„Dil Se” - współczesny klasyk?
Artykuł z Showtime, z września 1998 roku
Tytuł oryginalny: „Dil Se” - A Modern Classic?
Autor: Subhash K. Jha
Rok 1957. Do kin wchodzi „Mother India.” Cały kraj rozdziera
film na małe kawałeczki. Pewien wpływowy krytyk uważa, że
Mehboob Khan zrobił Nargis niedźwiedzią przysługę,
zmieniając ją w starą wiedźmę. Skąd miał wiedzieć, że rola
starej wiedźmy jest przepustką aktorki do nieśmiertelnej
sławy? Inny krytyk zarzuca Mehboobowi Khanowi, że nakręcił
taki długi i ponury film bez choćby jednego momentu
komediowej ulgi. Jeszcze inny kinematograficzny mądrala
kręci nosem na Mehbooba Khana, że przerobił lekko swój
dawniejszy „Aurat” i przedstawił jako „Mother India.”
Podobno Mehboob Khan przeżył załamanie nerwowe po tak
bezlitosnym potraktowaniu jego filmu. Biedak był złożony
chorobą przez dwa tygodnie.
Rok 1998. Do kin wchodzi „Dil Se.” Krytycy nie zostawiają na
nim suchej nitki. Na szczęście Mani Ratnam nie załamał się
pod ciężarem krytyki. Ale tak, bez chwili wahania chciałbym
powiedzieć, że „Dil Se” ma potencjał, aby któregoś dnia być
uznanym za jeden z klasyków głównego nurtu kina hindi. I
tak, z pewnością Manisha Koirala ma zadatki na aktorkę
klasyczną, pokroju Nargis czy Madhubali.
Wiem, że wielu moich znających się na kinie, dobrze
poinformowanych przyjaciół z Mumbaju śmiałoby się widząc
moją nad-reakcję na film tak powszechnie skrytykowany,
osądzony i odesłany do kategorii „katastrof,” już w parę dni
po premierze.
Ale czy naprawdę „Dil Se” nadużyło oczekiwań publiczności,
jak nam się powszechnie mówi? I kto w ogóle buduje te
oczekiwania co do określonych filmów? Na pewno nie Mani
Ratnam. Czy udzielił choć jednego wywiadu, wygłosił choć
jedną pochwałę swojego filmu? Nie. Zostawmy bicie w bębny i
autopromocję wszelkim Saawanom Kumarom świata filmu, którzy
z wielką przyjemnością wykorzystują media, żeby wychwalać
swoje własne rzekomo „klasyczne” dzieła.
Ramesh Sippy nigdy nie powiedział, że jego „Sholay” to film
klasyczny. Także Mani Ratnam nie ogłasza w całym mieście, że
„Dil Se” zepchnie „Titanica” z pierwszego miejsca w
box-office.
To my – niespokojni kinomaniacy z góry zakładamy, że „Mera
Naam Joker,” „1942 A Love Story,” a teraz „Dil Se” będą
monumentalnymi dziełami sztuki. A ich twórcy – Raj Kapoor,
Vinod Chopra i Mani Ratnam są nieomylnymi półbogami, którzy
pogrążają swoje filmy, a nie na odwrót. Czas pokazał, że
„Mera Naam Joker” istotnie był takim punktem zwrotnym, na
jaki się zapowiadał. Mam wrażenie, że z upływem czasu
zrewidujemy nasze spojrzenie na „Dil Se.”
Siła Maniego. Shah Rukh Khan uważa, że Mani Ratnam jest
bogiem, ale on sam tego nie wie. I czy Bóg wie, że jest
Manim Ratnamem? To jasne, że Mani został pobłogosławiony
nadzwyczajną karierą. Tylko spójrzcie! Jest dziś jako jedyny
najbardziej płodnym, znaczącym, odnoszącym największe
sukcesy filmowcem w Indiach, który kręci filmy po prostu
dlatego, że chce. A jeśli, przez przypadek, większość filmów
Maniego zarobiła pieniądze, to wygwizdajcie jazgoczących
sędziów, którzy uważają jego filmy za nic więcej tylko
pretekst do popisania się i technicznej żonglerki.
