My Name is Khan
Nazywam się Karan Johar
Wywiad dla Rediff z listopada 2009
Autor: Raja Sen
Dla
Karana Johara to gorący okres. Ciepło przyjęty został „Wake
Up Sid”, premiera „Kurbaan” jest o krok, a każda minuta poza
tymi na sen poświęcona jest pracy nad nadchodzącym projektem
reżyserskim, „My Name Is Khan” z udziałem wieloletnich
ulubieńców – Shah Rukha Khana i Kajol – w rolach głównych.
Sam reżyser opuścił swoją „bezpieczną strefę” także jako
producent, ciesząc się, że może przekazać wodze reżyserom –
debiutantom, którzy, jak przyznaje, robią filmy, jakich on
sam by nie nakręcił.
W pierwszej części długiej konwersacji z Rają Senem Johar
mówi o swoim kinie, szczerości samego siebie jako filmowca i
byciu wiarołomnym wobec rodziny Dharma Productions.
Oglądasz filmy i widzisz,
że są takie, przy których tworzeniu nie czułbyś się
swobodnie. To twój wybór czy są one poza twoimi
możliwościami? Powiedziałeś, że nie umiałbyś nakręcić „Wake
Up Sid”...
Och, jest mnóstwo filmów, do nakręcenia których bym się nie
nadawał. I czasem jestem z tego zadowolony, a innym razem
jest mi naprawdę smutno. Nie znajduję lepszego określenia,
więc może nie jestem dość utalentowany, by stworzyć niektóre
rodzaje filmów.
Kiedy zobaczyłem „Rang De Basanti”, byłem powalony tym, w
jaki sposób został zrealizowany, i stwierdziłem: „Cholera,
nie umiem tego zrobić”. Czuję się czasami ograniczony. A
potem widzę jakieś filmy i stwierdzam: „Umiem i zrobiłbym to
lepiej”, wiesz?
Ale to naprawdę zależy od tego, jak szczery jesteś wobec
siebie; musisz rozumieć, kim jesteś, wiedzieć, jakie są
twoje ograniczenia, zwrócić uwagę na niektóre własne ułudy.
Myślę, że większość z nas żyje urojeniami. Bardzo rzadko
poddajemy się ocenie i naprawdę zdajemy sobie sprawę, co
ludzie o nas myślą.
Czy w takim razie uważasz,
że teraz jesteś bardziej świadomy zewnętrznego postrzegania?
I czy ta świadomość pomaga ci w pracy?
Myślę, że w ciągu ostatnich pięciu lat tak naprawdę doznałem
w pewnym sensie przebudzenia. Takiego: „Cholera, może myślę,
że jestem kimś, ale jest całe mnóstwo ludzi, którzy nie
znoszą moich filmów”. I całe mnóstwo takich, którzy je
kochają. Więc to wiem. A potem robię, co do mnie należy. Nie
mam zamiaru zaspokajać czyichś potrzeb emocjonalnych,
ponieważ nie potrafiłbym tego zrobić i nie mógłbym być
szczery w moim zawodzie. Ale jak najbardziej zdaję sobie
sprawę, że istnieją tacy, którzy mnie nie lubią. A ja
uwielbiam spotykać różnych ludzi, którzy mówią mi dobre i
złe rzeczy; sądzę, że to bardzo ważne, by mieć wokół siebie
osoby mówiące „nie”. To najważniejsze. Coś w stylu: „Powiedz
mi, co jest nie tak”. Bo ja wiem, co jest dobrze, dlatego to
robię. Ale nie wiem, co jest nie w porządku. Nigdy się nie
wie. Kiedy ogląda się swoje filmy, uwielbia się to, co się
zrobiło.
Komentuje się to, co było w
przeszłości czy sam kwestionujesz teraz decyzje, które
kiedyś podejmowałeś?
Niedawno nadawano w telewizji „Kabhi Alvida Na Kehna” i
czułem coś w stylu: „Jest pół godziny za długi; cholera, za
nudny; cholera, te piosenki się nie sprawdzają; posępny”.
