w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

   - Asoka

   - Devdas

   - Dil Se

   - Dilwale Dulhania Le Jayenge

   - Don

   - Koyla

   - My Name is Khan

   - Om Shanti Om

   - Paheli

   - Rab Ne Bana Di Jodi

   - Swades

   - Veer Zaara

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

OM SHANTI OM - analiza filmu

Autor: Philip Lutgendorf
Źródło: http://www.uiowa.edu/~incinema/Om Shanti Om.html


(2007, Hindi, 162 minut)
Reżyseria: Farah Khan; Produkcja: Gauri Khan i Red Chilies Entertainment Koncepcja: Farah Khan; Scenariusz: Mushtaq Sheikh i Farah Khan; Dialogi: Mayur Puri; Teksty piosenek: Javed Akhtar; Muzyka: Vishal-Shekhar; Choreografia: Farah Khan; Operator: V. Manikandan; Reżyser dźwięku: Nakul Kamte; Dyrektor artystyczny: Sabu Cyril; Kostiumy: Karan Johar, Manish Malhotra, Sanjiv Mulchandani

Drugi film wyreżyserowany przez Farah Khan jest imponującym hołdem dla ukochanego przemysłu, na którym się wychowała i który – po nieprawdopodobnym sukcesie filmu – przyznał jej miejsce w gronie reżyserów pierwszoplanowych (jest pierwszą kobietą, która osiągnęła ten status). Skomplikowana i pomysłowa opowieść poprowadzona jest bardzo zgrabnie aż na trzech poziomach: smakowitej parodii, szczerego hołdu, a także (na własnych zasadach) autentycznie przejmującego melodramatu. Dość powiedzieć, że to wszystko, to dopiero zapowiedź rozkoszy, jakie „Om Shanti Om” (skrócony do OSO) ma do zaoferowania wielbicielom kina hindi. Scenariusz od samego początku wielką swobodą naszpikowany jest aluzjami i odniesieniami do filmów, gwiazd, reżyserów z dawnych lat, z dowcipami z podwójnym dnem i z rozpoznawalnymi powszechnie przenośniami; pani reżyser i jej zespół zdaje się puszczać do nas oko i mówić, „ A teraz obejrzyjcie sobie, jak dzięki magii kina hindi, sprawimy, że na nowo przejmiecie się do głębi tymi wyświechtanymi frazesami!” Udaje, im się to w wielkim stylu, przy akompaniamencie zapadającej w całości w pamięć ścieżki dźwiękowej, obłędnej strony wizualnej - niezwykłe osiągnięcie, które w rezultacie przynosi nam jeden z najbardziej rozrywkowych filmów ostatnich czasów.
Na poziomie narracyjnym, OSO jest historią zdrady, zbrodni oraz dokonanej przez narodzonego po raz drugi bohatera zemsty. W kontekście kinematografii rodem z Bombaju, od razu nasuwa się kontekst i przypominają się przynajmniej dwaj poprzednicy: „Madhumati” z 1958, z Dilipem Kumarem i Vyjayanthimalą, największy komercyjny sukces wielkiego bengalskiego reżysera Bimala Roya i „Karz” z 1980, z Rishim Kapoorem i Simi Grewal, jeden z największych hitów Subhasha Ghai; istotnie, do obu filmów OSO nawiązuje z wielką miłością. Ten drugi film był ewidentnie kluczowy dla młodości pani reżyser. OSO rozpoczyna się od imaginacyjnej i podrasowanej cyfrowo sceny kręcenia jednego z jego najsłynniejszych tanecznych numerów: dyskotekowego “Mere umar ke” wykonywanego przez odzianego w srebrny kostium Rishiego Kapoora i grono tancerek na gigantycznej, obracającej się płycie gramofonowej, filmowanej przez reżysera Subhash Ghai (który występuje w niej osobiście w cameo, jakie znamy z jego filmów1) i z Farah Khan i Shah Rukiem Khanem w tłumie statystów, grających zachwyconych fanów, śpiewających