S h a h R u k h K h a n . p l || Forum
Forum poświęcone słynnemu aktorowi

Godne polecenia - Filmy nie-indyjskie

GosiaJG - 2009-01-14, 22:54
Temat postu: Filmy nie-indyjskie
No właśnie. Są filmy, które co prawda nie są produkcji indyjskiej, ale ich akcja w Indiach się rozgrywa. Jak będący ostatnio na ustach wszystkich "Slumdog Millionaire". Pomyślałam, że trochę szkoda, żeby rozmowa o tym filmie odbywała się w wątku "polecającym", pomiędzy postami o planowanych seansach filmowych a reklamami żelu pod prysznic (nie żebym coś miała przeciwko :) ).
Są też filmy nie-indyjskie, które zapadły nam w pamięć i być może chcemy je polecić innym. Mam nadzieję, że taki temat będzie przydatny.

GosiaJG - 2009-02-03, 23:13
Temat postu: Filmy nie-indyjskie, ale z Indiami w tle...
Film, który można zobaczyć, jak się na niego trafi przez przypadek (swego czasu "chodził" w HBO), ale szukać specjalnie nie ma powodu. :)

"Americanizing Shelley"/ "Z Bollywood do Hollywood"

To amerykańska komedia romantyczna z 2007 roku.
Po powrocie z college'u Shalini, mieszkająca w zapadłej indyjskiej wiosce, przyjeżdża do Ameryki, by odnaleźć narzeczonego, którego wybrała jej rodzina, a który do żeniaczki wcale się nie pali, robi za to karierę w mediach i romansuje z kandydatkami na gwiazdy. Aby na powrót zwrócić jego uwagę, Shalini ma się zamerykanizować, stać się właśnie taką gwiazdką. Działa z pomocą Roba, chłopaka, który pracował w firmie z jej niby-narzeczonym. Jak się łatwo domyślić, wspólne przebywanie ze sobą zbliży do siebie bohaterów.

To, co mnie denerwowało, to przedstawienie Shalini/Shelley jako głupiego dziewczątka z Trzeciego Świata, które niczego nie wie, nie ma pojęcia, co to hot-dog, dziwi się, że w Ameryce nie można kupić na każdym rogu indyjskiego chleba naan, gapi się jak zaczarowana na wieżowce i nie wie, kto był pierwszym prezydentem USA.

Na szczęście scenariusz ironizuje też na temat samych Amerykanów; z ich upodobania do operacji plastycznych, udawanego ciągłego dobrego humoru i optymizmu, poziomu intelektualnego (ulubione filmy: "Głupi i głupszy" i "American Pie" ;) ).

Poza tym wszystko toczy się gładziutko, ewentualne problemy są bezboleśnie rozwiązywane, a zakończenie to polukrowany, tandetny i skarykaturowany chociażby w "American Beauty" - american dream z przedmieścia.
Oglądało mi się to sympatycznie i bez większych emocji, fabułę pamiętam jak przez mgłę.
Jedyny moment, który wywołał nasz (mój i męża) niezwykły entuzjazm to ten, w którym usłyszeliśmy końcową piosenkę z "Main Hoon Na" - "Yeh Fizaein", a na ekranie telewizora w pokoju bohaterki pojawił tańczący Shah Rukh. :) Czyli Shah Rukh jest wszędzie! :super:

pogoda - 2009-02-09, 02:02

Przepraszam, że trochę ani z gruszki, ani z pietruszki, ale właśnie zainaugurowałam dvd z "Roztańczonym buntownikiem" ("Strictly Ballroom") Baza Luhrmanna. Myślę, że ze względu na osobę reżysera, który nie kryje swojej fascynacji kinem hindi i inspiracji nim, film ten przynajmniej częściowo może tu pasować.

"Roztańczony buntownik" jest pierwszym filmem Baza Luhrmanna, chociaż nie jest to jego debiut reżyserski, bo wcześniej reżyserował sztuki teatralne i opery. Również RB ma swoje początki w teatrze, Luhrmann wyreżyserował ją według własnego scenariusza/dramatu, a główną rolę żeńską grała Tara Morice, która w tej samej roli wystąpiła w filmie. Podobnie jak w przypadku Luhrmanna była to jej pierwsza przygoda z filmem. (Informacje te zaczerpnęłam z dodatków do polskiego wydania dvd).
Film opowiada o tancerzu Scocie Hastingsie, który buntuje się przeciwko skostniałemu systemowi oceniania i tańczeniu wciąż tych samych kroków. Do buntu dochodzi podczas zawodów jest to więc upadek z wysokiego konia i zarazem skandal w zamkniętym tanecznym światku. Po tym wydarzeniu jego partnerka nie chce więcej z nim tańczyć i powstaje pytanie, czy Scott w ogóle znajdzie jakąś partnerkę. W studio prowadzonym przez matkę Scotta uczy się niepozorna Fran, która pilnie trenuje od dwóch lat, ale nadal nie może znaleźć partnera, jednak tylko ona docenia inwencje Scotta.
Sama historia jest prosta i łatwo domyślić się rozwiązania. Jednak w prostocie siła, a tu podobnie jak i w innych filmach Luhrmanna liczy się przede wszystkim jak historia jest opowiedziana, a reżyser zastosował środki najwyższej próby. Tara Morice w roli Fran jest olśniewająca i pięknie ukazuje rozkwit Fran, również w tańcu radzi sobie wspaniale. Paul Mercurio, który jest zawodowym tancerzem (wprawdzie jego domeną jest balet i taniec współczesny, ale przed kamerą zachwyca w tańcu towarzyskim, jakby to właśnie ta dziedzina tańca była mu najbliższa) dobrze poradził sobie jako aktor. Wiarygodnie oddał rozterki bohatera, jego wściekłość i dążenie nie do wygranej, a do tańca w zgodzie ze swoim wewnętrznym rytmem. Cudownie również ukazał, jak Scott powoli z "solisty" zamienia się w partnera oraz rosnące w nim uczucie.

Zdjęcia i montaż zostawiły mnie ze szczęką na podłodze. Zależnie od miejsca i samej akcji każda scena ma dostosowany do nich klimat. Zbliżenia na twarze, a szczególnie oczy bohaterów, pokazane trochę z boku, trochę krzywo, zwłaszcza w scenach romantycznych i rozstrzygających pozwalają poczuć emocje bohaterów, zupełnie jakby się ich podglądało zza kulis. Niesamowicie sfilmowana jest scena tańca paso-doble w restauracji rodziny Fran. Zakurzona, drewniana podłoga z tańczącymi razem z obcasami drobinkami kurzu, rozklekotane stoliki i krzesła, zbliżenie na poplamioną zaciekami karafkę z winem podejrzanego pochodzenia i szklanki, w których ogniskują się światła przejeżdżającego pociągu. Oraz przemieszanie zdjęć tańczącego mężczyzny ze zbliżeniami na przemian jego butów i oczu. A w tle werble wściekle wybijają rytm.

Łącznikiem "Roztańczonego buntownika" z kinem hindi mogą być sceny miłosne, w których bohaterowie są kompletnie ubrani, a niewątpliwie silne i namiętne uczucie wyrażają spojrzeniem, spleceniem rąk w uścisku, czy zwolnieniem kroku w tańcu. Tutaj przykład, kiedy to Fran i Scott patrzą sobie w oczy i po prostu czują, że czas na rumbę. :mrgreen:

http://www.youtube.com/watch?v=ycrvNbct1LI

W filmach należących do trylogii "Czerwonej Kurtyny" podoba mi się użyte tu po raz pierwszy przez Luhrmanna skontrastowanie dwójki naturalnych, niedopasowanych do świata, w którym żyją bohaterów z tym właśnie światem, z ludźmi, którzy nawet jeśli kiedyś byli tacy jak oni, już dawno o tym zapomnieli i teraz potrafią tylko odbierać marzenia i pozbawiać złudzeń. W "Roztańczonym buntowniku" Luhrmann ma chyba najwięcej współczucia dla przedstawicieli tego świata, ale może też dlatego, że w tym filmie wyjątkowo koniec jest szczęśliwy. (Nie zaznaczyłam spoilera, bo łatwo się takiego zakończenia domyślić, a w pozostałych dwóch częściach biorąc pod uwagę literacki początki zarówno "Romea i Julii", jak i "Moulin Rouge" zakończenie jest jasne jeszcze przed seansem.)

GosiaJG - 2009-02-16, 23:31

Chciałabym z całego serca polecić Wam film, który zareklamowała nam przyjaciółka Mowilki, a o istnieniu którego nie miałam pojęcia.
Film ma tytuł "Mołdawskie wesele", a splatają się w nim dwa, pozornie kompletnie niepasujące do siebie wątki.
Oto do Mołdawii w latach chyba 70 ma przyjechać Leonid Breżniew - trzeba więc wszystko na przyjęcie umiłowanego towarzysza I Sekretarza przygotować. Zajmują się tym dwaj szefowie partii komunistycznej Mołdawii.
Oto biedny romski muzykant, piękny Lautar o rozmarzonym spojrzeniu, zakochuje się w córce cygańskiego barona - ale szanse na małżeństwo ma równie niewielkie, jak przedstawiciel śudrów z córką bramina. Ojciec romskiej baronówny stawia warunek: jeśli Lautar przyprowadzi jako swojego swata człowieka poważanego i szanowanego, może prosić o rękę jego córki.
Jak wspomniałam, te dwa wątki połączą się ze sobą...

Film jest rosyjski, chociaż klimat, jaki się nad nim unosi, ma zarówno rosyjską, jak i bałkańską proweniencję. Zderzenie światów przypomina to, co wykreował Bułhakow w "Mistrzu i Małgorzacie". Romska muzyka, taniec i miłość, która opętuje duszę - wydaje się jakby wyjęta z filmów Kusturicy. Porażająco piękne krajobrazy, pokazywane często wczesnym rankiem, o wschodzie słońca - powodują, że opowieść staje się trochę odrealniona - jakby poza czasem i miejscem, jak przypowieść o rzeczy niezmiennej zawsze i wszędzie - o miłości.
Aktorzy wspaniali, chociaż rozpoznaję jedynie Bohdana Stupkę o genialnym głosie.
Polecam, koniecznie trzeba zobaczyć. :)

GosiaJG - 2009-03-17, 19:16

Chcę polecić dwa nowe filmy w reżyserii Clinta Eastwooda. Dzieckiem będąc, chętnie oglądałam kolejne wcielenia Brudnego Harry'ego. Jako reżyser Eastwood zaskoczył mnie i zachwycił niesamowitym wyczuciem historii i ogromną wrażliwością filmową. Filmem, który uwielbiam bezwarunkowo, jest "Co się wydarzyło w Madison County".

"The Changeling", czyli "Oszukaną" z nominowaną do Oscara, dobrą Angeliną Jolie można już oglądać w kinach. "Gran Torino" będzie miał premierę 27 marca.

"Oszukana" jest dobrym i trzymającym w napięciu dramatem, który robi wrażenie z tego powodu, że jest podobno oparty na faktach. Nie wiem, na ile - ale jeśli to prawda, można po raz kolejny oglądać, jak w tzw. państwie prawa, czyli USA, tego prawa się przestrzega.
Akcja rozgrywa się w latach 20 XX wieku, a główną bohaterką jest matka, której syn pewnego dnia znika. Odnajduje się po kilku miesiącach - ale kobieta twierdzi, że to nie jest jej syn, a policja popełniła błąd. Ta jednak ogłosiła już triumf, gazety plotkarskie zrobiły zdjęcia. Co zrobić z tą, która psuje wizerunek stróżów prawa?

"Gran Torino" to opowieść o starszym człowieku, któremu właśnie umarła żona. Człowieku, który jest weteranem wojny w Korei, a przy tym - nieprzyjemnym w kontaktach z innymi, oschłym rasistą. Walt zostaje w domu sam, ale nie zamierza spędzić reszty życia w domu starców, jak mu radzą jego dzieci, mieszkające daleko od niego i rzadko mające dla niego czas. Jest samodzielny i uparty. I będzie się musiał zmierzyć z własnymi uprzedzeniami - kiedy po sąsiedzku zamieszka chińska rodzina.
Film jest ciekawy i nieprzewidywalny, ma ciekawie skonstruowany scenariusz. Walt Kowalski to postać niejednoznaczna, interesująca, zagrana przez Eastwooda w odcieniach szarości.

Oba filmy są dobre, ale bardziej podobał mi się "Gran Torino", w ogóle niezauważony przez ekspertów od przyznawania Oscarów - co tylko dowodzi, jak niewiele widzą.

pogoda - 2009-03-17, 22:37

Gosiu, dzięki za polecenie "Gran Torino", bo chyba po tym walcu, jakim była dla mnie "Oszukana" bym się wstrzymała, i pewnie byłby to błąd.
Widziałam najpierw "Z planu Oszukanej", które mnie zainteresowało, a sam film właśnie przez oparcie historii na faktach robi wstrząsające wrażenie. Aż się włosy na ciele jeżą na myśl, że jeszcze całkiem w sumie niedawno instytucja, która z założenia ma służyć i chronić obywateli, tak sobie poczynała, a jeżeli połączyć to ze straszną zbrodnią, którą też pokazano w filmie, i myślą, że jeżeli policja pracowałaby jak należy, zbrodnia ta mogłaby mieć mniejsze rozmiary, bo wcześniej by ją wykryto, film jest jeszcze bardziej przerażający.
Przepiękne są w tym filmie zdjęcia i scenografia, takie lekko przykurzone, barwy są zgaszone, wszystko wydaje się odległe, jak zacierające się wspomnienie. Nostalgiczny jest też główny motyw muzyczny, chociaż sam film pokazuje, że raczej nie ma za czym tęsknić. Bardzo dobrze spisali się aktorzy. Też mi się podobała Agelina w roli Christine Collins i cieszę się, że doceniono ja nominacją do Oskara. Bardzo dobry Jeffrey T. Donovan jako gładki i śliski jak wąż JJ Jones. Chyba tylko John Malkovich średnio mi się podobał, denerwowała mnie jego maniera mówienia. Się zastanawiałam, czy próbował nadać postaci obcy akcent. Ale to chyba jedyny minus filmu, ale raczej dość subiektywny.

GosiaJG - 2009-04-19, 16:25

Przeczytałam ostatnio książkę "Mały słownik chińsko-angielski dla kochanków". O związku młodej Chinki ze starszym od niej o prawie 20 lat Anglikiem, rzeźbiarzem. Książkę, która pokazuje, jak trudno się porozumieć, ale jest dla mnie przede wszystkim kolejnym dowodem na to, że cywilizacja Zachodu nie ma już światu nic do zaproponowania. Czterdziestoletni artysta od siedmiu boleści, który nie ma pomysłu na siebie, nie chce związku, bo on by go ograniczał - a tak naprawdę jest leniem, któremu się nie chce pracować, nudnym, starzejącym się, pretensjonalnym błaznem, który wciąż "poszukuje samego siebie". Oto przedstawiciel cywilizacji Zachodu.

Dlaczego wspominam o książce?
Dokładnie takie samo wrażenie, jak po jej przeczytaniu, miałam, oglądając "Vicky Cristina Barcelona", nowy film Woody'ego Allena. Tym razem jednak nie w stosunku do artysty - ponieważ ukazany tu malarz wydawał mi się kimś, kto ma swoje miejsce w życiu, wie, co robi, jest spełniony na polu zawodowym - a że jego życie uczuciowe poukładane nie jest, to inna sprawa. Jednak Juan Antonio jest przynajmniej szczery, a dzięki temu, że (i jak!) gra go Javier Bardem, ma w sobie taki magnetyzm, że nie można oderwać od niego wzroku.

Pretensjonalne przedstawicielki zachodniej cywilizacji to dwie młode kobiety - i być może wiek je częściowo usprawiedliwia. Ale cóż mogę zrobić z tym, że drażnią mnie oba skrajne typy zaprezentowane w filmie. Poukładana, drętwa Vicky, o której od początku wiadomo, że jej zaplanowane życie zachwieje się w posadach. I pretensjonalnie neurotyczna (bo tak jest przecież "trędi") Cristina, która sama przyznaje, że nie ma żadnego talentu, ale koniecznie chce należeć do bohemy; i to trochę pisze (nie wiadomo, co), to robi jakieś zdjęcia.
Najbardziej jednak irytujące jest to, że jakiekolwiek doświadczenia niczego w bohaterkach nie zmieniają. Były głupie i pozostały głupie i powierzchowne. Jeśli to miał być film o pustocie Amerykanek, to się udał.

Inna sprawa, że patrząc na twarze Rebekki Hall i Scarlett Johansson, zastanawiałam się, czemu ich puste oblicza nie są skalane żadnymi emocjami, niezależnie od tego, co się dzieje. Czy te współczesne amerykańskie aktorki w ogóle już grać nie potrafią? Przynajmniej w przypadku Scarlett nie jest to prawda, ale tu wypadła marnie.
Maria Elena, grana przez Penelope Cruz, może i jest wariatką, ale przynajmniej żyje - a jej rola zapada w pamięć. Choć nie wiem, czy jest to rola godna Oscara.

Barcelona i hiszpańskie winnice są sielankowe i pocztówkowe.
Obawiam się, że za kilka miesięcy z tego filmu będę pamiętała już tylko Javiera Bardema i to, jak seksownie brzmi w ustach jego i Penelope Cruz język hiszpański.

GosiaJG - 2009-05-31, 18:40

Jako że nie tylko o kinie indyjskim jest to temat - chciałam się podzielić wrażeniami - nie tyle na temat filmu, ile na temat odbioru niektórych reżyserów.
Czytałam wczoraj artykuł w Newsweeku o tegorocznym Cannes i nowym filmie Larsa von Triera. Potem jeszcze w sieci jakieś teksty na ten temat.
O reżyserze za chwilę, najpierw o pismakach.
Po pierwsze - nadal nie nauczyli się, że nie opowiada się fabuły i nie zdradza zakończenia filmu. Bo przecież oni już widzieli film, prawda? A że cała reszta nie była w Cannes, to zapewne wina tej reszty. Sobolewski, którego pamiętam właśnie z tego, kiedy zepsuł mi seans "Pociągu życia", zdradzając zakończenie w pierwszym zdaniu recenzji, tym razem zrobił to samo w tekście o "Antychryście". Na szczęście filmu nie będę oglądać.
Druga przypadłość pismaków - w życiu się nie przyznają, że coś, nad czym wszyscy się zapluwają z zachwytu, im się nie podoba. Bo jak to? Nie podoba się "artystyczne" kino i "ambitna" proza? Dlatego zapewne dziennikarz piszący o "Antychryście" w Newsweeku, któremu, jak wynika z tekstu, film się nie podoba - kończy stwierdzeniem, że jest on szokujący - a we współczesnym świecie to już wiele. Co za bzdura! W taki sposób tworzy się fałszywych "artystów", utwierdzając czytelników, jak i same miernoty, w przekonaniu, że Masłowska to wielka literatura, a von Trier - wybitny reżyser.

O tym ostatnim chcę napisać. "Antychrysta" nie widziałam. Ale widziałam wcześniejsze filmy i coś na temat von Triera - reżysera powiedzieć mogę.
Jego nowy film w Cannes podobno niezbyt się podobał. Reżyser orzekł, że reakcja publiczności jest mu obojętna, bo zrobił film dla siebie. To jest moje "ulubione" zdanie, na które odpowiedź może być tylko jedna - "Skoro, ćwoku, robisz film dla siebie - po co w ogóle wypuszczasz go na ekrany? Zmusił cię kto? Siedź i sam sobie go oglądaj". Ta wypowiedź potwierdziła tylko, dlaczego nie znoszę tego reżysera i jego "dzieł". Mogłam znieść "Przełamując fale" i "Tańcząc w ciemnościach" - chociaż wymowa obu była moim zdaniem dość obrzydliwa. Von Trier jest oszustem, robi filmy, w których chce szokować - i to wszystko. To nie ma nic wspólnego ze sztuką - zrobienie kupy na środku galerii też szokuje, ale niech mi tego artyzmem nie nazywają. Aaa, on jeszcze rozprawia się ze swoimi fobiami podobno, robiąc ten "horror pornograficzny". Pięćdziesięciolatek zachowujący się jak smarkacz, który nie potrafi sobie poradzić sam ze sobą - nie jest interesujący. Jest śmieszny.
Poczytałam sobie o "Antychryście". Nie ma z tym problemu, Sobolewski serwuje opowiadanie fabuły w całości, w innych tekstach też sporo informacji o najbardziej szokujących fragmentach "Antychrysta". Dziękuję bardzo. Za to ze złośliwą satysfakcją poczytam sobie wynurzenia pseudointelektualnych pismaków, którzy będą się próbować dowartościowywać, zachwycając się tym dzieuem.

an87 - 2009-05-31, 19:19

Tak faktycznie to dzieUo, miałam okazję zajawkę w kinie zaliczyć.
Na tym mój kontakt z filmem się skończy. Przeintelktualizowane filmy to nie dla mnie. Zajawka pozostawiła po sobie niesmak, że hej. Wprawdzie nie powinno się wystawiać recenzji po obejrzeniu tylko zajawki, ale w tym wypadku z powodzeniem wystarczy. Jak dla mnie film jest niesmaczny a Von Trier obleśny.

Mowilka - 2009-05-31, 19:30

A jego tzw ideologia mętna i nie do przyjęcia. Nie zamierzam nigdy więcej męczyć się w kinie na jego filmie.
GosiaJG - 2009-06-01, 17:16

Wiem, że MTV to durna stacja kiedyś muzyczna - a mimo to, jak zobaczyłam te nominacje (i zwycięzców!), to mnie zemdliło:
http://www.imdb.com/featu...009/nominations
To dowodzi, że młodym ludziom nikt nie pokazuje, co jest warte uwagi, serwuje się im tandetną sieczkę, a synonimem udanego filmu są dla nich marniutkie teenage movies. Tylko co w tym całym towarzystwie robi "Slumdog...", "Dark Knight", Bale, Ledger i Rahman (który przegrał z jakąś wyjącą panieneczką :shock: )?

pogoda - 2009-06-01, 19:56

Rahman przegrał, by móc się znaleźć w dobrym towarzystwie Springstina, panieneczka zdecydowanie do nich nie pasowała i jakoś trzeba było ją wykluczyć. :mrgreen:
W nominacje jeszcze się zaplątała Kate Winslet, także trochę faktycznie to niespójne. ;)

Mowilka - 2009-06-01, 20:00

Dla jakiegoś wziętego z sufitu prestiżu nagrody dorzucają Rahmanów i Winslety. Ale tak naprawdę, to MTV rozdaje nagrody dla Edziów i Hanny Montany. Jaka stacja (a jaka, każdy się może przekonać) taka nagroda.
an87 - 2009-06-01, 21:15

Przeczytałam sobie tę listę nominacji i wygranych i wiecie co, żal mi dzieciaków, które teraz dorastają. Nie mają wzorców, słuchają sieczki zamiast muzyki, czytają komiksy (o ile w ogóle czytają) a gdzie w tym wszystkim miejsce na Kmicia czy Połanieckiego, gdzie Peer Gynt, gdzie Pan Samochodzik? :-?
Cieszę się, że należę do pokolenia, któremu dane było posmakować tych wszystkich smakowitości, że nauczono mnie wyszukiwać wartościowych rzeczy a nie łykać podaną na talerzu sieczkę. :)

GosiaJG - 2009-06-01, 22:48

pogoda napisał/a:
Rahman przegrał, by móc się znaleźć w dobrym towarzystwie Springstina, panieneczka zdecydowanie do nich nie pasowała i jakoś trzeba było ją wykluczyć. ;)

Podoba mi się to wyjaśnienie. :)
an87 napisał/a:
Rzeczywiście było tam kilka nazwisk, które chyba miały dodać tym nagrodom prestiżu.
żal mi dzieciaków, które teraz dorastają. Nie mają wzorców, słuchają sieczki zamiast muzyki, czytają komiksy (o ile w ogóle czytają)

Najgorsze jest to, że im brakuje punktu odniesienia. Wmawia się im, że byle co to świetna muzyka, że byle kto to dobry aktor, a byle pisanina - świetna literatura. I oni się na to łapią. Wmawia się im, że powinni mieć swoje zdanie, blablabla. Tyle że nikt już nie powie, że zanim to zdanie wypowiedzą, powinni dokonać wysiłku zdobycia jakiejś wiedzy, bo inaczej się ośmieszą. I się ośmieszają - pisząc np. bzdury o tym, że "Dil Se" jest do kitu - kiedy na pierwszy rzut oka widać, że film nie został przez nich zrozumiany. Ale jak ma zrozumieć go ktoś, kto do tej pory oglądał teenage movies, zazwyczaj bardzo słabe - a różne głupie pisemka, stacje i strony wmawiały mu, że to wspaniałe kino?
Młodzież bardzo szybko "łapie się" na sztucznie kreowane trendy. Efektem jest nieumiejętność wybierania ciekawych rzeczy, samodzielnego podejmowania decyzji - i owczy pęd, by być modnym jak inni. Niestety.

an87 - 2009-06-01, 23:32

A do tego "myślenie" zaczyna być czynnością wymagającą zbyt wiele wysiłku. Po co myśleć, zdobywać się na jakąś indywidualność, jeszcze dojdzie do tego, że każdy myślący inaczej niż tłum, będzie za to poniżany. W zasadzie to już tak jest. Po co więc myśleć, starać się...
To okropne co się dzieje! Tylko współczuć. :-|

an87 - 2009-06-05, 20:24

Obejrzałam właśnie Dolinę kwiatów i jestem bardzo zaskoczona. Niewątpliwie film spoza nurtu głównego, czyli kino ambitne. Tak, ciekawe przeżycie. Od początku do końca filmu człowiek zadaje sobie jedno pytanie, "ale o co chodzi?".
Film jest kooperacją indyjsko/francusko/japońsko/niemiecką. Wyreżyserowany przez indyjskiego reżysera Pan Nalin. W obsadzie swojsko brzmiące nazwisko Nasseruddin Shah niezapomniany tatuś Majora Rama. Do tego paru Polaków w napisach końcowych (dźwiękowcy), zdjęcia zrobione przez polskiego operatora kamery Michała Englerta (rzeczywiście ładne).
Historia ponadczasowej miłości wodza bandytów grabiących karawany na Jedwabnym Szlaku i tajemniczej kobiety. Zaczyna się na początku XIX a kończy na początku XXI wieku. Do obejrzenia jako ciekawostka, czyli w sam raz na raz. :)

Mowilka - 2009-06-05, 20:42

Obejrzałam go kiedyś, zachęcona pozytywnymi recenzjami i też cały czas zastanawiałam się - o co chodzi? Do XXI wieku nie dotrwalłm. Może jednak trzeba było.
an87 - 2009-06-05, 20:49

Mowilko żałuj, bo metamorfoza głównego bohatera :sli: piękna.
Film poruszył kwestie od Byddyzmu i wędrówki dusz do eutanazji. Doskonale pokazane prawo karmy. Magia i tajemniczość. W sumie warto było zobaczyć coś innego.

GosiaJG - 2009-07-08, 21:47

Być może część z Was miała okazję zobaczyć "Outsourced" podczas festiwalu Epelpola. Ja nie, więc dziś, przygotowując obiad, zupełnie niezobowiązująco włączyłam sobie ten film.
Nie spodziewałam się, że będzie tak ciepły, sympatyczny i interesujący.

Todd Anderson, pracownik amerykańskiej firmy specjalizującej się w sprzedaży przez telefon tandetnych patriotycznych (i nie tylko) gadżetów, otrzymuje od szefa propozycję nie do odrzucenia - albo pojedzie do Indii, by tam stworzyć call center na wzór amerykańskiego (tylko oczywiście dużo tańsze w utrzymaniu), albo wyleci z pracy. Todd oczywiście się buntuje, ale - jak łatwo się domyślić - przystaje na "propozycję". O Indiach, mentalności mieszkańców, kulturze, obyczajach, religii - nie wie nic...

Jestem zachwycona tym, jak ładnie pokazano w tym filmie zderzenie kultur - bez pogardy z którejkolwiek strony, bez stereotypów, bez głupawych żartów, z odrobiną wzruszenia i gorzkiej mądrości - i z dużym wyczuciem.
Trudno nie polubić Todda granego przez Josha Hamiltona, który na początku wydał mi się bez wyrazu, ale potem całkowicie mnie "kupił". Ashy (Ayesha Darker) - mądrej, o wielkich oczach i szerokim uśmiechu. Puro (Asif Basra) - ciepłego i upartego. Pracowników call center, aunty-ji z hotelu, w którym mieszka Todd...
"Outsourced" pokazuje w ciepły sposób także i ludzkie przywary. Ale przede wszystkim to, że otwarcie się na innych zawsze wzbogaca, pozwala spojrzeć z innego punktu widzenia, zrozumieć - przynajmniej trochę.
Koniecznie zobaczcie ten film. Naprawdę warto.

Mój ulubiony dialog:
- To jest niemożliwe.
- Może w Stanach, ale nie w Indiach.

:mrgreen:

GosiaJG - 2009-07-11, 00:07

Miałam wczoraj okazję (w miłym towarzystwie m.in. Pawan i Kasi :) ) zobaczyć na dużym ekranie "Ich noce" Franka Capry. Co prawda kino zanotowało wpadkę, bo okazało się, że kopia nie ma polskich napisów, o czym podobno ci z kina nie wiedzieli (jak ja uwielbiam takie "niedopatrzenia"), a film jest z 1934 roku, więc trochę trzeszczy - jednak i tak warto było!

Opowieść o rozpieszczonej bogaczce Ellen, która ucieka od swojego ojca i próbuje dotrzeć do Nowego Jorku w towarzystwie przypadkowego znajomego, dziennikarza Petera Warne'a, została nakręcona lekko, bezpretensjonalnie, z dużą dozą poczucia humoru. I zagrana tak, że oczu się nie da oderwać od Clarka Gable'a i Claudette Colbert.

Skojarzenia z kinem indyjskim miałyśmy nieustanne. Były nawet piosenki. :mrgreen: I Clark Gable, który na pytanie dziewczyny, kim jest, odpowiada niczym Duch z "Paheli": Jestem wiatrem, który pieści twoją twarz... (cytuję z pamięci).
Wspaniały seans!

GosiaJG - 2009-07-23, 22:38

"Wrogowie publiczni". Po pierwsze - kino gangsterskie. Po drugie - Michael Mann. Po trzecie - Depp i Bale. Trzy (cztery) elementy, które sprawiły, że koniecznie chciałam ten film zobaczyć.

Myśląc o "Wrogach publicznych", cały czas przypominam sobie "Gorączkę". Mimo że po drodze Mann zrobił jeszcze m.in. bardzo dobrego "Informatora" czy przyzwoitego "Zakładnika", to "Gorączka" należy do mojego prywatnego kanonu.

Niewątpliwie jedną z cech stylu reżysera jest chłód, z jakim pokazuje bohaterów. I w jednym, i w drugim filmie dominują zimne odcienie barw, a sposób, w jaki snuta jest opowieść, daje wrażenie dystansu. W te historie nie można "wejść", zaangażować się, przeżywać ich tak, żeby zapomnieć o tym, że jest się tylko widzem na sali kinowej. "Gorączka" pozwalała na to może odrobinę bardziej. "Wrogowie publiczni" nie.
Tym bardziej, że Mann puszcza do publiczności oko. Cała ostatnia scena "Wrogów..." jest tego doskonałym odzwierciedleniem. To tylko film, drodzy widzowie, nie może się skończyć inaczej.
Być może to powoduje, że chłód i dystans "Wrogów publicznych" przewyższa ten "Gorączkowy".

W "Gorączce" bohaterowie, doskonali w swoim fachu, ustawieni po obu stronach barykady, podziwiający się wzajemnie - otrzymali jeszcze prywatność, istotną w kontekście opowieści. We "Wrogach..." dana jest ona tylko Dillingerowi - jakby reżyser sugerował, że to właśnie jemu mamy "kibicować". Jednak, jak już wspomniałam - opowieść jest zbyt chłodna, bym to rzeczywiście robiła. Owszem, zajmują mnie losy Dillingera - ale tak, jakbym patrzyła na nie przez szybę. Stojący naprzeciwko Melvin Purvis jest li i jedynie zajadłym psem gończym - i tylko w jednej, świetnej zresztą scenie, staje się bardziej ludzki.
Podobnie, jak w "Gorączce" - reżyser pozwala bohaterom na chwilę się spotkać. Jednak scena w więzieniu nie ma siły rażenia nocnej kawiarnianej rozmowy bohaterów granych przez DeNiro i Pacino.

Mann lubi filmowe strzelaniny i umie je kręcić. To jednak, co przede wszystkim rzuca się w oczy podczas seansu jego nowego filmu, to częste maksymalne zbliżanie kamery do twarzy bohaterów. W gangsterskim filmie akcji to dość nietypowy i interesujący zabieg.

Panowie Bale i Depp oraz pani Cotillard podobali mi się bardzo. Nie rozpoznałam Billy'ego Crudupa i Stephena Dorffa. I niech mi ktoś powie, kogo grał David Wenham, bo jest w obsadzie wymieniony, a ja za diabła przypomnieć go sobie nie mogę. Czyżby za dużo filmów z Indii? ;) Za to rozpoznałam Leelee Sobieski - czyli nie jest źle. ;)

A film warto zobaczyć - szczególnie, jeśli ktoś lubi kino gangsterskie.

