Fragmenty książki
opowiadającej o realizacji filmu „Veer Zaara”
„They Said It...”, Yash Raj Films, 2007
Yash Chopra – reżyser i producent
„Dil To Pagal Hai” z 1997 roku był pierwszym kinowym
musicalem wytwórni Yash Raj Films i naprawdę – o lata
świetlne odległym od tego, czego próbowałem wcześniej.
Przesunięcie środka ciężkości w kierunku młodości stało się
ewidentne. Pracowałem z bardzo młodą ekipą na prawie każdym
polu, nawet muzyka brzmiała inaczej... a po sukcesie filmu i
ja dokonałem przejścia w stronę „bycia na czasie.”
Następny miał być film kręcony przez Aditę, który poświęcił
mi już kilka lat pomagając przy DTPH. I tak, cała moja
energia skierowała się ku produkcji „Mohabbatein,” którego
premiera odbyła się w 2000 roku.
Yash Raj okrzepł wtedy już tak, że ważne stało się
rozwinięcie skrzydeł i produkowanie większej ilości filmów
niż tylko te kręcone przez Adiego i mnie. I tak powstały „Mere
Yaar Ki Shaadi Hai,” „Mujhse Dosti Karoge,” „Saathyia,””Hum
Tum i „Dhoom,” a ja byłem nieustająco zajęty nadzorowaniem
ich produkcji i planami rozwoju firmy. I znów, zanim się
obejrzałem, minęło 7 lat od DTPH... a ja nie mogę
powiedzieć, że dyrektorska żyłka we mnie nie dawała o sobie
znać.
W międzyczasie Adi pracował nad projektami, którymi chciał
mnie zainteresować i często omawialiśmy ich realizację,
obsadę, w trakcie jego pracy, a to też wymagało czasu.
Pewnego dnia Adi opowiedział mi 3 sceny. Całkowicie nowe i
odmienne. Ich wizja zawładnęła mną od pierwszej chwili i
natychmiast postanowiłem, że to będzie mój nowy, następny
film. I Adi zaczął pracować nad tą nową opowieścią. Te sceny
to były sceny otwierające „Veer-Zaara.”
Widziałem ten film bardzo wyraźnie, film z ogromnym
rozmachem, osadzonej w indyjskiej kulturze i tradycjach.
Bardzo indyjski film, a więc kompletnie odmienny od moich
wcześniejszych prób. Film, który wymagał znakomitych
twórców.
Na początek odbyłem dwie rozmowy telefoniczne.
Pierwsza była z Rani, którą jasno widziałem w roli Saamyi.
Wprowadziłem ją w rolę i w to, że choć na pierwszy rzut oka
może się ona wydać drugoplanowa, to w rzeczywistości jest
wielka, a ona jest jedyną aktorką, która może jej podołać.
Druga była z Shahrukhiem. Jest on właściwie członkiem rodziny,
a ja nie umiem wyobrazić sobie filmu bez niego... I kto inny
mógłby zagrać Veera Pratapha Singha?
Nie było nigdy alternatywy dla Shahrukha i Rani.
Obsadzenie roli Zaary wymagało namysłu. Potrzebowałem
aktorki, która ma image kompletnie inny niż filmowa Zaara.
Musiała zaskoczyć publiczność. Instynktownie chciałem
popróbować czegoś nieoczekiwanego. Preity grała dotąd
nowoczesne, wyglądające zachodnio bohaterki i miała
młodzieńczy wizerunek. Postanowiłem uformować ją na potrzeby
filmowej postaci. Wypróbowaliśmy wiele makijaży, kostiumów,
biżuterii... wypracowaliśmy taki wygląd Zaary, jaki miałem w
głowie. Po trzech testach wiedziałem już, że mam moją Zaarę.
Co do ról Chaudahry Sumera Singha, krzepkiego „Punjab da puttar” (dziecka Punjabu – przypisek tłumaczki) i jego żony
z Madrasu, oczywiste było, że są one stworzone dla Amitaji i
Hemyji.
Amitji był zawsze dla mnie dobry i łaskawy i nigdy nie
kwestionował moich decyzji co do prowadzenia roli. Dowierzał
mojemu przeświadczeniu, a ja byłem pewien, że jego występ
będzie punktem szczytowym filmu. Oboje, Hemaji i on, bez
trudu wywarli wielkie wrażenie na publiczności.