zgodnie refren piosenki (którym jest oczywiście, jak mantra, “Om shanti om”), a potem kpiących jedno z drugiego na temat niepodobieństwa, że pewnego dnia zostaną reżyserką i gwiazdorem – a wszystko to, zważcie, w pięciominutowej sekwencji teaser2-i-napisy początkowe (prócz oczywistego hołdu dla Ghaia, film potwierdza, że dotychczasowa praca pani Khan jest dziedzictwem wielkiego Manmohana Desai i że, jak w przypadku jednego z jego frenetycznych, dzieł z wieloma gwiazdami w obsadzie, lepiej nie mrugać, kiedy ogląda się sekwencję otwierającą OSO - a i później także.
Temat ciągłego powracania życia i wątków filmowych – realność współczesnego przemysłu filmowego, która odzwierciedla indyjską metafizykę i ludowe opowieści – rozwija się. Wkrótce dowiemy się, że nasi główni bohaterowie pracują przy kręceniu imponującego filmu zatytułowanego „Om Shanti Om,” dramatu o reinkarnacji, produkcji, która zostanie zaniechana i podjęta na powrót trzy dekady później, dzięki ponownym narodzinom jednego z nich. Kiedy wiemy, że ten powracający bohater o imieniu, w obu życiach, Om, jest głęboko zakochany w jednej bohaterce imieniem Shanti, tytuł filmu pokazuje nam kolejną warstwę znaczeń. Bohaterem numer jeden jest Om Prakash Makhija (Shah Rukh Khan), dziarski, zakochany w filmach „młodszy artysta” (czyli statysta) w studio filmowym z późnych lat 70 - „RC Studios,” rzekomym planie kręcenia sceny z „Karz,” od której zaczyna się film. Ale pierwowzorem są oczywiście o dwadzieścia lat starsze RK Studios Raja Kapoora - jego teren nasuwa wiele nostalgicznych wspomnień o dawno już minionej erze studiów filmowych kina bombajskiego, z fontannami, posągami, ogrodami i cudownie oświetlonymi budynkami w stylu art-deco – jak pastelowe wspomnienie Ajanta Studios z „Kaagaz Ke Phool” (1959) Guru Dutta.
Om i jego niezmordowany kumpel Pappu (uroczy Shreyas Talpade), wędrujący beztrosko poprzez ten cały tematyczny park w czymś jak poliestrowe ubranka (Om ma nawet naszyjnik a la Desai, z zestawem medalików hinduskich, muzułmańskich i chrześcijańskich), pokazują się jako statyści w scenkach ze sparodiowanych filmów, marząc o gwiazdorstwie i – równie jak ono niemożliwym – spiknięciu Oma z jego „sympatią” z fantazji, gwiazdeczką Shanti Priyą (wciela się w nią olśniewająca debiutantka Deepika Padukone, aczkolwiek ta słynna modelka jest o dobrych 10 kilo za szczupła jak na heroinę z lat 70) i konwersując plus dramatyzując z uwielbiającą Oma matką „młodszą artystką” (Kirron Kher), która nigdy do końca nie podźwignęła się po odrzuceniu jej kandydatury do roli Anarkali w „Mughal-E-Azam” (1960). Pappu uważa, że marzenia Oma zakłóca jego nieszczęsne nazwisko ('makki' to mucha domowa w hindi) i namawia go do przyjęcia pseudonimu „Kapoor,” żeby upodobnić się do ich idola, przysadzistego, bujnowłosego Rajesha Kapoora (Javed Sheikh).