Pogoda, get in the ring! ;)

pogoda - 2009-07-24, 23:48

Pojawił się też w więzieniu na samym początku, jakieś paczki ładował. Vita zauważyła, bo gdyby nie ona nie zwróciłabym w ogóle uwagi. ;)

Film zainteresował mnie zwiastunem, który bardzo do mnie przemówił, i po którym wiele sobie obiecywałam w związku z tym seansem, natomiast sam film bardzo mnie rozczarował i zmęczył. Nie mogę porównywać z "Gorączką", której niestety nie widziałam, więc napiszę bez odniesień do innego filmu.
Świetne zdjęcia, kolorystyka jakby chciała przypomnieć o starych filmach i ich kolorach, trochę też wyblakła, sugeruje, że te czasy już przeminęły. Zdjęcia cudownie też komponują się z piękną muzyką, reżyser słusznie wykorzystał piękne utwory z ery swingu.
Marion Cotillard bardzo mi się podobała jako Billie, zarówno jej gra, jak i oryginalna uroda. Johnny podobnie jak Dziad świetnie się trzyma i upływu czasu po nim nie widać, cudowny też we wszystkich scenach ze swoją partnerką. Zauroczenie nią Johna od razu było widoczne i ich wspólne sceny są elektryzujące. Natomiast w scenach John Dillinger w sosie własnym miałam wrażenie, że Johnny Depp i Mann się rozminęli. Wydaje mi się, jakby reżyser chciał z bohatera zrobić Robin Hooda, a aktor chciał uczynić postać mroczną i czasem wyglądało, jakby Johnny Depp był zniechęcony. Christian Bale w roli zajadłego psa gończego był dobry, a "ludzka scena" faktycznie była bardzo ładna w jego wykonaniu. O reszcie aktorów nie mam nic do powiedzenia, bo zmyli mi się w jedną nierozpoznawalną masę, co jest dla mnie jedną z wielu wad filmu. Szczególnie uwidoczniło mi się to, w jednej z ostatnich scen, kiedy nagle jak królik z kapelusza wyczarowany zostaje jak można ze sceny wnioskować najbliższy druh Dillingera, a nie pamiętam, żeby się wcześniej poza sceną początkową pojawił, a i co do tej nie jestem szczególnie pewna i tak jest praktycznie ze wszystkimi postaciami na drugim i trzecim planie poza rumuńską burdelmamą, ale pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do większości jest kobietą, co stanowi dość mocny odróżnik. ;)

Jak napisała Gosia sama historia nie pozwala, by się w nią wciągnąć. Nawet jeśli jest to specjalny zabieg, nie był on moim zdaniem przemyślany, bo w końcu podczas oglądania filmu gangsterskiego chciałabym z napięciem i skupieniem śledzić akcję, zamiast wiercić się w fotelu w poszukiwaniu wygodnej pozycji. Chociaż muszę przyznać, że broń wybijająca dziury w ścianach i drzewach zrobiła na mnie wrażenie, też bym taką chciała przynajmniej przez chwilę potrzymać. ;) ]:-> Irytowało mnie też nagromadzenie zbliżeń i trwających kilkanaście lub kilkadziesiąt sekund ujęć pokazujących bohaterów zastygłych w konkretnych pozycjach lub minach, było ich za dużo i zamiast podkreślić scenę raczej mnie śmieszyły. Również niespójność historii, kiedy prawie do samego końca bohater jest niczym nieuchwytny superheros, aby w niewyjaśniony sposób w końcu te supermoce utracić.

Film ten miał dla mnie stanowić godne zastępstwo "Kaminey", a tym czasem był rozczarowaniem, bardzo żałuję.

Chyba jednak na końcu się ucieknę do porównania, bo finałowa scena przywołała "Chicago", kiedy w finale Roxi
Spoiler:

boleśnie przekonuje się, że są już nowe "gwiazdy", a ona znowu jest nikim

. Tamten film, mimo że bohaterki podobnie jak Dillinger nie mogły stanowić wzoru do naśladowania trzymał mnie w napięciu i nie pozwalał się od siebie oderwać i tam widziałam to zepsute, skorumpowane, pełne przestępstw Chicago, a tu jakby tylko oglądała pocztówki z epoki.

Chciałam też zacząć od recenzji. To czekam na dyskusyję. :lol:

GosiaJG - 2009-07-27, 16:27

pogoda napisał/a:
Świetne zdjęcia, kolorystyka jakby chciała przypomnieć o starych filmach i ich kolorach, trochę też wyblakła, sugeruje, że te czasy już przeminęły. Zdjęcia cudownie też komponują się z piękną muzyką, reżyser słusznie wykorzystał piękne utwory z ery swingu.

Masz rację; nie wspomniałam o muzyce, a ona naprawdę jest warta uwagi. W jednej ze scen, rozgrywających się w restauracji, widać śpiewającą Dianę Krall.
Cytat:
Marion Cotillard bardzo mi się podobała jako Billie, zarówno jej gra, jak i oryginalna uroda.

Oj tak. To nie jest typ kobiety, która od pierwszego wejrzenia poraża i olśniewa - ale zyskuje z każdą minutą, ma w sobie coś niezwykłego.
Cytat:
Natomiast w scenach John Dillinger w sosie własnym miałam wrażenie, że Johnny Depp i Mann się rozminęli. Wydaje mi się, jakby reżyser chciał z bohatera zrobić Robin Hooda, a aktor chciał uczynić postać mroczną i czasem wyglądało, jakby Johnny Depp był zniechęcony.

Ano właśnie. Czytałam, że podobno Mann chciał pokazać takiego "gangstera o gołębim sercu". Co to zakładniczkę płaszczem okryje, a prywatnych pieniędzy nie weźmie, "bo interesują go tylko pieniądze banku". Ale ja tej postaci tak nie odebrałam. Według mnie pojedyncze ludzkie odruchy go "uczłowieczały", podobnie jak uczucie do Billie. Ale pozostał przede wszystkim przestępcą. I dobrze. Nie lubię, jak się kryminalistów kreuje na idoli. Inna sprawa, że podobno rzeczywiście Dillinger stał się za pośrednictwem mediów "ulubieńcem" Ameryki. Interesujące...
Cytat:
O reszcie aktorów nie mam nic do powiedzenia, bo zmyli mi się w jedną nierozpoznawalną masę

A to prawda. Zresztą wspominałam, że nie rozpoznałam w trakcie seansu kilku aktorów. Niektórych zaś skojarzyłam (Giovanniego Ribisiego na przykład), ale za nic nie mogę przypomnieć sobie, kogo grał.
Cytat:
Jak napisała Gosia sama historia nie pozwala, by się w nią wciągnąć. Nawet jeśli jest to specjalny zabieg, nie był on moim zdaniem przemyślany, bo w końcu podczas oglądania filmu gangsterskiego chciałabym z napięciem i skupieniem śledzić akcję, zamiast wiercić się w fotelu w poszukiwaniu wygodnej pozycji.

To znaczy - mnie film zainteresował. Wciągnął mnie, tylko oglądałam tę opowieść z dystansu, bez emocji, "przeżywania".
Przypominam sobie inne filmy Manna - poza "Gorączką" np. "Informatora" czy "Zakładnika" - i jestem coraz bardziej przekonana, że to cecha stylu tego reżysera. On tak opowiada o ludziach.
Cytat:
Również niespójność historii, kiedy prawie do samego końca bohater jest niczym nieuchwytny superheros, aby w niewyjaśniony sposób w końcu te supermoce utracić.

W moich oczach nie był superherosem. Raczej do pewnego momentu miał szczęście, był sprytny. Miał ludzi, którzy go chronili.

A "Gorączkę" polecam. Według mnie to wciąż najlepszy film Manna. W przeciwieństwie do "Wrogów..." - postaci drugoplanowe są tam bardzo wyraziste. A przedstawiona opowieść, jak już pisałam, bardziej emocjonalnie angażuje widza. Plus - genialna, niezapomniana muzyka Elliota Goldenthala.

GosiaJG - 2009-07-30, 14:47

Czas ponarzekać na polskie kino - bo to taki łatwy cel. ;) Ale to nie będzie całkiem narzekanie. :mrgreen:

Po kolei.
Przyznaję, że "Złotego środka" w reżyserii Olafa Lubaszenki nie oglądałam porządnie, jak Pan Bóg przykazał, ale raczej z doskoku. Ale nie dlatego uważam scenariusz za "nieklejący się". On po prostu taki był. Wyjściowy pomysł - przebieranka dziewczyny, która jako mężczyzna zatrudnia się w kancelarii prawniczej, by uchronić swoją kamienicę przed wyburzeniem pod nowoczesną inwestycję - był ok. Pomysł, by dziewczyna była z warszawskiej Pragi - też. Pozwoliło to na wprowadzenie ciekawych ludzkich typów - tatusia Mirki, granego przez Cezarego Pazurę, czy jej dziadka (Edward Linde-Lubaszenko). Tylko co z tego, skoro spójności w filmie za grosz. Jak wspomniałam - brak scenariusza - czyli zmora polskiego kina. "Złoty środek" to ciąg epizodów, powiązanych ze sobą zazwyczaj mniej, czasem bardziej. A niektóre epizody naprawdę świetne - jak wspomniane role panów czy Edyta Olszówka i Izabela Kuna grające prawniczki - wielbicielki piłki kopanej i obstawiania wyników.
Smutno się robi, kiedy ogląda się te dobre aktorki i aktorów w niewielkich rolach. Owszem, występy są udane, ale trudno budować rolę, kiedy się ma w kolejnych filmach do dyspozycji kilka albo kilkanaście minut. Naprawdę szkoda.
W roli Vadivelu wystąpiły trzy panie na ławeczce. :)

Za to "Ogród Luizy"...
To sensownie opowiedziana i sprawnie zrealizowana historia.
W szpitalu psychiatrycznym spotykają się ona i on. Ona - Luiza, dziewczyna z zaburzeniami psychicznymi, której ojciec nie potrafi pokochać - a że para się polityką, trzyma ją w domu, a potem w wariatkowie, żeby mu wstydu nie przyniosła. On - gangster udający świra, żeby nie dostać się do więzienia. Tak zaczyna się niezwykła opowieść - o porozumieniu i uczuciu.

Na tle "Złotego środka" film Wojtyszki jawi się wyjątkowo. Ale nawet bez tego "tła" się broni. Przede wszystkim - kreacją Marcina Dorocińskiego. Naprawdę dawno w polskim filmie nie widziałam tak wiarygodnej psychologicznie, prawdziwej postaci. Oby tylko dostawał role na miarę swego talentu, bo widzę, że ma go niemało. Dobra jest też Patrycja Soliman.
Może niektóre postaci drugoplanowe (rodzice) są zarysowane zbyt pobieżnie. Może zakończenie zbyt "na chybcika". Ale właściwie nie mam zastrzeżeń. Historia ukazana w filmie zaintrygowała mnie i ujęła.
"Ogród Luizy" polecam. "Złoty środek" można sobie odpuścić.

khosia - 2009-07-30, 17:42

Ja chciałam jeszcze nawiązać do Outsorced. Dopiero teraz to robię, bo i kompa dawno nie widziałam :)
Podobnie jak Gosi mi się film podobał. Ciepły, taki zwyczajny. I główny bohater i bohaterka pokazani zwyczajnie, właśnie bez jakiś dziwnych stereotypów. Co mnie urzekło? To poznawanie kraju przez Amerykanina. Dialog, który przytoczyła Gosia, jest dość istotny. Po prostu młody człowiek odkrył, że dla Indusów nie ma rzeczy niemożliwych :)

Mowilka - 2009-07-30, 22:09

khosia napisał/a:
Po prostu młody człowiek odkrył, że dla Indusów nie ma rzeczy niemożliwych :)

No dokładnie!
Cytat:
Najgorsze, że kiedy to odkrył, było to już ostatnie jego odkrycie

Tam jest taka scena, przy której umarłam ze śmiechu - Amerykanin zwany Ropuchem (rozumiem, czemu tak ciągle poprawiał wymowę swojego imienia :mrgreen: ) gapi się na krowę łażącą między komputerami, a jego podwładni jakby w ogóle jej nie zauważali.
Ciepły, mądry jest ten film i nikogo nie klepie pobłażliwie po ramieniu.

khosia - 2009-07-31, 02:18

Trzy zdania o trzech filmach dziejszego wieczoru :)
Po pierwsze Iluzjonista.
Film, który kupiłam dla Edwarda Nortona. Oj wart był, oj wart :D Nie jest to film, który porywa, albo nie jest nieprzewidywalny, bo jest :D Nie trzyma strasznie w napięciu, a jednak miło się go ogląda. W scenach ukazywania zmarłych, Edward ma bardzo intensywne spojrzenia i dla tego spojrzenia warto ten film sobie zapodać, jako miłą odskocznię od rzeczywistości.

Po drugie Quantum of Solace, cokolwiek tytuł oznacza :)
Film, jak to film z Dżejmsem Bondem ma pościgi, badguy'i :D i piękne kobiety. Mam tylko zastrzeżenia do pracownicy, wydawało mi sie, że przyszła na spotanie w prochowcu, pod którym juz nic nie miała. Przewidująca? :) Za to Bond, jak to Bond kobiecie nie przepuści-ale o dziwo przespał sie tylko z jedną :D To niespodzinka taka była :D

Po trzecie - Zatańcz ze mną :D
Nooo, to jest film, który mnie najlepiej nastroił :) T ciepła opowieść o facecie, który ma wszystko, a jednak, czegoś mu brakuje. Przez przypadek trafia do Szkoły Tańca i odkrywa, że taniec daje mu radość. Jeśli chodzi o instruktorkę, to mam wrażenie, że kroczą na pograniczu romansu, ale
Spoiler:

w sumie do niczego nie dochodzi


Nie przepadam za Riczardem, ale tutaj pasował. JLo jako płaczliwa instruktorka średnio mi pasowała, ale uwielbiam Susan Saradon i tutaj też mi się podobała :D

Mowilka - 2009-07-31, 08:13

khosia napisał/a:

Po trzecie - Zatańcz ze mną :D


O, lubię! JLo mogłoby nie być w tym filmie, za to tańczącego trochę nieporadnie Richarda Gere mam w oczach do dziś. I sceny tańca trójki nowych kandydatów na Fredów Astaire'ów :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: . A najbardziej podobało mi się właśnie to, o czym piszesz Khosiu - pokazanie tej tęsknoty do "czegoś więcej", która pojawia się nagle w środku uporządkowanego życia. Niektórzy wtedy wdają się w romanse, inni uciekają z domu, Richard poszedł tańczyć. Moim zdaniem powinien jednak pójść do tej szkoły z żoną.

khosia - 2009-07-31, 11:59

Mowilka napisał/a:
Moim zdaniem powinien jednak pójść do tej szkoły z żoną.
Właśnie, to jest sedno. Ja kompletnie nie czaję, czemu on tego nie zrobił. W końcu kochał żonę, ona kochała jego. I nawet nie było tak, że ona go nie słuchała, albo że nie było między nimi porozumienia. Nie kapuję. a jego tłumaczenie też było strasznie mętne. Nie kupiłam. Ale to
Mowilka napisał/a:
za to tańczącego trochę nieporadnie Richarda Gere mam w oczach do dziś
to było genialne. Takie prawdziwe, nie udawane. I też z całego filmu to mi się najbardziej podobało. Nie rozumiem też czemu Link musiał się ukrywać, ale to kwestia poboczna :)
No i szczerze mówiąc przez chwilę zamarłam kiedy kupił
Spoiler:

czerwoną różę. OMG, co on z nią zrobi? Komu ją da? Takiego zakończenia się nie spodziewałam


Cathreena - 2009-07-31, 12:34

Przeniosłam tutaj 3 ostatnie posty khosi i Mowilki z tematu "Seriale, musicale, opery" i zmieniłam nazwę wątku by była bardziej adekwatna do treści. Z tego samego powodu zmieniłam nazwę wątku " Seriale, musicale, opery" usuwając z niej filmy. Tak będzie chyba zdecydowanie przejrzyściej.
khosia - 2009-07-31, 12:46

Zdecydowanie :D Dzięki Cat :kwiaty:

No i im dłużej myślę o Iluzjoniście tym bardziej mi się podoba :)
Strasznie się cieszę, że jest taka możliwość dostać fajne filmy na DVD w gazecie za przystępną cenę. Na wypasione DVD to ja trzymam pieniądze dla Bollywoodu :)

Yasti - 2009-08-02, 12:01

Mam nadzieję, że mój wpis tutaj pasuje, choć film o którym wspomnę z Indiami ma raczej mało wspólnego.

Jako, że wakacje z rodziną to czas od boli- (i) koli- łudowania, miałam dziś okazje zobaczyć faktycznie ciekawy film a mianowicie „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”.
Do filmu byłam nastawiona sceptycznie a Brad Pitt nigdy nie kojarzył mi się z utalentowanym aktorem, jak był to był, jak go nie było, to też nie płakałam. Natomiast to, co pokazał w "..Przypadku.." całkowicie zwaliło mnie z nóg. Nie widziałam w filmie gwiazdy-Brada, ale widziałam Benjamina. Taka prawdziwą postać, która jak się tylko postarać jest na wyciagnięcie ręki.. Nie szarżował, nie gwiazdorzył, ale po prostu był Benjaminem- człowiekiem niezwykłym.

Cate Blanchett, ja już dawno wiedziałam, że ona ma talent. W przypadku, gdy opowiadana historia starzeje się razem z bohaterami istnieje ryzyko nie „wygrania” przez aktorów pewnych zachowań, emocji towarzyszącym zazwyczaj ludziom na danym etapie życie. Cate pięknie z tego wybrnęła, jej postać to taka prawdziwa dziewczyna, psoci, miewa humory a jako dojrzała kobieta emanuje jakimś wewnętrznym urokiem.

Przepięknie kreacje aktorskie, nie tylko pierwszego planu, ale także i postaci drugoplanowych.
Bardzo byłam ciekawa jak scenarzyści wybrną z tym 80 letnim dzieckiem, no, bo jak to, jego matka ma zamiar urodzić 80 letniego mężczyznę? Gdzie, którędy? Ja chyba gupia jestem, bo na najprostsze rozwiązanie nie wpadłam, (które notabene, bardzo mi się spodobało)
Spoiler:

że to po prostu małe dziecko, które wygląda jak 80 latek oraz, że jego stan fizyczny jest adekwatny do stanu osób w tym wieku( artretyzm, problemy z widzeniem).


Co ciekawe, w czasie filmu nurtowała mnie jedna myśl: przecież sam proces rośnięcia jest pewnym rodzajem starzenia się, tak, więc Benjamin starzał się, młodniejąc czy młodniejąc, się starzał?

Lubię takie historie, gdzie w zasadzie nic się nie dzieje a dzieje się bardzo wiele..
Sposób opowiadania historii mnie zauroczył, nikt nie próbował mi na siłę wmówić, co jest ważne w życiu a co złe, czym się zająć a co omijać z daleka..
Reżyser genialnie „manipuluje” uczuciami widza używając ku temu otoczenia Benjamina, osób i miejsc i… ja bym tak mogła wymieniać do wieczora. :D

Bardzo się dziwuję, że Cate nie dostała chociażby nominacji z tę rolę a już najbardziej dziwuje mnie fakt, że Oscara wygrał „Slumdog" . Według mnie w starciu z Przypadkiem, "Slumdog" wypada marnie i blado i niestety bardzo przeciętnie.. Ale co ja tam wiem :P

GosiaJG - 2009-08-12, 00:04

"Moja wielka grecka wycieczka". Jeśli polski tytuł kojarzy Wam się z "Moim wielkim greckim weselem" - to bardzo dobrze (w oryginale zresztą tytuł jest fajniejszy, bo wieloznaczny - "My Life in Ruins").
Nia Vardalos gra podobną charakterologicznie postać jak w tym wcześniejszym filmie. Georgia to profesor historii, specjalizująca się w starożytnej Grecji, która straciła pracę i "chwilowo" jest przewodniczką wycieczek. Jest mało efektowna, niepewna siebie, nie ma poczucia humoru, a wycieczkowicze jej nie lubią, bo zamiast zabierać ich na lody i kupowanie pamiątek, jak to robi jej konkurent w firmie, tandetny lowelas Nico - opowiada im szczegółowo o wydarzeniach, datach itd.
Georgia "dostaje" kolejną wycieczkę - Australijczyków wiecznie na rauszu, napalone hiszpańskie rozwódki, durnych Amerykanów, skłócone małżeństwo z wiecznie niezadowoloną nastoletnią córką, babcię kleptomankę, biznesmena kolekcjonującego syropy, a na dodatek upierdliwego Irva (cudowny Richard Dreyfuss). W promocji - rzężący autokar bez klimatyzacji i zarośniętego kierowcę - niemowę. Bosko, prawda? :)
Film "jedzie" trochę na stereotypach dotyczących różnych nacji, dostaje się niejednym, ale najbardziej Amerykanom i Grekom. Złośliwie, ale bez chamstwa, jak sądzę.
To komedia romantyczna, więc na schematyczność mogą narzekać tylko głupi recenzenci, których wypociny czytałam i którzy znowu zapomnieli, na jakiego gatunku film się wybrali. Biedactwa. To komedia romantyczna, więc czy kogoś zaskoczy to, że Georgia w końcu przestanie znajdzie kefi (czyli radość życia), polubi swoją "wycieczkową menażerię" (z wzajemnością), a nawet znajdzie przystojnego faceta?
Jeśli kogoś powyższy opis nie odstraszył - polecam. Bawiłam się bardzo dobrze.

an87 - 2009-08-12, 08:33

Czuję się zachęcona i mam zamiar do kina na to skoczyć :D
Mowilka - 2009-09-10, 13:15

Gosia kazała mi tutaj to umieścić, więc umieszczę :P
W weekend dla towarzystwa oglądałam polskie komedie romantyczne - Nie kłam kochanie (po raz drugi) i dzieło pt. Jeszcze raz. Co to jest swoją drogą, że te filmy mają takie tytuły - absolutnie niezapamiętywalne... Nigdy w życiu, Jeszcze raz, Dlaczego nie, Ja wam pokażę? Jaki film, taki - widać - tytuł.
Olaboga...
Nie kłam kochanie - klasyczny przykład łepkowszczyzny. Gra (niezłych w końcu) aktorów - jak prosto z kolejnego odcinka rodzimej telenoweli. Scenariusz miałki tak, jakby pani Łepkowska bała się, że widzom mózg wyparuje, jeśli choć odrobinę się wysilą. Stereotyp goni stereotyp. Jak młody yuppie, to przez jego łóżko przeszło pół Warszawy. Nic to, ze jest obleśny, głupi i bezmyślny. Jak młoda-ładna-uboga - to musi rozmawiać z kwiatami, nadawać im imiona i uśmiechać się durnowato, a słodko. Jak Kraków - to niemal przewodnikowo miejsce po miejscu dla turystów. Jak Krakus - tu musi wiersze recytować. Ale na obwarzanki mówi bajgle . Ale za to jak zegarek - to rolex, jak mieszkanko dwóch biednych panien na dorobku - to taki apartament, że oddałabym nerkę, żeby tak mieszkać. Głupota goni banał, lukier wylewa się z erkranu, rozpacz. Ale przy drugim (ratunku, obejrzałam to drugi raz!) razie widać nawet sceny, przy których można się uśmiechnąć. Młody Damięcki, sepleniący jak Guddu Shahida, ma niezły epizod. Picie do fikusa (a nawet z fikusem ) też mnie ubawiło. Kraków ładnie sfilmowany, ale nie wierzcie, że na Szerokiej latem będzie tak cicho, że wpuszczą was na cmentarz Remuh o północy, a w dowolnej kazimierskiej knajpie zaraz pojawią się cyganie i będziecie musiały pląsać po stołach

Ale nic to NKK - potem było Jeszcze raz...
Przy tym filmie już ogarnęła mnie rozpacz, z jednego prostego powodu: był nim występ Danuty Stenki.
Kocham tę aktorkę, od kiedy zobaczyłam ją, młodziutką, świeżą, intrygującą, w spektaklu Dam i huzarów z Poznania. Grała Zosię i to była jedyna fredrowska Zosia godna zapamietania.
Potem z wielką radością śledziłam jej karierę, jej role, wielką klasę, z jaką grała i George Sand i Judytę w Nigdy w życiu. No i chyba ta Judyta tak jej zaszkodziła...
Niestety. O ile Jan Frycz udowodnił, ze nawet w takim g... jest aktorem, to Danuta Stenka dała popis li i jedynie ładnej figury, ładnych zębów i maksymalnego zmanierowania. W roli uroczej czterdziestki desperacko szukającej faceta może nie było do odkrycia wiele nowego. Jednak sprowadzenie jej do perlistego śmiechu i malowniczego odrzucania głowy w tył, to nie na jej poziom i klasę. Okropność. A kiedy weźmie się pod uwagę, ze film ma dwa wątki i wątek Frycz-Stenka-Tatry był arcydziełem gry aktorskiej oraz pomysłowości scenariuszowej w porównaniu z wątkiem Cypryański-Antonowicz-Bałtyk, który zaczyna się od tego, ze Cypryański zdejmuje majtki i wskakuje do basenu - macie jasność....
Odradzam zdecydowanie i z całą mocą.

jagasia - 2009-09-10, 13:28

A ja tam lubię obejrzeć od czasu do czasu takie polskie bajki jak Nie kłam kochanie i tym podobne jak Tylko mnie kochaj czy Dlaczego nie. :D
Lekkie, łatwe i przyjemne. ;)

Mowilka - 2009-09-10, 13:53

Tylko mnie kochaj i Nigdy w życiu - te dwa, proszę bardzo. Co prawda są absolutnie baśniowe, ale czemu nie, miło się ogląda. Od Dlaczego nie i Ja wam pokażę zaczęło sie prawdziwe Zuo - imo. Poziom głupoty albo banału (scenariusz! scenariusz!) oraz często kiepskiego aktorstwa przekroczył w nich poziom krytyczny.
Komedia romantyczna, choć jest gatunkiem lekkim, rządzi się żelaznymi prawami. Musi mieć - choćby nie wiem co - dobry scenariusz, dialogi i dobrze wymyślone postaci. Tego w naszych produktach zastępczych zwyczajnie brakuje.

GosiaJG - 2009-09-10, 14:28

Mowilka napisał/a:
Komedia romantyczna, choć jest gatunkiem lekkim, rządzi się żelaznymi prawami.

Wbrew pozorom bardzo trudno jest nakręcić dobrą komedię romantyczną. Wielu jest takich, którzy ten gatunek wyśmiewają - a moim zdaniem wymaga od od twórców dużych umiejętności - na każdym polu.
Oczywiście najważniejszy jest scenariusz i konstrukcja postaci. Bohaterowie muszą być oryginalni, ale w pewnych granicach, publiczność musi ich polubić. Mają być przeciętni, ale nie głupi. Niestety - bardzo często właśnie tacy są.

Tzw. polskie komedie romantyczne uznałabym za gatunek zupełnie odrębny. Scenariuszowo kulał on już w czasach "Tylko mnie kochaj", chociaż to jeszcze było oglądalne. "Nigdy w życiu" jakoś tak jednym okiem zobaczyłam - dość bezboleśnie. Potem jeszcze w kinie (niejako z przymusu) jakąś polsko-amerykańską komedię romantyczną, której tytułu nie pomnę.
Teraz nikt by mnie nawet wołami nie zaciągnął do kina na coś w tym klimacie.

Za to wczoraj się ubawiłam. Przeglądałam recenzje ostatnich filmów, bo mi były potrzebne ze względów zawodowych. Czytam Felisową recenzję filmu "Miłość na wybiegu" (już tytuł mnie odrzuca). Felisa nie znoszę wyjątkowo, jest ograniczony i udowadnia to nieustannie.
"Miłości na wybiegu" nie zjechał, zdziwiłam się, bo to przecież ani "niszowe", ani "ambitne", a on z gatunku tych właśnie... ;) Ale gdzieś przeczytałam, że podobno w pracach nad scenariuszem brał udział kolega redakcyjny Felisa, kolejny z moich ulubionych ograniczonych recenzentów, Paweł Mossakowski.
To by wyjaśniało zagadkę. :)

Edit. Ach, no właśnie! Felis wystawił pozytywną recenzję "Janosikowi". Nie wiem, nie byłam, z zajawek film wygląda na straszny...

pawan - 2009-09-10, 14:38

GosiaJG napisał/a:
Ale gdzieś przeczytałam, że podobno w pracach nad scenariuszem brał udział kolega redakcyjny Felisa, kolejny z moich ulubionych ograniczonych recenzentów, Paweł Mossakowski.
To by wyjaśniało zagadkę.


Poszła się załamać.

pogoda - 2009-09-11, 21:41

Mowilka napisał/a:
Ale na obwarzanki mówi bajgle .

Przynajmniej wartość edukacyjna jest w tym filmie, do tej pory zastanawiałam się, co to te bajgle, myślałam, że bułki, a to obwarzanki, chociaż w sumie mogłam sprawdzić. :oops: ;)

Jesteście twarde, jak Mahesh, chociaż on by chyba nie podołał. ;)
"Tylko mnie kochaj" nie zdzierżyłam, przy pierwszej przerwie reklamowej przełączyłam na jakiś film z Kate Hudson, bardzo przyjemny był i romantyczny. "Nigdy w życiu" obejrzałam do końca, tylko dlatego, że nie chciało mi się wstać z kanapy, żeby wyłączyć płytę w komputerze i Frycz był jak balsam na zbolały umysł, bardzo był smakowity, jak zimnolubny małżonek a resztę tych naszych wiekopomnych dzieł sobie darowałam. A same komedie romantyczne bardzo lubię, nawet te najbardziej wydumane jak "Dwa tygodnie na miłość".
Chociaż w sumie można zrozumieć producentów, którzy uważają, że scenariusz jest komedii romantycznej zbędny. Lubię czasem sobie telewizję pooglądać, ale różniaste produkcje TVNu poza "Brzydulą" są właśnie absolutnie bezscenariuszowe, bohaterzy są niewiarygodni, tylko widoczki ładne i piosenki, więc skoro taki serial się popularnością cieszy, dlaczego nie przenieść tej formuły na film, skoro się sprzeda.

A jak kolega Mossakowski zacznie się w hollywoodzie realizować, to może i ichnie komedie romantyczne nie będą zjeżdżane. ;)

an87 - 2009-09-14, 10:40

W sobotę znajomi wyciągnęli mnie do kina na to -> http://www.filmweb.pl/f465494/Brzydka+prawda,2009 . Pomyślałam sobie OK. Amerykańska komedia romantyczna. Katherine Heigle lubię od czasów serialu "Roswell", nie mam nic do stracenia. Polazłam.
:mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: Ooooo..... dawno się tak nie ubawiłam na amerykańskim filmie (ostatni był chyba "Denis rozrabiaka" :roll: ).
Ponad półtorej godziny dobrej zabawy, prawie ze śmiechu się udusiłam. W sumie zakończenie łatwe do przewidzenia, ale to co w środku... jazda bez trzymanki. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale polecam uwadze szczególnie dwie sceny. Spotkanie w restauracji z pilotem w tle i mecz bejsbola (kurczę jak się to pisze?). Przed filmem sugeruję niewiele pić i odwiedzić toaletę. :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

I jeszcze jedno, nie czytajcie recenzji , bo sobie zaspojlerujecie film i nie będzie już tak fajnie :P

Edit: ach, zobaczyć Szaruka w roli zagranej przez Geralda Butlera :hot: :hot: :hot: :hot: :hot:

varka - 2009-09-14, 16:48

No więc za radą an87 obejrzałam to COŚ...było płytko, łatwo, przewidywalnie do bólu, tanio, niezaskakująco, schematycznie i jakże banalnie, ale OŁ MAJ GAD! JAK JA SIĘ UŚMIAŁAM!!!!! :brawo: :mrgreen: :D

Pięknie banalna historyjka miłosna, przecudnie oczywista i przewidywalna, ale jak zagrana! * za scenę "bieliźnianą" w restauracji główna bohaterka powinna dostać Oscara* :brawo: Dwójka głównych bohaterów zwaliła mnie z nóg :brawo: Blondyneczka przesłodka, cudownie roztrzepana, brunet z zarostem :hyhy: *nie mam zielonego w prążki, co on za jeden - taka sobie fajna krzyżówka Marcina Prokopa i Roberta Więckiewicza :oops1: *faaaaaaaaaaajnyyyyyyyyyyyyy :hyhy: :sli:

Generalnie polecam :brawo: Trochę za krótki * ach te boliłudy :mrgreen: *

GosiaJG - 2009-09-14, 17:13

Zastanawiałam się nad czym, czy by się do kina na "Brzydką prawdę" nie wybrać. Widziałam trailer i przekonał mnie przede wszystkim Butler - no cóż... :) Humoru trochę się boję, bo z tego, co widziałam w trailerze, był taki w typie Akshayowego - a takiego nie lubię (chociaż czy ja wiem? Na "CC2C" się uśmiałam przynajmniej trochę, a nikomu innemu film się nie podobał ;) ). Tę piękną blondynkę, Heigl, widziałam w "27 sukienkach" i była STRASZNA! Podobnie jak film zresztą. :)
Ale dla Butlera jestem w stanie to zobaczyć. :) Tym bardziej, jeśli mówicie, że pośmiać się można.

Zastanawiam się też nad "Inglorious Basterds". Trochę się boję nagromadzenia przemocy, bo odwykłam od tych Tarantinowskich krwawych spektakli, ale z drugiej strony - korci mnie.

an87 - 2009-09-14, 21:19

varka napisał/a:
Pięknie banalna historyjka miłosna, przecudnie oczywista i przewidywalna, ale jak zagrana! * za scenę "bieliźnianą" w restauracji główna bohaterka powinna dostać Oscara* :brawo:
Oj tak! Scena rewelacyjne zagrana! Gosiu nie wahaj się i weź ze sobą męża :P
varka - 2009-09-14, 21:27

Tak, scena majtkowa jest zdecydowanie moim faworytem :brawo:
malutka próbeczka - spokojnie - NIE SPOILER

i trochę dłuższa wersja - minimalny spoiler :) :jezyk: :hyhy:

pogoda - 2009-09-14, 22:07

Na "Bękarty wojny", jak dobrze pójdzie, planuję iść jutro. Zdam relację. Też pojawiały się myśli i chciałabym i boję się, ale chciałbym zwyciężyło. Cóż ryzyk fizyk, zobaczymy, tym razem na nic się nie nastawiam.