Ci, którzy uważają, że Mani kręci filmy tylko dla pieniędzy
dowodzą, że nie znają jego twórczości. Co za różnorodność i
wszechstronność! Jaka klasa i ponadczasowość! Od bolesnego
monumentalnego małżeńskiego melodramatu „Mouna Ragam w 1986
do olśniewająco zrealizowanej epiki ze świata podziemnego „Nayakan”
(w hindi „Dayavan”) w 1987, do wspaniałego obrazu bigamii „Agni
Nakshatram” w 1988 (w hindi znany jako „Vansh”) do czułej
ody do niewinności i wrażliwości w „Anjali” w 1990, do
potajemnej eksploracji polityki terroryzmu i komunalizmu
kolejno w „Roja” i „Bombay.” Filmografię Ratnama czyta się
jak listę punktów zwrotnych indyjskich filmów poczynając od
lat 80.
Zgodzę się, że jego zeszłoroczną ambitną polityczną
przypowieść „Iruvar,” nie do końca dało się przełożyć na
język przekonującego kina. Mani uważa go za swój najlepszy
jak do tej pory film. Nie zgodzę się. Uważam, że pierwszy
film Maniego w hindi „Dil Se,” który obejrzeliśmy w zeszłym
miesiącu, jest jego najlepszym, najbardziej przemyślanie
nakreślonym i nakręconym z finezją dziełem do tej pory.
Może to dzięki Gulzarowi jako twórcy tekstów piosenek, „Dil
Se” jest bardziej poematem niż filmem. Narracja przesuwa się
w rytmie kolejnych strof od jednego epizodu do następnego,
aż do nieoczekiwanie tragicznego finału historii miłosnej,
który przywodzi na myśl odległe wspomnienie legendarnych
romansów.
Shah Rukh Khan i Manisha Koirala. Czy ktoś inny mógłby
zagrać bardziej zapamiętałego Manju i bardziej eteryczną i
nieuchwytną Lailę? To pewne, „Dil Se” nie mogło mieć w
obsadzie innych dwojga aktorów, może tylko Dilipa Kumara i
Madhubalę. Podczas gdy Maniemu, jak żadnemu innemu
reżyserowi (prócz w pewnym stopniu Subhasha Gahi w „Pardes”)
udaje się okiełznać nerwową energię Shah Rukha, to Manisha
jest objawieniem. W każdym sensie tego słowa.
W sekwencji otwierającej film, kiedy to dziennikarz Amar (Shah
Rukh) dostrzega drżącą, opatuloną postać na zapomnianym
przez Boga i ludzi peronie kolejowym w przenikającą zimnem
do kości, wietrzną noc, film przywołuje wspomnienie
niezwykle żywego, przyspieszającego bicie serca momentu z
filmu Karela Reiseza „Kochanica Francuza,” kiedy to,
obojętna na wszelkie związki z ludźmi, tajemnicza kobieta
grana przez Meryl Streep wpatruje się w ryczące fale na Lyme
Regis, a oczy Jeremy'ego Ironsa spoczywają na tej postaci, w
całym splendorze jej samotności.
Kiedy Shah Rukh, grający dziennikarza radiowego (radiowego,
bo telewizja czy gazeta nie nadałaby bohaterowi rysu trochę
staroświeckiego romantyzmu, ani nie stworzyłaby mu szansy na
wypowiedzenie swoich uczuć i emocji choćby z najdalszego i
najbardziej niedostępnego kawałka kraju), widzi tę
osamotnioną postać na stacji kolejowej, pojawia się w
pamięci obraz fal uderzających o molo w Lyme w „Kochanicy
Francuza.” W jednej chwili czujemy nie wypowiedziany
słowami, niszczący niepokój przenikający tragiczną kobiecą
postać.
Kim jest ta urzekająco piękna dziewczyna? Od pierwszej
chwili do ostatniej chwili jesteśmy tak bardzo zaciekawieni,
zaintrygowani, zahipnotyzowani i zdezorientowani, że od
samego początku stajemy się uczestnikami wyprawy Amara w
poszukaniu nieuchwytnej ukochanej. Kiedy on przemieszcza się
z jednego ogarniętego falą terroryzmy, obezwładnionego, ale
wciąż obezwładniająco pięknego miejsca w Indiach do
drugiego, odbywamy tę podróż razem z nim. W tym tkwi piękno
„Dil Se.” Z tego źródła wypływa też niszcząca go fala. Ale o
tym później.