Kiron wydała mi się stworzona do roli matki Zaary, a jej
wpływ na film, nawet w kilku scenach, był niezapomniany.
Anupam, jak członek rodziny, jest zawsze częścią moich
filmów. Ale dopiero kiedy została napisana druga część filmu
i finał wiedziałem, że mam rolę odpowiednio godną.
Do roli Shabbo natychmiast pomyślałem o Divyi Dutcie, która
zyskała niesamowite uznanie za swój występ.
Reszta obsady wynikała z wymogów scenariusza, a każdy z nich
pasował do roli jak ręka do rękawiczki.
Opowieść i scenariusz obejmował szeroką perspektywę 22 lat
oraz wymagał stworzenia dwóch odrębnych światów. Jeden z
nich to Punjab - obecnie część Indii, drugi – Punjab w
Pakistanie. Był to bardzo emocjonalny romans, ponad
granicami i podziałami, osadzony w tradycji.
Dla mnie film był także hołdem dla Punjabu, mojej ojczyzny.
Nie uznający granic romans osadzony w dwóch różnych krajach,
musiał mieć kinematograficzny kontrast, ale równocześnie
podskórne poczucie, że i tu i tu jesteśmy jednakowi. Mówimy
tym samym językiem, nasiąknęliśmy tą samą kulturą,
wartościami, emocjami. To poczucie ukazuje pieśń „Aisa des
hai mera.”
Podjęliśmy wszelkie możliwe wysiłki, aby drugą część móc
nakręcić w Pakistanie, ale nie otrzymaliśmy wymaganych
pozwoleń. Nie miałem wyjścia, Pakistan musieliśmy stworzyć w
studio. Dom Zaary, dargah (suficka świątynia, meczet –
przypisek tłumaczki za wikipedią) itd, to wszystko były
dekoracje. Pan Javed przedstawił mnie pani Nasreen Rahman (Chiini),
pakistańskiej damie, która mieszka w Londynie. Przybliżyła
nam ona kulturę pakistańskiej arystokracji, ich domy,
ubiory, dialekt, cały klimat... Przyniosła nam kasety video
z rodzinnych wesel, a my sporo z nich zaadoptowaliśmy.
Poprowadziła warsztaty mówienia dla aktorów grających role
Pakistańczyków. Najwięcej czasu poświęciła specyficznemu
dialektowi Divyi Dutty. Wypadł bardzo przekonująco! Wielu
ludzi komplementowało nas za realistyczne odtworzenie
Pakistanu, a cała zasługa leży po stronie ekipy technicznej
i zespołu, który pracował nad tym aspektem.
Na potrzeby pierwszej części pojechaliśmy do serca Punjabu,
na moje rodzinne ziemie. Plan filmu umieściliśmy w
prawdziwej wsi, żeby nadać mu autentyczność i tło, jakiego
potrzebowałem. Stało się to możliwe dzięki wielkiej pomocy,
jaką otrzymaliśmy od rządu Punjabu.
Nad budową planu czuwała po raz kolejny Sharmishta Roy,
która wykonała wspaniałą robotę, wyczarowując owe dwa
odrębne światy.
Także projektowanie kostiumów wymagało zatrudnienia
najlepszych ludzi w branży.
Karan ubrał Shahrukha tak, jak tylko on potrafi!
Manish sprawił, że aktorki grające główne role tak wspaniale
czuły się w skórze swoich postaci. Kostiumy z „Veer Zaara
naprawdę robiły wrażenie. Mandira Shukla bardzo sprawnie
odziała cały drugi plan.
Anil Mehta to doskonały operator, który wykonał tak
doskonałą robotę przy „Laagan” i „Kal Ho Naa Ho.” Po raz
pierwszy pracowaliśmy wspólnie przy „Veer Zaara.” Było to
bardzo miłe doświadczenie.