Jednak los Oma nabiera rumieńców kiedy on i Pappu, podwójnie udając Manoja Kumara (który natychmiast oprotestował tę satyrę na jego patriotyzm i zwyczaj ukrywania twarzy za podniesioną dłonią!), wdzierają się na premierę nowego filmu Shanti, „Dreamy Girl.” Om, zaplatany w jej przejrzystą dupattę, zdoła spojrzeć ukochanej z bliska prosto w oczy, przy akompaniamencie ślicznej ballady „Ajab si”. Zaraz potem oglądamy coś, jak film-w-piosence, „Dhoom taana,” rzekomo z „Dreamy Girl,” ale tak naprawdę mistrzowski pokaz udającej historyczną – choreografii i kostiumów, migoczących scenografii i efektów specjalnych, które gładko ustawiają Shanti u boku odpowiednio młodszych Sunila Dutta, Rajesha Khanny i Jeetendry – których miejsce, w każdej sekwencji, zajmuje w marzeniach siedzący na widowni Om.
I kiedy później ratuje on Shanti z pożaru stogów siana, który wymknął się spod kontroli podczas zdjęć plenerowych (rekapitulując legendarne uratowanie Nargis na planie „Mother India” Mehbooba Khana, które zapoczątkowało ich miłość i małżeństwo), a potem przekonuje ją, że jest gwiazdą kina tamilskiego (w przekomicznej parodii „westernu” w stylu Rajnikanta), nagradza go ona wieczorem spędzonym w jego towarzystwie; randce z marzeń, którą on i Pappu przygotowują w studiu filmowym, przy akompaniamencie romantycznej "Main agar kahoon," wyczarowując kolejny hojny bukiet cytatów filmowych (łącznie z – o ile mnie oczy nie mylą – nawiązania do podobnego uwodzenia Debbie Reynolds przez Gene Kelly'ego w „Deszczowej piosence”).
Jednak romantyczne nadzieje Oma wkrótce legną w gruzach, kiedy odkryje on, podsłuchując przypadkiem rozmowę w garderobie, że Shanti kocha innego: stylowego producenta Mukesha Mehrę (Arjun Rampal), ambitnego łajdaka, któremu nierozważnie oddała serce i ciało, choć on utrzymuje ich „małżeństwo” w sekrecie, żeby zawrzeć o wiele bardziej obiecujący związek z córką sponsora filmu.
Mehra marzy o nakręceniu “Om Shanti Om,” najbardziej wystawnego bombajskiego filmu wszech czasów, w przebogatym wnętrzu w stylu europejskiego baroku (lub posiadłości sędziego Raghunatha w filmie „Awara”), ale kiedy Shanti udaremnia jego plany, wyjawiając, że spodziewa się jego dziecka, producent knuje nikczemny plan pozbycia się i jej i dekoracji swojego filmu i tak już skazanego na unicestwienie. W autentycznie zapierającej dech sekwencji, która zamyka pierwszą część filmu, Om bohatersko próbuje ją uratować, wskutek czego sam umiera od odniesionych obrażeń – w dokładnie tym samym szpitalu i w tej samej chwili, gdy żona supergwiazdora Kapoora rodzi syna. I wspaniałe, w stylu Desaia, finałowe zderzenie wręcz niemożliwego zbiegu okoliczności i ogromnej tragedii pozostawia obu zarówno bez szwanku, jak gotowych na kolejny zwrot akcji „trzydzieści lat później,” po przerwie.
Teraz nieszczęsny Om Prakash zmienia się w super gwiazdora Oma Kapoora, czyli O.K, mało dojrzałego i egocentrycznego potomka filmowej dynastii, zamieszkującego tę samą posiadłość, przed którą (w poprzednim życiu) wygłaszał próbną mowę dziękczynną przed tłumkiem ulicznych łobuziaków. Ma tę samą twarz, choć bardziej puszyste włosy, a tatuaż na nadgarstku w kształcie znaku „om” tajemniczo zmienia się w niezbyt wyraźną bliznę.