Katrin Heigl pamiętam z "Chriurgów" i takiego serialu młodzieżowego o kosmitach, podobała mi się tam, dobrze grała, a w "Chirurgach" jeszcze ze względu na zawód nie przemalowywali jej i ślicznie wyglądała. Za to na wspomnienia Butlera mam mdłości, musiałam całych "300" obejrzeć, straszne przeżycie, straszny Butler, ale może się zrehabilituje, mam nadzieję, że klatą nie świeci, bo głównie ta jego część przywołuje przykre wspomnienia. :mrgreen:

GosiaJG - 2009-09-14, 22:11

pogoda napisał/a:
Butlera mam mdłości, musiałam całych "300" obejrzeć, straszne przeżycie, straszny Butler, ale może się zrehabilituje, mam nadzieję, że klatą nie świeci, bo głównie ta jego część przywołuje przykre wspomnienia. :mrgreen:

Nie wiedziałaś, że w "300" głównie o klaty chodzi? ;)
Butlera warto w "Upiorze w operze" - polecam. :)

I czekam na Twoją relację z "Bękartów...".

an87 - 2009-09-14, 22:20

Tu klatą nie świeci, jest ok.
Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że po filmie wzrośnie sprzedaż takich gatek :P
Scena jest rewelacyjna :mrgreen:

pogoda - 2009-09-14, 22:28

Wiedziałam, nie wiedziałam, że będą chciały współoglądaczki do końca obejrzeć. Te co już widziały nie dały wyłączyć, a my z równie mało zachwyconą koleżanką zaczęłyśmy sobie w końcu konwersować, mało dyskretnie, ale i tak nie pomogło. ;)

An, dziękuję za informację, duża ulga. :mrgreen:

Tego "Upiora w operze" w końcu kiedyś muszę przeczytać i obejrzeć, bo to aż wstyd takiej pozycji nie znać, chociaż niech mym usprawiedliwieniem będzie w sprawie ekranizacji, że nie lubię musicali. :oops:

GosiaJG - 2009-09-14, 22:46

pogoda napisał/a:
Tego "Upiora w operze" w końcu kiedyś muszę przeczytać i obejrzeć, bo to aż wstyd takiej pozycji nie znać, chociaż niech mym usprawiedliwieniem będzie w sprawie ekranizacji, że nie lubię musicali. :oops:

Rozumiem. :mrgreen:
Powiedz jeszcze, że tych gópich piosenek w boliódach też nie lubisz i przewijasz. :)

Z filmów nie-indyjskich i w ogóle mało chyba znanych chciałabym polecić "Kobiecą Agencję Detektywistyczną nr 1". Zobaczyłam ten film jakiś czas temu. Jeśli chce się przyjemnie spędzić czas z filmem nakręconym lekko i bezpretensjonalnie, momentami niezwykle wzruszającym, a czasami bardzo zabawnym - warto sięgnąć po tę produkcję BBC. Jej atutem jest też piękna muzyka, porażające urodą afrykańskie plenery i świetni, naturalni aktorzy - przy okazji niezwykle urodziwi, ale nie w taki "plastikowy" sposób.
Właśnie znalazłam informację, że Jill Scott, która zagrała Mmę Ramotswe, to przede wszystkim piosenkarka. Nie miałam pojęcia. W każdym razie nie mogłam od niej oderwać oczu. :)
http://www.imdb.com/media/rm3128134144/tt1356380

pogoda - 2009-09-14, 22:58

Właśnie piosenki w filmach indyjskich lubię, chyba że mi się muzyka albo teledysk, albo obie te rzeczy razem nie podobają, ale to się rzadko zdarza. I nawet jak oglądam lubiany film po raz n-ty nie przewijam piosenek. Nie wiem, dlaczego w sumie. w musicalu mam wrażenie, że piosenki mi przerywają akcje bez sensu i w tych, które widziałam, zawsze jak się robiło ciekawie następowała piosenka i potem kolejna scena i tak do końca. A w filmach indyjskich nawet jak piosenka jest od czapy mi nie przeszkadza i nie wiem dlaczego tak jest.

Cytat:
przy okazji niezwykle urodziwi, ale nie w taki "plastikowy" sposób.


Kino angielskie ma tą przewagę na amerykańskim, że tam nie muszą być wszyscy niesamowicie i czasem aż sztucznie piękni i dostarcza naprawdę ciekawych, różnorodnych twarzy.

GosiaJG - 2009-09-14, 23:10

pogoda napisał/a:
Nie wiem, dlaczego w sumie. w musicalu mam wrażenie, że piosenki mi przerywają akcje bez sensu i w tych, które widziałam, zawsze jak się robiło ciekawie następowała piosenka i potem kolejna scena i tak do końca. A w filmach indyjskich nawet jak piosenka jest od czapy mi nie przeszkadza i nie wiem dlaczego tak jest.

Według mnie wszystko zależy od filmu. Zarówno w niektórych musicalach, jak i w filmach indyjskich są czasem piosenki "od czapy". :) W takim "Kidnap" na przykład. :mrgreen:
Nie wiem, czy widziałaś "Chicago". Albo - ze starszych - np. "Skrzypka na dachu"... Chociażby w tych musicalach piosenki genialne współgrają z akcją filmu.
Cytat:
Kino angielskie ma tą przewagę na amerykańskim, że tam nie muszą być wszyscy niesamowicie i czasem aż sztucznie piękni i dostarcza naprawdę ciekawych, różnorodnych twarzy.

Wszyscy aktorzy w filmie są czarni i zupełnie mi nieznani, ale wspaniali. I jak wspomniałam - patrzyłam na nich z zachwytem. :)

Mowilka - 2009-09-14, 23:18

Upiór o tyle jest nieco inny, że właściwie śpiewany w 80%, więc właściwie słowa mówione są w nim kuriozum, nie sceny muzyczne. Na dodatek Butler śpiewa rockowo, nie musicalowo. Mnie się podobało, kocham "upiorną' muzykę, ale zdania były podzielone.
pogoda - 2009-09-14, 23:50

"Skrzypka" nie widziałam, ale "Chicago" tak. Z musicali właśnie mi się "Chicago" podobało, bo było takie cyniczne, wszyscy tam byli, źli, zepsuci i podobał mi się taki obraz "Chicago", jako miasta, gdzie może nie koniecznie się szybko żyje, ale za to umrzeć można w mgnieniu oka. ;) Podobało mi się jeszcze "Moulin Rouge", ale ten film znowu przez osobę reżysera, który pięknie potrafi połączyć rozbuchaną formę z liryczną treścią, chociaż piosenki mi trochę tu przeszkadzały, poza przeróbką Nirvany i "Show must go one" na chór szwaczek, miałam ciarki na plecach, wykonanie bardzo mocno przypomina sytuacji pierwowzoru, ale zniesłam ich obecność. Natomiast "Roxanne" bardzo mi się podoba bez filmu muzycznie i choreograficznie, natomiast w filmie jest dla mnie ta sekwencja trochę za długa. Sama piosenka jest piękna i pomysł aranżacji na tango oraz połączenia czystego głosu Ewana McGreogora z chropowatym głosem Jacka Komana jest wspaniały i wykonanie godne jest zapamiętania. :mrgreen:

To jeszcze link do Tanga de Roxanne:
http://www.youtube.com/watch?v=4p4xNGR_UCc
Show must go one:
http://www.youtube.com/wa...THc&feature=fvw
I w bonusie moja ulubiona interpretacja "Roxanne", która powinna powędrować do muzyki:
Sławek Uniatowski, "Roxanne": http://www.youtube.com/watch?v=3nic1tAgxsw

jagasia - 2009-09-15, 07:42

Patrick Swayze nie żyje [*] :(
http://wiadomosci.onet.pl/2042996,12,item.html
http://film.wp.pl/idGalle...54,galeria.html

Orry Main North and South, Johnny Castle Dirty Dancing, Sam Ghost... <3

She's like the wind http://www.youtube.com/watch?v=AVi4PUx8bXk <3

[*]

an87 - 2009-09-15, 08:08

[*]
Mowilka - 2009-09-15, 08:09

[*] mam go w oczach, tańczącego mambo :cry:
an87 - 2009-09-15, 08:11

I w uszach pięknie wyśpiewane She's like a wind <3
kajol_84 - 2009-09-15, 10:57

[*] będzie mi go brakować , jego tańca , gry aktorskiej i w ogóle <3
GosiaJG - 2009-09-15, 11:54

To tak, jakby znikał kawałek dzieciństwa...
an87 - 2009-09-15, 12:08

GosiaJG napisał/a:
To tak, jakby znikał kawałek dzieciństwa...
Obawiam się, że takie uczucie będzie nam co raz częściej towarzyszyć. Aktorzy, na filmach których dorastaliśmy są, tak jak i my, z roku na rok starsi. To straszne, w takich właśnie momentach widać upływ czasu, człowieka nachodzi refleksja... co będzie za rok? :-?
pogoda - 2009-09-17, 22:25

Patrick Swayze [*].

Zdecydowanie smutny rok. :(

---------------------------------------

"Bękarty wojny"

Zacznę od opinii. Film mi się bardzo podobał, uśmiałam się, wzruszyłam, przeraziłam i śledziłam akcję z zapartym tchem, także z czystym sercem polecam, a teraz bardziej szczegółowo.
Film jest dla mnie ciekawie zawiązany, scenariusz mimo wielu meandrów, pobocznych wątków, wielu w sumie pierwszoplanowych postaci nie rozłazi się, a historia jest opowiedziana konsekwentnie. Główny wątek i zawiązanie akcji jest też łączem między obcymi sobie postaciami. Bardzo mi się też podobało, że film był długi, dzięki czemu poświęcono odpowiednio dużo miejsca całej akcji i nie ma wrażenia, że ktoś coś naprędce ciachnął, żeby się w przypisanym czasie zmieścić. Ciekawe też były czarne tablice z numerami i tytułami kolejnych części filmu kojarzące się z kinem niemym oraz kilka graficznych komiksowych wstawek ("No Smoking" mi się wtedy przypomniało).
W filmie są piękne zdjęcia i cudownie skomponowane kadry, chociażby dlatego warto iść do kina. Brak spektakularnych efektów specjalnych niczego nie ujmuje urodzie obrazu. Wszystko jest filmowane wręcz z zachwytem, kamera ujmuje krajobrazy, tak że można wręcz sobie wyobrazić jaka tam właśnie panuje pogoda i jakie zapachy się unoszą w powietrzu. Ślizga się też po przedmiotach wyławiając piękno nawet najdrobniejszych szczegółów. Przy tym podobały mi się w szczególnie szarpiących nerwy scenach zbliżenia na nic nieznaczące dla akcji przedmioty, jak szklanka piwa z ulatniającymi się bąbelkami, czy roztapiająca się na łyżce śmietana. Musze powiedzieć, że przez ten trick jeszcze bardziej się denerwowałam. Muzyka też jest świetnie dobrana, podejrzewam, że jak ktoś dobrze zna zabawy Tarantino wyłapie muzyczne nawiązania, mnie się nie udało, ale muzyka nadawała każdej scenie swoisty, dla niej charakterystyczny klimat.
Bardzo podobało mi się też aktorstwo, dla mnie wszyscy zagrali dobrze, chociaż nie będę specjalnie oryginalna i Christoph Waltz jako jakże urokliwy Hans Landa błyszczy szczególnie wyraźnie. Przeczytałam na imdb.com, że on faktycznie mówi tymi wszystkim językami (niemiecki, francuski, angielski i trochę włoski). Zagrał wspaniale, a Landa był dla mnie autentycznie przerażający. I im bardziej był elokwentny, miły, czarujący tym bardziej był przerażający. Tu mi się "Batalista" Perez-Reverte dla odmiany przypomniał i fragment, w którym bohaterowie rozmawiają o orkach, jako bardzo inteligentnych stworzeniach i ich okrutnych zabawach młodymi fokami, które nie mają na celu niczego innego poza zadaniem foce bólu i przyrównują ludzi do orek i dochodzą do wniosku, że właśnie im wyższa inteligencja, tym większe okrucieństwo. Tarantio podąża tym tropem w postaci Landy i Frederika Zollera (Daniel Bruehl), któremu z jednej strony nie można odmówić uroku, oczytania i wdzięku, a z drugiej ten miły chłopiec bez żadnych skrupułów jako snajper zabijał przeciwników. A sam Daniel Bruehl jest jako Zoller bardzo dobry. Z przyjemnością patrzę na tego aktora, bo dużo potrafi i mam nadzieję, że rola u Tarantio będzie kolejnym krokiem do międzynarodowej kariery, bo Daniel Bruehl na takową zasługuje. Bardzo mi się też podobał Brad Pitt, jako Aldo Apacz mówiący śpiewnym wiejskim akcentem, mogłabym go słuchać na okrągło, a jak zaczął jak niby Włoch tym akcentem mówić po włosku, prawie się popłakałam za śmiechu.
To teraz panie, wstyd się przyznać, Diane Krueger wdziałam po raz pierwszy, bardzo mi się podobała jako gwiazda, była piękna, gwiazdorska, wyrafinowana, a jej postać w każdej sytuacji była prawdziwą damą i gdyby komuś przyszło do głowy kręcić kolejną biografię Marleny Dietrich powinien pomyśleć o niej. Podobała mi się ta postać też ze względu na stereotypy o Niemkach, że wielkie, brzydkie, a nawet jeśli jakaś się trafi ładna, to w stylu dziarskiej dziewoi. Mélanie Laurent jako Shosanna zapada w pamięć, nie tylko dzięki delikatnej urodzie, ale też przekonującej grze, a jej Shosanna jest nie tylko wiarygodna, ale też budzi sympatię.
Jeszcze na koniec wspomnę, że bardzo mi się te wszystkie języki podobały, szczególnie niemiecki w prawie wszystkich możliwych postaciach, palce lizać. :D

Mowilka - 2009-09-18, 00:54

Mam perwersyjną słabość do Tarantino; mimo awersji do tematów wojennych obwąchuję ten film. Pewnie się wybiorę, dziękuję za rekomendację!
Choć chyba jutro premiera nowego Almodovara, hmmmm

pogoda - 2009-09-18, 06:43

Tematyka wojenna mimo, że stanowi też zawiązanie akcji jest jak dla mnie tylko tłem. Jedyne co może być dla ciebie alarmujące, że nie mam słabości do Tarantino, a czytałam na b.pl recenzje osób, które chyba mają i im się np. "Kill Bill" bardziej podobał, który dla mnie był ładny wizualnie, ale nudny okropnie i prawie na nim zasnęłam. :oops:

Na Almodovara pewnie też się wybiorę, albo później obejrzę, znowu Penelopa jest, a "Volver" bardzo mi się podbało. I samą Penelopę bardzo lubię.

varka - 2009-09-19, 15:43

Nie mam pojęcia, czy było, ale ja radośnie właśnie odkryłam linka :hyhy:
hellios.pl a tam filmy do oglądania online - w tym bolly :mrgreen:

Edit:
Miłośnikom s-f gorąco polecam film DISTRICT 9. Wbija w fotel od początku i trzyma w napięciu do samego końca
District 9

trailer

GosiaJG - 2009-09-20, 09:21

"Admirał" to wysokobudżetowe widowisko historyczne produkcji rosyjskiej z 2008 roku. Tytułowy admirał, Aleksander Kołczak, był marynarzem, badaczem polarnym, tuż przed rewolucją - dowódcą Floty Czarnomorskiej. Po wybuchu rewolucji przeciwstawił się jej, w 1918 roku ogłosił się wielkorządcą państwa rosyjskiego i dowodził armią "białych", walcząc z bolszewikami.

Tak zmieniły się czasy. Teraz w rosyjskich filmach gloryfikuje się "białych", a "czerwonych" pokazuje jak zgraję bezbożnych łajdaków, mordujących bez sądu elity carskiej Rosji. Cóż - mimo wszystko ten nowy trend jest mi bliższy, chociażby ze względów estetycznych. ;)

Nad filmem unosi się nieustannie zawołanie "Bóg, honor, ojczyzna"; rosyjskie sztandary powiewają dumnie na masztach i nad polami bitwy, z wrogiem walczy się do ostatniego tchu, nie zważając na straty, z błogosławieństwem cara i cerkwi, najczęściej w scenerii okrutnej rosyjskiej zimy.
Wszystko kończy się trochę jak w "Titanicu" - marzenie zwyciężą na chwilę nad rzeczywistością, pozwalając widzowi zapamiętać bohaterów nie - zniszczonych i zmęczonych wojennymi losami, ale - pięknych, roztańczonych, w uśmiechach i ukłonach.

Podejrzewam, że na potrzeby "Admirała" postać Kołczaka wyidealizowano. Nie zgłaszam o to pretensji. Widowisko historyczne rządzi się swoimi prawami. W tego typu filmach nie przywiązuje się często wagi do pokazywania psychologii bohaterów - dlatego widzowi nie będzie dana obserwacja rozterek moralnych admirała. Kołczak ich nie ma, jest jak skała; honorowy, odważny, inteligentny i charyzmatyczny. Zasługą Konstantina Chabeńskiego jest uczynienie z pomnika - człowieka.
Pretensje mam za to do ukazania wątku miłosnego, który przeplata się w fabule z "ojczyźnianym". Być może po tylu seansach kina z Indii mam w głowie inne wyobrażenie ukazywania wielkiej miłości - i dlatego brakuje mi w "Admirale" namiętności. Elżbieta Bojarska, grająca Annę Wasiliewną, żonę Siergieja Timiriewa i ukochaną Kołczaka - jest niewątpliwie piękna, ale dość bezbarwna. Jednak brak pasji w uczuciu to wina nie jej, ale scenarzysty.
Szkoda, że każda amerykańska szmira ma otwartą drogę na wielkie ekrany, a ten film na nie nie trafił. Myślę, że sprawdziłby się bardzo dobrze.

GosiaJG - 2009-09-27, 21:12

"Janosika" nowego nie widziałam, ale artykuł mnie rozbawił, więc i Wam go pod rozwagę podrzucam: ;)
http://miasta.gazeta.pl/k...te_goralek.html

an87 - 2009-09-27, 21:36

O ja nie mogę! Potrafimy pisać "ciekawe" artykuły. I na koniec te słowackie góralki :lol: :lol: :lol:
Mowilka - 2009-09-27, 21:40

A co! Górale nie gorsi od sikhów i fryzjerów :P . Nie będzie Janosik pluł nam w twarz ni góralek nam niesławił :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:
GosiaJG - 2009-09-27, 21:48

Mowilka napisał/a:
A co! Górale nie gorsi od sikhów i fryzjerów :P . Nie będzie Janosik pluł nam w twarz ni góralek nam niesławił :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

Szczególnie słowackich. ;)
Jakbym tam miała wybierać, to w kwestii "zniesławienia" wolałabym od Janosiczka tego drugiego, co to go Żebrowski gra. :mrgreen:

Mowilka - 2009-09-27, 22:02

GosiaJG napisał/a:

Jakbym tam miała wybierać, to w kwestii "zniesławienia" wolałabym od Janosiczka tego drugiego, co to go Żebrowski gra. :mrgreen:

O to to! święte słowa :oops: ! Można rzec - żadne z nas góralki, ani słowackie, ani polskie, co o cnotę swą były troskliwe. Ale to w ubiegłym stuleciu było... :lol:

varka - 2009-09-29, 00:37

Film nie indyjski, ale prawie ;) :!: Irrfan <3

Ktoś coś więcej o nim wie?

Mowilka - 2009-09-29, 08:53

varka napisał/a:
Film nie indyjski, ale prawie ;) :!: Irrfan <3

Ktoś coś więcej o nim wie?


Nic a nic, ale nie posiadam się ze szczęścia! Dzieki! Niedawno ktoś znalazł zdjęcia Malliki Sherwat ucharakteryzowanej na wężycę i zastanawiałyśmy się, czy to nie remake Naginy się szykuje. Teraz już wiem, ze to Holly a nie Bollywood :brawo:

GosiaJG - 2009-09-30, 00:04

O teatrze bardziej, ale aktorzy z filmów raczej znani - Hugh Jackman przerwał przedstawienie, by zasugerować właścicielowi dzwoniącej komórki jej wyłączenie:
http://wiadomosci.gazeta....du_komorki.html
Brawa dla tego pana! Precz z rządami niedouczonych prymitywów! :brawo:

GosiaJG - 2009-10-29, 22:22

Zobaczyłam dziś trailer filmu "Nine":
http://www.stopklatka.pl/...=mmedia&mi=6584
Mam wrażenie, że warto się będzie nim zainteresować. Reżyser wcześniej "popełnił" "Chicago", który to film bardzo lubię. Jego nowe dzieło też jest musicalem. No i ciekawa obsada.

Trailer "Nine" pojawił się przed "Galeriankami".
Za bohaterem "Rejsu" powinnam powiedzieć, że nie chodzę do kina na polskie filmy. Ale to byłaby przesada. Bo jednak czasem je oglądam. Chociaż zdanie mam o nich takie sobie.
Często bywa tak, że twórcy filmów, w których głównymi bohaterami są młodzi ludzie, popadają w okropną sztuczność, jeśli chodzi o prezentowanie postaci czy języka nastolatków.
W "Galeriankach" jest inaczej. Reżyserka, Katarzyna Rosłaniec, pokazuje niezbyt odkrywczą historię - a jednak ogląda się ją z uwagą i zainteresowaniem. To zasługa zwartego scenariusza (w polskim kinie to wcale nie jest taka częsta sprawa), dobrych dialogów, które brzmią autentycznie - oraz aktorów. Poza epizodami, w których pojawiają się znani aktorzy, wszystkie role grają tu nastolatki - amatorzy. I robią to dobrze. Bohaterki na pierwszym planie - gimnazjalistki Milena i Ala - mają jeszcze prawie dziecinne buzie i wydęte usta lolitek. Kontrastują one z zachowaniem i rozmowami dziewczyn. Np. Milena słodkim, dziewczęcym głosem serwuje serie wulgaryzmów.
Oczywiście - można zarzucać "Galeriankom", że to film zbyt nachalnie dydaktyczny, że żadna z dziewczyn nie ma normalnego domu, że ich losy są schematyczne, a reżyserka wybrała taki, a nie inny wycinek świata. Tak jest. Ale to nie odejmuje filmowi siły.

Edit. Najobrzydliwsi w filmie są faceci, którzy korzystają z "usług" dziewczyn - chociaż tylko jeden jest przedstawiony bliżej (za to wyjątkowo obleśny to typ).

pogoda - 2009-11-02, 00:20

Obejrzałam zwiastun "Nine", Judi Dench na początek i koniec :thud: , więcej rekomendacji nie potrzebuję. Chociaż obsada powala nazwiskami. Sam zwiastun żadną siłą nie mógł mi się podobać, bo taki musicalowy jest, więc nie będę się wypowiadać. ;) Ale "Chicago" jako całość mi się podobało, więc może i w tym przypadku też tak będzie.

Chciałam jeszcze na moment powrócić do dyskusji o polskich komediach romantycznych. Widziałam ostatnio "Rozmowy nocą" z Magdaleną Różdżką i Marcinem Dorocińskim i bardzo mi się ten film głównie dzięki tej parze podobał. W sumie można obejrzeć film, jako obraz o rzucaniu dziwnych kłód pod nogi bohaterom, bo musi ileś czasu upłynąć zanim się zejdą, albo jako film o dwójce ludzi tak bardzo przerażonych możliwością zbliżenia się do drugiego człowieka, że po jednym malutkim kroku do przodu sadzą zaraz dwa potężne susy do tyłu, żeby zachować bezpieczny dystans. W dodatku zdjęcia i muzyka ładne i bardzo delikatna wysmakowana scena miłosna. Drugi plan solidnie zagrany, pochwalę mojego ulubieńca Sambora Czarnotę, w roli zakochanego w sobie faceta, który nie jest w stanie pojąć, że jakaś dziewczyna może go nie chcieć, smakowity. Do tej pory widziałam go tylko w rolach dramatycznych i zaskoczył mnie, że tak dobrze się w komedii odnalazł.

Mowilka - 2009-11-02, 11:37

Rozmowy nocą miały dwie zalety. Przede wszystkim scenariusz był "jakiś", był o czymś, poruszał temat bliski przynajmniej części widowni (nie chodzi mi tu o temat "jestem sama i desperacko szukam" :evil: ). A Magdalena Różczka i Marcin Dorociński są świetnymi aktorami. Różczka od pierwszej roli mnie zachwyciła, a Dorociński od niedawna. Ale mam ochotę oglądać go więcej.
pogoda - 2009-11-12, 23:59

Mowilka napisał/a:
poruszał temat bliski przynajmniej części widowni

Właśnie. I podobało mi się też, jak aktorzy ten strach przed zaangażowaniem przedstawili.

A w czym po raz pierwszy widziałaś Różdżkę? Mnie się trafiło w "Oficerze", sezon pierwszy (bardzo mi się podobał, drugi już nie, niestety). I tam faktycznie od pierwszego wejrzenia mnie urzekła. Stworzyła bardzo elektryzującą parę z Chyrą, ale w ogóle "Oficer" pod względem aktorskim był dla mnie prawdziwą telewizyjną perełką. A na Dorocińskiego u mnie też przyszła pora później, ale w "Vincim" przyćmił go duet Szyca i Więckiewicza, więc nie dziwota. ;)

Mowilka - 2009-11-13, 00:07

Ja po raz pierwszy w Samym zyciu, kiedy jeszcze to oglądałam, dawno temu. Podobała mi sie, bo na tle plastikowej obsady była świeża i inna. W Wiedźmach była urocza, troche wyciszona i nieśmiała, ale pełna wrażliwości i kobiecego czaru. Ale to był w ogóle czarujący serial.
pogoda napisał/a:
A na Dorocińskiego u mnie też przyszła pora później, ale w "Vincim" przyćmił go duet Szyca i Więckiewicza, więc nie dziwota. ;)

O, to prawda. Choć jeszcze Więckiewicz dawał radę, kiedy "grał Lindą" :mrgreen: .
Dorocińskiego polecam dil se w Ogrodzie Luizy. W ogóle sam film bardzo polecam. Gosia chyba tu o nim pisała. Piękna opowieść o płatnym zabójcy i wariatce. On grał tam tak subtelnie, tak pięknie! Nie przegiął w żadną stronę - ani nie był prostacki (choć jego Fabio to był prosty góral), ani brutalny, ani ckliwy i słodki.
(pogoda, jak tam Mareczek? :kwiaty: tak nim poniewierają, biedakiem :shock: )

pogoda - 2009-11-13, 01:18

Pamiętam, że Gosia "Ogród Luizy" polecała i przyjdzie dzień na ten film, nie wiem w prawdzie kiedy, bo ostatnio czasu mi brak. A teraz mam nadzieję, że uda mi się na "Rewers" wybrać. Ciekawe plakaty są.

A Więckiewicz w "Vincim" jest cudny i tylko on czyni dla mnie "Świadka koronnego" oglądalnym.

Nie wiedziałam, że Różdżka grała w "Samym życiu", a też mi się parę odcinków zdarzyło, bo Sambor tam grał swego czasu, a na tyle go lubię, że nawet na jego najgorszy wybór zerknę, chociaż coraz bardziej mi się wydaje, że pozateatralnie chyba już mu się poza ten telenowelowy krąg wyjść nie uda, a szkoda.

Właśnie ostatnio piąte przez dziesiąte oglądam i głównie dla Mareczka, bo cierpienie go nie wyszpetnia, a wręcz przeciwnie. ;) Natomiast to sztuczne przeciąganie mnie nerwuje. A Ula tak się do Mareczka zraziła, że nią manipulował, a teraz sama ciąga pana doktora po ulubionych knajpach Mareczka. :mrgreen:

Jak będzie trzeba, to Mareczka przeniosę w seriale.

GosiaJG - 2009-11-13, 16:13

To ja sobie "Rozmowy nocą" zakonotuję, bo rzeczywiście po "Ogrodzie Luizy" Dorociński mnie zachwycił, więc z przyjemnością zobaczę go w czymś interesującym. Ma ekranową osobowość.
Bałam się na początku, po scenie z panią psycholog, że będzie takim gangsterem-prymitywem w typie komediowych. Na szczęście zupełnie taki nie był - ale nie okazał się też tandetnie "przemieniony", z gatunku tych, co to "miłość-diabła-w-janioła-przemienieła". :)
Dwa tygodnie temu oglądałam "Wojnę polsko-ruską...", ale nadal chyba nie jestem w stanie o tym filmie napisać. ;)

Mowilka - 2009-11-13, 18:54

Wojnę sobie zdecydowanie daruję, natomiast na Rewers wybiorę sie na pewno.

Jak dla mnie - a propos Mareczka, o Uli poprawili urodę, a spascili charakter. I dodali durnego doktorka. Jestem na nie, nie i nie :roll:

juliette - 2009-11-15, 15:34

Z czystym sumieniem mogę polecić film "Narzeczony mimo woli" z Sandrą Bullock, młodym aktorem Ryanem Reynoldsem (jest całkiem ok), w mniejszych, ale ważnych rolach Mary Steenburgen i Craig T. Nelson i Betty White jako 90-letnia, ale przebijająca energią wnuka, babcia - opoka rodziny. :lol: .
Typowa komedia romantyczna, z odwróceniem ról, tu kobieta jest stroną silnieszą i decydująca o wszystkim (ostatecznie gra ją Bullock :mrgreen: ), nie udająca niczego innego, nie siląca się na wielkie ambicje psychologiczne czy intelektualne, ale dająca niezłą rozrywkę.
Może nawet za jakiś czas chętnie sobie powtórzę :D

Mowilka - 2009-11-15, 19:07

Potwierdzam :D . Film daje odprężenie i piękne krajobrazy Alaski. Nie spodziewałam się perły gatunku, więc się nie rozczarowałam, a zabawa była przednia. Lubie Sandrę, więc tym milsze było ogladanie jej w roli zimnej jędzy.
GosiaJG - 2009-11-15, 23:01

Polecam "Rewers". To interesująca i sprawnie opowiedziana historia - a jeśli chodzi o kino polskie, to już powinna być zachęta. :) Na dodatek historia zaskakująca, przewrotna - o tym, że wszystko jest niekoniecznie takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Albo takie, jak byśmy chcieli, żeby było. Bo reżyser pogrywa tutaj umiejętnie nie tylko losami bohaterów - ale także oczekiwaniami widzów, przyzwyczajonych do pewnych schematów.
Sporo tu humoru - nie takiego "wywalonego kawa na ławę", raczej takiego dyskretnego, czarnego. I sporo też dramatyzmu - gdzieś w tle, na drugim planie, czasem tylko na pierwszym. W końcu to lata 50., czasy Bieruta, Stalina.
Świetne trzy pokolenia pań - Buzek, Janda i Polony (moja ulubienica w tym filmie). Świetny Dorociński (jaki on ma głos!), a także Poniedziałek czy Woronowicz w soczystych epizodach.
Warto zobaczyć. :)

krasnoludka - 2009-11-16, 09:13

Potwierdzam i podpisuję się obiema rękami po słowami Gosi - "Rewers" to film warty zobaczenia. Wybrałam się na niego wczoraj z czystej ciekawości, co też w tym roku polscy filmowcy wymęczyli. Miałam pewne oczekiwania co do tego filmu, ale już nie raz srodze się zawiodłam na naszych rodzimych produkcjach, dlatego z pewnym niepokojem oglądałam początek. Zupełnie niepotrzebnie! Reżyser, scenarzysta, aktorzy i cała reszta ekipy zrobili naprawdę kawał świetniej roboty. Film jest zaskakujący, przewrotny, z akcentami humoru, który wydaje się w pewnych dramatycznych sytuacjach dość makabryczny
Spoiler:

np. próba popełnienia samobójstwa przez Sabinkę i wątpliwa oferta "pomocy" od mamusi :D

, a w innych rozbrajający. Niesamowite trio Polony-Janda-Buzek podbiło moje serce już od pierwszych scen, a Dorociński w roli tajemniczego amanta też "daje radę" (a nawet więcej). A w scenie
Spoiler:

oświadczyn

jest absolutnie powalający.
No i ten niesamowity klimat czarno-białej Warszawy z początku lat 50-tych. Kamerzyści i montażyści odwalili kawał świetnej roboty. Na prawdę warto wybrać się na ten film.

Mowilka - 2009-11-16, 22:33

Zawsze uważałam, że kiedy dzieło "sponiewiera" to już jest dobrze. Rewers mnie sponiewierał, sprawił, że mam ściśnięty w supeł żołądek, a jednocześnie bolą mnie mięśnie ze śmiechu.
Sama nie wie, czy mi sie podobał - ale zrobił wrażenie, o tak, zrobił wrażenie i dlatego jestem na tak.
Nie psujcie sobie wrażenia spoilerami, bo pewna wywrotka, jaka się w filmie dokonuje, świadczy o jego wartości. Po co sobie odbierać dreszcz zaskoczenia. Trzy grające aktorki są po prostu cudowne. Ja oczywiście nacisk położę (patriotyzm lokalny) na rolę pani Polony - co za rola! Propozycja
Spoiler:

co do kosteczek


sprawiła, że cała zmrożona napięciem sala kinowa gruchnęła śmiechem. Podobnie było przy zachęcie co do księgowego dobry człowiek, liczyć umie. W ogóle scena z księgowym - majstersztyk.
Nie dziwię się nagrodzie w Gdyni, trzymam kciuki za szanse oscarowe.

Mowilka - 2009-11-19, 11:23

Byłam już na Rewersie, oj, robi wrażnie!

To recenzja bardziej dla tych, które czytały książkę, ale zamieszczę.
Wczorajszy seans Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Na sali (seans późny) - 8 osób, w tym jedyni mężczyźni to dwaj na oko studenci. Młodzi w każdym razie. Film się zaczyna (bez reklam i trailerów), w ruch idą papierki od cukierków. Szur szur szur. No nic, myślę sobie, rozwiną, będą żarli, a nie szeleścili. Gdzie tam, akcja się toczy, papierki cały czas w robocie. Czestują się nawzajem, szurają każdy oddzielnie. Na ekranie Salander i Bjurman, który się nad nią znęca. Atmosfera na widowni gęstnieje. Panowie chyba wyczuwają klimat. Kolejne papierki rozwijane są coraz ostrożniej, ale nieprzerwanie.
Żarli te cukierki przez bite trzy godziny. Moje uczucia przypominały coś, co nazwałabym kobiety, które nienawidzą tych mężczyzn. Oby im w próchnicę poszło, skubańcom!
Film, mimo, że jak na nasze warunki bardzo długi, trzyma za gardło. Rozbieg i wprowadzenie Salander i Blomkvista oraz Henrika Vangera troszkę trwa, ale kiedy się zacznie, to jest jak jazda bez trzymanki. Podziwiałam świetną adaptacje opasłego tekstu. Wyjęli z niej sam czysty, wypreparowany kryminał, pełen emocji i napięcia. Pominięte są z przyczyn oczywistych, czyli czasowych, sprawy tła: czyli firmy Milton, redakcji Millenium, znajomych Salander, całej otoczki społecznej i obyczajowej. Nie ma (i chwała Bogu) romansów Blomkvista. Natomiast delikatnie, w retrospekcjach, zaznaczony jest dalszy ciąg opowieści. Pewne rzeczy - jak sprawa wiezienia Blomkvista - pokazane są w genialnym skrócie.
Nie epatują też drastycznymi obrazkami, makabrą. Sceny z sadystycznym kuratorem Salander zrobione są tak, ze przerażają, ale bardziej dlatego, ze działa wyobraźnia. Brawo.
Obie postaci pierwszoplanowe zagrane są rewelacyjnie. Co prawda Mikaela wyobrażałm sobie jako nieco bardziej pociągającego, ale zorietowałam się, ze Szwedzi tak mają. Mało urodziwi są. Kobiety jak jeden mąż były cóż - ładne inaczej. W rezultacie umięśniona, chuda Salander ubrana w czarne skóry, wypadła najatrakcyjniej. Zresztą zagrana jest ona i wymyślona bez najmniejszej pomyłki. Rewelacyjna. Aktorkę dobrano idealnie i zrobioną ją tak, ze już na zawsze zlała mi się z postacią
Polecam bardzo tym, którzy lubią mocne wrażenia nie-w-amerykański-stylu, choć zrobione z równie dużą sprawnością.