Jeśli reżyser jest kapitanem statku, to scenariusz jest jego
kursem, podstawą. Uważam, że film spoczywa w rękach
scenarzysty. Adi przeszedł samego siebie tworząc i opowieść
i dialogi. Jego dojrzałość pisarska, nawet przy takim
temacie, nie przestaje mnie zadziwiać. Wspominam finałową
scenę na sali sądowej, kiedy to Shahrukh miał wygłosić swoją
mowę. Aż do dnia kręcenia nie mieliśmy do niej dialogów, co
było bardzo nie w stylu Adiego. Niecierpliwiłem się, ale on
powtarzał, że pracuje nad czymś niezwykłym. I kiedy
nadchodził czas na nią, nagle wszedł, niosąc pamiętny
poemat. Szczytowy moment filmu, zagrany przez Shahrukha za
jednym podejściem!
Nigdy nie nakręciłbym „Veer Zaara” bez wizji Adiego, jego
scenariusza i dialogów.
Najtrudniejszym doświadczeniem podczas kręcenia filmu był
wypadek, jakiego doznałem, łamiąc nogę w kostce. To
nieszczęście miało miejsce podczas kręcenia piosenki „Aisa
des hai mera.” Jednak zdjęcia musiały być kontynuowane,
mieliśmy harmonogram do wypełnienia. I tak musiałem radzić
sobie przez dwa miesiące na polach Chandigarhu, nad brzegiem
Manali, na zboczach Rohtangui w studiu w Mumbaju, znosząc
dotkliwy ból i niewygodę. Czułem się naprawdę
niepełnosprawny, gdyż nadzorowanie gry aktorów i pracy
operatora było trudne, przez kręcenie zdjęć plenerowych
wymagających niezliczonych długich ujęć. Pomogło mi
oczywiście niezawodne wsparcie mojego syna, Adityi,
współproducenta i scenarzysty filmu. Wielką pomocą stała się
też współczesna technologia, a przenośna kamera video
pozwoliła na komunikację z zespołem.
Jednym z największych wyzwań przy kręceniu „Veer Zaara” było
wykreowanie jego muzyki.
Często zmieniałem kompozytorów, od pana Khayyema w „Kabhi
Kabhie,” Shiv-Hari w „Silsila” i następnych filmach, po
Uttama Singha w „Dil To Pagal Hai.” Jednym z powodów jest
to, że poświęcam muzyce wiele uwagi i potrzebuję ekipy,
która odda mi cały swój czas, nie mając w tym czasie innych
zobowiązań. W końcu to melodie są znakiem rozpoznawczym
moich soundtracków.
Przesłuchałem wielu najbardziej znanych współczesnych
kompozytorów, i choć doceniam ich talent, ciągle mi czegoś
brakowało, nie było charakterystycznego błysku.
Potrzebowałem muzyki, która miałaby staroświecki urok,
melodię, które przekroczą odległość 22 lat i dwu odmiennych
klimatów, Indii i Pakistanu, ale przede wszystkim, która
będzie miała duszy i to duszę indyjską.
Pewnego dnia, kiedy jechałem samochodem z Sanjeevem Kohli,
dyrektorem naczelnym Yash Raj Films, zwierzyłem mu się z
moich obaw, że znajdę kompozytora do mojego filmu. Wspomniał
wtedy, że ma on masę taśm z niewykorzystanymi melodiami,
które pozostały po jego ojcu, zmarłym kompozytorze Madanie
Mohanie. Sanjeev już tyle lat pracował ze mną, a nigdy
wcześniej o tym nie wspomniał. Pomyślałem, że pomysł jest
intrygujący i poprosiłem o zgodę na posłuchanie wraz z Adim
tego materiału. Oczywiście, mieliśmy świadomość, że melodie
mogą być już przestarzałe, bo Madanji zmarł 30 lat temu, a
niektóre z nich skomponował 50 lat temu! Poprosiliśmy wiec o
nagranie wersji demo, abyśmy mogli przekonać się jak będą
brzmiały dziś.
Pracował przez miesiąc czy dwa i nagrał nam 30 płyt demo.
Nie miał pojęcia, jaka jest idea filmu, jego temat, melodie
wybrał więc instynktownie. Na 8 z tych melodii
zareagowaliśmy natychmiast i Adi i ja wiedzieliśmy, że
jesteśmy na właściwej drodze. Sanjeev powiedział nam, że ma
jeszcze piękniejsze melodie, a niektórych taśm nawet jeszcze
nie przesłuchał... Ale my już wybraliśmy naszych 8 melodii z
pierwszego przesłuchanego zestawu. Zaadaptowaliśmy je, aby
pasowały do filmowych sytuacji. To były smutne piosenki,
„Des,” czarująca „Main Yahaan Hoon,” ballada „Kyon hawa”...Było
tak, jakby Madanji pozostawił te melodie specjalnie, żeby
pasowały do scen mojego filmu.