Jeśli zagraniczni krytycy opisali Meryl Streep ze sceny
otwierającej „Kochanicę Francuza” jako jeden z najbardziej
sugestywnych i pozostających w pamięci obrazów kina lat 80,
to Manisha Koirala opuszczona, zapomniana, smutna i
niszczycielsko piękna na stacji kolejowej w „Dil Se” tworzy
jeden z najbardziej sugestywnych i pozostających w pamięci
obrazów kina indyjskiego lat 90. Czy naprawdę Kajol była
pierwszą kandydatką do roli w „Dil Se”? Niemożliwe. To chyba
przypadek zamienionej osobowości.
W interpretacji Manishy kobieta - terrorystka staje się
częścią naturalnego, hipnotyzującego piękna filmu Maniego.
Czy to w otoczeniu przykrytych śniegiem gór Ladakh, czy
imponującej wspaniałości i gwaru New Delhi, Manisha wydaje
się być wyrzeźbiona w otaczającym ją świecie boskim dłutem.
W „Dil Se” jest ona ostatecznie kobietą ze snu – tragiczną i
wspaniale nieosiągalną. Nasuwają się wspomnienia o
znakomitej roli Tabu jako ludzkiego zapalnika w opowieści
Gulzara o terroryzmie, „Hu Tu Tu.”
Mani bardzo zręcznie montuje początkowe sceny - Shah Rukh o
lśniących oczach biegnie z herbatą do osamotnionej młodej
panny w wielkiej opresji (tylko po to, by zobaczyć jej
umykającą postać w oknie odjeżdżającego pociągu) wprost w
już legendarną, hałaśliwą sekwencję taneczną na dachu
jadącego pociągu, „Chaiyya Chaiyya.” Modelka Malaika Arora,
daje tej zabawie na dachu pociągu, w oprawie bujnej
przyrody, zupełnie nową interpretację przysłowia
waist-not-want-not (wykorzystane podobieństwo brzmienia; w
oryginale przysłowie brzmi waste not want not – nie marnuj,
a nie będziesz potrzebował.
Tutaj waste – marnować
zastąpiono słowem waist – talia. Można by pokusić się o
tłumaczenie „niech ci się nie zachciewa tej talii” –
przypisek tłumaczki). Kontrast pomiędzy osamotnioną figurą Manishy z sekwencji otwierającej film, a roztańczoną figurą
(i och, co to za figura!) gnącą się uwodzicielsko w
gromadzie mężczyzn na śliskim dachu pociągu jest ogromny.
Właściwie rozrzutne ujęcia kamerą owej talii w scenie
tanecznej przypominają sekwencję nasyconej erotyzmem
piosenki w basenie we wcześniejszym filmie Maniego Ratnama „Agni
Nakshatram.”
Mani nie tłumaczy się z fantastycznego poziomu sekwencji
tanecznych w „Dil Se.” Jest ponad absurdalność robienia w
tym filmie przerw na piosenki. Zamiast się usprawiedliwiać,
wstydzić, wyjaśniać, że nie miał do nich serca, Mani kręci
piosenki z „Dil Se:” we wspaniałym stylu. Od skalistej i
zapylonej pastelowej pasji „Satrangi Re” do pierwotnej
namiętności „Jiya jalen jaan jalen” (wykonanej przez
rozbrajająco żywiołową i odświeżająco śliczną Preity Zintę w
bogatych, parnych, zachęcająco i zdumiewająco pięknych
wodach Kerali), piosenki są nadzwyczajną ucztą.
Ale czy pasują do opowieści o miłości i pasji w czasach
terroryzmu? Nie i tak. Nie, bo w przeciwieństwie do innych
filmowców, bardziej przyjaznych publiczności, Mani nie używa
do ich wprowadzenia pretekstu „dzieła wyobraźni,” które
osiąga się nakazując bohaterom zamknięcie oczu oznaczające
odpłynięcie w świat marzeń. W rezultacie sekwencja piosenki,
jak „Dil se re,” w której widzimy kochanków biegnących
dosłownie przez ściany ognia, wydaje się dziwnie wyrwana z
kontekstu.