GosiaJG - 2009-11-25, 22:44

"Księżyc w nowiu" to dalsza część losów wampira Edwarda i jego "ludzkiej" ukochanej, Belli. Żeby wiedzieć, w co się pakuję, przeczytałam wcześniej książkę (no dobrze, przeleciałam wzrokiem, nie czytałam zbyt wnikliwie - ale też nie ma czego). Co nie zmienia faktu, że i tak się wczoraj mocno wymęczyłam.
Leci to tak... Edek i Belka miłują się wielce - aczkolwiek właściwie nie wiadomo, na czym to polega, poza tym, że leżą na łączce i co jakiś czas niby się całują (niby, bo pocałunki wyglądają jak trącanie się rybich pyszczków ;) ). Edek kocha, ale jest potworem (chociaż na diecie wegetariańskiej, jak wiadomo) - pewne wydarzenie powoduje, że wraz ze swoją familią - równie miłosierną i wegetariańską - opuszcza Forks. A wcześniej zrywa z Belką. Oczywiście tylko po to, by ją chronić, bo kocha, o czym już wspominałam, i to tak okrutnie, że serce mu wyje z rozpaczy (widzowi też wyje, ale o tym za chwilę). Edek znika z ekranu - nie całkiem, niestety. Belka kocha i cierpi. Cierpi, cierpi, aż sobie przypomina, że ma kolegę Jacoba - i potem już mniej cierpi. Ale kocha nadal. A Jacob to nawet ją kocha...
Druga powieść z serii ma około czterystu stron, film trwa ponad dwie godziny - a fabułę dałoby się zmieścić w ramach półgodzinnego odcinka serialu.
Resztę wypełniają niby-rozterki uczuciowe i dylematy Belki, "wilkołacze" efekty specjalne (słabe na moje oko, ale ja się nie znam) i klaty. Aaa, no właśnie - nie wspomniałam, że kolega Jacob wilkołakiem jest. Oczywiście miłym wilkołakiem, który nie zabija ludzi, tylko... wampiry. I istnieje, żeby chronić świat przed krwiopijcami. Dobre wampiry, milusie wilkołaki - prawda, że słodko?
Jakubek ma jednak jedną zaletę - ma fajną klatę i prezentuje ją tak często, jak Salman. No cóż - trzeba było się na czymś skupić, żeby przetrwać. A klata jest jedną z dwóch przyjemnych rzeczy w tym filmie. Druga to miejsca, w których kręcono film.
Bohaterowie drugoplanowi to papierowe figurki (chociaż niektórzy też pokazują klaty ;) ). Jedynie tata Belki się wybija na plus - podobnie, jak w pierwszej części. Twórcy filmu musieli się dobrze naszukać, żeby znaleźć ekipę aż tak mdłych aktorów do zagrania familii Cullenów. Jeden przez drugiego jak "wyfotoszopowani", bezosobowi, lalkowaci - zaletą jest to, że pojawiają się tylko na chwilę, właściwie w epizodach. Niestety, opadniętą szczękę (od pierwszej części opadniętą) panny Stewart i minę pana Pattinsona, sugerującą, jakoby miał nieustanne problemy jelitowo-żołądkowe - oglądać trzeba dużo częściej.
I to tyle.
Klata do wglądu: ;)
http://th02.deviantart.co...rodansnagel.jpg
Chociaż młodzian zbyt młodziankowaty. ;)

Mowilka - 2009-11-25, 23:05

GosiaJG napisał/a:

Chociaż młodzian zbyt młodziankowaty. ;)

Młodziankowaty, ale jak mu się głowę paznokciem zasłoni, to na resztę można zerknąć :mrgreen:
Nigdy nie podejrzewałam, że zawód nauczyciela jest aż tak pełen poświeceń. Ty już koleżanko drugi wampirzo - Forkowy film zaliczyłaś! Ja prorokuję, że przy trzecim sama sobie zaczniesz malować takie ust korale, jakie ma Edek w trailerze.
Trailer obejrzałam na dużym ekranie, ale był zapominalny.

krasnoludka - 2009-11-26, 16:09

GosiaJG napisał/a:
A klata jest jedną z dwóch przyjemnych rzeczy w tym filmie.


Gdyby nie klata, to nie przetrwałabym występów człowieka-wycieraczki (czyt. Belli). Ja tam wiedziałam od początku, że na ten film nie idzie się dla fabuły, tylko dla widoków. Takich właśnie jak powyżej zaprezentowany. A na dodatek słabość do typów ciemnych, oliwkowoskórych i ładnie umięśnionych pozwoliła mi przejść w miarę bezboleśnie przez "Księzyc w nowiu".
No i tatuś - jako jedyny zdaje się nie traktować wszystkiego śmiertelnie poważnie, co jest zdecydowanie odświeżające po spotkaniu z wszystkimi umęczonymi młodzianami w typie Wertera. :mrgreen:

GosiaJG - 2009-11-26, 20:23

krasnoludka napisał/a:
Ja tam wiedziałam od początku, że na ten film nie idzie się dla fabuły, tylko dla widoków.

Ja nawet o widokach wcześniej nie myślałam, czytając, wiedziałam, że jeden bohater ma lat 17, drugi 14 czy 15, więc kompletnie mnie nie ruszają. ;) W filmie Jakubek na szczęście nie wygląda jak nastoletnie chłopię. :mrgreen:

Co do filmu jeszcze - zastanawiam się, czy twórcom filmu chodziło o taki efekt, czy nawalili charakteryzatorzy. Trudno mi uwierzyć, żeby założeniem było, by wszystkie wampiry wyglądały jak plastikowe kukły.

Swoją drogą - znalazłam artykuł "w temacie": ;)
http://film.onet.pl/F,186...00,artykul.html

juliette - 2009-12-11, 23:43

Byłyśmy z Anią i Krzysią na "Rewersie" (dzięki dziewczyny za leczenie depresji jesienno-zimowej :D ).
I właściwie chyba nic nowego jak Krasnoludka, Gosia i Mowilka nie dodam.
Straszno-śmieszny film, świetnie zrobiony, precyzyjny scenariusz, świetne postarzone zdjęcia.
Aktorstwo rewelacyjne - cała obsada - na czele z Agatą Buzek (notabene chudziutką straszliwie :shock: ). Jest kapitalnie filmowana w takich zbliżeniach, że widać drgnięcia powieki, każdy najdrobniejszy grymas.
Zaskakujące zwroty akcji, przewrotne zakończenie. Choć od sceny osobliwych, delikatnie mówiąc, oświadczyn - właściwie wiedziałam na kogo Sabina czeka na lotnisku :) .
I jeszcze - od dziś na widok PKiN chyba będę mieć jedno skojarzenie. :lol:
Co gorsza, wracam tędy codziennie do domu :-o

an87 - 2009-12-11, 23:48

Tak jak ja :) Ciekawe, który to był narożnik ;)
Film od strony technicznej bardzo ciekawie zrobiony. Właściwie mogę sie podpisać pod postem Beaty. Film w sam raz na raz :)

Mowilka - 2009-12-11, 23:52

Niektóre osoby mówią, ze film je zniesmaczył i odrzucił - właśnie sceną oświadczyn oraz tym, jak mama wykorzystuje swoje aptekarskie doświadczenie. Owszem, odrażające to było, ale i niezwykłe. Ja podziwiałam siłę kobiet, siłę spokoju, można rzec.
No fakt, z Pałacem zafundowali na twórcy mały horror.

juliette - 2009-12-12, 00:02

Mowilka napisał/a:
jak mama wykorzystuje swoje aptekarskie doświadczenie. Owszem, odrażające to było, ale i niezwykłe

chyba to było konieczne, choć to najczarniejszy z czarnych, ale jednak w jakiś sposób humor. A sytuacja po oświadczynach (no powiedzmy) wymagała rozładowania atmosfery.

Mowilka - 2009-12-12, 00:05

juliette napisał/a:
[A sytuacja po oświadczynach (no powiedzmy) wymagała rozładowania atmosfery.

Właśnie, tez tak to postrzegam. To musiało tak się stać, inaczej nie byłoby nawet tak czarnego humoru, tylko wielka, czarna otchłań.
A czy scena księgowym - zalotnikiem nie była perełką autentycznego humoru? Sposoby na zabawienie mamusi niosącej tacę... :mrgreen: :shock:

GosiaJG - 2009-12-12, 00:07

Albo zabawianie potencjalnej narzeczonej umiejętnością mnożenia - wolę trzycyfrowe. :mrgreen:
Mowilka - 2009-12-12, 00:17

Albo mądrości o poezji; Poezja? O, poezja.... (długa pauza) dużo by mówić. :lol:
juliette - 2009-12-12, 21:42

W sumie zapomniałam wczoraj dodać, że przed filmem były bardzo zachęcające reklamówki dwóch filmów "Imaginarium doktora Parnassusa" Terry'ego Gilliama i "Nostalgia anioła" Petera Jacksona.
Sądząc po tych króciótkich fragmentach bardzo w stylu obu panów, czyli u Gilliama wizualne rozbuchanie, a u Jacksona, oprócz psychologii, także trochę fantastyki.

GosiaJG - 2009-12-12, 22:15

Film Gilliama to chyba ten ostatni z udziałem Heatha Ledgera - jestem go ciekawa. O tym nowym Jacksonie nie słyszałam - no, ale bardziej jestem ostatnio do przodu z premierami indyjskimi. :)
GosiaJG - 2009-12-13, 23:42

Nie przeszkadza mi przewidywalność filmów w stylu komedii romantycznych. Nie przeszkadza mi powierzchowna charakterystyka bohaterów. Oczekuję od nich przyjemnej, niegłupiej rozrywki, sensownego scenariusza i dobrego aktorstwa. Jeśli jest coś ponad to - świetnie.
Jak się okazało - oczekiwanie tych podstawowych elementów od amerykańskiej komedii "Brzydka prawda" to zbyt wiele. Prostacka, jadąca na najprymitywniejszych stereotypach dotyczących kobiet i mężczyzn, z głupawym scenariuszem, topornie zarysowanymi postaciami, źle zagrana historyjka. Dobrze, że to tylko półtorej godziny. Film miał osłodzić Gerard Butler - ale rola średnia, a i wyglądał jakoś nie ten tego... Katharine Heigl - to mój drugi film z nią i... litości, kto jej w ogóle pozwala grać? Nadaje się raczej do "Mody na sukces".
Oczywiście każda panna w Stanach marzy o randce na meczu baseballa, z popcornem, każdy facet myśli o panienkach walczących w kisielu itp.
Hipokryzja sięga zenitu - nieustannie gada się w najprymitywniejszy sposób o seksie, masturbacji - ale bohaterka tuż po gorącej scenie łóżkowej (w domyśle oczywiście) odziana jest po szyję prawie.

Gdzie są lekkie filmy pokroju "Masz wiadomość"? Czy oczekuję zbyt wiele?

an87 - 2009-12-14, 08:26

Gosiu, oczekujesz. I nie tylko Ty. Teraz serwuje się nam sieczkę, niestety.
Inteligentne filmy, ot choćby "Bezsenność w Seattle" (obejrzałam sobie z wielką przyjemnością w sobotę), "Kate i Leopold", czy wspomniany "Masz wiadomość" odchodzą niestety w przeszłość. :(
Brzydką prawdę oglądałam. Postanowiłam nie zwracać uwagi na płytkości i stereotypy. To pozwoliło mi na półtorej godziny odmóżdżonej rozrywki i śmiechu. Byłam ze znajomymi więc zabawę miałam podwójną :)

GosiaJG - 2009-12-14, 23:41

Dzień wcześniej oglądaliśmy "Dil Bole Hadippa". W końcu to też nic więcej, tylko miła dla oka rozrywka. I teraz też chciałam tylko rozrywki. Tylko nie tak prostackiej. :(
Wspomniałaś "Bezsenność..." czy "Masz wiadomość". Wczoraj o tym rozmawialiśmy.
Dobra komedia romantyczna potrzebuje też utalentowanych aktorów. Tom Hanks, Meg Ryan czy Hugh Grant są już do tych ról za starzy. A gdzie następcy? Jakoś ich nie widzę.

GosiaJG - 2009-12-23, 17:10

Wspominałam wcześniej, że czekam na "Nine". W Polsce pojawi się 22 stycznia. Plotkarsko - fotki z premiery nowojorskiej: :)
http://filmicafe.com/phot...=4004&sort=view

Drugi film, którego jestem bardzo ciekawa, to "Robin Hood". Duet reżysersko-aktorski: Ridley Scott i Russell Crowe jest dla mnie odpowiednią rekomendacją. Poza tym - zawsze lubiłam historię Robin Hooda i średniowiecze.
A tak w ogóle - za rekomendację może robić sam Crowe w wersji wyglądowej a la Gladiator. :)
Trailer:
http://www.youtube.com/watch?v=KSqL9ygBCck
Zapowiada się mocna, mroczna opowieść, daleka od przesłodzonego "Księcia złodziei" z Costnerem.
Premiera dopiero w maju.

varka - 2009-12-24, 10:05

A ja jestem ciekawa kto zagra szeryfa :mrgreen: Jak dotąd nikt nie pobił Alana Rickmana :oops1:
Mowilka - 2009-12-27, 18:24

O taaaak.... (rozmarzyłam się - to był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam Alana Rickmana i zasłuchałam się w jego głos).
Mówią, że film ma być mroczny.

pawan - 2009-12-27, 19:34

Kto był już na Awatarze? I czy jest przed nim wiadomy zwiastun?
Hermengilda - 2009-12-27, 19:43

Mowilka napisał/a:

O taaaak.... (rozmarzyłam się - to był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam Alana Rickmana i zasłuchałam się w jego głos).

Widzę nazwisko Rickman i od razu mi się japa szczerzy - luuuubię tego pana bardzo. A jego głos :zgon: ..... I w sumie ma przynajmniej jedną cechę wspólną z SRK - ma bardzo poukładane w głowie. Aż teraz mam dylemat - czy dokończyć sobie B&B czy Szeryfa odwiedzić ;) .

Mowilka - 2009-12-27, 19:45

Hermengilda napisał/a:
I w sumie ma przynajmniej jedną cechę wspólną z SRK - ma bardzo poukładane w głowie.

No właśnie, tez o tym słyszałam. A piękne męskie głosy to nie jest coś, koło czego przechodzę obojętnie. Ten jego jest jak czarny, gesty aksamit ;)

Hermengilda - 2009-12-27, 19:50

Mowilka napisał/a:
Ten jego jest jak czarny, gesty aksamit

Dokładnie to słowo było użyte tytule artykułu o Rickmanie w magazynie Film z okazji premiery "Więźnia Azkabanu" (ok to zboczenie, że pamiętam takie szczegóły, no ale jakieś trzeba mieć). Tylko dla tego głosu zdecydowałam się na obejrzenie Dogmy. W końcu zagrał Metatrona (znaczy anioła przemawiającego w imieniu Boga).

edit: mała próbka Metatrona :) http://www.youtube.com/wa...feature=related

GosiaJG - 2009-12-27, 23:47

Czy mi się zdaje, czy offtopiczycie jak diobli? ;) A ja myślałam, że może kto był na "Avatarze" i sprawdził, czy zwiastun "MNIK" jest (chociaż jakoś nie mam nadziei).

W temacie się pochwalę, że nareszcie mam własnego "Gladiatora" na dvd! Dzieciątko kochane było w tym roku. :mrgreen:
A dziś w tv był jeden z moich ukochanych filmów (chociaż nie oglądałam, bo z lektorem to żadna radocha) - "Love Actually". I Alan Rickman też był. :mrgreen:

pawan - 2009-12-27, 23:48

GosiaJG napisał/a:
A ja myślałam, że może kto był na "Avatarze" i sprawdził, czy zwiastun "MNIK" jest (chociaż jakoś nie mam nadziei).


Nie byłam, ale na b.pl piszą, że nie ma.

Hermengilda - 2009-12-28, 07:26

Dodam, że podobnie piszą na planet, tzn poza Indiami głucha cisza o zwiastunie. Ponoć do idiotów za to jest dołączany.
juliette - 2009-12-30, 00:12

Jeden z moich ulubionych polepszaczy humoru, a mianowicie film Ridleya Scotta "Dobry rok".
Po pierwszym obejrzeniu wydał mi się niemożebnie nudny. Ale po jakimś czasie i w odpowiednim nastroju zabrałam się do niego drugi raz i to było to :D .
Główny bohater Max Skinner (czyli Russell Crowe <3 ), paskudny zimny drań, dziedziczy spadek po wujku. I choć odbiera to jako dopust boży, to po jakimś czasie okaże się, że ta sytuacja zmienia mu diametralnie życie.
Ważne staje się nie robienie pieniędzy, a życie - delektowanie się winem, jedzeniem, rozmowami z ludźmi.
W sumie film jest błahostką, ale z takich błahostek też składa się nasze życie :D .
I kapitalna muzyka (ktoś miły wrzucił na 'wrzutę")
http://fnek.wrzuta.pl/aud...006_a_good_year
i jeszcze jeden kawałek
http://w342.wrzuta.pl/aud...sYJ/a_good_year

GosiaJG - 2009-12-30, 00:14

Tak, tak, tak, to piękny film! I Russell! <3 Swoją drogą wczoraj oglądałam fragmenty "Gladiatora" - Mr Crowe w odsłaniającym zgrabne uda wdzianku to jest coś, co cenię. :mrgreen:
Mowilka - 2009-12-30, 00:18

Mnie klimat tego zamku, zaniedbanego ogrodu i winnicy urzekł od pierwszego wejrzenia, choć Max wydawał się świnią najczystszej wody.
Muzyka jest przepiękna! dziękuję :kwiaty:
Cieszę się na trzecie podejście do wspólnego dzieła panów Ridleya Scotta i Russella Crowe, czyli Robin Hooda

varka - 2010-01-06, 16:33

EUFORIA

Film rosyjski z 2006 roku.

Zdecydowanie najlepszy rosyjski obraz filmowy, jaki widziałam od lat. Piękne, cudowne, klimatyczne kino, które uwodzi widza nie dialogami, nie zawiłością fabuły, a refleksją, chwilą zadumy i przede wszystkim przepięknym obrazem. Za zdjęcia należą się autorom wszystkie wymyślone nagrody świata.

EUFORIA to krótka historia wybuchu niezrozumiałej i zupełnie niespodziewanej namiętności między Nią i Nim. Nie chcę zdradzać fabuły, powiem jeno, że jest to kino piękne, smutne i przerażające w swej surowości.

Zdecydowanie polecam!

Ktoś widział? ;)

Mowilka - 2010-01-06, 20:18

Ojjj, trzeba będzie poszukać! Czy ten film pokazał się w serii kina rosyjskiego dodawanej do którejś gazety? Jeśli tak, to będzie łatwo.
Mowilka - 2010-01-08, 10:59

Zmierzch. i Księżyc w nowiu
Khem...
Niewątpliwie nie jest dobrze oglądać to tak, jak my z koleżanką obejrzałyśmy, czyli do 3 nad ranem, dwie części jedna po drugiej, z procentami w szklaneczkach (lekkimi procentami).
I tak: oba filmy zrobione są ładnie i klimatycznie. Miasteczko Forks jest jak należy senne, pochmurne i ponurawe, lasy i jeziora wokół - bardzo malownicze. Muzyka dostraja się do całości. Jedynka naprawdę da się oglądać, przy założeniach, ze ma się na zbyciu niezobowiązujący wieczór/noc. Co prawda na wdzięki Patisona odporna byłam dotąd i uodporniłam się jeszcze bardziej, ale przyznaję - makijaż i staranne ułożenie fryzur w porównaniu z niechlujstwem innych postaci robi swoje i rozumiem, ze panny dawały się kąsić stadami.
Ale ja trochę za dużo widziałam i czytałam romansów, żeby dać się oczarować historyjce prostej jak droga przez pustynie Arizony i dialogom takiej oto treściwości

Jak... jak dostałeś się do mnie tak szybko?
Stałem obok ciebie, Bello.
Nie. Stałeś obok swojego samochodu, po drugiej stronie parkingu.
Nie, nie stałem.
Tak, stałeś.
Bella, ty...uderzyłaś się w głowę. Jesteś chyba skołowana.
Wiem, co widziałam.


I tak w koło Macieju. Jakby sie jadło na śniadanie takie jajeczko jak Maksio dostał w Seksmisji. A wszystko wypowiadane dziwnie mamrocząco i przy wtórze westchnień, wiercenia się, przygryzania warg, odgarniania włosów i ogólnych mąk.
Prościuchna opowieść, miłość szeleszcząca kiepskim papierem, bida z nędzą, gdyby nie sceneria/muzyka/parę efektów specjalnych.
Ale to jeszcze było do łyknięcie. Gorzej, kiedy te same papierowe męki zapodano nam w drugiej części. Na szczęście Edwarda zastąpił Jacob, który bez koszuli chadzał, śnił bielą zębów, a nie skóry i jakiś bardziej żywy był. Za to żywość Belli spadła wyraźnie. Aktorka jest niestety z rodzaju bladych, niedożywionych snuj z wiecznie otwartą paszczą, typ Keiry Knightley. Dostawałyśmy małpiego rozumu, porównując chwilę, w której Bella sięga we śnie dłonią po Edwarda, a on się jej rozpływa, do scen z Wiewiórem w Epoce Lodowcowej.
W drugiej części dramatycznie widać, ze autorce pomysł, który jej się wyśnił, udało się naciągnąć za uszy na jeden tom. Dalej już jest brutalne pragnienie kasy.
I to na tyle. Chętnych informuję, że w Empiku można kupic album zdjęć Roberta Patisona.

vita - 2010-01-08, 19:52

Widziałam "Euforię" i do zachwytów się dołączam. Film przejmująco piękny zarówno w treści jak i formie. I jakże inny od tego, co serwuje się nam w kinach na co dzień. Zdecydowanie wart obejrzenia.
Mowilka - 2010-01-08, 19:57

Ja jestem tak zaintrygowana, że póki co zdjęłam z półki Rosyjskiego kochanka Nurowskiej. Pamiętam, jak mi sie kiedyś ta książka podobała!
vita - 2010-01-08, 20:02

Czytałam - dobra :) Klimatyczna. Swego czasu Aleksander szalenie mnie wzruszał :D Może pójdę Twoim śladem i także po Nurowską sięgnę.
GosiaJG - 2010-01-09, 16:19

Dziękuję za polecenie "Euforii", chcę zobaczyć.
Mowilka napisał/a:
[b]Prościuchna opowieść, miłość szeleszcząca kiepskim papierem, bida z nędzą, gdyby nie sceneria/muzyka/parę efektów specjalnych.
Ale to jeszcze było do łyknięcie. Gorzej, kiedy te same papierowe męki zapodano nam w drugiej części.

Tak. I w dwóch kolejnych. Czytałam fragmenty "trójki". Tak, jak w poprzednich częściach, fabuła o niczym rozciągnięta do granic niemożliwości, napisana gorzej niż szkolne wypracowania. Nawet pojedyncze sceny, które mogłyby być interesujące, popsuła nieporadność językowa autorki. A film na podstawie trzeciej części jeszcze chyba w tym roku.
Chociaż wychodzi na to, że właściwie lepiej film zobaczyć - ładne plenery, klimat i klata Jacoba. :)
Cytat:
Na szczęście Edwarda zastąpił Jacob, który bez koszuli chadzał, śnił bielą zębów, a nie skóry i jakiś bardziej żywy był.

No tak, przecież Edek nie był zbyt żywy. :mrgreen:
Cytat:
Za to żywość Belli spadła wyraźnie. Aktorka jest niestety z rodzaju bladych, niedożywionych snuj z wiecznie otwartą paszczą

To jest w ogóle nie do uwierzenia, że dwaj faceci, przedstawiani jako supersamcy w całej wsi, szaleją za tą panną. Historia Kopciuszka nie ma tu nic do rzeczy. ;)

A relatywizm moralny, o którym ostatnio rozmawiałyśmy, w trzeciej części jest jeszcze bardziej wyostrzony.

varka - 2010-01-09, 21:24

Widziałam pierwszy ZMIERZCH i więcej nie chcę :hyhy:

Miłośnikom i anty miłośnikom MODY NA SUKCES :mrgreen:

Vera - 2010-01-14, 22:53

Bardzo, bardzo gorąco polecam film „Il Postino” czyli „Listonosz”. Niedawno obejrzałam ten film po raz drugi (pierwszy raz dawno temu w telewizji – czasem uda im się nadać perełkę).
Reżyseria: Michael Radford
Występują: Massimo Troisi, Phillippe Noiret, Maria Grazia Cucinotta

Absolutnie cudowny w swojej roli Massimo Troisi. Aktor miał chore serce, a podczas realizacji filmu „Il Postino” cierpiał , jego stan był już bardzo poważny - wymagał transplantacji serca. Massimo odkładał operację na „po filmie”. Niestety, nie doczekał premiery. Zmarł dzień po zakończeniu zdjęć do „Il Postino”.


Akcja toczy się w latach 50-tych XX wieku na małej włoskiej wyspie. Mario Ruoppolo (Massimo Troisi) jest synem rybaka, ale nie widzi siebie w roli następcy ojca. Oglądając kronikę filmową w kinie Mario dowiaduje się, że do Włoch przyjechał poeta Pablo Neruda (Philippe Noiret), któremu rząd włoski udzielił azylu na jednej z wysepek. Tego samego wieczoru Mario znajduje na drzwiach poczty ogłoszenie o poszukiwaniu listonosza. Postanawia wykorzystać tę szansę. Okazuje się, że będzie listonoszem Pabla Nerudy, który zamieszka na tej właśnie wyspie. Początkowy dystans między poetą i listonoszem z czasem znika, gdyż nieśmiałego Maria przyciąga do Nerudy fascynacja zarówno nim samym jak i poezją, która zmienia życie listonosza.
Cudowny, ciepły film o narodzinach przyjaźni, miłości, fascynacji, o tym, że czasem wystarczy drobiazg – spotkanie, wiersz , aby obudzić w człowieku uśpione marzenia i tęsknoty, pozwolić mu na skrzydła. Ale też o tym, że potem być może już nigdy nie będzie potrafił o tych skrzydłach zapomnieć, wbrew wszystkim i wszystkiemu, wbrew rozsądkowi, brakowi perspektyw i beznadziei.

Włoski trailer filmu: http://www.youtube.com/watch?v=n1tQWr4hg10
Fragment ścieżki dźwiękowej : http://www.youtube.com/watch?v=2Y7J7vug_NI

Mowilka - 2010-01-16, 17:39

Sherlock Holmes w reżyserii Guya Ritchie.
Bardzo, bardzo fajna zabawa, jak na kolejce górskiej. Akcja pędzi z ogromna szybkością, bohaterowie przerzucają sie efektownymi ripostami, sceny walki sa liczne, efektowne i oszałamiające: zarówno jakieś zbiorowe nawalanki w stoczni, wokół budowanego okrętu, na szczycie budowanego Tower Bridge, jak i brutalne walki bokserskie czy rozpisane na pojedyncze sekwencje mordobicia jeden na jednego. Mogłoby się wydawać, ze to raczej opis Szklanej pułapki 15, ale nie, to naprawdę brudny i zadymiony Londyn 19 wieku, oraz Sherlock Holmes i dr Watson w samym jego środku. Plus dwie piękne kobiety i demoniczny arystokratyczny przestępca. Plus zapowiedź, że sequel już za chwilę...
Ogląda się świetnie. Zdjęcia komputerowe Londynu są fascynujące, zwłaszcza te z udziałem mostu. Akcja wartka, z pieprzykiem w postaci magii, tajnego stowarzyszenia i sił nieczystych. Trochę chili - bo prawie wszyscy, prócz Watsona, o cos graja z innymi, a rozgryzanie tych gierek nie pozwala zasnąć w kinie. Ale przede wszystkim ten film stoi na duecie Robert Downey Jr i Jude Law.
Nie tak sobie wyobrażałam książkowych Sherlocka Holmesa i doktora Watsona. Ale kiedy się zastanowić... jeden był dziwakiem i ekscentrykiem, rozwiązywał zagadki w głowie, ale potrafił przejść do czynu. I brał coś - morfinę? Nie pamiętam, ale na pewno brał. Doktor nie był przecież zażywnym panem z brzuszkiem, tylko wojskowym, który żeni się w trakcie trwania cyklu - wiec młodym, wysportowanym człowiekiem. Tutaj te cechy posunięte są o kilka oczek do przodu. Holmes jest właściwie aspołeczny i totalnie dziwaczny, a jedynymi osobami, które mają do niego dostęp uczuciowy jest piękna kobieta, która również bierze udział w grze i Watson, z którym łaczy go niezwykła i silna więź. Watson nie jest tępy i powolny, wręcz przeciwnie, Uzupełniają się z Holmesem i działają jak jeden sprawny organizm. Świetna chemia, kapitalna para.
Co mi sie nie podobało: to nachalne ciągnięcie do literek c.d.n i watek kryminalny. Po prostu szczęki same mi się rozwierają do ziewania, kiedy słyszę o panowaniu nad światem, tajnym stowarzyszeniu i władcy ciemności. Ale na Marka Stronga w demonicznej odsłonie zawsze miło popatrzeć.

Po tym seansie mała przerwa na kawę-gofra-toaletę i powrót na salę kinową na Parnassusa Terry'ego Giliama.
Nie jest to może moj ulubiony reżyser, ale cenię sobie w kinie to, co jest kreacja, dotknięciem sztuki, nutą szaleństwa. Nie przepadam za jakimiś "okruchami życia", którego nadmiar mam wokół, dlatego może oglądam Butona, Giliama czy Jeuneta. Taki Fisher King, czy 12 małp pozostają w głowie przez długie lata i ich sąsiedztwo wcale nie jest niemiłe.
Parnassus zaczyna się obrazem wielkiego, piętrowego, cyrkowego wozu, toczącego się nocnymi ulicami. Można pomyśleć, że to znowu jakiś 19 wiek, gdyby nie przejeżdżające samochody. Wóz zatrzymuje się na placyku przed pubem, w którego wytacza się wesołe towarzystwo, a trupa rozwija scenę i zaczyna się przedstawienie, którego nikt nie chce oglądać...
Dziwaczne doświadczenie i polecam tylko tym, którzy lubią w kinie czasami zatopić sie w cudzej wyobraźni, poczuć, jakby weszli w czyjś sen z jego nielogiczną logiką, zaszaleć po prostu. Warto pójść choćby dla obsady: Parnassusa gra Christopher Plummer, Diabła - Tom Waits, a odratowanego przez trupę obwiesia Tony'ego Shepharda - Heth Ledger w jednej z ostatnich ról.
Z nim zresztą związana jest najmilsza rzecz tego filmu, czyli - taram-taram! - special apperance! :brawo: jak w Mumbaju.
Tony kilkakrotnie wchodzi mianowicie od Imaginarium - lustra, za którym można zagłębić się w świat własnej wyobraźni. Sceny z Imaginarium sa zresztą rewelacyjne, częściowo animowane, a rozmach wyobraźni plastycznej wprawia w podziw. Momentami czułam sie jak w świecie obrazów Rafała Olbińskiego. Za każdym razem w Imaginarium Tony dostaje inną twarz. Odmienionego Tony'ego, tak samo odzianego i uczesanego, graja w krótkich scenkach Johnny Depp, Jude Law i Colin Farrell <3

krasnoludka - 2010-01-17, 21:52

Ach, Sherlock Holmes - cudo, po prostu cudo! Guy Ritchie wrócił do formy. Rozwód z Madonną zdecydowanie dobrze mu zrobił. Już w Rock'n'Rolla było widać, że mistrz jest w formie i cięte riposty, strzelaniny, bijatyki i czarny humor wracają na ekrany. W Sherlocku mógł sobie jeszcze bardziej poszaleć, czego oczywiście nie omieszkał wykorzystać. Dlatego oprócz wyżej wymienionych składników (bijatyki są po prostu cudowne, szczególnie przy wykorzystaniu metody dedukcji głównego bohatera :D ) spece od obrazu i efektów specjalnych dorzucili mroczny klimat Londynu w dobie industrializacji i mody na tajne masońskie stowarzyszenia.
Cała ta otoczka na nic by się jednak zdała, gdyby nie główni bohaterowie - Holmes i Watson, czyli Robert Downey Jr i Jude Law. Jedna z najlepszych filmowych par jakie zdarzyło mi się ostatnio oglądać! Poważny, zdyscyplinowany i anielsko wręcz cierpliwy Watson perfekcyjnie uzupełnia niechlujnego geniusza dedukcji - Holmesa. Nie oznacza to oczywiście, że jest postacią nudna - po prostu pogodził się ze swym losem i kolejne wybryki przyjaciela przyjmuje (albo przynajmniej stara się) ze stoickim spokojem i sporą dawką wisielczego humoru. Jeśli chodzi o tytułowego bohatera, to znajduję na niego tylko jedno określenie - szalony geniusz. Jego naukowe eksperymenty (głównie na psie Watsona), "gra" na skrzypcach, pijackie burdy w najgorszych spelunkach i, jak to poetycko określił Watson, "general lack of hygiene" (ogólny brak higieny) składają się na postać rozbrajającego złośliwego zawadiaki.
Do tej pary z powodzeniem dołącza Mark Strong w roli demonicznego Lorda Blackwooda (ja tam mu wierzyłam, jak mówił, że chce zawładnąć światem) oraz Rachel McAdams jako Irene Adler - czarująca oszustka potrafiąca przechytrzyć nawet Holmesa.

