza noc miotając się i kręcąc. Rano wstaje i zauważa, że tłum nadal gromadzi się wokół pijaka. Kawałki układanki zaczynają w głowie Paro trafiać na swoje miejsca, kiedy Devdas zaczyna wydawać ostatnie tchnienie i wyrusza nieodwołanie w ostatnią drogę. Paro odchodzi od zmysłów, kiedy służący informują ją, że mężczyzna leżący u bram ma jej imię wytatuowane na ramieniu, a listy znalezione w jego kieszeni mówią, że nazywa się Devdas Mukherjee. Aishwarya Rai dosłownie sprawia, że 'Devdas' od tego momentu staje się wyłącznie jej filmem. Odziana w powiewające białe bengalskie sari i wyglądająca od stóp do głów jak dama w opałach, wkłada w rolę Paro całą energię i talent. W stanie na granicy obłąkania Paro pędzi po schodach, aby na czas zdążyć dobiec do bramy posiadłości. Jednak jej surowy mąż, który w trakcie filmu nieraz już udowodnił, że ma serce z kamienia, podobnie jak rodzina Devdasa, rozkazuje zamknąć drzwi domu i bramę.
Niesamowita sekwencja buduje finał „Devdasa.” Jest to jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy sztuka filmowa przekracza czas i miejsce i kiedy rodzi się dzieło klasyczne. Paro udaje się wyminąć służących, którzy mają ją zatrzymać w drodze na dół i frunie niemal do bramy haveli. W tej scenie kamera spogląda z góry, pokazując, jak daleko Paro jest od Devdasa i uświadamiając nam, że dom, w którym mieszka, przypomina fortecę. Kilka ostatnich minut pokazuje Paro biegnącą w stronę Devdasa, który jest już półprzytomny, podczas gdy służba próbuje przyciągnąć do siebie dwa ogromne skrzydła bramy. Paro biegnie ścieżką w jego stronę, a kamera ukazuje Devdasa, bramę i udrękę na jej twarzy, kiedy uświadamia sobie, że może nie zdążyć. Devdas widzi ją jako zamazaną postać w bieli zbliżającą się szybko do niego. Kiedy Paro jest już niemal przy bramie, zamyka się ona, a Devdasem tak wstrząsa ten widok, że doznaje on ataku serca. W tym momencie aktorstwo jest najwyższej próby. Nic nie jest przedobrzone albo przegadane. W kinie, w którym oglądałem film, panowała przejmująca cisza podczas całej tej sekwencji, a kobiety wybuchnęły płaczem natychmiast po jej zakończeniu.
Devdas umiera tuż za graniacami domu Paro, a ona osuwa się po bramie, którą przed nią zamknięto. Kamera odpływa w panoramicznym ujęciu, obraz blednie. „Devdas” się kończy.
Można oczywiście orzec, że to celowe granie na emocjach widowni, ale ten finał sprawia, że 'Devdas' stanie się indyjskim 'Titanikiem', filmem ponadczasowym, filmem wszystkich pokoleń, który będzie pamiętany przez nadchodzące generacje. Jestem osobiście dumny z Bollywood za stworzenie takiego wizualnego arcydzieła, które nie ulega wszystkim, czasami niedorzecznym, wymogom książki. Na przykład, w oryginale Paro umiera zaraz po Devdasie (przynajmniej tak mi mówiono), a Chandramukhi dopilnowuje, aby tych dwoje zostało pochowanych obok siebie. Niczego takiego nie ma tutaj. Kiedy umiera Devdas, na ekranie pokazana jest tylko jego śmierć. Możemy oczywiście podejrzewać, że Paro także umrze, ale nie daje się nam tego do zrozumienia. Uważam to za bardzo odświeżający i stylowy sposób przeniesienia oryginału, przekształcenia go w zupełnie nową i ekscytującą opowieść. Pełne uznanie.