Pewnego dnia stwierdziliśmy, że potrzebujemy krótkiego
qawali, które zagrałoby jako część filmu. Na taśmach demo
nie znaleźliśmy żadnego qawali. Postanowiliśmy więc użyć
jednego z wcześniej odrzuconych. Kiedy Sanjeev usłyszał o
tym, poprosił mnie, żebym posłuchał jeszcze innych
nieznanych dotąd melodii jego ojca. Następnego dnia
przyniósł mi 6 różnych qawali... naprawdę, było tak, jakby
Madanji pisał je specjalnie dla mnie! Takie było
przeznaczenie – człowiek, który skomponował nieśmiertelne
ścieżki dźwiękowe do „Heer Ranjha” i „Lajla Manju” miał
wrócić po 30 latach, muzyką do „Veer Zaara”!
Należało podjąć trudną decyzję, kto zaaranżuje muzykę, kto
będzie nadzorował projekt, kto skomponuje muzykę
ilustracyjną.
Mieliśmy z kogo wybierać. Oczywistym kandydatem był Uttam
Singh, znakomity aranżer i wielbiciel Madanaji. Każdy z
kompozytorów z chęcią podjąłby się takiego zadania. Ale Adi
i ja instynktownie czuliśmy, że muzyka, którą mieliśmy na
demo ma niezwykły charakter, świeże podejście, więc
podjęliśmy niezwykłą decyzję, żeby powierzyć zadanie
Sanjeevowi, bo czuliśmy , że on tę muzykę ma w genach. Żył
wśród niej przez lata i mógł przywołać ja na nowo z oddaniem
dla ojca, rozumiejąc każdy niuans lepiej niż jakikolwiek
uznany kompozytor czy aranżer.
Logicznym kolejnym krokiem było napisanie tekstów piosenek.
Temat filmu i melodie wymagały najlepszego z najlepszych.
Wcześniej zawsze pracowałem z panem Sahirem i panem Bakshi,
ale obaj już nie żyli. Zaprosiłem pana Javeda, żeby napisał
teksty i zaczęliśmy pracować razem po bardzo długiej
przerwie, pierwszy raz od „Silsila!” Naprawdę, pan Javed
oddał mi co najlepsze ze swojego talentu. „Tere liye” jest
jedną z najlepiej napisanych piosenek, jakie kiedykolwiek
powstały.
Począwszy od „Daag,” Lataji była główną śpiewaczką w moich
filmach. Jest głosem Indii. Bez jej głosu nigdy nie
reżyserowałem filmu. Madanji i Lataji wykreowali historię
przez wspólne piosenki. Ja traktuję ją jak straszą siostrę,
a dla Sanjeeva jest jak matka. Wielkim wyzwaniem dla nas
bylo nakłonienie jej do zaśpiewania znowu do melodii
Madanaji. Po raz ostatni pracowali razem przy hicie „Lajla
Manju”w 1979, a teraz, 30 lat później, w wieku 76 lat, miała
znów śpiewać piosenki ulubionego kompozytora. Niektóre z
tych piosenek słyszała jeszcze w jego wykonaniu.
Byłem nieugięty w tym względzie – tylko Lataji miała śpiewać
partie kobiece, wiedziałem, że jeśli zdoła to zrobić,
przejdzie do historii. Tak więc mimo jej kruchego zdrowia
wytrwała i nagrała piosenki. Pamiętam, że kiedy pierwszego
dnia przyszła do studia, płakała jak dziecko, pokonana przez
emocje. Tylko ona mogła w pełni zrozumieć ten historyczny
moment.
Jeszcze dziś, gdy słyszę pierwsze takty „Tere Liye”, jestem
poruszony! Ta piosenka pozostanie ponadczasowa.
Aż do końca film nie miał tytułu, Było to powodem wielu
spekulacji. Padało wiele propozycji, łącznie z „Yeh Kahaan
Aa Gaye Hum,” Zrobiliśmy nawet adekwatną do niego piosenkę,
„Yeh Hum Aa Gaye Hain Kahaan,” opartą o melodię Madanaji (ta
piosenka została usunięta w ostatecznym montażu, jako że
spowalniała akcję scen sądowych. Bardzo trudna decyzja – to
była jedna z naszych ulubionych melodii!!)