No i moja ulubiona scena w filmie, po prostu perełka, czyli męska wersja rozmowy o uczuciach. :thud: Prawie się skulałam z fotela przy niej, a całe kino rechotało wraz ze mną. Po prostu musicie to zobaczyć!

GosiaJG - 2010-01-18, 17:05

I na "Parnassusa", i na "Holmesa" w kinie mam ochotę. Dawno już się nie zdarzyło, żeby mnie aż dwa filmy do kina przyciągały. A w przyszłym tygodniu jeszcze "Nine".

Polecić chciałabym film "Easy Virtue" ("Wojna domowa") w reżyserii Stephana Elliota.
Film na podstawie sztuki teatralnej (Noela Cowarda) zakłada pewną statyczność, co jednak w żadnym wypadku nie czyni go nudnym.

Akcja rozgrywa się w Wielkiej Brytanii po pierwszej wojnie światowej. Syn arystokratycznej rodziny Whittaker wraca do rodzinnej posiadłości z żoną - nie dość, że Amerykanką, to na dodatek starszą od siebie rozwódką. Jak się można domyślać, brytyjska do szpiku kości rodzina Whittaker nie będzie tym wyborem zachwycona. Tym bardziej, kiedy okaże się, że nie są to jedyne "przewinienia" Larity.
W każdym razie - jej pojawienie się będzie na pewno świeżym podmuchem w skostniałej familii. Czy wyjdzie na zdrowie - to już inna sprawa.

Brytyjczycy świetnie robią tego typu filmy. Z jednej strony cała gromada dziwaków, "stiff upper lips", pokazanych ironicznie i złośliwie, ale nie bez sympatii. Z drugiej - śmiała, otwarta dziewczyna, której trudno nie kibicować, kiedy przełamuje schematy. Nie można też jednak odmówić racji pani Whittaker, która pozostawiona sama sobie, z podupadającym rodzinnym majątkiem na głowie, próbuje jakoś to wszystko ogarnąć.

Bardzo dobra jest Jessica Biel, która grywała w idiotyzmach typu "Teksańskiej masakry...", a tu, w dobrym towarzystwie, może rozwinąć skrzydła. Świetni są Kristin Scott-Thomas i Colin Firth (co nie dziwi). Trochę blado na tym tle wypada Ben Barnes w roli Johna. Mój osobisty ulubieniec to lokaj Furber, grany przez Krisa Marshalla (a ulubiona scena to ta z pieskiem... ;) ).
Jessica Biel ma świetne ciuchy, a piosenki "z epoki" są ciekawym pomysłem na komentarz.
Oj, lubię takie kino. :)

Przeczytałam, że Złotego Globa w kategorii najlepszego dramatu otrzymał "Avatar", a w kategorii komedii - "Kac Vegas". Ręce mi opadły. Amerykanie już naprawdę nie mają kogo nagradzać.

Hermia - 2010-01-22, 21:47

Jeśli ktoś lubi lub musi chodzić z dzieckiem do kina polecam najnowszy film "Księżniczka i żaba".Bardzo ładny, z pięknymi piosenkami, zabawny film, ładnie narysowany, przypomina stare filmy Disneya. Szczerze mówiąc razem z moim mężem świetnie się bawiliśmy, a trzy letni Luc wytrwał do końca mimo, że popcorn skończył mu się jakieś 10 minut przed końcowymi napisami. :D
pogoda - 2010-01-24, 19:51

I to w krócej niż 3 minuty można te filmiki obejrzeć, rozpoczęte i zakończone kotami. Fajne. :mrgreen:

Vyomini, dzięki za informacje o wydaniu "Amala", opis i obsada są bardzo zachęcające. Miło, że Epelpol wyda coś, co będę mogła kupić z czystym sumieniem i chęcią. Sprawdziłam reżysera, bo nazwisko i Kanada mnie tchnęły, że może ma coś wspólnego z Deepą Mehtą, ale Wikipedia donosi, że nie; a sam reżyser, co nie powinno mnie dziwić, ma konto na twitterze, z ładnym tłem.
http://twitter.com/richiemehta
http://en.wikipedia.org/wiki/Richie_Mehta

Edit: Lit.

vita - 2010-01-27, 12:25

krasnoludka napisał/a:
No i moja ulubiona scena w filmie, po prostu perełka, czyli męska wersja rozmowy o uczuciach. :thud: Prawie się skulałam z fotela przy niej, a całe kino rechotało wraz ze mną. Po prostu musicie to zobaczyć!


:brawo:
Krasnoludko, zgadzam się z Tobą całkowicie - scena przepiękna! Te emocje skrywane za fasadą pozornego spokoju i obojętności ;) Cudo. Pierwszorzędny jest także moment, gdy
Spoiler:

panowie po malutkiej demolce w porcie oczekują w areszcie na rozwój zdarzeń - wtedy, gdy Watson wspomina o ogólnym braku higieny Holmes'a i pożyczaniu przezeń odzieży doktora :haha:


Przyznaję, że rola Watsona przekonała mnie do Jude'a Law. Zagrał świetnie. Chcę więcej!

Mowilka - 2010-01-27, 19:02

Heaven on Earth widziałam. Wstrząsnął mną. Na wszystkie bardzo sie cieszę. Przy obecnej polityce Blinka tylko Epelpol nam pozostał i dobrze, że ma takie plany.
Hermengilda - 2010-01-27, 21:25

Hasło rikszarz kojarzy mi się w jeden tylko sposób. Oglądamy w gronie znajomych na domowym seansie (laptop+projektor+ściana) "Wróżby Kumaka" (polsko-niemiecki film, polecam bardzo). Akcja dzieje się w Gdańsku, turysta niemiecki zostaje przydybany w ciemnym zaułku przez typa o niecnych zamiarach. Pojawia się nagle gościu, pogonił tamtego łobuza, facet pyta się bohatera, kto zacz? Odpowiedź: rikszarz z Kalkuty! Nasza ekipa gruchnęła gromkim śmiechem, a ja się zapierałam, że nie miałam z tym nic wspólnego - znajomi wiedzieli, że ja jestem lekko skażona kinem indyjskim. Pewnie gdyby nie ten fakt, to tylko chichotalibyśmy, a tak wyszedł pamiętny moment tamtego seansu. :D
khosia - 2010-01-27, 22:01

No i stało się, właśnie wróciłam z Szerloka. <3 Robert <3 . I tyle merytorycznej wypowiedzi. :D
Mowilka - 2010-01-27, 22:05

A Jude? ;)
Hermengilda - 2010-01-27, 22:08

TAKI duet jest nie do opisania :D . Roberta lubiłam po jego epizodzie w Ally McBeal, ale w Sherlocku wymiatał! Jude - chodzące klasa :) .
Mowilka - 2010-01-27, 22:11

No i dokładnie tak jak mówisz: zestawieni razem, rozumiejący się w pół słowa - co za duet! Mnie się kojarzyli ze sprawną, dobrze zaprogramowaną maszyną.
I Londyn - z komputera, ale świetnie zrobiony ;)

Hermengilda - 2010-01-27, 22:14

Zgadza się, zadymiony, zakurzony - o, już mam skojarzenie, Paryż z "Pachnidła"! Podobnie "brudno" sfilmowany.
khosia - 2010-01-27, 22:18

Bardziej merytorycznie? :) Jude też <3 . Scena w więzienu <3 . I świetne zdjęcia, dobrze opowiedziana historia. Po prostu mi się podobało. :)
pogoda - 2010-01-27, 22:44

Też się przyłączam do zachwytów, ubawiłam się setnie, wzruszyłam i wystraszyłam. I też merytorycznie: Robert <3 i Jude <3 .

I jeszcze sceny z "naszym" psem też były cudne. Biedne stworzenie, ale przynajmniej dobrze odżywione. :mrgreen:

Bardzo mi się podobał ten przegięty wątek z lordem Blackwoodem, to było takie bondowskie, nawet nazwisko cokolwiek przypomina nazwisko Blofelda, a ten olbrzymi Francuz to jakiś przodek Buźki, mam nadzieję, że się jeszcze pojawi.
Spoiler:

I ten moment, w którym minister staje w płomieniach, właściwie powinien stanąć w piraniach, bo to przypomniało mi wszystkie te sceny, w których Blofeld pozwala po raz ostatni wyjść swojemu już byłemu zwolennikowi, akurat przez mostek nad basenem z piraniami. :lol:


Mowilka - 2010-01-27, 22:49

No i muzyka! The Dubliners ogniście zaciągali

Najsłabiej wypadły kobiety. Mogło ich nie być, choć Kelly Rielly, czyli rudowłosą Mary nawet lubię. Panowie wystarczali za wszystkie związki świata.
Podobno profesora Moriarty ma grać sam Brat Pitt.

khosia - 2010-01-27, 22:49

pogoda napisał/a:
I jeszcze sceny z "naszym" psem też były cudne. Biedne stworzenie, ale przynajmniej dobrze odżywione.
A jakże,
pogoda napisał/a:
Bardzo mi się podobał ten przegięty wątek z lordem Blackwoodem, to było takie bondowskie, nawet nazwisko cokolwiek przypomina nazwisko Blofelda
i scena w Izbie, która przypominała
Spoiler:

wystąpienia Hitlera.


Film fajny. A Robert ma
Spoiler:

fajną klatę :mrgreen: :super:


Mowilka - 2010-01-27, 22:52

I plecy! Plecy były na fotosach!
A co najważniejsze - nie waha się ich użyć.
Świetne były sceny objaśniania ciosów przed ich zadaniem. Kapitalne!
Na szczęście to był myślący Holmes, nie tylko cudak i flejtuch.
Choć mnie rozwaliła scena z muchami i skrzypcami. Chyba jedyna śmiałam sie w kinie jak głupia.

varka - 2010-01-27, 23:00

Troszkę zmienię klimat wątku ;)

TULPAN

film kazachski/kazaski?

Historia młodego marynarza szukającego żony pośród kazachskich stepów :mrgreen: W sumie przewidywalna, fabułę trudno posądzać o zawiłą i zaskakującą, ale jednak wciągnęłam się. Ładne obrazki codziennej krzątaniny i trudnego, surowego życia na stepie, gdzie jednak ludzie mają czas dla siebie ( przeurocze sceny wieczorowe ), liczą się wartości jak najbardziej przyziemne, jednak nie pozbawiona humoru i refleksji. Wzruszyła mnie naturalistyczna scena porodu owcy - cudownie zgrana z fabułą. Polecam!

Mowilka - 2010-01-27, 23:13

Varka, jakie Ty cuda wynajdujesz!
Oglądałam niedawno Mołdawskie wesele - ta zaściankowe klimaty bardzo mi odpowiadają. A polsko - czeskie Wino truskawkowe? Cudo!

varka - 2010-01-27, 23:17

Mowilka napisał/a:
Varka, jakie Ty cuda wynajdujesz!
A bo moja lubić takie dziwnostki :mrgreen: Doprawdy powiadam Wam...świat jest pełen pięknych filmów 8-)
krasnoludka - 2010-01-28, 11:50

Naukowa metoda zadawania ciosów to jedna z rzeczy za którą kocham tego Sherlocka

No i khosiu masz absolutną rację - Robert <3 i Jude też <3
Robertowa klata - :sli: , ale mnie powalił Jude w czarnym garniturze podczas obiadu w restauracji.
:thud:
No chłop ma coś w sobie. Zaczynam go lubić.

varka - 2010-01-28, 13:02

Ojej :hot: Jestem ogłuszona nowym Sherlockiem :brawo: Takie kino lubię :super:

Przecudna para głównych bohaterów! Świetne poczucie humoru, twisty i wspaniała scenografia - ten przytłaczający Londyn. Świetne kino, świetna zabawa, panie zdecydowanie nijakie i jakoś za słaba dla mnie była postać Blackwooda. Taki Lourie albo Rickman to by było coś :hyhy:

Ah! I zupełnie nie rozumiem reakcji pokojówki :hyhy:

an87 - 2010-01-28, 13:15

Wystrachała się bo nieśmiała była! Scena pierwsza klasa i może to dziwne, ale jakoś zupełnie nie mam problemu z umieszczeniem w tym miejscu wiadomo Kogo <3 z takim diabelskim, prowokującym uśmieszkiem na ustach :hot:
khosia - 2010-01-28, 21:10

krasnoludka napisał/a:
mnie powalił Jude w czarnym garniturze podczas obiadu w restauracji
:love: Mnie też :D
varka napisał/a:
I zupełnie nie rozumiem reakcji pokojówki
Ja też nie. :D
vita - 2010-01-29, 10:15

Przeraziły ją zapewne jej własne niecne myśli :lol:
GosiaJG - 2010-01-31, 22:28

Wybraliśmy się w piątek na "Nine".

Rob Marshall, który wcześniej zrobił m.in. świetne "Chicago", tym razem opowiada historię pewnego reżysera przeżywającego twórczy kryzys, nawiązującą do "8 i pół" Felliniego. Opowiada przy pomocy obrazów - i piosenek.
W zasadzie na tym można by zakończyć, jeśli by się chciało pisać o fabule "Nine" - bo niewiele więcej tutaj jest. Reżyser, Guido Contini, podobno jest wielki - podobno, bo tak naprawdę trudno na podstawie filmu wywnioskować, na czym to polega; jego sugerowana wielkość jako artysty w żaden sposób nie przekłada się na wielkość jako człowieka. Przeciwnie - Guido wydaje się mężczyzną dość zagubionym, okłamującym samego siebie, a przede wszystkim - kobiety, które tłoczą się wokół niego i które go uwielbiają.

I dla mnie to kobiety są w tym filmie najważniejsze. Zaborcze, zmysłowe, piękne, mądre, seksowne, nieszczęśliwe... A czasem też głupie.
Mam wrażenie, że Daniel Day-Lewis, skądinąd bardzo dobry aktor, zagubił się jakoś w tym tłumie pań. Stworzył trochę komiksową, papierową figurę reżysera, którego losy i problemy tak naprawdę niewiele mnie obchodzą. Za to kobiety - cicha Luisa (Marrion Cottilard), hałaśliwa Carla (Penelope Cruz), inteligentna Lili (Judi Dench) i inne - wszystkie są piękne i tak naprawdę o wiele ciekawsze od użalającego się nad sobą twórcy.

Jeśli ktoś ma zamiar zobaczyć ten film, powinien wybrać się do kina, bo duży ekran na pewno wydobędzie jego atuty. Wiele scen jest świetnie zmontowanych (np. pierwsza i ostatnia), efektownych wizualnie - przede wszystkim fragmenty muzyczne. Chociaż piosenki nie zawsze zapadają w pamięć i pod koniec jest ich zbyt wiele (jak w niektórych oldskulach z Salmanem ;) ). Na pewno warto jednak zwrócić uwagę na dwie - "Cinema Italiano" i "Be Italian". Obie są rewelacyjnie zrealizowane, ale i same w sobie bardzo udane (ta druga - w klimacie "Cell Block Tango" z "Chicago").

Film nie jest zły, ale do "Chicago" - zarówno pod względem muzycznym, jak i fabularnym - mu daleko.


Znalazłam na yt fragment "Cinema Italiano" i "Be Italian", ale bez teledysku, niestety (mimo to warto posłuchać):
http://www.youtube.com/wa...=video_response
http://www.youtube.com/watch?v=s39UmA56kpo

GosiaJG - 2010-02-07, 18:02

Dzięki za link, varko, niesamowity zbiór filmów. :)

Podpisuję się pod Waszymi pozytywnymi opiniami o "Holmesie". Podobało mi się. W filmie wyczuwalny jest styl Guya Ritchiego. Jude Law oraz Robert Downey Jr tworzą świetną parę i pozostawiają w cieniu aktorki. Mark Strong w roli lorda Blackwooda jest odpowiednio demoniczny.
Brednie o spisku nad światem akceptuję w Bondzie - w innym wypadku przypominają mi popularne ostatnio powieści o ukrytych znakach, stowarzyszeniach itp. - to wszystko, co medialnie wykreował Dan Brown. W "Holmesie" opowieść o spisku jest na szczęście bondowska z ducha (łącznie z poprzednikiem Buźki, jak zauważyła pogoda, i wystylizowaniem Blackwooda na Bloefelda w esesmańskim płaszczu), więc nie irytuje. Akcja galopuje w takim tempie, że ledwie jest czas, by wychwycić wszystkie świetne, szybkie rozmowy bohaterów. Na szczęście pozostaje chwila oddechu, by zachwycić się wykreowanym przez twórców dziewiętnastowiecznym Londynem. Fantastyczny! Takie rzeczy robią na mnie większe wrażenie niż nieistniejący świat stworzony na potrzeby "Avatara" (chociaż samego filmu nie widziałam, mówię na podstawie trailerów).
Wygląda na to, że sequel jest pewny? :)

krasnoludka - 2010-02-07, 18:07

Z wypowiedzi reżysera i aktorów wygląda, że sequel będzie na bank. Podobno Guy Ritchie chce, żeby prof. Moriarty zagrał Brad Pitt. :mrgreen:
GosiaJG - 2010-02-07, 23:24

Brad Pitt jako kolejny demoniczny, pragnący zawładnąć światem zbrodniarz? Jestem na tak. :)

Polecam "Dzieci Ireny Sendlerowej". Zobaczyłam film niejako z zawodowego obowiązku - i zrobił na mnie duże wrażenie. W takim filmie nie chodzi o fajerwerki montażu, ekscytujące i niespodziewane zwroty akcji itp. To solidnie opowiedziana historia o młodej kobiecie (w roli Ireny - Anna Paquin), która postanowiła nie - przyglądać się z boku, ale "zrobić coś więcej".
To, czego dokonała (nie sama oczywiście, nie byłoby możliwe uratowanie 2500 dzieci żydowskich z getta bez pomocy innych - ale to ona była inspiratorką i uczestniczką działań), jest wyjątkowe.

Warto.

juliette - 2010-02-23, 21:52

Właśnie jestem świeżo po "Kołysance" Juliusza Machulskiego. Jak sobie kojarzę w prasie miał raczej dobre recenzje (no może malkontentom bez krzty poczucia humoru i wyczucia absurdu się nie podobał).
Wampiryczna rodzinka Makarewiczów, dziadek, ojciec, matka (w ciąży) plus czwórka nieletniej dziatwy pojawia się pewnego wieczoru we wsi Odlotowo na progu chałupy miejscowego speca od glinianych wyrobów (notabene odbiorca jego wytworów jąka się kubek w kubek jak Michael Palin w "Rybce zwanej Wandą"). W szybkim tempie znika kilka osób - producent glinianych zajączków , listonosz, ksiądz wraz z ministrantem, pracownica socjalna, Niemiec chętny do zakupu chałupy Makarewiczów , pracownicy TV robiący reportaż o zaginięciach. Miejscowi policjanci, w sile trzech osób, rozpoczynają poszukiwania. Bez rezultatów. Wizyty u rodzinki nic nie dają. Niektóre osoby się odnajdują , ale z dziurą w pamięci.
Świetnie pomyślany pastisz horroru, masa absurdalnych sytuacji (dziadek gubiący ostatnie kły i marzący o protezie, nieletni wampir mający wątpliwości kto jest jego ojcem), zabójcze dialogi. Generalnie o treści nie powinno się wiedzieć więcej ponad to, że film jest pastiszem horroru, by nie zepsuć sobie przyjemności oglądania. :D
Aktorzy fantastycznie odnajdują się w klimacie absurdu.
Polecam z czystym sumieniem. Ostrzeżenie - makijaż może ucierpieć w czasie seansu. :mrgreen:

an87 - 2010-02-24, 08:50

juliette napisał/a:
Ostrzeżenie - makijaż może ucierpieć w czasie seansu. :mrgreen:
Wszystko co napisała juliette to czysta prawda. Plus to że bobie popłakałyśmy się ze śmiechu. Film jest wybitnie dla osób lubiących czarny i absurdalny humor. Dodam jeszcze, że film bardzo ładnie dopracowano od strony technicznej i wizualnej. Rola Makarewicza - głowy rodziny, to jedna z lepszych kreacji Więckiewicza. A samo zakończenie :mrgreen: majstersztyk, od razu rzeczywistość nabiera innego wydźwięku :lol: :lol:
Mowilka - 2010-02-24, 09:03

Dzięki za rekomendację! Mnie się już plakaty podobały, takie operetkowo "groźne."
GosiaJG - 2010-02-24, 09:53

I ja też dziękuję za polecenie. :kwiaty:
Kiedy pierwszy raz oglądałam trailer, to myślałam, że na końcu widzę Zamachowskiego - dopiero potem skojarzyłam, że to Więckiewicz. :)

Ja nie miałam tyle szczęścia - zobaczyłam polski wytwór fabularny pt. "Nigdy nie mów nigdy". Trudno to nazwać filmem - przypomina, jak wiele innych produkcji tego typu, rozciągnięty do półtorej godziny odcinek serialu. Fabułę przewidzieliśmy mniej więcej po pięciu minutach - Łukasz w stu procentach, ja w osiemdziesięciu. :)
Główna bohaterka, Ama (swoją drogą - co to za imię?) to pozornie zimna bizneswoman, o której od razu wiadomo, że ten zewnętrzny lód to tylko maska, bo tak naprawdę jest ciepłą, spragnioną uczuć kobietą. Dla przeciwwagi musi mieć oczywiście postrzeloną przyjaciółkę - artystkę, głupio ubraną i wymalowaną. Główna bohaterka chce mieć dziecko - i z tego można byłoby zrobić ciekawy film, gdyby chodziło o coś więcej niż tylko ciąg mdłych scen we wnętrzach. Bohaterka we wnętrzu szpanerskiego biurowca, w ogromnym, pięknym mieszkaniu, w ogromnym domu rodziców na wsi, otoczonym ogrodem, w prywatnej klinice... Klisze, schematy, przewidywalne zachowania otoczenia - jakby sami twórcy nie mieli przekonania, że są w stanie tchnąć coś świeżego w taki pomysł.
Grająca główną rolę Anna Dereszowska wydaje się aktorką z potencjałem - trudno jednak rozwinąć skrzydła w tak schematycznie potraktowanej roli, w której ma być raczej papierową figurą niż żywym człowiekiem.

Już kiedyś wspominałam, że współscenarzystą filmu jest recenzent GW, Paweł Mossakowski (a nawet wystąpił w epizodziku - toć zawsze mówię, że recenzenci są niespełnionymi twórcami ;) ).
Przy okazji potwierdziło się, że moje niskie mniemanie o recenzentach nie bierze się znikąd. Felis, pan, którego wyjątkowo nie cenię, bo podbudowuje sobie niskie poczucie wartości zachwytem nad każdym filmem, który zdaje mu się "ambitny", a przy okazji kina z Indii już kilka razy popisał się brakiem wiedzy, ten gniotek zjeżdża bardzo ostrożnie, daje 3 gwiazdki (średnio), ale podkreśla istnienie "sprawnego scenariusza". Żenujące - szczególnie w przypadku, gdy tego scenariusza prawie nie ma. Jakbym moich kolegów na studiach widziała - jeden wydawał tomik kiepskiej poezji, a drugi pisał mu pochwalną opinię w gazecie studenckiej.

Eli_Lu - 2010-02-25, 18:22

Renee Zellweger zasiadającą w tegorocznym jury Berlinale zapytano, co to znaczy dobry film. Jak go rozpoznać? Odpowiedziała - Nie wiem, to się po prostu czuje. Opinia jury skladjącego się z rezyserów, producentów i aktorów, może być skarajnie różna od opini krytyków filmowych. Krytyk rozłoży film na części proste i zanalizuje, a reżyser, czy aktor oczekuje, by film go po prostu poruszył, ma do dzieła filmowego emocjonalny stosunek.
Mowilka - 2010-02-25, 20:06

Gdyby działo się tak, jak mówisz, byłby to idealny świat. Krytycy w tym samym stopniu kierują się sympatiami i antypatiami, emocjami i uprzedzeniami, dostają pracę 'z przydziału' nie mając żadnych narzędzi do oceny w postaci wykształcenia czy choćby miłości do kina. W środowisku polskim mówi się, że krytyk to filmowiec, który miał za malo talentu, żeby dostać się do szkoły teatralnej. W ogromnej ilości przypadków jest to prawda ;) .
GosiaJG - 2010-02-26, 13:06

Mowilka napisał/a:
Krytycy w tym samym stopniu kierują się sympatiami i antypatiami, emocjami i uprzedzeniami, dostają pracę 'z przydziału' nie mając żadnych narzędzi do oceny

Amen. Przykładem dobitnym "tfurczość" naszych "światłych" o kinie z Indii.

Premiera londyńska "Alicji w Krainie czarów":
http://filmicafe.com/phot...1&event_id=4400

Złośliwość mode on - przepraszam, ale co te kobiety porobiły ze swoimi biustami? Taki problem w wielkim świecie z dopasowaniem kiecek? ;)
http://filmicafe.com/phot...=184553&new=new
http://filmicafe.com/phot...=184563&new=new
http://filmicafe.com/phot...=184565&new=new

Edit. Zobaczyłam kolejny produkt filmowy polski - "Miłość na wybiegu" Krzysztofa Langa. A raczej - zmęczyłam, ale na własne życzenie, więc pretensje mogę mieć co najwyżej do siebie. W końcu chciałam zobaczyć Marcina Dorocińskiego - to zobaczyłam. I to jedyna zaleta filmu - ach, jak ja lubię, on jest taki lekko mrukliwy, wymiętoszony, w stylu hemingwayowskich bohaterów, co to uczuć nie okazują, ale kłębi się w nich, że ach!
A co do filmu - tytuł mówi wszystko. Ok, to komedia romantyczna, więc że przewidywalna, nie mogę się czepiać. Ale przecież dobre filmy tego gatunku mają to coś, co sprawia, że zapamiętuje się je na długo i chce się do nich wracać. I dobre dialogi mają.

Pierwszy wątek. Dorociński gra fotografa modelek. Panny na niego lecą, a już najbardziej szefowa jednej z agencji modelek, Marlena - typ zimnej s... Facet prezentuje postawę znudzenia i lekkiego zblazowania, więc panny lecą jeszcze bardziej - a Marlenka to i osobiście do łóżka go zaciąga.
Drugi wątek. Nad morzem mieszka sobie pewna Julka - śliczna i naturalna, zajmuje się pracą w rodzinnym przedsiębiorstwie - czyli smażeniem ryb dla turystów. Ale chciałaby od życia czegoś więcej - w tym celu udaje się do Warszawy, by zdać na studia. Trafia przez przypadek do agencji modelek. Oba wątki się łączą, a resztę można sobie dośpiewać, kojarząc po drodze wszystkie możliwe stereotypowe rozwiązania, które się już widziało w takich filmach.
Na szczęście film trwa tylko półtorej godziny. Albo aż. Ale na Dorocińskiego można sobie popatrzeć. Aaa, już o tym wspominałam. :)

khosia - 2010-02-28, 22:50

Ręcami, kulosami i przednimi siekaczami podpisuję się pod tym co An i Virgo powiedziały o filmie. Trajler widziałam jeszcze przy okazji świąt Bożego Narodzenie, spodobał mi się, ale żem nieufna do rodzimych produkcjach to dopiero moje kochanie zaciągło mnie na seans. I nie żałuję. :) To było cudne, uśmiałyśmy się jak najprawdziwsze kurzofertki, czy jak im tam. :) Co prawda byłyśmy pionierkami - tylko nasz śmiech było słychać, ale za to masaż przepony - gwarantowany.
Co do roli Więckiewicza muszę rzec, że mam pewne wątpliwości
Spoiler:

stanie z miną wyrażającą kompletne nic trudno mi zaliczyć do udanych kreacji aktorskich, aczkolwiek nie mogę pominąć aspektu trudności przy zachowaniu takiej miny w obliczu takiego filmu ;)

:mrgreen:
Dziadek bezbłędny, dialogi nieziemskie, Kubuś - cudowne dziecko, a portet ojca - zabija. Dodatkowo rzeczywistość wybitnie polska, szklaneczki, chałupa, detale w szczególe i ogóle, postacie narysowane na granicy są tak absolutnie, wybitnie polskie, że nie można się nie śmiać.
Dodatkowo muszę się zgodzić z krasnoludką - absolutnym faworytem była postać ministranata
Spoiler:

bez imienia, nazwiska, za to z charyzmą i wiarą

. :)
I dialogi- całości dopełniają przepiękne zdjącia, malownicze ujęcia i piękna muzyka, która urzeka i świetnie do filmu się wpasowuje. :) Idźcie, najlepiej z kimś, z kim można się pośmiać. :D

virgo - 2010-03-01, 07:27

khosia napisał/a:
Ręcami, kulosami i przednimi siekaczami podpisuję się pod tym co An i Virgo powiedziały o filmie.

Khosiu, to była An i Juliette. :)
Ja na razie, niestety, filmu nie widziałam, choć czuję się zachęcona. :) :kwiaty:

krasnoludka - 2010-03-01, 20:32

A czuj się czuj. Jakby ci się film nie spodobał (not bloody likely) zawsze się możesz doszkolić z patronów i świętych, twórczego wykorzystania strzykawki, robienia makiet i planów sytuacyjnych no i nie zapominajmy o glinianych zajączkach. :mrgreen:
virgo - 2010-03-01, 22:00

krasnoludka napisał/a:
i nie zapominajmy o glinianych zajączkach

Zajączki jak najbardziej, można by sobie nimi na Wielkanoc dom udekorować. :mrgreen:

vita - 2010-03-08, 14:34

Miałam niedawno okazję obejrzeć przejmujący dramat produkcji włosko-hiszpańsko-angielskiej Namiętność (Non ti muovere 2004).
Z takim tytułem nietrudno się domyśleć, że film traktuje o miłości namiętnej.
Historia zaczyna się od wypadku motocyklowego pewnej nastolatki, która z poważnymi obrażeniami trafia do szpitala. Tam poznajemy jej ojca, wziętego chirurga, bohatera opowieści. Wypadek córki staje się dla Timoteo okazją do swoistego rozrachunku z przeszłością. Przeszłością, która skrywa wstrząsającą tajemnicę. Jaka to tajemnica zdradzać nie będę. :mrgreen: Powiem jedynie, że do ostatnich minut trzyma w napięciu.
Sergio Castellitto reżyser, scenarzysta i odtwórca głównej roli męskiej umiejętnie snuje opowieść o miłości zrodzonej z przemocy. I tu uwaga, rzecz dla widzów o mocnych nerwach.
Spoiler:

Pierwsza połowa filmu jest bowiem cokolwiek brutalna, a już z pewnością wstrząsająca. Warto jednak wytrwać do końca.


Ciekawa kreacja Penelope Cruz, która w rolach dramatycznych sprawdza się świetnie. Swoją drogą za rolę Italii została nagrodzona przez Włoską Akademię Filmową. Sergio Castellitto również otrzymał nagrodę - dla Najlepszego Aktora.
Kolejnym atutem Namiętności jest przepiękna zapadająca w pamięć muzyka. Poniżej link do wieńczącej film piosenki

http://www.youtube.com/watch?v=pG06PZ91wlA

Nie będę ukrywać, spłakałam się jak bóbr.

GosiaJG - 2010-03-08, 16:54

Oscary rozdane. "Avatar" nie dostał nagrody za najlepszy film, z czego cieszę się niezmiernie, bo chociaż filmu nie widziałam, nie podoba mi się trend na filmy prawie bez aktorów.

Widziałam kilka filmów nominowanych do najlepszego... "Hurt Locker", który dostał Oscara, jest średni, ale i tak jeden z najlepszych spośród tych, które oglądałam. Co tylko świadczy o poziomie nominowanych (10!) filmów. Co prawda, kiedy dziennikarz mówi o "Hurt Locker", że jest to film o saperach w Iraku, którzy rozbrajają bomby, to tak naprawdę spoileruje na potęgę, bo w tym obrazie niewiele więcej jest. Dlatego na ironię zakrawa, że film dostał nagrodę za najlepszy scenariusz. Jest w nim kilka świetnych scen - ze dwie, trzy; gdyby cały był taki, byłby rewelacyjny. Ale nie jest.
To film o tym, że wojna jest zła. Uzależnia. Sprawia, że człowiek obojętnieje, wypala się. To już było. Poraził Akademię "nowatorski" sposób kręcenia, udający dokument? No tak, może dla Amerykanów to nowość.

"A Serious Man" Coenów. Widziałam już lepsze filmy tej ekipy. O czym jest "A Serious Man"? O profesorze, genialnym matematyku, który nie radzi sobie z codziennością? A nie radzi sobie, bo świat wali mu się na głowę? Żona zdradza, dzieci olewają, brat wykorzystuje i kombinuje, student próbuje oskarżyć o wzięcie łapówki, zdrowie się sypie?
Bohater jest Żydem, wszyscy wysyłają go po radę do kolejnych rabinów - ale żaden nie potrafi mu tak naprawdę doradzić. Więc o czym to film? O kryzysie wiary? O tym, że Boga nie ma, a światem rządzi przypadek? O tym, że bohater ma pecha, bo jego przodków przeklął dybuk?
Jak napisałam, daleko temu filmowi do innych braci Coen, ale coś w sobie ma - ostatecznie nie dostał nic, może dlatego, że nie jest łatwy w odbiorze, więc członkowie Akademii pewnie go sobie odpuścili.

"The Blind Side" - zamożna, biała WASP-owska rodzina zaczyna się opiekować, a w końcu adoptuje wielkiego, czarnego nastolatka, prawie analfabetę, i odkrywa w nim talent do sportu. Film na faktach, więc nie będę się czepiać, że nieprawdopodobny. Ale zastanawiam się, czy w rzeczywistości też było tak, że kiedy matka rodziny przyprowadziła chłopaka do domu, mąż radośnie stwierdził, by mu zaścieliła w salonie, a dzieci zaakceptowały go bez mrugnięcia okiem? Ok, załóżmy, że tak było.
Swego czasu TVP pokazywała w środy taki cykl "Okruchy życia" - duszoszczypatielne historie oparte na faktach. "The Blind Side" to taki film. Sprawne rzemiosło - i nic poza tym. Także aktorsko. Oscar dla Sandry Bullock za "wykonanie normy"? To wystarczy teraz na nagrodę?

Jeszcze w latach 90. były takie rozdania Oscarów, kiedy wszystkie pięć nominowanych filmów było świetnych lub co najmniej bardzo dobrych. Pamiętam wiele z nich do dziś, niektóre oglądałam po kilka razy. W tym roku razem z Łukaszem widzieliśmy, razem licząc, siedem z dziesięciu nominowanych produkcji. Za kilka miesięcy nie będę pamiętać żadnej z nich.