Kiedy go kręciłem, nic mi o tym nie powiedziano. A wokół
mnie była grupa naprawdę świetnych, młodych, pełnych energii
i pomysłów ludzi.
Ale kochamy swoją pracę. Przychodzimy na plan z podobną
dawką pasji. Żaden z nas nie jest nieuczciwy w stosunku do
tego, co robimy, ale rzeczywiście nikt ci nie powie.
Ważne, by starać się osiągnąć jak najwyższy stopień
autoanalizy; myślę, że im jest się starszym, tym
samoświadomość jest większa. Kiedy jest się młodym, jest się
też bardziej niewinnym i szczerym, można nawet rzec –
bezbronnym; teraz – niekoniecznie.
Więc krytyka z zewnątrz nie
ma już dla ciebie aż takiego znaczenia...
To znaczy – kto nie lubi słuchać pochwał? Każdy je lubi. Daj
spokój, wszyscy w branży uwielbiamy czytać wspaniałe rzeczy
na swój temat. Boli, kiedy czytasz okropne recenzje i kulisz
się za każdym razem, kiedy ktoś cię krytykuje, czy to za
wyczucie stylu czy za zmysł filmowy. Ale w końcu wiesz
przecież, że tak to się kręci, że taki jest przemysł, w
którym jesteś.
Jesteś częścią jedynej na świecie branży, która jest
poddawana globalnemu osądowi w piątek. A twoja porażka i
sukces są podkreślane równie mocno. Więc co robisz? To twój
wybór, by tutaj być. I jest mnóstwo wielkich korzyści, które
z tego wypływają (uśmiecha się).
Wracając do kwestii
wpasowania się w jakiś rodzaj kina... Przyjmuję, że znasz
swój twórczy obszar, ale trzeba powiedzieć, iż dość znacząco
zmieniałeś tematykę w każdym filmie, być może w następnym ta
zmiana będzie najbardziej drastyczna. Czy decyzja o
zrobieniu kolejnego filmu ma związek z tym, że jesteś
osobiście przywiązany do scenariusza? I czy ta ewolucja
tematyczna postępuje wraz z twoim dojrzewaniem?
Na moją korzyść w „My Name Is Khan” działa brak moich
osobistych powiązań ze scenariuszem. Brałem udział w
przygotowaniach, w procesie myślowym. Ale nie byłem
zaangażowany ani trochę w scenariusz, który faktycznie
napisała Shibani Bathija, i odkryłem, że dla mnie jako
reżysera jest to korzystne.
Kiedy piszę własny materiał, tracę obiektywizm. I być może
nie posiadam umiejętności usunięcia czegoś, tego poczucia:
„Napisałem coś, ale tego nie potrzebuję”; lecz teraz patrzę
na pracę Shibani z zewnątrz, i mam jasną perspektywę.
Ponieważ w tej chwili stoję z boku i jestem obiektywny, mam
wrażenie, jakbym był widzem reżyserującym film. I nie chodzi
mi tu o kreatywność, nie to mam na myśli. Czuję się tak,
jakbym mieszkał w mieszkaniu, które do mnie nie należy.
Obchodzę się z nim naprawdę dobrze, ponieważ nie jest moje,
ale nie wpadam z jego powodu w histerię. Nie histeryzuję,
jeśli kropla farby spadnie na sofę albo zabrudzi się
kuchnia. Nie histeryzuję, więc lepiej śpię. I z tego powodu
jestem spokojniejszy, robiąc swoje. Dlatego wydaje mi się,
że robię dużo bardziej szczery film.
Masz wrażenie, że twoje
wcześniejsze filmy ucierpiały z powodu braku tej
klarowności?