Postanowiliśmy zatytułować film, kiedy zobaczymy gotowe
dzieło. A wtedy poczuliśmy, że stworzyliśmy nową legendę o
miłości, a więc zgodnie z tradycją „Heer Ranjha,” „Laila
Manju,” „Sohni Mahiwal,” nie mogło być lepszego tytułu niż „Veer
Zaara”. Dwoje kochanków z legendy.
Za Veer Zaara otrzymałem mnóstwo pochwał i nagród, łącznie z
National Award. Ale wiedziałem też, że moim filmem
poruszyłem wiele serc, kiedy zobaczyłem łzy w oczach Niemców
podczas Berlińskiego Festiwalu Filmowego, szlochających
Holendrów na festiwalu w Amsterdamie, a tłum w Paryżu
oszalał, kiedy odbywała się francuska premiera filmu. „Veer
Zaara” podobał się na całym świecie, a najbardziej chyba za
granicą.
Jestem niesłychanie wdzięczny fanom, którzy byli tak
szczodrzy w zachwytach i dla całego zespołu, który dzielił
ze mną trudy nakręcenia filmu.
W głębi serca wiem, że temu filmowi oddałem to, co we mnie
najlepsze, zawarłem w nim mój hołd dla Punjabu i
humanitaryzmu. Miłość przekracza wszelkie granice, a romans
będzie dla mnie zawsze najważniejszy.
Aditya Chopra – scenarzysta i producent
Jak tu napisać scenariusz filmowy dla kogoś, kto kręci filmy
od ponad czterdziestu pięciu lat, zmagał się z praktycznie
każdym gatunkiem i opowiadał swoje historie praktycznie
każdemu pokoleniu od lat sześćdziesiątych? To było pierwsze,
o co zapytałem samego siebie, kiedy zacząłem myśleć o
napisaniu czegoś dla Taty. Te pomysł przerażał mnie i kusił
równocześnie. Mieliśmy nowe millenium, nowe stulecie,
mieliśmy nowych filmowców robiących inne filmy. Tato zawsze
kręcił obrazy, które o krok wyprzedzały swoje czasy , ale ja
chciałem zabrać go w przeszłość, do jego korzeni. Chciałem
napisać coś, co zabierze go od nowoczesnego olśniewającego
świata, w którym czuł się swobodnie, coś co odwoła się do
tej części jego osobowości, w której jest prostym Punjabczykiem, coś z dawnego świata, coś co będzie
opowiadało o miłości, bólu i honorze takich, jakich już dziś
nie ma, coś, co w dzisiejszych czasach mógł zrobić tylko on.
Zacząłem pisać nie mówiąc mu, o co chodzi; kiedy pierwszych
piętnaście scen było gotowych, opowiedziałem mu je.
Początkowo był zaskoczony, potem zaintrygowany, ale kiedy
już kończyłem podjął decyzję – to będzie jego następny film.
Nie wiedziałem, że pisanie scenariusza tego filmu będzie
najtrudniejszym zadaniem mojego życia. Do tej pory pisałem o
młodych ludziach we współczesnym otoczeniu, coś, co mi łatwo
przychodziło. Ale to miała być rzecz o ludziach dojrzałych,
dwóch skłóconych krajach, dwu drażliwych religiach, miała
być wieś, dom, sala sądowa i więzienie. Czy ja się nie
porwałem na coś ponad moje możliwości? Czy ja nie zrobię z
siebie głupka? Te pytania ścigały mnie każdego dnia pisania.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie musiałem w sobie zmienić
podczas pracy było to, że musiałem myśleć od początku w
hindi. Dotąd każdy każdy scenariusz tworzyłem po angielsku,
a potem tłumaczyłem dialogi na hindi. To pewnie dlatego, że
angielski jest językiem, w którym myślę i ponieważ moi
bohaterowie także byli współcześni i nowocześni i także w
ten sposób myśleli. Ale tutaj pierwszym językiem każdego
bohatera było hindi i urdu i jeśli chciałem, żeby brzmieli
prawdziwie, musiałem zacząć myśleć jak oni, przestać myśleć
po angielsku i od samego początku zapisywać każdy dialog w
urdu lub hindi.