Jednak jego sylwetka przekształciła się – jak to u wszystkich bohaterów pierwszoplanowych z Bombaju pod koniec lat 80, w napakowane ciało super-samca (to prawdziwa fizyczna przemiana, której osiągnięcie podobno zabrało czterdziestodwu letniemu SRK sześć tygodni morderczych ćwiczeń). Rezultat pokazany jest wszem i wobec w item songu “Dard-e-disco”, który O.K upiera się włączyć jako „dream sequence” w finał podrabianego melodramatu, w którym gra ślepego i głuchego kalekę, uczestniczącego w ślubie ukochanej z innym mężczyzną. Ubrany przez przyjaciela i reżysera SRK, Karana Johara, jest chodzącą satyrą na współczesną fetyszyzację męskiego ciała i (jak cały OSO) stanowi równocześnie i komiczną parodię i model reprezentanta swoich czasów.
Ale, podobnie jak piosenka „Om Shanti Om” w „Karz,” jest coś, co przywołuje przerażające wspomnienia bohatera z poprzedniego życia i śmierci, które nasilają się, kiedy przyjeżdża on na plan zdjęć do głupiego filmu o superbohaterze pod tytułem „Mohabbat man” - w spalonych ruinach RC Studios. Przeplatanie się wyrafinowanej komedii i intensywnej tragedii jest kontynuowane w kapitalnej przeróbce ceremonii rozdania nagród Filmfare (dopełnionej życzliwym udziałem Abhishka Bachchana i Akshaya Kumara, nabijających się z samych siebie), podczas której O.K zdobywa nagrodę dla najlepszego aktora, za którą idzie wielka impreza (z udziałem 31 gwiazd bawiących się wspólnie przy wtórze niezwykle tanecznego kawałka "Deewangi deewangi," przez którego melodię znów przewija się refren „Om Shanti Om”), która w dużej mierze naśladuje podobną scenę przyjęcia w filmie Manmohana Desai „Naseeb.”
Jednak i ten „item” (który doprowadza indyjską publiczność do szaleństwa owacji z każdym pojawianiem się owej gwiazdy), gładko przechodzi w ciąg dalszy akcji, wraz ze złowieszczym wejściem Mukesha Mery, teraz szpakowatego, powracającego z zagranicy (po olśniewającej karierze producenta w tym Innym wielkim ośrodku przemysłu filmowego) i chętnego do zajęcia się kolejnym projektem Oma. Nasz bohater rozpoznaje w nim nemezis własne i Shanti i wkrótce pojawia się na progu domu mamy Makhija, żeby na nowo spotkać ją i Pappu; łzawa gra Kirron Kher w tej scenie w naturalny sposób przypomina Durgę Khote z „Karz,” pozornie zniedołężniałą starą kobietę, która przez całe lata żyje wiarą, że jej dawno zmarły syn pewnego dnia powróci.
Teraz pozostaje wymierzenie sprawiedliwości czarnemu charakterowi... ale jak? Zeznanie świadka, który przeszedł reinkarnację raczej nie znajdą posłuchu w sądzie! Om i Pappu obmyślają plan, który wymaga przekonania producenta do sfinansowania nowej wersji dawnego projektu „ Om Shanti Om,” w odbudowanych dekoracjach w poczerniałych od pożaru ruinach i angażują Sandhyę/”Sandy,”głupiutką istotkę z Bangalore, aby wcieliła się w rolę ducha Shanti.
Olśniewająca piosenka finałowa, "Daastaan-e-om shanti om,"w której bohater odtwarza zdradę i morderstwo Shanti, odbywa się na okazałych schodach, mieszając melodię i słowa, które zręcznie nawiązują do podobnej sekwencji z „Karz” (piosenki "Ek haseena thi,"), a strona wizualna kłania się „Upiorowi w operze” Andrew Lloyda Webera. Ale zaskakujący finał dostatecznie objawia własny „karz” (dług) pani reżyser wobec wielkiego Bimala Roya i jego pamiętnego filmu „Madhumati.”