Och, myślę, że byłem bardzo nie fair w niektórych moich
filmach, ponieważ zawsze dążyłem do wyważenia ukazywanych
spraw. Uważam, że to moje pierwsza uczciwa robota. Nie wiem,
czy okaże się porażką, czy sukcesem, ale jestem całkowicie
przekonany, że to najbardziej szczera rzecz, jaką zrobiłem.
Pamiętam, że praca nad „Kabhi Alvida...” była w podstawach
naprawdę szczera. A potem to się trochę zmieniło w obrębie
przestrzeni twórczej, ponieważ zapchałem film rzeczami,
które, jak mi się wydawało, powinienem zrobić, by
uszczęśliwić pewną grupę publiczności, bo czułem, że ona
tego chce. Zdaję sobie sprawę, że już nie ma we mnie tego
poczucia.
Nie lekceważę publiczności, ale zacząłem mieć trochę większy
wzgląd na siebie.
Chcesz przemówić do niej
własnym głosem, kiedy paradoksalnie uświadamiasz sobie, że
twój głos liczy się tylko wtedy, kiedy zostanie usłyszany.
Czy nie jest koniecznością dla filmowca nieustannie
przewidywać, czego chce publiczność?
Zawsze, zawsze. Ale nie widzę już siebie w takiej roli.
Przewidujesz, czego oczekują widzowie. Wiesz, jak ustawić
scenę, by w tej właśnie chwili zareagowali, w tym momencie
płakali. Już tak nie twierdzę. Mówię: „Mam nadzieję, że to
zadziała w przypadku tego filmu”.
Myślę, że wpływ nowych ludzi, którzy pojawili się w moim
życiu, zmienił mój sposób odczuwania. Moja montażystka Deepa
– musiałem obdarzyć ją mnóstwem zaufania; mój pierwszy
asystent, Karan Malhotra, operator, Ravi Chandran – tych
troje ludzi nauczyło mnie inaczej myśleć i osiągać pewne
rezultaty bez, jak to powiedziałeś, przewidywania reakcji
publiczności. Kiedy spotykam się z Deepą, Ravim i Karanem –
który jest moim zdaniem niesłychanie utalentowanym
chłopakiem – oni naprawdę ustawiają mi doskonale perspektywę
na pewne rzeczy.
Myślę, że wcześniej trzymałem się trochę strefy
bezpieczeństwa. Dharma Productions jest jak biznes rodzinn.
To, co zrobiłem, to trochę jak oszukanie rodziny i odważenie
się na wyjście z domu. Myślę, że to pomogło – to oszustwo i
niewierność wobec mojej macierzystej firmy.
To musiało być trudniejsze
niż zwykle – wyjść poza strefę bezpieczeństwa i zgłębiać nie
tylko scenariusz napisany przez kogoś innego czy pracować z
nowymi ludźmi, ale także świadomie robić inny rodzaj kina?
Całkowicie. Znajduję się w miejscu, o którym nic nie wiem.
To jedyny film, do którego musiałem zdobyć informacje i
przeprowadzić rozpoznanie. We wszystkich innych pojawiało
się moje rozumienie ludzkich emocji, czasami spojrzenie
przez różowe okulary, czasami postrzeganie wielkomiejskich
relacji, którymi byłem pochłonięty, czasami kwestie
przyjaźni i ludzi, którzy byli wokół mnie.
To pierwszy film, w którym nie widziałem nic. Nie znałem
tych bohaterów, Nie wiedziałem nic o syndromie Aspergera.
Nie miałem pojęcia o globalnym postrzeganiu islamu – poza
oczywistościami, o których wszyscy, jako ludzie
wykształceni, czytamy. Ale skomplikowane szczegóły badań
faktycznie otwarły mi umysł.
Wiem teraz wiele na temat religii, na temat tego zaburzenia,
świata. A wszystko dlatego, że kręcę ten film. Czuję, że
wcześniej żyłem trochę jak w kokonie. Pracując z Ayaanem nad
„Wake Up Sid”, dowiedziałem się mnóstwo na temat tego, jak
myślą ludzie w jego wieku. Myślę, że kiedy sam miałem tyle
lat, ile ma on, nie robiłem nic takiego, co młodzi robią
dzisiaj.