Powoli i w bólach napisałem dwie trzecie filmu i wtedy to
się stało – biała plama. Dokończyłem, jedna po drugiej,
wszystkie retrospektywy Veera, on skończył opowiadać Saamiy
swą historię, ona heroicznie przyrzekła wydobyć go z
więzienia i odesłać do kraju, oraz dramatycznie wyszła
zwolnionym tempie i... nic. Nie miałem pojęcia, co wymyślić
dalej, jak poprowadzić opowieść i co on ma zrobić? Jak
uwolni go z więzienia? Nie miałem pojęcia. Wiedziałem tylko,
że na koniec okaże się, że Zaara żyje, mieszka w jego wsi i
że w jakiś sposób pojawi się w sądzie i dowiedzie jego
niewinności, ale nie miałem pojęcia, jak dokładnie do tego
dojdzie. Zaczęliśmy więc zdjęcia nie mając gotowego
scenariusza (to też była dla mnie nowość) a ja pisałem,
kiedy już kręcono film.
Jednak najtrudniejszą dla mnie częścią była finałowa mowa,
jaką Veer wygłasza w sądzie. Już zaczęły się zdjęcia na
planie sali sądowej, mowa była zaplanowana na dwa ostatnie
dni, czyli za tydzień, a ja wciąż nie miałem jej tekstu. Za
każdym razem kiedy się do tego zabierałem, nienawidziłem
każdego słowa i wciąż myślałem, dlaczego publiczność po
trzech godzinach oglądania filmu, ma być zainteresowana mową
słowami starego człowieka? Nagle dwie noce przed kręceniem
tego ujęcia wpadło mi do głowy, - a co by było, gdyby to nie
była mowa? A gdyby to był poemat? Poemat, który on sobie
układał podczas 22 lat patrzenia w więzienne okno.
Następnego dnia Tato i ja jechaliśmy razem na plan a on
zapytał mnie po raz kolejny, kiedy dostanie to przemówienie.
Kiedy powiedziałem, że to nie mowa, tylko poemat, umilkł.
Zacytowałem mu pierwszą zwrotkę, bo tyle wtedy miałem, a
jemu spodobała się bezwarunkowo. Poczułem ulgę, bo nigdy
wcześniej nie pisałem poezji, a jego reakcja dała mi
pewność, że jestem na dobrej drodze i powinienem
kontynuować. Inna rzecz, że dokończyłem tekst na godzinę
przed nakręceniem sceny. Właściwie to cyzelowałem ostatnią
zwrotkę, kiedy oni kręcili już pierwszą. Kiedy jednak dziś o
tym myślę, to wiem, że to była najlepsze z całej historii
tworzenia do tego filmu. „Veer Zaara” to scenariusz, z
którego jestem najbardziej dumny, scenariusz, w którym
znajduję najmniej błędów, to moje najszlachetniejsze
postaci, najlepsze dialogi. Zawsze chciałem, żeby „Veer
Zaara” był jednym z moich specjalnych dzieł i osobiście tak
czuję, ale chciałem też, żeby i inni tak poczuli, a co
najważniejsze – żeby tak uważał mój Tato.
Premiera filmu odbyła się i stał się on największym sukcesem
i najlepiej przyjętym przez krytyków filmem roku, wygrywając
wszystkie doroczne nagrody dla najlepszego filmu. Kilka
miesięcy później jadłem obiad z rodzicami w domu i od
niechcenia zapytałem Tatę, jaki film lubi najbardziej
spośród tych, które wyreżyserował przez czterdzieści pięć
lat. Powiedział, bardzo długo był to „Lamkhe,” ale teraz
twórczo jestem najbardziej zadowolony i dumny z „Veer Zaara.”
I ja poczułem się bardzo dumny, że udało mi się napisać coś
takiego. Uśmiechnąłem się i wróciłem do jedzenia, a rodzice
nie wiedzieli, że właśnie wygrałem największą nagrodę życia.
Byłem scenarzystą ulubionego filmu Yasha Chopry w całej jego
karierze, dla mnie to jest i będzie największe osiągnięcie.
Tłumaczenie: Mowilka
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"
>> przeczytaj o filmie w dziale
filmografia
>> zobacz galerię zdjęć z filmu