Jeśli można coś zarzucić „Devdasowi,” to obsadzenie Jackiego Shroffa, który postaci Chunnilala nie daje nic od siebie. Jest to najsłabiej napisana i zagrana postać całego filmu. I, mimo że Madhuri Dixit jest piękną kobietą, widać niestety jej ostatnie kłopoty z wagą, zwłaszcza w scenie jej wspólnego tańca z Aishwaryą Rai, w której ta ostatnia przykuwa wyłączną uwagę niemal kocimi ruchami. I choć każda piosenka jest brylantem, to jedna pod koniec, oda do alkoholu, jest raczej kłopotliwa, bo zaburza ciągłość narracji i wydaje się być dotkliwie nie na miejscu.
'Devdas' cierpi także na tę samą dolegliwość, która dotyka 'Hum dil de chuke sanam'. Choć pierwsza część obfituje w absorbujące sceny pomiędzy bohaterami, a ich rodzicami, w drugiej nie ma czasu na pokazanie choćby jednego rodzica. Jest tak, jakby z chwilą zamążpójścia Paro obie rodziny przestały istnieć. Nie jest to jakieś szczególnie przykre– matkę Devdasa gra aktorka, której osobiście nie cenię zbyt wysoko, a bez tematu „złych krewnych” możemy się spokojnie obejść. Niestety, aspekt zbędnych krewnych nie odnosi się tylko do rodziny Devdasa. Kiedy Paro wychodzi za mąż, zostaje przedstawiona „starszyźnie.” Zwłaszcza jedna z kobiet wdaje się w zaczepną, choć stateczną rozmowę z Paro, a nam każe się wierzyć, że do czegoś to prowadzi. Niestety, nie prowadzi. Ci ludzie, łącznie z pasierbicą Paro, po prostu znikają z filmu, ledwie się w nim pokażą i już ich więcej nie oglądamy.
Kino, w którym oglądałem film wyświetlało napisy w dolnej części ekranu. Pomogło to wielu nie mówiącym w hindi cieszyć się filmem, napisy te były także wybitnie kiepskie w niektórych momentach. Szczególnie nierówne były podczas piosenek. Niemal nieprzetłumaczalne 'Kaahe Chhed Mohe' zostało przełożone bez najdrobniejszego błędu, a nieporównywalnie banalniejszy 'Chalak Chalak' był pełen błędów i żenujących przeoczeń.
Kolejna rzecz - prawie każdy plan jest zbudowany w studio. Nie ma scen na łonie natury albo na ulicach miasta – co daje filmowi bardzo studyjny dźwięk, z którym trudno jest sobie początkowo poradzić.
Na plus, kostiumy, dekoracje i niemal surrealistyczny wygląd filmu ratuje go od wszelkiej surowej krytyki i kiedy obejrzysz finał, niemal niemożliwe staje się wytykanie drobnych błędów „Devdasa.”
Jako film bollywoodzki, 'Devdas' o jednym z największych dzieł wyprodukowanych w tam od lat. Jego podstawy i wykonanie jako dzieła sztuki są nieporównywalne z współczesnym światem kina hindi – wystarczy obejrzeć „Asokę,” czy „Dil to Pagal Hai,” żeby zrozumieć, jak „Devdas” zdołał przebić się przez lśniącą powłokę pokrywającą dziś każdy film hindi.
Ostatecznie, moim zdaniem, „Devdas” jest bardziej kinematograficznym hołdem dla klasyków lat 60 niż czymkolwiek innym. Reżyser jest uczniem zarówno 'Mughal E Azam' jak 'Pakeezah' i zdołał przenieść ich ducha w zupełnie nową kreację, bez oskarżeń o naśladownictwo. Nie można sobie wymarzyć lepszego modelu niż „Devdas” jeśli chodzi o tworzenie trendów i punkt odniesienia dla przyszłych filmów hindi. Każdy następny film epicki będzie musiał porównać się do niego. I jest to zadanie, którego, obawiam się, Bollywood nie wypełni w tej dekadzie.


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"

>> przeczytaj o filmie w dziale filmografia
>> zobacz galerię zdjęć z filmu