To nie było tak dawno temu
– na pewno wszystko nie zmieniło się tak drastycznie.
Myślę, że zawsze miałem starą duszę i „przeskoczyłem” własną
młodość. Nigdy nie żyłem w rytmie typowym dla młodych ludzi.
Ayaan ciągle jeździ na jakieś nocne przejażdżki, spędza
gdzieś wolny czas. Ja nigdy niczego takiego nie robiłem.
Miałem przyjaciół, ale zawsze próbowałem pracować i jestem
zupełnie innym człowiekiem.
Nigdy nie robiłem tego typu rzeczy, więc jeśli więc jeśli
coś takiego pojawia się w piosence w jego filmie, myślę
sobie, że byłem nudny. Kiedy widzę teledysk do takiej
piosenki, czuję taki ucisk, że nigdy czegoś tam nie
zrobiłem. Ale wiem, że to przynajmniej łączy ludzi takich
jak ja.
Skoro poszerzasz horyzonty
poprzez współpracę z nowymi ludźmi, dlaczego wciąż pracujesz
z większością „starej gwardii”? W twoim filmie grają Shah
Rukh Khan i Kajol, muzykę robi ciągle tercet
Shankar-Ehsaan-Loy...
Niektórzy z nich są i będą. Sądzę, że dotknęłoby mnie
wyrwanie się całkowicie z tej mojej strefy.
Shankar-Ehsaan-Loy skomponowali muzykę, która jest
kompletnie inna; w „My Name Is Khan” nie ma piosenek, pod
które „śpiewają” bohaterowie, jest muzyka ilustracyjna. Ale
nie zachodnia, poza tym, że oparta jest na fuzji. Są także
inni wokaliści, ludzie, z którymi nie pracowałem.
Kiedy rozmawiałem z SRK, mówiłem mu: „Słuchaj, to bardzo
ważne, żebyś zagrał właśnie tę postać jak bohatera kina
głównego nurtu”, ponieważ to jedyny element komercyjny. Wiem
że ma to być postać, która zdobędzie sympatię widzów, bez
względu na wszystko. Czasami więc pojawia się pewien
konieczny element „słodyczy” czy złagodzenie zaburzenia w
niektórych miejscach, ale poza tym utrzymany jest pewien
ton.
Czy dogłębnie zapoznałeś
się z tematyką zaburzenia, by upewnić się, że nie popełnisz
błędu?
Wysłaliśmy scenariusz do Narodowego Towarzystwa
Autystycznego, żeby przeczytali dialogi. Bohaterowie tacy
jak Rizwan Khan wielu rzeczy nie mówią. Postrzegają rzeczy
dosłownie i tak mówią, więc jest wiele wyrażeń, których nie
używają. A potem wysłaliśmy im pierwsze fragmenty
nakręconego materiału, by sprawdzić, czy zrobiliśmy
wszystko, jak trzeba. Chcieliśmy wiedzieć. Widzisz, to
schorzenie objawia się w rozmaity sposób, nie ma jednego
sposobu pokazania go. Trzeba było zachować równowagę
pomiędzy wyobrażeniem postaci w mainstreamowym filmie a
trzymaniem się faktów.
Ważne jest to, że mogłem pracować z Shah Rukhiem,
Shankarem-Ehsanem-Loyem, Sharmishthą (Roy – dekoracje) i
Manishem (Malhotrą – kostiumy) oraz wszystkimi tymi ludźmi,
z którymi pracowałem już wcześniej. Ale wydaje mi się, że
dla nich wszystkich to było wyzwanie. Nie sądzę, by robili
wcześniej coś takiego. Do premiery daleko, nie ma pewności,
ale rzeczywiście czujemy, że wcześniej czegoś w tym stylu
nie robiliśmy. W ogóle jednak nie mam pojęcia, czy totalnie
spieprzyliśmy, czy poszło dobrze.