Ubiegłoroczny "Slumdog...", niebędący genialnym, w porównaniu z tegorocznymi filmami okazuje się prawie doskonały. :)

GosiaJG - 2010-03-16, 22:33

W weekend zobaczyłam połowę "Up in the Air" ("W chmurach"). Więcej nie dałam rady. Nuda, panie, nic się nie dzieje. Ale nie w stylu Coenów, zaczynam bardziej doceniać "A Serious Man". :)
George Clooney i panie były nominowane do Oscara, o czym poinformował mnie mąż, kiedy narzekałam, skąd oni biorą takie mdłe pseudoaktorki.

Tu bardziej o teatr chodzi niż o kino - nie wiem, czy słyszałyście o sporze Szczepkowskiej z Lupą. Tu jej wypowiedź na ten temat:
http://www.emetro.pl/emet..._nowa_moda.html
Nie przepadam za egzaltacją Szczepkowskiej, ale w tym wypadku jestem po jej stronie - podoba mi się to, co mówi o pustych prowokacjach, przeroście formy. Nareszcie ktoś wypowiada się na ten temat głośno, zamiast pisać peany pochwalne na temat "nowatorstwa" w teatrze polskim. Nie potrafią zrobić klasyki na poziomie, za to "jadą" na szokowaniu itp. Nadęte i "zadęte" towarzystwo własnej adoracji.

GosiaJG - 2010-04-01, 08:22

Bloguję sobie dalej. :mrgreen:

Pamiętacie animowany film "9", o którym Shah Rukh mówił na twitterze, że idzie go oglądać ze swoimi dziećmi?
Nie przepadam za filmami animowanymi, mogę od czasu do czasu jakiegoś "Shreka" zobaczyć, ale ogólnie wielbicielką nie jestem - a "9" zafascynował mnie tak, jak żaden ostatnio film amerykański; nie mogłam się oderwać.
Ludzie, którzy z taką perfekcją stworzyli przedstawiony na ekranie świat, powinni dostać cały worek nagród - ale sprawdziłam, że filmu nie nominowano np. do Oscara. Pewnie za mroczny.

Tak, film jest mroczny i okrutny. Wyprodukował go m.in. Tim Burton - a wiadomo, jakie są jego wizje. "9" portretuje postapokaliptyczną rzeczywistość, w której nie ma już ludzkości. Zginęła w wojnie z maszynami (pojawiające się tu skojarzenia z "Wojną światów", "Terminatorem" i "Matriksem", a także z "Władcą Pierścieni" świadczą jedynie o tym, że taka tematyka już wielokrotnie w literaturze i kinie zaistniała).
Przetrwało jedynie kilka dziwnych, stworzonych przez pewnego naukowca istot - ni to małych robocików, ni to lalek - które zamiast imion mają numery. Głównym bohaterem jest właśnie tytułowa Dziewiątka. Istoty te będą próbowały się przeciwstawić bezdusznym maszynom.
Jak wspomniałam, film jest mroczny, mało optymistyczny i chwilami dość przerażający. Warto go zobaczyć.

an87 - 2010-04-01, 08:31

Psia krew wiedziałam, wiedziałam, że powinnam była na to iść do kina, ale jakoś w ogóle mi się nie składało. Ciągle coś na przeszkodzie. Wrrr... :evil:
GosiaJG - 2010-04-09, 17:04

Z twittera Rajeeva Masanda - rozpoznaj bohatera filmowego: :)
http://i.imgur.com/CABAv.jpg
Świetna zabawa - na razie mam 34 postaci. :mrgreen:

varka - 2010-04-29, 14:54

Odbywa się u mnie Europejski Maraton Filmowy . Ktoś coś widział? Warto?
Mowilka - 2010-04-29, 15:14

Słyszałam tylko "Króliku," same pochwały.
GosiaJG - 2010-05-02, 23:33

"Kwiat Pustyni" - "modelkowa" wersja "od zera do milionera", czyli "z afrykańskiej pustyni na największe wybiegi świata i na karty kalendarza Pirelli", która byłaby kompletnie niewiarygodna, gdyby nie to, że jest prawdziwa. W filmie, zrealizowanym na podstawie biografii Waris Dirie, obrazy z tętniącego życiem Londynu czy Nowego Jorku przeplatają się z powracającą w retrospekcjach i wspomnieniach Afryką.
Zdjęcia Afryki - pięknej i okrutnej jednocześnie, w której każda kropla wody jest na wagę złota, a życie odmierza się następowaniem pory suchej i deszczowej - są na pewno jednym z atutów tej produkcji.
Jednym z istotnych wątków filmu jest kwestia rytualnego obrzezania dziewczynek, praktyki w Somalii powszechnej. Waris Dirie jest pierwszą znaną kobietą, która odważyła się głośno o tym mówić i występować przeciwko tej tradycji. I na pewno chociażby tylko z tego powodu dobrze, że film powstał.
Poza tym, jak już wcześniej wspomniałam, film opowiada o dziewczynie (w roli dorosłej Waris - modelka Liya Kebede, całkiem dobrze radząca sobie tutaj jako aktorka), która ucieka z Somalii przed przymusowym małżeństwem, dostaje się nielegalnie do Wielkiej Brytanii, przez kilka lat jest służącą, nieznającą prawie angielskiego, aż wreszcie pewnego dnia zostaje przypadkiem odkryta przez cenionego fotografa...
"Kwiat Pustyni" jest sprawnie opowiedzianą historią. Można jej poświęcić jedno popołudnie czy wieczór.

GosiaJG - 2010-05-03, 13:18

Główny bohater "Mniejszego zła", Kamil, to student, który, jak twierdzi, poszedł na polonistykę, by zostać poetą. Albo pisarzem, jakiś taki niezdecydowany. Już na to hasło zapaliła mi się w głowie lampeczka - oj, kojarzę ja takich, pogoniłabym nierobów do czegoś pożytecznego. ;) Zresztą te jego, pożal się, Boże, poezje... Zdanie na ich temat mam dokładnie takie, jak szacowny tatuś bohatera. :mrgreen:
Wracając do bohatera - co robi Kamil? Ano - olewa studia, zawala jakieś egzaminy. Bo "tomik przygotowywał". :shock: Skreślają go z listy studentów, więc załatwia uniknięcie wojska. Co ciekawe - wszystko, co się da, załatwia przez łóżko. A to się prześpi z sekretarką jakiegoś partyjnego, a to z jakąś panią doktor szefującą w psychiatryku, coby papiery dostać i jakoś tam przeczekać.
Ciekawe, że kobiety tak się zachowujące traktuje się jednoznacznie. Ale to facet, więc mu wolno... Swoją drogą - powodzenie, jakim cieszy się Kamilek, i fakt, że wszystkie panie momentalnie do łóżka chcą go ciągać (co im się udaje bez trudu), dowodzi jedynie tego, że w PRL-u również facet był towarem deficytowym. ;)
Podsumowując - Kamilek nie robi nic pożytecznego. Udaje opozycjonistę. Ucieka od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Potem okaże się, że zrobił coś jeszcze... Ale przecież to zawsze tytułowe "mniejsze zło" - które tylko z nazwy jest takim. Kamil jest człowiekiem bez kręgosłupa, lawirantem bez zasad.
Nie znam Lesława Żurka, ale obsadzenie kogoś tak mdłego w roli głównej nie było dobrym pomysłem. Sprawia, że widz kompletnie nie ma ochoty skupiać się na historii głównego bohatera. Za to kiedy pojawia się Janusz Gajos w roli jego ojca... Jest rewelacyjny w roli kogoś, kto zmienia się z każdym podmuchem wiatru historii. Ilu to jest takich, którzy w pierwszych rzędach pochodów pierwszomajowych chodzili, partię jedyną miłowali, a potem, kiedy tylko okazało się to opłacalne, jako pierwsi portret papieża w oknie wywiesili... :zgon:
Gajosowi całkiem udanie towarzyszy Anna Romantowska.

GosiaJG - 2010-05-04, 23:27

Woody Allen produkuje filmy jak maszynka, jeden rocznie, jak w pysk strzelił. ;) U nas "Whatever Works" (pod tak głupim polskim tytułem, że nie chce mi się go używać), a dwa następne już mu depczą po piętach.
Moim zdaniem z Allenem jest tak, że albo się go lubi jego sposób kręcenia, typ humoru, to, że w jakiś sposób jego filmy są do siebie podobne - albo nie. Ja lubię.
Moim zdaniem najlepiej Allenowi wychodzą filmy nowojorskie. "Whatever Works" jest o wiele ciekawszy niż "Vicky Cristina Barcelona" - dość pretensjonalny (chociaż na Cruz i Bardema patrzyło się z przyjemnością), z głupią bohaterką udającą mądrą, która jedzie do Europy, by "poznać sama siebie", a wraca równie głupia, jak była.
To ja już wolę otwarcie głupią Melody z "Whatever...".
Boris, główny bohater, jest po allenowsku upierdliwy, inteligentny, obsesyjny, wygadany i niepoukładany. Pozostali - to także typowa "menażeria". ;) Co prawda przemiana niektórych bohaterów jest psychologicznie wątpliwa - ale czy to istotne, skoro dostarcza tyle radości? :)

Lubię, kiedy reżyser puszcza oko do widowni. Lubię jego przegadane sceny. Lubię muzykę z jego filmów. Przesłanie "Whatever..." jest proste - ale to przecież nic złego.
Podobało mi się. :)

varka - 2010-05-04, 23:33

GosiaJG napisał/a:
Moim zdaniem z Allenem jest tak, że albo się go lubi jego sposób kręcenia, typ humoru, to, że w jakiś sposób jego filmy są do siebie podobne - albo nie.
Nie - nie lubię, dodatkowo facet wyzwala we mnie instynkty bardzo niskie - sam jego widok włącza mi wszystkie wyjące i migające na czerwono diody agresji. :-x Pewnie za mało jego dzieł widziałam, ale więcej nie dałam rady.. :roll:
GosiaJG - 2010-05-04, 23:38

varka napisał/a:
Nie - nie lubię, dodatkowo facet wyzwala we mnie instynkty bardzo niskie - sam jego widok włącza mi wszystkie wyjące i migające na czerwono diody agresji. :-x

Na pocieszenie - w tym filmie Allen nie gra. Ale jakbyś zobaczyła głównego bohatera... To w zasadzie jego alter ego, tylko bardziej łyse chyba. :)
Cytat:
Pewnie za mało jego dzieł widziałam, ale więcej nie dałam rady.. :roll:

Jak się nie podoba, nie ma się co zmuszać - chyba że Ty z gatunku masochistów. :mrgreen:

varka - 2010-05-04, 23:42

Ależ już się dawno poddałam i nie oglądam, choć niejeden wieczór przedumałam...gods..co jest ze mną nie tak? Yntelygencky światek posikany po pachi, jakie to cenne i dziejowo ważne kino robi ten pan...a ja...a ja nie daję rady...trudno - zmuszać się nie będę :nutki: :hyhy:
khosia - 2010-05-05, 00:57

A ja sie pod Tobą podpiszę. Nie podchodzi mi Allen w żaden sposób, Vicky Cristina Bacelona widziałam i nawet Cruz mi filmu nie umilała. Never again. :)
irwomen - 2010-05-05, 09:26

To obejrzyjcie "Klątwę skorpiona". Mnie się podobał ten film. Jest spokojnie inteligentny, wartka akcja, bez przesadyzmu i bardzo, bardzo przyjemny. Może jeszcze ktoś z Was podzieli moje zdanie. Znajomi z realu podzielają, chociaż nie wszyscy kochają Allena.
Mowilka - 2010-05-05, 09:30

Właśnie! Allen ma dwa oblicza. Z jednej strony te wypełnione analizą własnych fobii, jak Annie Hall albo Vicky Cristina Barcelona (i morze innych) i bardzo zgrabne fabuły - jak Klątwa Skorpiona, Tajemnica morderstwa na Manhattanie czy Strzały na Broadwayu. O, albo bardzo fajne brytyjskie Wszystko gra. Ja tego drugiego kocham po prostu. A pierwszego oglądam dla sportu
GosiaJG - 2010-05-05, 20:07

varka napisał/a:
to cenne i dziejowo ważne kino robi ten pan

A ja wiem, czy ważne dziejowo? ;) Bo ktoś taką łatkę przyczepił i trzeba na kolanach? No to rozbijamy kolejny balonik - nie trzeba. :mrgreen:
Jak napisała Mowilka, Allen prezentuje nieustanną analizę własnych fobii, manii, obnoszenie się bohaterów, będących alter ego reżysera, ze swoim nieprzystosowaniem do życia, ludzi, związków... W żaden sposób nie utożsamiam się z tymi postaciami, ale lubię na nie patrzeć. Jednak rozumiem, że to specyficzne i nie każdy lubi.

Ładnie zresztą te manie i fascynacje tzw. nowojorskich intelektualistów obśmiał Allen w "Everyone Says: I Love You".

Jakoś automatycznie głównie te "allenowskie kozetki" wybieram, muszę się przyjrzeć innym fabułom. :)

varka - 2010-05-11, 09:51

Ktoś widział?

PROROK

film ma świetne recenzje i wchodzi do kin.

Mowilka - 2010-05-11, 21:54

Tak mi dziś smutno. Zmarł Maciej Kozłowski, niezapomniany Krzywonos z Ogniem i mieczem, charyzmatyczny i przykuwający uwagę aktor. Długo chorował.

pawan - 2010-05-11, 22:51

Tak. Widziałam go na żywo na scenie kilka lat temu w "Merlinie" Słobodzianka. Rewelacyjny był. :(
GosiaJG - 2010-05-11, 22:54

I w "męskich" filmach np. Pasikowskiego był świetny.
Lubiłam go - był jak Linda, żaden tam snuj, tylko konkretny, inteligentny, autoironiczny facet.

GosiaJG - 2010-05-30, 22:33

Podejrzewam, że jeśli ktoś ma w głowie jakąś jedynie słuszną historię wersji o Robin Hoodzie, nie będzie filmem Ridleya Scotta zachwycony. Po pierwsze dlatego, że to, co widać na ekranie, jest w zasadzie prequelem do opowieści o "wesołej kompanii" i impresją reżyserską na temat tego, jak narodziła się legenda. Po drugie dlatego, że bohaterom daleko zarówno do radosnych facetów w kolorowych rajtuzach, jak i do romantycznych zabijaków zabierających bogatym, a rozdających biednym. W bardzo wczesnej młodości zachwycałam się Errolem Flynnem jako Robinem, serial z Michaelem Praedem uważam za świetny - ale nie uznaję jedynie słusznych wersji i nie brzydzę się remake'ami, a poza tym lubię działalność demitologizująco-odbrązawiającą w kinie. Dlatego "Robin Hood" Scotta przypadł mi do gustu.

Jak wspomniałam, mało tu mitu. Robinowi w zasadzie daleko do szlachetności - przynajmniej w natężeniu znanym z innych wersji. Marion ledwie przypomina lady, za to potrafi walczyć o swoje. Sporo miejsca natomiast poświęcono ówczesnym rozgrywkom państwowym - ważne role przypadają tu Eleonorze Akwitańskiej, Ryszardowi Lwie Serce, Janowi Bez Ziemi, Filipowi Augustowi, ich poplecznikom czy rywalom politycznym. Opowieść o Robinie snuta jest niejako na tle tychże rozgrywek. A chwilami nawet - w tle. Nie wiem, na ile wierni są twórcy wydarzeniom historycznym, jeśli chodzi o szczegóły - ale przecież to nie dokument, więc nie mam zamiaru się czepiać.

Ridley Scott ma charakterystyczny, rozpoznawalny styl. Tu, podobnie jak np. w "Gladiatorze", po "słowie wstępnym" i krótkim wprowadzeniu następuje scena batalistyczna. Inne sekwencje też są typowe dla Scotta. Lubię ten styl i mi się podobało.
Podobnie jak błotnista, mglista, mało estetyczna wizja średniowiecza. Nie ma tu ładnych i eleganckich, czyściutkich kostiumów, jak w filmie z Costnerem. Miejsce zamieszkania szeryfa trudno nazwać zamkiem, a rzeczywiste zamkowe posadzki kamienne w Nottingham pokryte są słomą, jak rzeczywiście w średniowieczu bywało. Marion pokazuje nieumalowaną twarz, a Robin ma brud za paznokciami.
Ani ona nie jest już młódką, ani on młodzieniaszkiem - i to też mi się podobało. Rodzenie się uczucia między nimi pokazane jest bardzo ładnie, choć powściągliwie ("Kocham cię, Marion" - rzecze Robin i odjeżdża, nawet mięsień twarzy mu nie drgnie - a przecież mógłby, jasny gwint, zatańczyć, zaśpiewać, łączek w okolicy w bród ;) ).
Aktorsko - bez zarzutu. Russell Crowe, Cate Blanchett, Mark Strong (znowu jako zły), Eileen Atkins, Max von Sydow i Mark Addy - szczególnie zapadają w pamięć.

Edit. Lubię takie historie, bo zawsze mnie inspirują do tego, by sięgnąć po książkę i przypomnieć sobie pewne fakty z historii. :)

Offtopicznie - przeczytałam w kinie tytuł "Książę Persji" jako "Książę Perwersji". :hyhy: Ciekawe, czemu? ;)

irwomen - 2010-05-30, 23:06

Skojarzenia to przekleństwo :super: Pewnie zadziałała podświadomość...
Chciałam zobaczyć "Robin Hooda", ale po tej recenzji uczynię to z pewnością.
Bardzo dziękuję za arcyciekawą opinię, Gosiu :kwiaty:

an87 - 2010-05-30, 23:37

GosiaJG napisał/a:
Mark Strong (znowu jako zły)
Mniam... :mrgreen: (przepraszam za ten brak merytoryki, ale akurat Marka lubię, powiem więcej, fascynują mnie te mroczne kreacje, chociaż swoją fascynację nim właściwie rozpoczęłam od Pana Knightleya - IMO jedynego słusznego, mniam, mniam... :mrgreen: )
Hermengilda - 2010-05-30, 23:39

Nie wiem co zrobić z Robinem. Oglądać czy nie? Bo ja uwielbiam.... nie, nie Robina w wykonaniu Costnera, tylko tego gościa, który mu ukradł przedstawienie. Czyli niezapomnianego Szeryfa w postaci Alana Rickmana. I tylko dla niego nabyłam kiedyś DVD z tym filmem (tak jak potem kilka innych ;) ).
Gladiatora bardzo lubię, ale... No mam jeszcze wątpliwości, ale jest jeszcze sporo czasu, zanim film zejdzie z ekranów.

GosiaJG - 2010-05-30, 23:41

Dziękuję, irwomen. :kwiaty:
Myślę, że jeśli ktoś nastawia się na "kanoniczną" wersję przygód Robin Hooda, z psikusami robionymi szeryfowi, może być mocno rozczarowany. Ale w innym wypadku - wydaje mi się, że nie.
Mam nadzieję, że nie zdradziłam zbyt wiele, jeśli chodzi o fabułę. Ale chyba nie - w filmie dzieje się naprawdę sporo i trzeba wytężyć uwagę, żeby połapać wszystkie państwowo-polityczne powiązania (przynajmniej ja musiałam :) ).
Nie napisałam jeszcze o rzeczy przyjemnej, chociaż może oczywistej - to jeden z tych filmów, w których Russell Crowe kipi testosteronem, więc jeśli któraś z pań go lubi, seans będzie tym milszy. :)

Tydzień temu oglądałam "Portret Doriana Graya" - ekranizację z 2009 roku w reżyserii Olivera Parkera. Podejrzewam, że niełatwo przenieść na ekran tekst, który w zasadzie jest przede wszystkim manifestem "sztuki dla sztuki", artyzmu i światopoglądu Wilde'a w tym temacie. Reżyser przesunął jednak akcenty i bardziej skupił się na ludzkiej naturze, na tym, do czego jest zdolna, jeśli nie ogranicza jej upływ czasu czy zasady moralności. Wnioski nie są zbyt pozytywne, jak wiadomo. ;)
Film, dość skutecznie chwilami straszący klimatem grozy, nie jest wierną adaptacją (o ile pamiętam książkę - a słabo pamiętam), ale najważniejsze wątki są zachowane.
Podobał mi się Colin Firth jako cyniczny lord Wotton przyczyniający się do zguby duszy Doriana. Nie przepadam za Benem Chaplinem, więc malarz Basil w jego wykonaniu mnie nie zachwycił. Ale i tak najsłabszym ogniwem jest bohater tytułowy. Odtwarzający go Ben Barnes jest mydłowaty i bezbarwny - dopiero Mowilka mi przypomniała, że widziałam go w "Easy Virtue". Był tam równie anemiczny - nic dziwnego, że go nie zapamiętałam. Jako Dorian Gray też mnie nie przekonał.
A film - można zobaczyć.

Edit.
Hermengilda napisał/a:
Nie wiem co zrobić z Robinem. Oglądać czy nie? Bo ja uwielbiam.... nie, nie Robina w wykonaniu Costnera, tylko tego gościa, który mu ukradł przedstawienie. Czyli niezapomnianego Szeryfa w postaci Alana Rickmana.

Hermenegildo, szeryf u Scotta jest niezbyt znaczącą postacią w scenariuszu - przemyka tak szybko, że nawet nie zdążyłam zauważyć, że gra go Matthew Macfadyen. ;)

Hermengilda - 2010-05-30, 23:50

A to jest jakaś w ogóle kanoniczna wersja Robina ;) ? Swoją drogą bardzo mi się spodobał swego czasu Król Artur z Owenem, bardzo niekanoniczny :) .
an87 - 2010-05-30, 23:52

GosiaJG napisał/a:
Podobał mi się Colin Firth jako cyniczny lord Wotton
Ach Colin, piękny Colin. Skoro go Gosia wywołała do tablicy to ja zaproponuję wam jeszcze jeden film też z Colinem. "Samotny mężczyzna".
W takiej roli drogie moje chyba go jeszcze nie widziałyśmy.
Film jest mocno studyjny. Najlepiej ogląda się go w małym gronie, na niewielkiej sali.
Piękna muzyka doskonale podkreśla nastrój filmu.
Opowieść toczy się w zasadzie chyba na przestrzeni dwóch max. trzech dni. Opowiada o samotności, o tym jak sobie z nią radzą pięćdziesięciokilkuletni facet i kobieta.
Nie chcę, czy też raczej nie mogę pisać więcej, żeby nie zepsuć seansu.
Doskonała kreacja Colina, Juliet Moore.
Polecam jako obraz zupełnie inny niż wszystkie. Wyciszony, stonowany i bardzo zaskakujący.

GosiaJG - 2010-05-30, 23:55

Hermengilda napisał/a:
A to jest jakaś w ogóle kanoniczna wersja Robina ;) ?

Kanoniczna jest, jakby nie było, historia o leśnym rabusiu i jego kompanii, który zabiera bogatym i rozdaje biednym. :)
Wiem, że są osoby, które za "kanoniczną" i nie do pokonania uważają wersję serialową BBC.

Mowilka - 2010-05-31, 08:36

Colin zdecydowanie - im jest starszy tym lepszy. Zawsze go lubiłam, a teraz cieszę się, że nadal ma co grać, nie tylko role ojców nastolatek.
Serial BBC, z Praedem, też w końcu nie był zbytnio "kanoniczny." Pamiętam z dzieciństwa ksiązkę "Wesołe pzygody Robin Hooda" i chyba ona w literaturze, a w filmie wersja "w rajtuzach," z Errolem Flynem, była tą najbliższą legendzie. Wesoła kompania, żyjąca w lesie pod wielkim dębem, ucztująca i popijająca soboe beztrosko, od czasu do czasu wychodząca na jakąś utarczkę z głupkowatym szeryfem. Nic z mroków, magii, celtyckich legend, okrucieństwa, Herna itd.
Wybieram się na nowego Robin Hooda. Jak sójka za morze :roll:

krasnoludka - 2010-05-31, 11:06

A ja się niestety do zachwytów nad "Robin Hoodem" nie przyłączę. Owszem - wygląda widowiskowo, ma bardzo dobrze dopracowane szczegóły, scenografię i kostiumy (ach, kiecki królowej Izabeli są po prostu ZABÓJCZE! :sli: ), ale bardzo wiele mi tam zgrzytało. Po pierwsze - fabuła prosta jak budowa cepa i takież postacie. Wiadomo z góry kto jest zły, paskudny i knuje, a kto dobry, honorowy i odważny. Nie lubię jak mi się coś łopatą do głowy kładzie - w końcu mam własny rozum i potrafię się wielu rzeczy domyślić.
Po drugie - Scott znowu musiał do fabuły wkręcić swój liberalno-demokratyczny bełkot. Tak jak w "Gladiatorze" Rzym, według niego, został założony jako republika (!!!), tak tutaj każdy średniowieczny rycerz, kmiotek i dama marzą o wolności równości i braterstwie. W XII-XIII wiecznej Anglii?!? Chyba mu się epoki poprzestawiały. To mi chyba najbardziej zgrzytało w filmie.
Po trzecie - to, że ktoś jest rycerzem, nie znaczy, że musi po komnatach królewskich łazić w stroju, który pasuje bardziej na pole bitwy. Jakby Scottowi kazali hasać całymi dniami w kolczudze, to by mu szybko ochota na zabawę rycerkę przeszła. :haha:
Jeszcze kilka rzeczy mogłabym wymienić, ale to już kopanie leżącego.
Ogólne wrażenia - kiepskie. Bardzo na ten film czekałam i chciałam zobaczyć coś innego, niż powtórkę z "Gladiatora" w innych kostiumach. Mimo tych wszystkich widowiskowych bitew (świetnie nakręconych i dopracowanych), mimo pięknych zdjęć i kostiumów byłam rozczarowana. Chyba bardziej już mi się wersja z Costnerem podobała, albo "Faceci w rajtuzach" - przynajmniej reżyser nie udawał, że zależy mu na realiach epoki.

GosiaJG - 2010-05-31, 16:23

krasnoludka napisał/a:
Wiadomo z góry kto jest zły, paskudny i knuje, a kto dobry, honorowy i odważny.

Zazwyczaj w tego typu widowiskowych filmach tak to wygląda, prawda? We wspominanym "Gladiatorze" chociażby, w "Titanicu" i setkach innych.
Cytat:
tak tutaj każdy średniowieczny rycerz, kmiotek i dama marzą o wolności równości i braterstwie.

Tak, to było zgrzytające, ale przymknęłam oko. W końcu to amerykański film, przyjmuję bez zmrużenia oka to, że cesarz walczy na arenie z niewolnikiem, to i opowiastki, jak to tatuś Robina - kamieniarz, marzył, by wszyscy równi byli, zniosę. :)
Może dlatego mi to nie przeszkadza, że traktuję te filmy raczej jako przygodowe, a nie historyczne. Podoba mi się odtworzenie realiów świata przedstawionego (dla laika, czyli nie będę się czepiać, że w II w. nie było jeszcze w Europie strzemion ;) ), a resztę sobie doczytam, bo i tak w amerykańską wersję historii nigdy nie wierzyłam. ;)
Cytat:
Po trzecie - to, że ktoś jest rycerzem, nie znaczy, że musi po komnatach królewskich łazić w stroju, który pasuje bardziej na pole bitwy.

Ale dyć Robin nie miał czasu się przebrać, ciągle w drodze był, nieustannie albo na kobyłę zsiadał, albo z niej złaził. ;)
Cytat:
Bardzo na ten film czekałam i chciałam zobaczyć coś innego

Widzisz, ja pewnie dlatego się nie rozczarowałam, bo nie miałam żadnych oczekiwań. :)
Cytat:
powtórkę z "Gladiatora" w innych kostiumach.

Tak, można w zasadzie uznać, że inna epoka, inne stroje, ale to w jakimś sensie powtórka. Tylko że mnie to nie odrzuciło, a przyciągnęło.

krasnoludka - 2010-05-31, 20:58

Ja akurat tu nie o Robinie, tylko o Godfreyu mówiłam (czyli o tym schwarccharakterze granym przez Marka Stronga). Chłop twardy był - 20 kg na grzbiecie nosił i ani nie stęknął. Dobrze, że nie kazali mu w tym uskuteczniać żadnych dworskich wygibasów. :haha:
Niestety, jak oglądam takie wypociny o heroicznej walce uciśnionych i na dodatek reżyser wali mnie łopatą po głowie, to mi się żołądek buntuje. Nie zrozumcie mnie źle - sama walka jest jak najbardziej godna pochwały, tylko podlana pompatyczno-nadętym sosem jest dla mnie całkowicie niestrawna.
Jak by wycieli te pierdoły (pardą za wyrażenie) o kamieniarzu bojowniku i malownicze zwieszanie się z framugi co poniektórych bohaterów (framugi były wirtualne oczywiście), to bym się może tak nie burzyła. Za to Cate blanchet była boska. Najfajniejsza postać w filmie. Izabela też całkiem nieźle dawała radę, jak już się wytoczyła z łóżka Jasia Bez Ziemi.

GosiaJG - 2010-05-31, 21:44

krasnoludka napisał/a:
Ja akurat tu nie o Robinie, tylko o Godfreyu mówiłam

Ano właśnie - wczoraj szukałam informacji na temat historycznego odpowiednika tej postaci, ale mało znalazłam. A mam wrażenie, że tu bardzo mocno twórcy fikcją pojechali, żeby zrobić veri bedboja. :)
Cytat:
Dobrze, że nie kazali mu w tym uskuteczniać żadnych dworskich wygibasów. :haha:

Ale nie zdziwiłabym się, jakby kazali. Tylko że on jakiś taki mało tańcowny był. ;)
Cytat:
Za to Cate blanchet była boska. Najfajniejsza postać w filmie. Izabela też całkiem nieźle dawała radę, jak już się wytoczyła z łóżka Jasia Bez Ziemi.

I Eileen Atkins jako Eleonora Akwitańska.

Swoją drogą prawie wpadłam pod krzesło, dusząc się ze śmiechu, kiedy mój mąż na widok gołębia z wiadomością wysyłanego powiedział do mnie: Patrz, twittera mają. :mrgreen:

Mowilka - 2010-05-31, 21:58

GosiaJG napisał/a:
mój mąż na widok gołębia z wiadomością wysyłanego powiedział do mnie: Patrz, twittera mają. :mrgreen:

:haha: :haha: :haha: przepraszam za mało merytoryczny komentarz, ale ryknęłam takim śmiechem, że aż klawiatura podskoczyła :haha:

an87 - 2010-05-31, 23:19

GosiaJG napisał/a:
Swoją drogą prawie wpadłam pod krzesło, dusząc się ze śmiechu, kiedy mój mąż na widok gołębia z wiadomością wysyłanego powiedział do mnie: Patrz, twittera mają. :mrgreen:
:haha: :haha: :haha: Gosiu możesz swojego chłopa ode mnie wyściskać. Prawie się udusiłam ze śmiechu. :haha: :haha: :haha:
GosiaJG - 2010-06-04, 18:03

"Bracia"

Dwóch braci. Sam (Tobey Maguire) - kapitan marines, kontynuujący rodzinne tradycje wojskowe, duma ojca, bo broni ojczyzny i amerykańskich wartości (w Afganistanie oczywiście, bo przecież tam koniecznie trzeba ich bronić). Wyjeżdża na wojnę. Zostawia w prowincjonalnym miasteczku żonę (Natalie Portman) i dwie córeczki. Zaopiekuje się nimi Tommy (Jake Gyllenhaal) - młodszy brat, który właśnie wychodzi z więzienia, czarna owca w rodzinie.

Większość akcji rozgrywa się na zapyziałej amerykańskiej prowincji, To właśnie stąd, z przeciętnych, niezamożnych rodzin, wywodzą się często żołnierze. Karmieni od dzieciństwa teoriami o "amerykańskich wartościach", patriotycznymi gadkami o służbie ojczyźnie, a zachęcani pieniędzmi, które mogą zarobić, stają się mięsem armatnim na wojnach prowadzonych przez USA. Część wydarzeń dzieje się w Afganistanie. Niestety, to film amerykański. Jedyni mieszkańcy tego kraju, jakich oglądamy, to krwiożerczy, sadystyczni talibowie.
I to w zasadzie jedyna rzecz, jakiej w filmie nie akceptuję. Uważam, że bez problemu można by zrozumieć pewne istotne kwestie w filmie, gdyby scen z Afganistanu w ogóle nie było.

Jima Sheridana cenię chociażby za "W imię ojca" i "Boksera". Wyreżyserowany przez niego obraz "Bracia" to remake duńskiego filmu z 2004 roku o tym samym tytule. Remake dość dokładny - co prawda filmu oryginalnego nie widziałam, ale jak wiadomo, nasi recenzenci nie mają oporów przed streszczaniem w swoich tekstach całości fabuły (w gimnazjum dostaliby za to jedynkę bez zbędnych ceregieli ;) ).

W "Braciach" w obrębie nieskomplikowanej fabuły bardzo dyskretnie i z wyczuciem ukazano kilka problemów. To, że stają się one istotne dla widza, to zasługa aktorów. Wszyscy, łącznie z aktorami dziecięcymi, świetnie wywiązali się ze swych zadań. Swoje robi też klimat, podkreślany niepokojącą muzyką Thomasa Newmana i piosenkami U2.
Polecam.

jagasia - 2010-06-04, 23:28

Film Bracia to i ja polecam. Jest to dramat psychologiczny zwracający uwagę na coś, co niby wiemy, ale o tym głośno się nie mówi. Film niezwykle emocjonalny, obrazy z filmu trzymały się mnie jeszcze kilka dni po seansie.
Aktorzy, cała trójka głównych bohaterów - Toby Maguire, Jake Gyllenhaal i Natalie Portman - doskonale wykreowali swoich bohaterów, emocje były bardzo autentyczne. Także małej Bailee Madison, grającej starszą córkę, należą się duże brawa.
Film wart jest zobaczenia, a i duński pierwowzór zobaczyć muszę. :)

GosiaJG - 2010-07-01, 20:21

Słowo się rzekło, kobyłka u płota - czyli jak doszło do mojej dzisiejszej bytności na seansie trzeciej części "Zmierzchu". :)

Swego czasu, kiedy w kinach królowała część druga sagi, moja dobra koleżanka z pracy, którą powoli fascynacja zaczynała ogarniać, powiedziała, że koniecznie z nią muszę pójść na część trzecią, bo na pewno nikt nie będzie chciał iść. Co prawda zna mój raczej niechętny stosunek do dzieła, ale uznała, że w końcu widziałam w kinie już dwie poprzednie części, do kina chodzić lubię, więc jakoś przeżyję. ;) Nieopatrznie powiedziałam, że ok - pomyślałam, że premiera tej trzeciej części to pewnie za jakiś rok, do tego czasu jej przejdzie... Ale gdzie tam! Wczoraj w pracy dziewczyna mnie dopada, że premiera, że idziemy, że jej obiecałam i w ogóle. Cóż było robić? :stars:
Umówiłyśmy się na godziny okołopołudniowe. Próbowałam koleżankę przekonywać, że pewnie nas nie wpuszczą na salę, bo jesteśmy za stare (obok nas śmigały dziewczątka w wieku podstawówkowo-gimnazjalnym ;) ), nic to nie dało...