OSO w sferze narracji wizualizacji jest tak niezwykłym widowiskiem, że czysta przyjemność obcowania z nim niweczy, przynajmniej na pierwszy rzut oka, każdą próbę krytycznej refleksji, przychodzą jednak na myśl pewne intrygujące podteksty. Rozkwit Farah Khan od nowatorskiej choreografki (jak choćby w „Dil se” i niezliczonych filmach, w Londynie i broadwayowskim musicalu „Bombay Dreams”) do reżyserki z najwyższej półki, był możliwy dzięki jej przyjacielowi, Shah Rukhowi Khanowi, którego firma producencka sfinansowała oba filmy. Ich zażyłość jest widoczna w tym, jak film miłośnie traktuje swoją gwiazdę, a można by nawet dopatrzeć się podejrzenia, że reinkarnacja Oma w jakiś sposób odtwarza biografię samego SRK: jego metamorfozę z nie znanego nikomu, nie mającego dynastycznych korzeni w żadnym z filmowych klanów Delhijczyka w King Khana, dominującego gwiazdora Bombaju od 1995 roku.
Następnie, film jest dla osób wtajemniczonych, parodią przemysłu filmowego hindi, aż gęstą od nawiązań i smakowicie inteligentną, stojącą w jaskrawym kontraście do takich tandetnych satyr jak „Hollywood – Bollywood” Deepy Mehty (2002), która schlebia każdemu zachodniemu dziennikarskiemu frazesowi o rzekomych „fabrykach bezsensownych snów” z Bombaju – ten sam rodzaj protekcjonalności prezentuje odrażający rozdział o tejże branży z popularnej książki podróżniczej Pico Iyera Video Night in Kathmandu (1989). OSO przeciwnie – z wielkim uczuciem wysławia energię i podskórny puls tego kina, które kochają biliony, a u samych swoich podstaw udaje mu się jakoś połączyć pewną 'desi' niewinność z odważną dumą. Każdy szczegół filmu emanuje tą dumą: pewnością siebie Farah Khan w jej funkcji reżysera (przekornie wyśmianą w licznych dowcipach pokazujących nieważność reżyserów w Bombaju, którym rządzą gwiazdy, podczas gdy tworzy ona coś, co jest, od początku do końca, esencjonalnie 'reżyserskim' filmem, o kadrach wypełnionych starannie dobranymi, niezwykłymi detalami) oraz pewność siebie samej branży – zaufanie do samej siebie jako dostawcy olśniewającej, poszukiwanej na całym świecie rozrywki, od czasu do czasu, jak tutaj, urastającej do wielkości. Nie jest tajemnicą, że większość ludzi pracujących w bombajskim przemyśle filmowym gardzi nadaną mu przez media etykietką „Bollywood,” z jej sugestią o wtórności, a SRK powiedział o tym publicznie (w dokumencie Nasreen Munni Kabir The Inner World of Shah Rukh Khan). A jednak dziś nie da się uciec przed tym terminem – ma już zbyt dużą globalną rozpoznawalność. I oto mamy w OSO pewien szczególnie miły moment, kiedy to obleśny Mukesh Mehra, podczas biznesowego lunchu z Omem Kapoorem w restauracji z widokiem na panoramę Bombaju, proponuje gwiazdorowi, zwracającemu się do niego 'Mukesh', 'Mów mi Mike. Tak mnie nazywają w Hollywood.' Następnie, kiedy 'Mike' kieruje jakąś uwagę do 'Oma,' ten ostatni ripostuje, 'Mów mi O.K. Tak mnie nazywają..... w Bollywood,' z maleńką pauzą, która podkreśla zarówno urok, jak obcość tej nazwy – umieszczonej w tym strategicznym miejscu werbalnego pojedynku ze zdrajcą, który porzucił zarówno Shanti, jak Ojczyznę. Vah! Czy można zakończyć inaczej niż: Jai Hind! i Jai Farah Khan!


(1) Subhash Ghai, podobnie jak Alfred Hitchcock, pojawiał się choćby na mgnienie oka, w każdym swoim filmie
(2) Teaser – przedczołówka, część filmu dziejąca się przed napisami początkowymi.


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"

>> przeczytaj o filmie w dziale filmografia
>> zobacz galerię zdjęć z filmu