Angażujesz się w ważki
temat, ale wspomniałeś, że bohater musiał się w pewnym
sensie dostosować do bollywoodzkich reguł i być ujmującym
herosem. Czy poważny film byłby według ciebie nieudany?
Och, to poważny film. Co do tego nie ma wątpliwości. Ma
własny rytm. Powiedziałbym, że to dramat, kwintesencja
dramatu, który jest zdecydowanie serio. Nie ma w nim nic
frywolnego.
Nie sądzisz, że
skończyliśmy w naszym kinie z kręceniem porządnych dramatów?
Nawet nasze opowiadane na serio historie miłosne starają się
być jednocześnie zabawne i seksowne. Czy nie powinniśmy
poddać się regułom gatunku zamiast traktować je z dystansem?
Wydaje mi się po prostu, że ja sam mam pewną tonację i
brzmienie. Są momenty zabawne, ale ani na moment nie
trywializują tematu. Myślę, że to solidny dramat...
Tak, może masz rację, no bo jak to? Jak dramat może mieć
fragmenty z piosenkami? Dramat to inny rodzaj konstrukcji.
Trzeba sobie uświadomić jedno w temacie kina indyjskiego –
żadne inne kino na świecie nie ma intermission, a mało kto
zdaje sobie sprawę, jak drastycznie wpływa to na strukturę
opowiadanej historii. Ta jedna przerwa w narracji w
rzeczywistości zmienia sposób, w jaki tworzymy nasze filmy.
To coś, co nas wyróżnia – ale też czynnik odstraszający.
Robilibyśmy filmy inaczej, gdybyśmy nie mieli przerwy – ale
mamy.
Więc – zaczynasz, szczytujesz, napięcie opada, zatrzymujesz
się. Znowu zaczynasz, szczytujesz, napięcie opada. W filmie
są dwa punkty kulminacyjne i dwa zakończenia, z czego nie
zdajemy sobie właściwie sprawy. Dziewięćdziesiąt procent
kłopotów z naszymi scenariuszami to właśnie to. To nasz
problem na poziomie globalnym.
Tak naprawdę w połowie „MNIK” nie ma punktu kulminacyjnego,
po prostu coś się wydarza i następuje przerwa.
Trzeba zdawać sobie sprawę, że obie części filmu powinny
stanowić pewną jednolitą całość. Ale bardzo rzadko zwraca
się na to uwagę.
Pisanie z myślą o intermission kończy się na tym, że
zlepiamy razem gatunki, które najlepiej znamy, te, które
pasują do zmiksowanej masali.
Oglądając dziewięćdziesiąt procent naszych filmów, wiesz,
kiedy będzie przerwa. Po prostu. To znaczy, że scenariusz
został napisany według określonego schematu, jest to w
pewien sposób zaznaczone. I to jest nasz problem – ogromny.
To dlatego nie umiemy robić dobrze większości gatunków
filmowych. Nie kręcimy dobrych thrillerów. Bo musimy mieć
relacje międzyludzkie, do tego dochodzi muzyka. Więc nie
mamy typowego thrillera, nakręconego w taki sposób, w jaki
powinien być zrobiony. Nie umiemy zrobić dobrze dramatu.
Potrafimy kręcić dobre komedie, bo komedia może mieć rwaną
narrację. I radzimy sobie bez problemu z kinem rodzinnym,
ponieważ najlepiej się na tym znamy.
Żaden amerykański ekspert od pisania scenariuszy nie powie
ci, jak poradzić sobie z intermission. Oglądając indyjskie
filmy, być może nie wszystko będzie do końca rozumiał; ale
trzyczęściowa struktura się u nas nie sprawdza. Po prostu.
Mam też wrażenie, że nie jesteśmy dobrzy w zbieraniu
wszystkiego do kupy. Wiele jest całkiem efektownych
indyjskich filmów, ale całkowicie zawodzą w drugiej części.