Widziałam "Zaćmienie". Dla kogoś, kto czytał książkę lub widział którąś część - fabuła nie ma tajemnic. Edek kocha Belkę. Jacob też ją kocha. Belka chce zostać wampirzycą. Edek nie chce, żeby została. Dialogi w stylu:
_ Kocham cię, chcę być taka, jak ty.
- Och, nie, nie mogę tego zrobić.
- Kocham cię, chcę być wampirzycą.
- Och, nie, kocham cię, nie chcę, byś cierpiała, jak ja.
- Kocham cię, chcę być z tobą na zawsze...
... wloką się w kółko. Podejrzewam, że ta sama kartka z niektórymi tekstami funkcjonuje już od pierwszej części. ;) Tradycyjnie Belunia ma kompletnie gdzieś uczucia swoich rodziców.
Poza tym, nie wiedzieć czemu, wszystkie niedobre wampiry z całego świata (Edek należy do dobrych wampirów, gdyby ktoś zapomniał) uparły się, by polować na Belkę. Oprócz więc wichrów namiętności mamy walkę. I jeszcze usilne próby Belki, by zaciągnąć Edka do łóżka. ;) I - żeby zapełnić czymś dwie godziny - retrospekcje pod wspólnym tytułem "Wzruszyła mnie twoja historia, czyli jak zostałem wampirem".

Paru rzeczy chyba nigdy nie zrozumiem. Czemu obaj młodziankowie, podobno najlepsze towary w całej wsi, zakochali się właśnie w Belce? Jeśli ona coś w sobie ma, to na pewno głęboko ukryte. Czemu Belka, mając do wyboru gorącego Indianina z piękną klatą i zimnego umarlaka z zatwardzeniem wymalowanym na twarzy, rzuca się na tego drugiego? Edek naprawdę przez cały film ma taką minę, jakby potrzebował pilnie do toalety. Gdyby jednak przyznawać nagrody za zaprezentowanie się w charakterze kloca drewna, o palmę pierwszeństwa mogłoby powalczyć dwóch blondasków - ten grający ojca miłej wampirzej familii i ten grający jednego z "braci" - Jasper bodajże mu jest.

Tradycyjnie już urzekają swym pięknem krajobrazy. I w tle pobrzmiewa całkiem interesująca muzyka - zarówno piosenki, jak i ta ilustracyjna.

Mowilka - 2010-07-01, 21:11

Gosiu :haha: :haha: :haha: Nie wiem, czy miałaś taką myśl, ale ja MUSZĘ zobaczyć to permanentne zatwardzenie :haha:
krasnoludka - 2010-07-02, 16:04

Gosiu - gratuluję stalowych nerwów. :D Ja się wybiorę na ten film, a jakże, ale tylko w oczywistym celu - gapienia się na klatę rzeczonego gorącego Indianina. Co prawda młody on trochę, ale na szczęście już nie karalny.
Martwi mnie fakt, że najlepsze ciacho we wsi (czyt. Jacob), lata za tą mierną podróbką Katarzyny L. Dzięki wszystkim telugowym herosom, że niewiasta owa wolała bladolicego i zimnego. Przynajmniej nam się wilczek uchował. :mrgreen:

GosiaJG - 2010-07-14, 00:37

krasnoludka napisał/a:
Ja się wybiorę na ten film, a jakże, ale tylko w oczywistym celu - gapienia się na klatę rzeczonego gorącego Indianina.

To jedynie słuszny cel. :brawo:
Cytat:
Martwi mnie fakt, że najlepsze ciacho we wsi (czyt. Jacob), lata za tą mierną podróbką Katarzyny L.

Wiesz, pewnie chodzi o to, by się identyfikować z "przeciętną" bohaterką i ma to symbolizować, że każde dziewczątko na swego księcia trafi (chociaż ja dziękuję uprzejmie za tego lodowatego księcia, nie mam takich perwersyjnych ciągot, jak pani Meyerowa ;) ).
Cytat:
Przynajmniej nam się wilczek uchował. :mrgreen:

Jak się tak na to spojrzy, to nawet wszystko całkiem niegłupio się składa. :mrgreen:

Krótko o rozmaitościach spoza kina indyjskiego, zobaczonych w ostatnich tygodniach:

"Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus", czyli odgrzewana po raz nie-wiem-który historyjka o wojnie płci i o tym, kto ma gorzej, przyodziana w szatki lekkiej komedii, z opisów wynika, że romantycznej.
Mąż i żona zamieniają się miejscami - on ma sobie radzić z domem, pracą, dziećmi, remontem, zakupami itd., ona - z pracą na stanowisku kierowniczym. Z filmu wynika, że i w jednym, i w drugim przypadku różowo nie jest (chociaż przecież realnie jest tak, że kobietom jest trudniej, ale film pod tym względem stosuje równouprawnienie) - i to właściwie tyle. Plus Sophie Marceau na komediowo. Zabijać się o miejsce w kinie nie trzeba, ale zobaczyć można, szczególnie, jak mają klimatyzację. ;)

"Surogaci" - yyy, a co to w ogóle było? No właśnie... Więc nic nie napiszę poza tym, że Bruce Willis tam grał, a scenariusz był głupszy niż niektóre indyjskie komedyje. Chociaż niby na serio.

"Shutter Island" - kino amerykańskie niewiele ma ostatnio do zaproponowania, czego dowodem chociażby tegoroczne Oscary czy powyżej wspominany film. Na szczęście jest jeszcze Martin Scorsese. Nie zawsze genialny, ale trzyma poziom. "Shutter Island" to ciekawy film o pewnej wyspie, na której izoluje się chorych psychicznie przestępców; z trzymającym w napięciu od początku do końca scenariuszem i bardzo dobrym Leonardem DiCaprio w roli głównej. Polecam.

"Untold Scandal" - koreańska wersja "Niebezpiecznych związków". Znana fabuła została przeniesiona do osiemnastowiecznej Korei. Konwenanse, zasady, intrygi, zranione uczucia, zemsta - wszystko jest jak u Laclosa, tylko w innej rzeczywistości; filmowanej w urzekający sposób, wydobywający malarskość przyrody, urodę wnętrz, bogactwo strojów, detali.
Warto.

krasnoludka - 2010-07-14, 09:41

No to poszłam na "Zaćmienie". Całe szczęście, że była tam klata, bo mogłabym nie zdzierżyć tych 2 godzin. A tak, podziwiałam piękne widoki nie jednej, ale wielu umięśnionych indiańskich klat i jakoś przetrwałam przerywniki w postaci duetu Edward-Bella. Jak byli osobno, to jeszcze można ich było znieść, ale razem stanowili zbyt ciężkostrawne danie. Podejrzewam, że mogliby swym zasłodzeniem zawstydzić ilość cukru w cukrze. No i to całowanie - Bella+Edward, Bella+Jacob, Bella+Edward z Jacobem w tle, Bella+Jacob z Edwardem w tle i taka kołomyja. Jakby wycięli te sceny całowania to film byłby co najmniej o pół godziny krótszy i może mniej głupich komentarzy cisnęłoby mi się na usta. Ale przynajmniej towarzystwo na około mnie się nie nudziło. :mrgreen:
juliette - 2010-07-15, 00:29

A mnie wczoraj złe (klimatyzacja :hyhy: ) pokusiło i wybrałam się na francuski film Patrice'a Chereau "Zagubieni w miłości".
Niby dobry reżyser (zrobił np. "Królową Margot"), ciekawi aktorzy (np. Romain Duris - "W rytmie serca"). Scenariusza chyba nie było. Zdjęcia turpistyczne. Zbliżenia takie, że można pory na skórze policzyć (brr....). I odnieść wrażenie, że Francuzi to nacja, która rzadko z wanny i prysznica korzysta. Takoż mieszkań nie sprząta. Generalnie higieną głowy sobie zbytnio nie zawraca. Bo w sumie - są ciekawsze rzeczy do roboty, niż mycie czy sprzątanie :lol: . I jeszcze - jedzą jak świnki. Nie obrażając tych drugich. Scena seksu - instruktaż.
Zresztą przekleję swoją mini-recenzję :) .

Rzadko zgadzam się z opiniami panów recenzentow GW, ale tym razem z bólem serca muszę przyznać im rację. Dawno nie widziałam tak manierycznego i nieprzekonującego filmu. Co to za film o uczuciach, skoro widz nijak nie może się przejąć losami postaci? Dwie jako tako przekonujące postaci to Daniel (kompletnie niewykorzystany Romain Duris - nie bardzo miał jak pokazać, że jest dobrym aktorem) i napastujący go dziwak, grany przez Jeana-Hughuesa Anglade'a. Natomiast Charlotte Gainsborough - tak obficie chwalona za swoje płyty i piosenki (głosik to ma mizerniutki), chwalona za aktorstwo. Tylko za co? Tutaj jako żywo przypomina rybę (martwą), zarówno z wyglądu jak i z gry. Czy wszystkie aktorki francuskie są tak paskudne i tak nieprzekonujące? Czytałam kiedyś wypowiedź Żuławskiego, że aktorzy francuscy są kiepscy. Niestety duża w tym wina reżyserów. Skoro aktor nie ma możliwości zagrania - używając ciała i twarzy- emocji, a musi je tylko werbalnie przekazać, to nie dziwmy się, że wychodzi taki kit jak "Zagubieni w miłości".
Tak więc spokojnie odpuśćmy sobie film. Chyba, że jesteśmy masochistami (tak jak ja :mrgreen: )

GosiaJG - 2010-07-15, 07:47

Dzięki za opinię. Widziałam ostatnio trailer i wydał mi się interesujący. Chociaż jeśli o mnie chodzi, reżyser mnie przyciąga, a aktor odrzuca. Nie wiem, czemu, ale mam na Durisa wyjątkową alergię. Nie podobał mi się w filmie "W rytmie serca". I nieszczególnie zachwycił w "Niebie nad Paryżem", chociaż sam film był interesujący.
juliette napisał/a:
Natomiast Charlotte Gainsborough - tak obficie chwalona za swoje płyty i piosenki (głosik to ma mizerniutki), chwalona za aktorstwo. Tylko za co? Tutaj jako żywo przypomina rybę (martwą), zarówno z wyglądu jak i z gry. Czy wszystkie aktorki francuskie są tak paskudne i tak nieprzekonujące?

:haha:
Wiele aktorek i aktorów. :hyhy: Wyblakli, rozczochrani, na ekranie i nic poza tym - a potem niektórzy się zachwycają, że tak cudownie grają. ;) "Martwe ryby" to świetnie pasujące do nich określenie. W tej francuskiej komedii, którą ostatnio widziałam, Sophie Marceau też prezentuje sobą - przynajmniej przez część filmu - rozczochrane bóstwo. A jeśli chodzi o głos Charlotte, to zauważyłam, że Francuzi mają upodobanie do takich cienkich - pamiętasz Vanessę Paradis?

an87 - 2010-07-15, 08:25

juliette napisał/a:
A mnie wczoraj złe (klimatyzacja :hyhy: ) pokusiło
Trza było pójść na Shreka. Przynajmniej byś się obśmiała jak ja wczoraj. Najlepsze teksty do zaadoptowania jak zwykle osła - rewelacyjne.
GosiaJG - 2010-07-16, 19:48

"Jane Austen Book Club" - sympatyczny, niezobowiązujący film, który jednocześnie nie obraża inteligencji widza. Wszystkie bohaterki są śliczne (w różnym typie i wieku) i mądre, panowie warci uwagi (i nawet mądrzeją z czasem ;) ), fabuła toczy się lekko i sprawnie, a nad całą opowieścią unosi się duch Jane Austen. Oj, chyba powrócę do jej powieści. :)
Polecam - mimo że pierwsze kilka minut mnie lekko zdegustowało, potem już wszystko było na tak. Film w sam raz na taki upalny dzień, jak dzisiejszy. :)

GosiaJG - 2010-07-17, 23:36

"Pokuta" - głośna produkcja, nominowana do Oscara, dostała Złotego Globa i Baftę dla najlepszego filmu. Za co - powinnam zakrzyknąć dramatycznie i złapać się za framugę. ;) Ok, nie mogę mu zarzucić tym razem nieobecności scenariusza - scenariusz był. Co z tego, skoro kompletnie nie obchodziły mnie losy bohaterów? Cecilia, bohaterka grana przez Keirę Knightley (manierycznie), zachowująca się idiotycznie, nie wiadomo, dlaczego. Robbie - jako postać bardziej spójny, ale skąd, na miłość boską, wyciągnięto tego wymoczonego Jamesa McAvoya? I na dodatek zrobiono z niego amanta-kochanka, wyblakłego jak przywiędła lipa? No i przede wszystkim irytująca, egzaltowana, przemądrzała nastolatka... Nie wiem, jakie było założenie reżysera, powinnam jej współczuć? Bo najchętniej wystrzeliłabym w kosmos. ;)
Piękne plenery i szmaragdowa suknia Keiry, ale film jednorazowy.

pawan - 2010-07-17, 23:47

Jak przeczytałam tytuł filmu tylko, to pierwszą myślą było: gdzie Gosia dorwała ten film? Myślałam o "Pokucie" Tengiza Abuładze z 1984 roku :D
GosiaJG - 2010-07-25, 20:26

"To nie jest kraj dla starych ludzi" braci Coenów powstał na podstawie powieści amerykańskiego pisarza, Cormaca McCarthy'ego i zgarnął w 2007 roku mnóstwo nagród, na czele z Oscarem dla najlepszego filmu. Jaki jest mój stosunek do tych nagród, wiecie - ale wydaje mi się, że tym razem szacowna Akademia trafiła. W każdym razie - cieszę się, że wygrał ten film, a nie nominowana razem z nim drętwa "Pokuta", którą ostatnio oglądałam.

Chociaż seans filmu Coenów nie należy do przyjemnych, i to nie tylko dlatego, że mniej więcej w dziesiątej minucie jest już kilkanaście trupów.
Świat tutaj ukazany jest przerażający. Puste, spalone słońcem przestrzenie Teksasu czy Nowego Meksyku, genialnie ukazanej prowincjonalnej Ameryki (Ameryki obskurnych motelików, sklepików na końcu świata; jedyne obuwie dostępne w małomiasteczkowym salonie to kowbojki, a skarpetki dostępne są tylko w kolorze białym). Przemierzający ją psychopata, mordujący równie przypadkowo, co bezdusznie, pozbawiony jest moralności. Ale czy inni ją posiadają? Jakiekolwiek zasady? Czy tylko pieniądze się liczą?
Być może kluczem do interpretacji jest rozpoczynający film monolog szeryfa, Eda Toma Bella, poświęcony temu, jak coraz bardziej powszechne jest zło. I chyba coraz bardziej akceptowane?
"To nie jest kraj dla starych ludzi" - głosi tytuł. "Starych" - w jakim znaczeniu? Może nie chodzi tu o wiek, a raczej o ludzi "starej daty", wyznających pewne zasady? "To nie jest kraj dla starych ludzi" - brzmi jak deklaracja, stwierdzenie stanu faktycznego. Co dalej? Bracia Coenowie nie dają żadnej odpowiedzi.
Naprawdę przerażające.

GosiaJG - 2010-07-26, 16:14

Dawno żaden film nie wkurzył mnie tak, jak ten. Oczekiwałam tylko lekkiej rozrywki, a dostałam tak głupi zestaw stereotypów i szowinistycznego myślenia, że aż mdło mi się zrobiło. To mnie tylko zachęci do skończenia wreszcie książki, bo wierzyć mi się nie chce, że to kobieta wymyśliła. A może jednak pan reżyser tak poprzesuwał akcenty?

"Diabeł ubiera się u Prady"
ma w założeniu opowiadać o amerykańskim Kopciuszku z Ohio, który fuksem dostaje posadę w najbardziej liczącym się w branży czasopiśmie o modzie, dowodzonym przez potwora w spódnicy, ulega blichtrowi wielkiego świata, ale na koniec znowu uczy się, "co w życiu jest najważniejsze".

Mam sobie dać wmówić, że jak ktoś jest dobrze ubrany, to pusty, a jak ktoś wdziewa na się babciną spódnicę i okropne buciory, to od razu Nobel za myślenie? A cóż to za głupi stereotyp, że jak ktoś zwraca uwagę na to, jak wygląda, to od razu jest powierzchowny?
Tym bardziej, że to panna bohaterka wisi-mi-to-jak-wyglądam (Anne Hathaway) wydaje się na początku niezbyt rozgarnięta.
Jakoś nie chce mi się wierzyć, że jest do tego stopnia niedoinformowana, iż nie wie, jak się pisze nazwisko "Gabbana". I co, dziennikarką chce zostać? Aaa, bo ona chce taką "poważną" dziennikarką, napisała "ambitny" tekst o sprzątaczach...

Och, i żeby "ocalić samą siebie" i nie stracić ukochanego, musi oczywiście rzucić pracę. Bo ukochany ma do niej pretensje, że się zmieniła, że bywa w wielkim świecie i ma lepsze ciuchy. Bo to jej wina, że ukochany jest mało ambitny i woli z kumplami przy piwku przesiadywać, zamiast próbować coś osiągnąć. Ale to nic - przynajmniej "jest sobą", nie? A reżyser pokaże na końcu widzom, gdzie jest miejsce bohaterki. Świetnie sobie radzi w pracy - co za różnica, jakżeż takie słodkie, wielkookie dziewczę miałoby się przemienić w smoczycę, jak jej szefowa?

Przynajmniej w założeniu Miranda Priestly (Meryl Streep) miała być potworem, bo we mnie wzbudza całkiem sporą dozę sympatii.
I przy okazji kłania się kolejny stereotyp. Gdyby Miranda sobie nie radziła na wysokim stanowisku - wszyscy orzekliby, że - wiadomo, baba, nie nadaje się. Radzi sobie doskonale - jest potworem.

Na plus - poza Meryl Streep - Stanley Tucci i Emily Blunt. Role przerysowane, ale chyba o to chodziło. I rewelacyjne ciuchy głównej bohaterki. :)

Mowilka - 2010-07-26, 20:09

Ciuchy - dla ciuchów i jednej sceny Meryl Streep warto obejrzeć ten film. Nijak się on ma do książki - poza pi razy oko schematem fabularnym. Przeczytaj koniecznie (ale to nie aluzja :nutki: ), a zobaczysz, jak działa kino amerykańskie (czyja: Fabryka Przerabiania na Papkę dla 14-latków)
GosiaJG - 2010-07-26, 23:35

Mowilka napisał/a:
Nijak się on ma do książki - poza pi razy oko schematem fabularnym.

W takim razie nie jestem zdziwiona. :)
Cytat:
Przeczytaj koniecznie (ale to nie aluzja :nutki: )

Ech... Przepraszam. :kwiaty:

Mowilka - 2010-07-27, 11:33

Dyć mówię, że nie aluzja!
To jest naprawdę fajna książka, lekko napisana, o prawdziwym, elegancko opakowanym Złu. Mnie się bardzo podobała. Lukrowana wersja filmowa nie umywa się do niej.

krasnoludka - 2010-07-27, 21:46

Anne Hathaway nigdy nie była moją ulubioną aktorką i na pewno nie zyskała mej sympatii po "Diable". Za to Meryl Streep owszem. Genialnie zagrała wredną babę. :D
Jako że w sezonie ogórkowym na ambitny film nie ma co liczyć, postanowiłam zaliczyć w kinie te mniej ambitne. "Zaćmienie" mam już odfajkowane, więc nie pozostało mi nic innego jak "Wybuchowa Para", czyli "Knight & Day". No i muszę przyznać, że film bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. To porządny kawałek kina akcji, w którym efekty specjalne nie zastępują fabuły, dialogi nie obrażają inteligencji widza, a sceny komediowe są naprawdę świetne. Co prawda fanką Toma Cruise'a nie jestem, ale bez bicia stwierdzam, że był w "K&D" baaaardzo smakowity. Moja koleżanka stwierdziła, że ma syndrom Seana Connery - im starszy tym lepszy. I muszę się z nią zgodzić. W filmie Cruise gra Roya Millera - agenta służb specjalnych, który przez przypadek poznaje June Heaven (Cameron Diaz) i wciąga ją w sam środek śmiertelnej rozgrywki o najpotężniejsze źródło energii na ziemi. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość - nie zrobił tego specjalnie i bardzo starał się, żeby June dotarła na czas na ślub siostry. Cruise jest równie rozbrajająco czarujący w swych zalotach, co w rozwalaniu z kawaleryjską fantazją bad guyów i różnych rzeczy wokoło. I nawet napad z bronią w ręku na kawiarnie można mu wybaczyć. A jak stoi w zawadiacko-uwodzicielskiej pozie na dachu, z gnatem w ręku, to prawie jak mejdżor Ram wygląda i robi się w kinie ciepło. :hot: :sli: Cameron Diaz trochę mi w tym filmie zgrzytała (no ileż można grać te rozwrzeszczane, głupie blondynki), ale nawet ona miała swoje niezłe momenty. Ogólnie polecam, jako świetną rozrywkę na letni wieczór. :D

GosiaJG - 2010-07-29, 10:19

krasnoludka napisał/a:
No i muszę przyznać, że film bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. To porządny kawałek kina akcji, w którym efekty specjalne nie zastępują fabuły, dialogi nie obrażają inteligencji widza, a sceny komediowe są naprawdę świetne.

A to już całkiem sporo w amerykańskim kinie rozrywkowym. :) I nie tylko amerykańskim.
Cytat:
Co prawda fanką Toma Cruise'a nie jestem, ale bez bicia stwierdzam, że był w "K&D" baaaardzo smakowity.

Uważam, że Tom w kilku filmach naprawdę dobrze zagrał, jest dobry, tylko ostatnio jakoś bardziej kojarzy mi się ze scjentologami, niestety (i nie jest to pozytywne skojarzenie) niż z graniem.
A smakowity był w "Mission: Impossible 2", na początku, kiedy wisiał na skale. :mniam:
Cytat:
Moja koleżanka stwierdziła, że ma syndrom Seana Connery - im starszy tym lepszy.

Och, jejku, Sean! Szczerze mówiąc, to on mi się nigdy nie podobał w czasach, kiedy grał Bonda (znaczy wizualnie mi się nie podobał, bo Bondem był najlepszym i "Pozdrowienia z Rosji" oraz "Goldfinger" to moje ulubione odcinki), za to później... W takiej "Twierdzy" albo "Osaczonych"! Pamiętacie, jaką on tam miał scenę z Catherine Zetą-Jones? :hot:
Taaa, koleżanki z pracy dziwnie patrzą na moje upodobanie do Seana i Clinta Eastwooda oraz ich zmarszczek - nie wiem, czemu. :)

"Idealny facet dla mojej dziewczyny". Nie wiem, co mnie podkusiło. Znaczy wiem - Dorociński. Dobrzy ludzie ostrzegali (dziękuję, dziewczyny :) ). Plakat promocyjny był koszmarny. Sama chciałam.

Film nie jest tak zły, jak myślałam. Nie jest też dobry. Ma parę sympatycznych momentów. To znaczy... A może inaczej - gdyby tylko twórcy wiedzieli, co chcą zrobić i gdyby nie próbowali podlizać się widowni za pomocą prostackich stereotypów... To nie masala, nie potrafią jej robić. Gdyby skupili się na komedii romantycznej - ten wątek najbardziej mi się podobał - byłoby dobrze.
Ale komedii romantycznej było najmniej. Najwięcej za to próby satyry na polskie społeczeństwo, podlanej pseudopsychologicznymi scenkami. Jedno i drugie mało udane, niestety.
Miałka satyra zasadzona została na najtandetniejszych, za to zapewne z entuzjazmem przyjmowanych stereotypach. Z czego się nabijamy - ano z tego, z czego najłatwiej, czyli z kościoła i feminizmu. Kościół - to wyłącznie brudne interesy księdza Leona, ojca dyrektora pewnego radia (nie TEGO, konkurencyjnego rzekomo, ale analogie wszelakie są tak dużymi literami pisane, że już bardziej się nie da). Plus fałsz i cwaniactwo. Feministki - to głównie debilne babochłopy, brzydkie (może dlatego jedną z nich gra Globisz - chociaż w zasadzie jest mężczyzną, który woli być kobietą ubierającą się jak mężczyzna...), rozwrzeszczane, nienawidzące mężczyzn, posługujące się pseudonaukowym bełkotem, na dodatek, nie wiedzieć czemu, wszystkie są lesbijkami. Ale tylko przez przypadek, bo twórcy wychodzą z podobnego przekonania, jak część społeczeństwa, że lesbijce to przecież tylko chłopa trza, żeby lesbijką być przestała.
Ale przecież taki obraz feministek utrwalają nasze media, prawda? Nie twierdzę, że skrajnych postaw nie ma, nie twierdzę, że nie istnieje bzdurny bełkot w obrębie feministycznego dyskursu - tylko, na miłość boską, nasze społeczeństwo i tak jest wrogo nastawione do feministek, nie mając oczywiście pojęcia, czym feminizm jest, a film tę niechęć umacnia. Jeśli mówię komuś, że jestem feministką, spotykam się często z takim spojrzeniem, jak gdyby ktoś się zastanawiał, gdzie schowałam ogon albo brodę...

Odeszłam od tematu. :) Ale też nie bardzo jest o czym pisać. Fabułka jest taka: jest pewna para, Klara (Izabela Kuna) i Luna (Magdalena Boczarska). Klara, żeby zdobyć pieniądze z feministycznej fundacji, ma zamiar nakręcić "erotyczny film feministyczny", który tak naprawdę jest zwykłym pornosem, tylko z dorobioną ideologią. Do rozwinięcia tej ideologii zatrudnia "genialną" reżyserkę teatralną (Maria Seweryn), która wsławiła się adaptacją "Hamleta" z Ofelią i Laertą (a jakże) jako głównymi postaciami. Główną rolę żeńską ma zagrać Luna, a jako kandydat do roli męskiej zgłasza się Kostek (Marcin Dorociński), który w międzyczasie w Lunie się zakochał. Kostek ma chorą psychicznie matkę, wychowany został przez wuja-księdza i jej siostrę, jest kompozytorem i pisze oratoria w stylu Rubika, czego nienawidzi, ale wujcio go szantażuje emocjonalnie i komponować każe. I tak się to wszystko toczy aż do finału w talk-show (co za durny pomysł!) i jeszcze większego stężenia stereotypów.

Nie znam się na polskich aktorach, ale... Magdalena Boczarska, która gra Lunę, czyli jest niby heroiną - ani specjalnie ładna nie jest, ani uwagi nie przyciąga grą. Ja nie wiem, jakichś lepszych młodych aktorek nie mamy? Marcin Dorociński - wręcz przeciwnie, uwagę przyciąga, ma coś w sobie i grać potrafi (chociaż nad ciałem powinien trochę popracować - taaa, wiem, zboczenie bollywoodzkie ;) ). Jest jeszcze Olbrychski, wspomniany Globisz, jakaś ekipa młodziaków, których bez zerknięcia w ściągę wymienić nie potrafię, a zerkać mi się nie chce, bo już i tak się rozpisałam. Więc to by było na tyle.

Hermengilda - 2010-07-29, 16:00

GosiaJG napisał/a:
Och, jejku, Sean! Szczerze mówiąc, to on mi się nigdy nie podobał w czasach, kiedy grał Bonda (znaczy wizualnie mi się nie podobał, bo Bondem był najlepszym i "Pozdrowienia z Rosji" oraz "Goldfinger" to moje ulubione odcinki), za to później... W takiej "Twierdzy" albo "Osaczonych"! Pamiętacie, jaką on tam miał scenę z Catherine Zetą-Jones?

Tak na marginesie - ja mam tak samo i tu zawsze kłócę się z bratem, który twierdzi, że młody Connery to bóg seksu ble ble..., w tym momencie zawsze prycham i stwierdzam, że dopiero na dojrzałego można popatrzeć, on mi na to, że się nie znam, ja mu na to... itp :) .
A Dorociński mnie kupił bez reszty swoją rolą w Vinci (tam go uwidziałam pierwszy raz) i jakimś dziwnym trafem nie tyle widokiem (choć ten zacny bardzo i podchodzi mi jak najbardziej), co głosem. Wieki temu podobnie odlatywałam na punkcie głosu jednego faceta, który w "Metrze" śpiewał kilka linijek w jednej z piosenek. Czasem tak po prostu mam ;) .

an87 - 2010-08-05, 09:12

Ludzie, ludziska! Polazłam wczoraj na Incepcję z DiCaprio!
CO ZA FILM!!!! CO ZA FILM!!!!
Ponieważ osobiście lubię takie odjechane tematy film podobał mi się BARDZO!!!
Sori za tę euforię, ale trzyma mnie od wczorajszego seansu.
Po pierwsze primo: genialna muzyka mojego ukochanego Hansa Zimmera
Po drugie primo: kapitalnie zrobione efekty specjalne (w sumie nic szczególnego ale chodzi o ich wykorzystanie)
Po trzecie primo: Intryga
Jest sobie taki jeden, co to go zwą Cobb (DiCaprio). Gość potrafi majstrować w snach a przy tym jest mistrzem w wydobywaniu sekretów ukrytych głęboko w świadomości właśnie podczas snu, kiedy umysł każdego człowieka jest najbardziej wrażliwy. Pan Cobb z racji swych umiejętności zajmuje się przede wszystkim szpiegostwem przemysłowym. Niestety z racji swej działalności traci wszytko to co najbardziej kocha (DiCaprio w roli ojca :mniam: , ale o DiCaprio później). Zgłasza się do niego facet, który proponuje mu wyczyszczenie kartoteki i odzyskanie tego co stracił. Pod jednym warunkiem wraz ze swym zespołem dokonać ma rzeczy niemożliwej: zamiast skraść myśl, zaszczepić ją w śpiącym umyśle.
I tu zaczyna się jazda. Musi zmierzyć się nie tylko z umysłem śpiącego...
Zabawa płaszczyznami Eschera :mniam:
I wreszcie DiCaprio. (a właśnie dobra obsada)
Jak nigdy za DiCaprio nie przepadałam (ani Titanik, ani Romeo i Julia) tak muszę stwierdzić, że zaczyna prezentować kawał dobrego aktorstwa. No i oczywiście wreszcie zaczyna wyglądać jak człowiek, znaczy ładnie dojrzewa i pewnie ładnie się zestarzeje, czego nie można powiedzieć o kilku innych gwiazdach od Aleca Baldwina poczynając.

Film polecam każdemu, kto lubi pokręcone historie, psychologię i trochę SF.
I jeszcze jedno. Chciałabym potrafić robić to co on.
Ach jakbym sobie stworzyła takie wysepki na jeziorze Mistawis albo Zielone Wzgórze *i poszła marzyć :hyhy: *

Mowilka - 2010-08-05, 09:18

Chodzi za mną ta Incepcja, od kiedy zobaczyłam trailer przed Khanem i oniemiałam. Rekomendacja Twoje i dziada...Może wreszcie dam sobie kopa, zeby się wybrać. Dzięki :kwiaty:
GosiaJG - 2010-08-10, 23:54

"Incepcja" wydaje się jedną z niewielu interesujących pozycji, jeśli chodzi o letni repertuar. Mamy zamiar się wybrać.

"A Single Man". Po seansie zerknęłam do imdb. Reżyseria - Tom Ford. TEN Tom Ford? Rzeczywiście, to on. Może dlatego film jest tak bardzo wystylizowany, pełen dbałości o szczegóły. I symbolicznych scen, które można uznać za ważne i piękne lub niepotrzebne i irytujące. W zależności od nastawienia.
Akcja filmu, osadzona na początku lat 60., ukazuje jeden dzień z życia George'a Falconera, wykładowcy literatury. Dzień to szczególny -
Spoiler:

niedawno zginął w wypadku ukochany George'a i bohater postanawia popełnić samobójstwo; do czego drobiazgowo się przygotowuje. Tak drobiazgowo, że niektóre sceny - np. sama próba samobójcza - są "wisielczo" zabawne.


- ale i bardzo zwykły. Praca, wizyta w banku, spotkanie z przyjaciółką... Poza tym widz zostaje też dopuszczony do wspomnień bohatera, ukazanych w postaci retrospekcji.

"A Single Man" to film bardzo powolny, złożony z długich ujęć i niezbyt wielu dialogów. Jeśli nie nuży - to dzięki Colinowi Firthowi, który świetnie portretuje Falconera. Jego samotność, tęsknotę, śmiesznostki, nawyki. Warto też wspomnieć o Julianne Moore, bardzo dobrze grającej Charley, jego przyjaciółkę.

Przy okazji wtręt Oscarowy. Z pięciu nominowanych ról męskich widziałam cztery. Powinien wygrać Colin. Oscara dostał Jeff Bridges. Nie, nie był zły - chociaż podobną postać zagrał chociażby w "The Big Lebowski". Jednak potwierdził tezę, że aby otrzymać Oscara, trzeba dać się oszpecić, zagrać człowieka z marginesu albo pijaka. A najlepiej - wszystko razem.
"Crazy Heart" to typowa historia muzyka country, alkoholika, który upada na dno, a potem się podnosi. Okraszona ogromną dawką country, której nie lubię. Nic, co koniecznie trzeba by zobaczyć.

Edit. Zapomniałam dodać - w "A Single Man" jest piękna muzyka Abla Korzeniowskiego.