Kiedy oglądamy „Dil Se,” zapominamy, że filmy Maniego
Ratnama nie należą do szkoły neorealistycznej . „Dil Se” to
nie jest film „realistyczny.” To dojrzały, eskapistyczny
film w którym pozbyto się kompletnie wszelkich pretekstów
dla obecności piosenek, tłumaczenia zachowań bohaterów i
logiki akcji. Mani zakłada z góry dojrzałość swoich widzów.
To mogło okazać się niszczycielską siłą dla tego filmu.
Kiedy popatrzymy na niego z realistycznego punktu widzenia i
porównamy z polityką terroryzmu w „Drohkaal” Govindy
Nihalama, „Dil Se” będzie niczym więcej niż „Titanikiem” na
lądzie. Tematem „trudnej miłości” zajmowało się wielu
twórców od Gabriela Garcii Marqueza w jego głośnej powieści
„Miłość w czasach zarazy,” czy telewizyjnym serialu Kalpany
Lajmi „Dawn.” Bez wątpienia miłosny związek pomiędzy
dziennikarzem – tułaczem, nieuchwytną piękną kobietą nasuwa
myśl o eleganckiej tragedii Garcii Marqueza.
Kolej na Maniego Ratnama. Opisuje on „Dil Se” jako ostatnią
cześć trylogii o relacjach międzyludzkich na tle
politycznych wydarzeń dzisiejszych Indii.
Świadomie czy nie, Mani Ratnam wywodzi swą symfonię
stłumionych krzyków z eklektycznych i niejednorodnych
gatunkowo dzieł sztuki, od „Kochanicy Francuza” po „Zdradę”
Alana Pakuli. Delhijska uwertura w drugiej części „Dil Se”
jest uderzająco podobna w strukturze do „Zdrady,” w której
członek IRA (Brad Pitt) przyjeżdża z Irlandii do Nowego
Jorku i znajduje ciepły i gościnny dom u niczego nie
podejrzewającego policjanta granego przez Harrisona Forda. W
„Dil Se” Meghna i jej towarzyszka Meeta (Mita Vashisht)
zostają ugoszczone w domu Amara i jego wielkiej,
wielopokoleniowej rodziny z wyższej klasy średniej,
obejmującej rozchichotane dzieci, zatroskanych rodziców,
pogodną babcię (znowu kłania się formuła „Hum Aapke Hain
Koun” „Dilwale Dulhania Le Jayenge”). Jest też trochę scen
akcji rodem z thrillera Claude van Damma „Nagła śmierć,” w
których sceny przygotowań do meczu hokejowego zostały
zastąpione przez przygotowania do parady na Dzień Republiki
w New Delhi.
Przemieszczenie akcentów działa lepiej, niż można by sobie
wyobrazić, z tej prostej przyczyny, że kino według Maniego
Ratnama nie jest już skrępowane, ani estetycznie ani
kulturowo. Bohater „Dil Se” jako dziennikarz podróżujący z
jednego regionu do drugiego, napotyka te same zaskakująco
naturalnie wyglądające grupy żołnierzy, przemieszczających
się potajemnie z północno-wschodnich rubieży do Delhi,
niosąc bagaż traumatycznej przeszłości i nieodwracalnie
skażonej teraźniejszości.
Mani rozszerza i rozwija wizję terroryzmu w niezwykła
opowieść o miłości i złamanym sercu, która bada oddanie,
lojalność i wzajemne uczucia dwojga bohaterów w sposób,
który jest równocześnie poruszający, jak i realistyczny w
sensie kinematograficznym.
Z jednej strony romantyczna podróż bohatera czyni go
podobnym do współczesnego Manju. Z drugiej strony, reaguje
on na nagłe odsłonięcie się przed nim świata politycznego
terroryzmu, jak każdy zwykły obywatel zza biurka, z trwogą,
zaskoczeniem i gwałtownym niedowierzaniem.
Mani chce, a byśmy spojrzeli na polityczną rzeczywistość
niepodległych Indii poprzez jego czarującą artystyczną wizję
muzyki, piękna natury, oderwanych od rzeczywistości tańców i
konfliktów wywoływanych przez ludzi.
To trudne zadanie, zgoda. Ale jeśli tak, to „Dil Se” jest pod
każdym względem trudnym filmem.
Tłumaczenie: Mowilka
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"
>> przeczytaj o filmie w dziale
filmografia
>> zobacz galerię zdjęć z filmu