Chwiejemy się i potykamy niepewnie w trzecim akcie...
I zawsze będziemy. Zasadniczo próbuje się zakończyć i
podsumować wszystko, a wyjaśnienia idą zbyt daleko. Jeśli
nie wyjaśnisz wszystkiego szczegółowo, nie będziesz czuł
potrzeby zakończenia. Problem polega na tym, że podczas
pisania scenariuszy mamy zbyt mało szacunku dla widzów.
Także tutaj przewidujemy, czego chcą. Mamy wrażenie, że nie
zrozumieją tego, nie poczują. Więc stosujemy uwydatnienie. I
przesadzamy w tym, a kiedy próbujemy zamknąć te wszystkie
naddatki – nawalamy. Zamiast po prostu pozwolić, by
wydarzenia się rozgrywały, usprawiedliwiamy, analizujemy,
mówimy zbyt głośno. I nabiera to takiej wagi, że kiedy
trzeba wrócić do tematu i tak czy inaczej zamknąć wątki, w
efekcie kończy się, mając bałagan w drugiej części.
Jako publiczność mamy również rzadko uczucie, że „to się
stało”. „Nie musimy wiedzieć, dlaczego się tak zdarzyło”.
Czasem ludzie zachowują się w dziwny sposób. Można być
neurotykiem, tak po prostu. Można być świetnym facetem, ot
tak. Rani nie lubi Abhisheka, po prostu nie. „Ale dlaczego”?
Dlaczego ludzie zadają takie pytania? „On jest takim
świetnym facetem, jest taki miły...”. Ona go nie lubi. Nie
kręci jej.
Czy to według ciebie
kwestia przyzwyczajenia? Eksploatujemy ekranowe wizerunki
matek, sióstr, żon tak bardzo, narzucając je nieustannie
publiczności, że się do nich przyzwyczaja?
Tak, to przyzwyczajenie, jak przypuszczam. Nie da się
zlikwidować projektowanego w umysłach, ikonicznego statusu
aktora i zostawić widzów w sferze realności. Po prostu nie
można tego zrobić. Masz poczucie, że Shah Rukh jest
szlachetnym człowiekiem, a Rani typową dobrą dziewczyną.
Byłbyś zaskoczony tym, jak mocno widzowie wierzą w to, kim
jesteś, i czasami zwyczajnie odrzucają cię ze względu na
istnienie twojej pozaekranowej osobowości.
W Indiach często tak się robi. Wiesz, że część widzów
naprawdę kocha Salmana, że Aamir po wręcz symbolizuje
inteligencję. Może nadać wagę wszystkiemu. Oglądasz „Ghajini”
i nawet, jeśli film ci się nie podoba, wydaje ci się, że on
przekazuje coś również przez „Ghajini”, ponieważ to Aamir
Khan. Wiesz... „Z pewnością gdzieś tam zawarł komentarz o
przemocy”. Jest to postrzegane jako coś istotnego.
A ty jesteś odbierany lekko, możesz robić, co chcesz, ale
nikt nie będzie postrzegał cię jako szlachetnej, wywodzącej
się z ducha Ghandiego postaci.
Moi niezajmujący się filmem przyjaciele mają bardzo
konkretne opinie o aktorach. Jako ludziach, nie o aktorach.
„On sypia z wszystkimi naokoło. Skąd wiesz? Siedzisz pod
jego łóżkiem? Zdradza swoją żonę. Skąd wiesz, jesteś jego
żoną”? Mają takie teorie, po prostu „wiedzą”.
Ale to nie przeszkadza im
cieszyć się tzw. pracą aktora na ekranie, tak?
To staje się częścią osobowości aktora, co znowu nie dzieje
się nigdzie poza Indiami. Myślę, że jako naród jesteśmy
bardzo wrażliwi. Uważam, że w duszach nosimy intermission
(śmiech), zatrzymujemy się czasami i myślimy za dużo –
dlatego lubimy to w naszych filmach. Mamy skłonność do
ferowania wyroków na temat człowieczeństwa, dużo bardziej
niż inne kultury, inne nacje.
W kwestii intermission –
teraz robimy filmy stu- studwudziestominutowe...
Tak? Kto (śmiech)? Kim są ci ludzie? Nie rozmawiasz z jednym
z nich!
Czy myślisz, że powinniśmy
zacząć myśleć o zrezygnowaniu z przerwy?
No tak, publiczność należąca do diaspory w ogóle nie
zatrzymuje filmu. Nie mają intermission. Robią własną
przerwę, wychodzą i wracają. Nie ma nic bardziej irytującego
od oglądania z nimi, bo wychodzą w najgorszym momencie i
pozostaje ci tylko marzyć o tym, by tego nie robili.
Ale nie – sądzę, że przerwa jest w pewnym sensie częścią
naszej kultury i nie uważam, że kiedykolwiek powinniśmy z
niej zrezygnować. Jest jakaś magia w tym, że wychodzi się w
połowie i mówi o filmie. Czy gdzie indziej na świecie można
mówić o pierwszej, drugiej połowie? Albo film ci się podoba,
albo nie. Tutaj mówisz, że pierwsza część była dobra, druga
gorsza. Na zachodzie patrzą na ciebie, jakbyś byś szalony.
I tak powinno być. Powinniśmy być kulturowo odmienni.
Wracając do aktorów i tego,
że ich wizerunek powoduje problemy z postrzeganiem,
szczególnie jeśli chodzi o pokazywanie ich na ekranie w
jakichś konkretnych rolach... Nie sądzisz, że problemy
powoduje to, iż mamy kilka gwiazd, z którymi wszyscy
filmowcy chcą podpisywać kontrakty?
Absolutnie. Mamy pięciu aktorów, cztery aktorki, trzech
reżyserów, trzech scenografów, czterech choreografów. Więc
kiedy zaczynasz film, nie wiesz, co robić. I zabierasz się
do tego, mówiąc: „Ok, kręcimy”. Poza tą czwórką aktorów
jeden ma problem z choreografem, ponieważ jest nowy i nie
umie dobrze tańczyć, więc pojawiają się problemy... To
wszystko jest bardzo, bardzo ograniczone.
Masz dwudziestu ludzi w branży, z którymi możesz pracować.
Więc? Trzeba by się odważyć, zatrudnić kogoś nowego i
pracować z tym nowym aktorem – a ja tego nie chcę. Potem i
tak wszystko zaczyna się od początku.
Mimo to tak naprawdę
wylansowałeś wielu nowych reżyserów.
Byłem oskarżany o to, że nigdy nie promuję młodych aktorów.
Mówię, że robię coś jeszcze lepszego – lansuję nowych
reżyserów. To jest dla mnie dużo ważniejsze. Nie chcę rzucać
frazesami i mówić, że kiedy pojawi się odpowiedni
scenariusz, będę pracował z debiutantem. Nie chcę pracować z
debiutantami, nie interesuje mnie to. Lubię pracować z
gwiazdami. Ludźmi, którzy już popełnili swoje błędy i już
się rozwinęli.
Nie chcę zgrywać profesora Higginsa dla debiutantów
(profesor Higgins – bohater „My Fair Lady”, musicalu
opartego na „Pigmalionie” Shawa – przypis tłumacza). Chcę
wchodzić w interakcje, a nie kształcić innych. Nie mam
wrodzonej potrzeby nauczania, są rzeczy, których sam muszę
się nauczyć. Więc absolutnie nie jestem zainteresowany, by
podążać tą ścieżką.
Ale uwielbiam współdziałać, wchodzić w interakcje z młodymi
reżyserami, ponieważ szczerze wierzę, że od nich mogę się
cholernie dużo nauczyć. Wiem sporo o filmach tych
nowicjuszy, i – czy robią dobry, czy zły – uczą mnie mnóstwa
rzeczy.
A czy to samo świeże
podejście nie pojawia się, kiedy zwracasz się do młodych
aktorów?
Nie ma nic bardziej frustrującego niż praca z kimś, kto nie
jest aktorem. Te momenty, kiedy zdenerwowałem się na planie
– naprawdę tylko kilka razy, bo jestem stosunkowo spokojny –
zdarzyły się wtedy, kiedy miałem złego aktora. Nie ma nic
gorszego. Wolę się pociąć niż pracować ze złym aktorem.
Trudno mi nawet powiedzieć, jakie to kłopotliwe. Zachowujesz
zazwyczaj pewien poziom i nie możesz go z nimi osiągnąć. A
bardzo byś chciał.
Może kiedy będę miał pięćdziesiątkę i ktoś bez pozycji
będzie chciał ze mną pracować, powiem: „Teraz zrobię mój
film z debiutantami”. Ale nie teraz.
Zgoda, ale brak
doświadczenia nie oznacza braku talentu. W przeciwnym
wypadku byłby większy zestaw utalentowanych gwiazd poza tymi
oczywistymi pięcioma herosami i czterema heroinami. Są
utalentowani, doświadczeni aktorzy, którzy nie zajmują
należnego im miejsca.
I tak naprawdę pracuję z wieloma z nich jako producent i
reżyser. To znaczy – zespół „Khana” to mnóstwo ludzi, którzy
robią świetną robotę w różnych gatunkach filmów. Oprócz
głównych aktorów w filmie jest cała grupa równie
interesujących ludzi. Podobała mi się praca z nimi
wszystkimi, chcę z nimi pracować. Ale moja główna obsada
zawsze pozostanie właśnie tą główną.
Co z rozmiarem i skalą? Czy
umiesz sobie wyobrazić siebie robiącego mniejszy film?
Nie wiem. Nie umiem teraz, nie wiedziałbym, jak go zrobić.
Filmy, które produkuję, są małe. „Wake Up Sid” – nie
potrafiłbym go zrobić, był kręcony na naprawdę malutkiej
przestrzeni, rozmiaru tego pokoju, nie wiedziałbym, jak
sobie dać z tym radę. Ale dowiedziałem się trochę w czasie
„Khana”, co zrobić, aby niewielka przestrzeń wyglądała
dobrze na ekranie, więc się uczę.
Ale produkować – jak najbardziej. Chciałbym, żeby ktoś dał
mi scenariusz „Wedsnesday”, uwielbiam go. Szkoda, że go nie
wyprodukowałem.
Chciałbym produkować różne małe filmy od poziomu
scenariusza, a potem planować ich wypuszczenie na rynek.
Teraz już znam się na sprzedaży filmów. Chciałbym je
produkować, wychować utalentowanego debiutanta talent i
ułatwić mu start. Ale reżyseria – nie. Nie umiem tego robić.
Masz na myśli – jeszcze
nie.
Nie, może nigdy. Taa, być może to najbardziej pochopne
oświadczenie z mojej strony – że nie umiem robić filmów
niskobudżetowych. Nie potrafię.
Dla mnie jako widza byłaby
fascynująca możliwość zobaczenia, jak sprawdza się twój
rodzaj filmowania schwytany w zasadzkę poważnych ograniczeń.
I naprawdę się cieszę, że tego oczekujesz, ale (śmieje się)
z przykrością stwierdzam, że nie będę w stanie tych
oczekiwań zaspokoić. Wiem, co masz na myśli, interesująco
byłoby zobaczyć, jak próbuję. Ale znienawidziłbyś ten film,
ponieważ nawet gdybym go zrobił, byłaby to najbardziej
fałszywa rzecz w moim życiu. Próba ograniczenia mojej wizji.
Mogę zrobić coś gó..., ale nie umiałbym zrobić czegoś, co
jest fałszywe i nie ma ze mną nic wspólnego.
Tłumaczenie: GosiaJG
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"