Mowilka - 2010-08-13, 11:56

Wybrałam się wczoraj z koleżankami na Mine vaganti.
Ja w ogóle przepadam za klimatami Ferzana Ozpetka, od czasów, kiedy zachwycił mnie pierwszy jego film, jaki obejrzałam, On, ona i on, który tak naprawde miał tytuł Nieświadome wrózki. Potem były przepiękne Okna, Haman, Saturno Contro - trochę jakby słabszy. Ozpetek jest Turkiem zyjącym i tworzącym we Włoszech. W jego filmach trzy rzeczy były dotąd charakterystyczne: pewien smuteczek unoszacy się nad pięknymi opowiesciami, wspaniale klimatyczna muzyka i wątki gejowskie (ale nie za nie je kochamy :lol: ). Tym razem zabrakło jednego - smuteczku.
Film ogląda się cudnie i - co najważniejsze - nie sposób nie rechotać podczas oglądania, co może wydawać się dziwne wobec tematu, jaki porusza.
Mamy mianowicie wielką, szczęśliwą, wielopokoleniową, zamożną włoską rodzinę, od wielu lat produkująca makarony. Mieszkają w rozległym domu w małym miasteczku, zajmują się fabryką, razem ucztują przy wielkim stole, śmieją się i pija wino. A jednak... Od kiedy syn - dziedzic fortuny wyzna, ze jest gejem, a ojciec dostanie zawału serca po tej wiadomości, rodzina odkrywa nam się coraz bardziej. I dowiadujemy się, ze nikt z jej członków nie spełnił swojego marzenia, nikt nie żyje tak, jak chciał, każdy chowa zadrę w sercu i ukrywa ją jak może - romansami, alkoholem, ironią...
Piękny film, o dziwo - opowiedziany lekko, wspaniale spedzony czas w kinie. bardzo polecam.

krasnoludka - 2010-08-14, 00:44

Padłam. Wgniotło mnie w siedzenie. Starło na proch. Rozjechało walcem. Najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie zaczyna wzrastać. Genialny film - "Incepcja". Jeśli jeszcze nie byłyście, to wybierzcie się obowiązkowo. Christopher Nolan jest niekwestionowanym geniuszem snucia historii trzymającej nerwy widza w stanie permanentnej gotowości i niepewności. No i ta obsada! Nie wiem jak on to zrobił ale pchnął wszystkich - od Leonardo (niesamowity!) po młodziutką Ellen Page na wyżyny pierwszorzędnego aktorstwa. Absolutnie polecam!!!
an87 - 2010-08-14, 11:58

krasnoludka napisał/a:
Padłam. Wgniotło mnie w siedzenie. Starło na proch. Rozjechało walcem.
O! Jak widzę nie tylko ja tak zareagowałam :mrgreen:
pawan - 2010-08-14, 12:08

Też byłam na Incepcji, ale wrażenia mam inne. Owszem, bardzo sprawnie zrealizowany film, całkiem ciekawy pomysł scenariuszowy (kilka niedociągnięć), ale emocjonalnie pozostawił mnie w 100% obojętną. Nie potrafilam się ani na moment zaangażować w oglądaną historię i nie wiem dlaczego, bo poszczególne elementy filmowej układanki były wzięte ze źródeł, które lubię i które mnie wzruszają, np. z jednej strony alternatywne światy w stylu matrixowym, z drugiej nieśmiertelna historia Orfeusza i Eurydyki.
GosiaJG - 2010-08-14, 19:16

"Incepcja" to chyba jedyny film wakacji, o którym w ogóle się mówi. Dobry scenariusz we współczesnym kinie to już naprawdę sporo.
Pawan, zainteresowałaś mnie tym Orfeuszem i Eurydyką. :)

A my robimy sobie powtórkę "Władcy Pierścieni". Dostałam na urodziny rozszerzoną wersję całości i wreszcie się do niej zabraliśmy. To wspaniały film. Jedna z najlepszych ekranizacji literatury, jaką kiedykolwiek widziałam. Zrealizowana tak, że zapiera dech. A przy okazji nie zaprzepaściła ducha i klimatu genialnej powieści Tolkiena.
Dziś ciąg dalszy. :super:

krasnoludka - 2010-08-16, 10:51

A mnie właśnie "Incepcja" bardzo zafascynowała i 2,5 godziny spędziłam na krawędzi krzesła, obgryzając paznokcie z nerwów. Można by się oczywiście przyczepić do końcówki, że przewidywalna, ale w ogóle nie zepsuło mi to wrażeń i emocji związanych z filmem.
an87 - 2010-08-17, 13:00

Bliźniak o czym Ty mówisz, jaka przewidywalna. A jesteś pewna, że skończyło się tak jak by się wydawało, że się skończyło a nie był to
Spoiler:

kolejny sen w śnie? Bo ja mam wrażenie, że tak na prawdę to nie była jawa! On w dalszym ciągu spał.


krasnoludka - 2010-08-17, 13:06

No właśnie o to mi chodziło. Ja się domyśliłam,
Spoiler:

że będzie się kręcić. :D


an87 - 2010-08-17, 13:10

No właśnie! IMO
Spoiler:

Incepcja 2


pawan - 2010-08-19, 14:14

To może polecę już starszy film, ale ciągle zachwycający.

Król tańczy.

http://www.youtube.com/wa...feature=related

Namiętność, władza, zdrada, cierpienie i dużo genialnej muzyki. Bolly w całej krasie.

Dwa fragmenty.

http://www.youtube.com/wa...feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=uL6EtdH3bho

Eli_Lu - 2010-08-19, 21:27

pawan napisał/a:
To może polecę już starszy film, ale ciągle zachwycający.

Stokrotne dzięki, nie znałam :kwiaty: ...zachwycające, uczta dla zmysłów...merci za barokowe cudeńka na wątku teatralno-operowym...kocham...pożądam więcej :sli: :mrgreen:

krasnoludka - 2010-08-19, 21:43

:shock: Wow! Boskie! Kcem! Pożondam! Co za cudeńko nam tu podrzuciłaś. Dziękuję :kwiaty:
pawan - 2010-08-19, 22:39

Się cieszę, bo barokowa opera to moja druga (albo pierwsza) fascynacja obok bolly.
GosiaJG - 2010-08-27, 20:56

Zobaczyliśmy kilka dni temu "Kołysankę" Juliusza Machulskiego - dość karkołomne połączenie komedii i horroru. Chociaż tak naprawdę taki to horror, że nawet ja się nie bałam. :)
Do pewnej wioski na Mazurach przeprowadza się rodzina... wampirów. :)Makarewiczowie, jak się okazuje, problemy mają dość typowe - czwórka dzieci (piąte w drodze), zrzędliwy i tracący zęby dziadek, wyżywić wszystkich trzeba (krwią oczywiście), nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, zarobić jakieś pieniądze...
A tu w wioseczce zaczynają znikać ludzie, policja się po podwórku pałęta, dzieci i dziadka straszy - oj, niełatwy los wampirów we współczesnej Polsce "B". :)
Lubię czarny humor, podobali mi się aktorzy (szczególnie Więckiewicz w roli ojca rodziny). To był całkiem udany seans.

Hermengilda - 2010-08-27, 21:40

Już dawno słyszałam o tym filmie i zastanawiałam się, ugryźć to? ;) Bo miałam jakieś obawy, jak to wyszła czarna komedia made in Poland. Rozumiem, że warto zaryzykować :) .
GosiaJG - 2010-08-27, 21:44

Myślę, że warto. :) Wcześniej polecały ten film an i juliette, dlatego po niego sięgnęłam. I całkiem miło spędziłam czas. :)
an87 - 2010-08-27, 21:59

Ja tam bawiłam się w kinie przednio. Uśmiałam się, ze ho ho. Lubię taki czarny humor.
Zaś wampir
Spoiler:

ssący krew przez słomkę

to doskonały pomysł :haha: :haha:

juliette - 2010-08-31, 23:15

Troszkę w nawiązaniu do postu Gosi, a troszkę OT :)
Amerykańska "Mamuśka" też nie jest oryginalną wersją, na sto procent jest wersja telewizyjna - niestety nijak nie mogę sobie przypomnieć tytułu (ani aktorów - choć wydaje mi się, że rolę ojca grał Corbin Bernsen).
I nie jest to jedyny przypadek takiego kinowego remake'u filmu telewizyjnego.
Np. "Gorączka" M. Manna ma pierwowzór (tegoż samego reżysera) pt. "Wydarzyło się w Los Angeles"
http://www.filmweb.pl/fil...les-1989-105864
a "Czerwony smok" też miał poprzednika o wiele lepszego niż on sam, a mianowicie:
http://www.filmweb.pl/film/%C5%81owca-1986-30431
Nie wiem jaka idea przyświeca robieniu remake'ów gorszych od oryginałów :roll:

GosiaJG - 2010-08-31, 23:26

Przeniosłam i możemy pisać do woli. :)

Nie wiem, jak jest z pierwowzorem "Gorączki", bo nie widziałam, tylko czytałam - ale za wersję kinową dałabym się pokroić, to jeden z moich ulubionych filmów. :mrgreen:

Przy okazji - przeczytałam wczoraj ciekawy artykuł na stopklatce:
http://www.filmweb.pl/art...Hollywood-64309
Niektóre wnioski autora pokrywają się z tym, co myślę o obecnym kinie amerykańskim.
To mnie lekko zmroziło:
Na czym polega idea "high concept"? Jest to pojęcie zaczerpnięte z amerykańskiej telewizji, wprowadzone do obiegu przez Barry’ego Dillera i Michaela Eisnera, dyrektorów stacji ABC w latach 60. Oznacza produkt – telewizyjny, filmowy – prosty w opisie, atrakcyjny, a więc łatwo sprzedawalny. Kluczowy jest właśnie opis. Podobno dobry scenariusz "high concept" da się streścić w 20-25 słowach – naszkicować fabułę, tło akcji, bohaterów, a nawet ustalić docelową grupę odbiorczą.

an87 - 2010-09-01, 08:26

juliette napisał/a:
Nie wiem jaka idea przyświeca robieniu remake'ów gorszych od oryginałów :roll:
Ale one z założenia są dobre a nawet lepsze od oryginałów, tylko potem wychodzi byle jak :mrgreen:
Mowilka - 2010-09-09, 10:57

Z remanentów końca wakacji polecam francuski film Bazyl, człowiek z kulą w głowie.
Dla zainteresowanych powiem, jak w reklamie: film twórców Delicatessen i Amelii ;)
Jeśli ktoś polubił specyficzny klimat tamtych opowieści, Bazyl go zachwyci. Napotka ten sam świat, niby wspołczesny, niby Paryż, a jednak nie do końca. Obsada aktorska też znajoma: co chwila wykrzykiwaliśmy - o, to sprzedawca warzyw z Amelii! A to Smutna Magdalena! W roli Bazyla - Dany Boon, za którym zaczynam przepadać - grał smutnookiego listonosza w Jeszcze dalej niż północ, ktory to film po prostu uwielbiam.
Bazyl został kiedyś pprzypadkowo postrzelony w głowę podczas ulicznej strzelalniny. Kula nie zabiła, utkwiła w czaszce i jest żywym zagrożeniem - w kazdej chwili możen ruszyć i zabić Bazyla. Lekarze są bezradni. Bazyl traci dom, pracę... na szczęście pomocną dłoń oferuje mu swoista "rodzina zastępcza," gromadka ludzi żyjących w zgodzie na wysypisku śmieci. Przy ich pomocy Bazyl postanawia zemścić się na perfidnych handlarzach bronią. A jak to robi! To trzeba zobaczyć!
Film jest zabawny, wzruszający, piękny! Bardzo polecam.

GosiaJG - 2010-09-11, 17:04

Dzięki za polecenie "Bazyla". :)

Ja dziś tylko z... reklamą. :)
Jeszcze niedawno amerykańscy aktorzy uważali, nie wiedzieć, czemu, że występowanie w reklamie jest uwłaczające, ale że przynosiło dochód, to kręcili reklamy w Japonii. ;) Na czym zasadza się m.in. fabuła "Lost in Translation".
Obecnie coraz częściej traktuje się reklamę, także na Zachodzie, jak małe dzieło sztuki, zatrudnia się do ich tworzenia reżyserów i znanych aktorów. Najnowszą reklamę perfum Diora - Homme - nakręcił Guy Ritchie. W głównej roli wystąpił Jude Law oraz słowacka modelka, obecna ukochana reżysera. Filmik ma aż pięć minut, więc nie wiem, gdzie będzie pokazywany - ale myślę, że warto zobaczyć. Ma też ciekawą ścieżkę muzyczną:
http://www.youtube.com/wa...layer_embedded#!

krasnoludka - 2010-09-11, 20:23

Wow! Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Genialny sposób na reklamę. Chociaż w sumie nie powinno mnie dziwić, że Guy Ritchie wyreżyserował świetny film. Poza jedną wpadką z Madonną jak dotąd wszystko idzie mu jak po maśle.
pogoda - 2010-09-13, 00:23

Świetna ta reklama, Bond w pełnej krasie. :mrgreen: A Jude jaki ma piękny w sam raz dywanik. :hot:
Pewnie w kinach będzie puszczana, podobnie jak reklama Channel Nr 5 Baza Luhrmanna z Nicole Kidman.
http://www.youtube.com/wa...feature=related (Trochę kiepska wersja, ale lepszej nie znalazłam)
Kolega z pracy polecał mi reklamę BMW z Clievem Owenem, właśnie ją znalazła, jak się okazuje ją też reżyserował Guy Ritchie. Ta jest jeszcze dłuższa, bo trwa 7 minut, jest przezabawna. Krasnoludko, jest tu Madonna, ale myślę, że warto zaryzykować. ;)
http://www.youtube.com/watch?v=EKWVFAEiV6Y

virgo - 2010-09-14, 10:48

Colin Firth is Britain's Handsomest Man - zgadzam się z tym w 100% :brawo: Pan Darcy :love: :
http://www.zimbio.com/Col...+Handsomest+Man
Cytat:
“But it's unlikely that many men will be able to recreate the magical moment when Mr. Darcy came out of the lake, dripping wet - yet positively perfect and sexy - making all the women watching take a very deep breath.”

:zgon:

an87 - 2010-09-14, 10:56

virgo napisał/a:
Colin Firth is Britain's Handsomest Man - zgadzam się z tym w 100% :brawo: Pan Darcy :love: :
Zgadzam się z powyższym w 1000%. Zwłaszcza jako Pan Darcy, ale również jako Valmont. A no i oczywiście jako Mark Darcy!!!! :yeah:
Parmita - 2010-09-14, 11:18

Się też zgadzam. :) Po tym cytacie od Virgo jeszcze mi się miłości wyznanie przypomniało:

"You are too generous to trifle with me. If your feelings are still what they were last April, tell me so at once. My affections and wishes are unchanged, but one word from you will silence me on this subject for ever." :love:

Aż nabrałam ochoty na powtórkę Pride and Prejudice <3
I pomyśleć, że to MacFadyena wersja Darcy'ego jest przez niektórych uważana za najlepszą...

Mowilka - 2010-09-14, 11:19

:brawo: :brawo: Pana Darcy wielbię.
Ale ilu tam jest innych przystojnych - choćby Sean Bean <3 , Clive Owen <3 , Jonahtan Rhys-Meyers <3 . Albo Alan Rickman, czy Sean Connery <3

Edit: phi, McFadyen! Dobrze zagrał, ale pan Darcy to to nie był.

virgo - 2010-09-14, 11:27

Mowilka napisał/a:
Ale ilu tam jest innych przystojnych

Od lat mam wielką słabość do Ralpha Fiennesa, który na długo przyćmił mi postać Geofrey'a Cliftona w "Angielskim pacjencie". Dla Fiennesa się poświęciłam i obejrzałam "Księżną", choć ciężko znoszę na ekranie Keirę.

Mowilka - 2010-09-14, 11:46

virgo napisał/a:
Od lat mam wielką słabość do Ralpha Fiennesa, który na długo przyćmił mi postać Geofrey'a Cliftona w "Angielskim pacjencie". Dla Fiennesa się poświęciłam i obejrzałam "Księżną", choć ciężko znoszę na ekranie Keirę.

O tak - podpisuje się. I co do Ralpha i co do Keiry

BTW: dla wielbicielek Mareczka - Bobka - nasza tv powtarza Brzydulę

an87 - 2010-09-14, 12:45

virgo napisał/a:
Od lat mam wielką słabość do Ralpha Fiennesa
O tak zwłaszcza w roli Heathcliffa. Jest mroczny, tajemniczy, okrutny, zdesperowany, szalony. Jest piękny!
http://gfx.filmweb.pl/blog/79309/546457.1.jpg <3

GosiaJG - 2010-09-14, 15:05

virgo napisał/a:
Colin Firth is Britain's Handsomest Man - zgadzam się z tym w 100% :brawo: Pan Darcy :love:

Najpierw o urodzie. :)
Hmmm... Uważam, że Colin Firth jest bardzo przystojny, ale z pewnością nie "naj". Bardziej chyba głosowałabym na Clive'a Owena. Ale w sumie nie wiem. Trudno mi powiedzieć, kogo uznałabym za najprzystojniejszego Brytyjczyka. Uważam, że oni często są "przystojni inaczej" - co tak w ogóle mi się podoba, np. uważałam zawsze za bardzo przystojnego Roberta Carlyle'a czy Raya Winstone'a. :)
Colin jest świetnym aktorem, ale starzeje się średnio (nie każdy jest Seanem Connerym :) ). Jako Darcy był świetny (chociaż Macfadyen też mi się podobał - nawet jeśli ta wersja "Dumy..." miała niewiele z ducha powieści), a jeszcze większe brawa należą mu się za to, że udało mu się wyrwać z "szufladki" Darcy'ego, w którą go wrzuciła publiczność.
virgo napisał/a:
Od lat mam wielką słabość do Ralpha Fiennesa

Ja z Fiennesem mam problem. Jeśli chodzi o wygląd, uważam, że tak naprawdę przystojny był w "Wichrowych Wzgórzach", niezły też w "Strange Days". Ale poza tym wizualnie mnie nie kręci. Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, uważam, że Fiennes jest przeceniany, trochę jak Aamir Khan w kinie indyjskim. Owszem, ma naprawdę świetne role - jego Amon Goeth był przerażający, Heathcliff fascynował; ale już w "Lektorze" był przeciętny, a do komedii romantycznych nie nadaje się wcale. Owszem, nie musi przecież w takich grać, ale skoro grał, to go oceniam. :)

virgo - 2010-09-14, 17:07

GosiaJG napisał/a:
a do komedii romantycznych nie nadaje się wcale

Z tym się zgadzam. Na szczęście po eksperymencie z "Pokojówką na Manhattanie" dał sobie spokój.
Ja najbardziej lubię go w filmach: "Koniec romansu", "Wierny ogrodnik" i "Angielski pacjent", ale twierdzę, że jemu najlepiej wychodzą nietypowe role. Świetnie zagrał niewidomego w "Białej hrabinie", schizofrenika w "Pająku", psychopatycznego mordercę w "Czerwonym smoku" czy preferującego młodych chłopców homoseksualistę w "Chromofobii". Dobrze poradził też sobie w potrójnej roli w "Kropli słońca" (niedwano oglądałam po raz trzeci; piękny, ale smutny film).

GosiaJG napisał/a:
Colin jest świetnym aktorem, ale starzeje się średnio

Spośród jego nowszych filmów, które widziałam, nie podobał mi się w "Przypadkowym mężu", ale raczej nie ze względu na wygląd, ale pierdołowatość. Strasznie nudny tam był. Za to uwielbiam go w " Easy Virtue" ("Wojna domowa"). Colin mi się niezmiennie podoba, pomijając moment, gdy ważył ciut za dużo. :)

pawan - 2010-09-14, 17:20

Ralpha Fiennesa bardzo lubię w "Onieginie". Rewelacyjna adaptacja.
GosiaJG - 2010-09-14, 17:21

virgo napisał/a:
Z tym się zgadzam. Na szczęście po eksperymencie z "Pokojówką na Manhattanie" dał sobie spokój.

"Oscara i Lucindę" też można by od biedy podciągnąć pod "awanturniczą komedię romantyczną" - wynudził mnie ten film, mimo dobrej obsady, niemiłosiernie. :)
Przyznaję, że z podobnego powodu nie przebrnęłam przez "Kroplę słońca" - ale może jeszcze kiedyś znajdę na ten film dzień, bo akurat tam Fiennes też mi się podobał.
Cytat:
Za to uwielbiam go w " Easy Virtue" ("Wojna domowa").

Ja też - stworzył świetną postać, w parze z Kristin Scott-Thomas są wspaniali. Sam film też bardzo dobry, a szczególnie wyróżnia się właśnie starsze pokolenie, pozostawiając daleko w tyle mdłych młodziaków. To samo można zresztą dostrzec w "Mamma Mia" - o, tam swoją drogą Colin też jest wspaniały. :mrgreen:
To nie jest tak, że mnie się Colin wizualnie wcale nie podoba. :) Czasem jest oszałamiający, czasem zupełnie nie. W "Bridget Jones" - jak najbardziej. :)
Może to rzeczywiście kwestia tego, że przez moment było go "za dużo"? :)

Edit.
Proszę się nie śmiać - zobaczyłam "Iron Mana 2". A może raczej powinnam powiedzieć, że oglądałam go jako dobranockę przez kilka pod rząd wieczorów. I podobał mi się. :) Co prawda podejrzewam, że docelowym, założonym przez twórców widzem, jest nastolatek, walki w stylu "Transformers" to niekoniecznie moja działka - ale i tak było fajnie.
Chyba wystarczyło mi, że Tony'ego Starka, ekscentrycznego miliardera i wynalazcę, alias Irona Mana - gra Robert Downey Jr. Scarlett Johansson jako Natalie mogła zagrać w scenach akcji, pobiegać, a i wyglądała bardzo seksownie. Na jej tle Gwyneth Paltrow w roli panny Potts wypadła dość blado. Bardzo lubię Gwyneth, ale nie pasuje do ról ozdobników.
Mickey Rourke jako Ivan Danko, główny przeciwnik Irona Mana, był niezły i nawet próbował mówić po rosyjsku.
Swoją drogą - Ameryka się cofa? Badguyami w filmach znowu są Rosjanie?

khosia - 2010-10-13, 19:47

Jestem zdegustowana, ale w zasadzie nie rozczarowana. Spodziewałam się tego, mimo tlącej się na dnie serca iskieruni nadziei, że może jednak. Ale nie.
Rzecz dotyczy kina, tfu, polskiego i Ślubów panieńskich". Kto ksiązki nie czytał, ten wyjdzie z seansu przekonany, że autor kochał pić, lubił dziewczynki na boku, a Klara - główna bohaterka
Spoiler:

miała romans.


Rzecz dzieje się na ziemiach Galicji, pod zaborami, w roku pańskim 1825, o czym informuje nas początkowy napis. Leci sobie akcja, w której poznajemy główny zarys tego co się będzie działo - mianowicie - wydajemy panny za mąż wbrew woli i ochocie. Panna jedna - Klara, to zadziorna, przekorna i niepokorna dziewucha, której sie w głowie poprzewracało, jako iż Albin, chłop - zalotnik do stóp jej rzuca cały świat. Pomijam fakt, że chłop z niego żaden - zero inwencji, zero życia, jeno wzdychanie do ukochanej dziewczyny. Druga pannica to taka heroina południowa - flaki z olejem, sama nie wie czego chce, a wtóruje silniejszej osobowościowo Klarze - Aniela, przyżeczona Gustaowi - trzpiotowi z Warszawy, bawidamkowi, któren okrutnie znudzon na wsi u pannic siedzi.
Panny ślubują nienawiść do rodu męskiego i w filmie mamy perypetnie z tym związane. Czyli
Spoiler:

Gustaw dowiaduje się o tym i podpuszcza swoją Anielę, doprowadzajac do zazdrości o pannę nieistniejącą, tym samym niecąc miłość w sercu wrogo nastawionym. Jednocześnie dająć rady Albionwi doprowadza do głosu uczucia Klary do Albina.


Niby wszystko ładnie, pięknie, ale forma, sceny każą widzieć coś zupenie innego. I tak na przykład: scena, w której Radost - stryj Gustawa wracając do domu wpada na kąpiące się w rzece pannice. I jak to w większoći filmów polskich panny są gołe, jak ich pan Bóg stworzył. Radost kładzie się na łące, koło krów, które
Spoiler:

mają w uszach widoczny znak, że są unio-europejskie, i wyjmuje komórkę. Dzwoniąc do Klary, coś tam do niej gada. Panna telefon odbiera, coś do niego gada i macha mu paluszkiem - oj, ty, ty, ty niedobry.

Wbiło mnie w fotel, myślę sobie -
Spoiler:

romansik?


Scen, z
Spoiler:

telefonem i dzwonieniem

było kilka. Każda następna upewniała mnie, że jednak moje oczy mnie nie mylą. Intuicja zresztą też. Te znaczące spojrzenia, zniżanie głosu Więckiewicza, muśnięcie tu, muśnięcie tam, scena, w której
Spoiler:

Radost, w stroju z epoki, siedzie w kabriolecie, w stodole, znacząco dodając gazu, na widok Żmudy- Trzebiatowskiej,

są wystarczającym dowodem.
Dalej to tylko pasmo udręki patrzenia, jak dobrzy aktorzy grają w miernych produkcjach, przeznaczonych szczególnie do widzów młodych, w wieku szkolnym, które niosą w sobie wystarczający ładunek pochwały seksu wszędzie i zawsze, romansów na prawo i lewo, przekonania, że picie dobre jest na wszystko, a serce kobiety zdobywa się kłamstwem, aby poczuć się dogłębnie zdegustowanym.
Koszmar, nikomu nie polecam i Boże chroń młodzież, bo to co ten film sprzedaje to
Spoiler:

gówno

w małostrawnym cukierku. Sori, ja nie trawię.

an87 - 2010-10-13, 20:46

O matko! A ja myślałam, że tylko mnie ten szajs nie przypadł do gustu. Khosiu
Film popełniłam wczoraj przez ciekawość i tak jak uwielbiam wersję teatralną znaczy normalną tak ta... lepiej jak najszybciej o niej zapomnieć.
Jeśli ktoś chce obejrzeć jako ciekawostkę niech ogląda na własną odpowiedzialność. Ja nie polecam.
Nasi filmowcy nie powinni się za klasykę zabierać, bo tylko odstraszają młodzież od czytania a do tego jak słusznie Khosia napisała utrwalają zgoła wypaczony "pogląd na ogląd" znaczy wizerunek jak to było w czasach naszych prapradziadów.

Mowilka - 2010-10-13, 20:55

Właśnie z tego czegoś wróciłam.
Słuchajcie, to jest jakiś koszmar, jakaś masakra, kręcona chyba po solidnym upaleniu sie reżysera i ekipy. Ludzie wychodzili z kina, ja wytrwałam do końca, wybuchając co jakiś czas histerycznym śmiechem, w momentach nie zaplanowanych przez reżysera.
To nie chodzi o to, że to była bardzo, ale to bardzo luźna adaptacja Fredry.
Spoiler:

o komórkach, tekstach z offu, krowach, przyczepach, autach wiedziałam wcześniej

Myślałam, że to może taka koncepcja: film w filmie, tu gramy, ale tak naprawdę pokazujemy, że tylko udajemy (a la "Kochanica Francuza"). Niechby tak było, czemu nie?
Owszem, akcja historyczna wzięta jest w nawias jakichś sprawek z życia aktorów. Dzieło oryginalne poszatkowano i pocięto, przestawiając kwestie, kolejność scen, usuwając co napisał Fredro i podając płody umysłów twórców. Nie wiadomo czemu, pojawiają się też teksty z "Zemsty." Całość opowiada zupełnie inną historię, niż opowiedział Fredro. Zaczyna się niemal, jakby szykowali Powstanie Styczniowe. Potem jest dworek. Panny w strojach z epoki podpalają jakieś ziele, śpią w jednym łóżku, przy czym ewidentnie tę noc spędziły razem. Albin przybiega o świcie, wrzeszcząc "Klaro," ubrany w przybrudzone barchany. W ogóle cały czas Albin zachowuje się jak naćpany; w wolnych chwilach leje parobka po gębie, drze się albo leży pod panią nieciężkich obyczajów. Radost ewidentnie ma chrapkę na Klarę, ale z panią Dobrójską zamyka się w pokoju z rozgrzebanym łóżkiem. W takimże pokoju Aniela i Gustaw piszą list, on dyktuje go znad rozkopanej pościeli. Mamy scenę tańców i zabawy - pod koniec wszyscy wpadają w strojach krakowskich i odstawiają "Wesele." Na zewnątrz tańczą żydzi, śpiewając "Aj waj." Dziewczyny kapią się w rzece nago...
Co poza tym: niechlujna dykcja, kiepski dźwięk. Panna Klara do Albina, na pytanie "co robić?" odpowiada "pójść sobie." W ustach Żmudy brzmi to jak "Puść sobie" - az się chce dopowiedzieć, co ten niechluj ma sobie puścić...
Omijajcie wielkim łukiem. To jest po prostu zły, okropnie zły, nieporadny, chaotyczny film.

khosia - 2010-10-13, 22:16

Dokładnie to. Masakra, najgorszy boliłud to przy tym piękna opowieść. Nawet film z żabą zamiast Bosskiego. I ludzie, najgorsze, że to to jest robione pod młodzież szkolną.
GosiaJG - 2010-10-14, 00:57

O, bardzo, bardzo Wam dziękuję. :kwiaty: Miałam jakieś niejasne podejrzenia po zobaczeniu trailerów, że to nie będzie wielki film, ale zamierzałam się wybrać. Po przeczytaniu Waszych opinii z przyjemnością sobie odpuszczę. :)
krasnoludka - 2010-10-14, 10:57

Ojej, a ja się tak ucieszyłam, że w końcu jakaś porządna adaptacja Fredry się pojawiła. Na filmwebie i stopklatce zachwycają się przecież "udaną adaptacją", a tu taki klops. Dzięki za ostrzeżenie, bo miałam zamiar wybrać się na to do kina w niedzielę. Chyba już lepsze będą "Piranie". :-?
pogoda - 2010-10-15, 11:24

My z Vitą jednak zaryzykujemy "Śluby Panieńskie", wszystko już zaklepane i umówione, zobaczymy. :roll:

Dorian Gray
Mam mieszane uczucia po tym filmie i pewnie wyjdę na taką, co się czepia bez sensu, ale trudno.
Zacznę od plusów:
- Efekty specjalne.
Londyn z końca XIX i poczatku XX wieku pokazano bardzo efektownie, zapewnie realistycznie i wyraźnie widać zmiany w mieście. Portret Doriana po namalowaniu wygląda bardzo dobrze, Vita mnie oświeciła, że to pewnie komputerowo przerobione zdjęcie. Dobrze, że twórcy zdecydowali się na takie rozwiąznie, bo zazwyczaj portrety w filmach wyglądaja okropnie, a ten faktycznie był bardzo udany i jak w powieści zachwycający.
- Zdjęcia.
Wnętrza, zewnętrza, kompozycje scen sfilmowane bardzo starannie dla przyjemności widza.
- Muzyka.
Podobno, jak się po filmie muzyki nie pamięta, znaczy, że spełniła swoją ilustracyjną rolę i jest dobra, więc nie będę sie tego elementu czepiać.
- Aktorstwo.
Zacznę od Colina Firtha, nie dziwię się, że przyjął rolę lorda Wottona, nie wiem, czy jakikolwiek aktor, który zna książkę oparłby się pokusie zagranie tej postaci, gdyby padła taka propozycja. Szkoda tylko, że w filmie zredukowano postać lorda Wottona do kilku błysotliwych powiedzonek, trochę diablocznego wizerunku w częsci pierwszej i dziwnej przemiany w dobrotliwego ojca, ale to jeszcze jestem w stanie zrozumieć, rodzicielstwo czasem zmienia. Podobał mi się tez Ben Chaplin jako Bazyli, chociaż jego postać też została ledwie zarysowana. Troche wiecej szczęścia i grania miały obie heroiny i obie dobrze się spisały, zarówno Rachel Hurd-Wood jako delikatna i wrażliwa Sybila Vane, jak i Rebecca Hall jako wyemancypowana córka lorda Wottona. Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie Ben Barnes jako Dorian i nie tylko swoim wyglądem (Vito ;) ), ale był wiarygodny jako niewinny młodzian, zadzwiony i lekko przerażony londyńską atmosferą, jak i już zedprawowany człowiek, którego wygląda może tylko zmylić, na nieszczęscie zmylonego.

Minusy:
- Zbytania dosłowność.
O uroku powieści między innymi stanowi niedopowiedzenie. Może gdyby Wilde tworzył dziś i nie musiałby tak zaowalowanie pisać, dostarczyłby czytelnikom bardziej dosłownych opisów, ale w przeciwieństwie do reżysera nie mógł sobie na to pozwolić, dzięki czemu jeszcze raz potwierdziła się zasada, że czasem mniej znaczy więcej.
- A największy żal mam do reżysera, że chyba nie bardzo miał pomysł na ten film i ani nie jest to spójna interpretacja, ani wierna adaptacja dzieła, tylko takie ni pies ni wydra. Z rozważań o hedoniźmie, moralności zostało tylko kilka bon motów i przekaz, że hedonizm jest zły, chociaż nie wiem, czy jest to przekaz szczególnie wyraźny, bo orgie zostały bardzo atrakcyjnie przedstawione. Druga część dość zaskakująco staje sie filmem sensacyjnym i aż czekałam, żeby się Sherlock Holmes pojawił, czy Herkules Poirot.

A moje pretensje chyba się stąd głównie więły, że nudziłam się momentami na filmie i zastanawiałam, ile jeszcze do końca.

Jeszcze krótka informacja, jeśli ktoś też ma słabość do disneyowskich bajek, dziś ma premierę "Piękna i Bestia" na dvd i blue rayu. Bardzo na to czekałam, prawie jak na MNIKa ;)
http://www.stopklatka.pl/...9972&strona=dvd

GosiaJG - 2010-10-15, 15:56

pogoda napisał/a:
My z Vitą jednak zaryzykujemy "Śluby Panieńskie", wszystko już zaklepane i umówione, zobaczymy. :roll:

Czekam na Waszą opinię. :)
Cytat:
A największy żal mam do reżysera, że chyba nie bardzo miał pomysł na ten film

Też miałam takie samo wrażenie. "Dorian Gray" nie jest łatwy do zekranizowania, tylko pozornie może się taki wydawać - być może reżyser się przeliczył. Chociaż przecież swego czasu z "Otellem" poradził sobie bardzo dobrze. No, ale "Otello" to konkretna, "mięsista" fabuła, a nie manifest artystyczny ubrany w szaty epiki.

Przemiana Wottona jest średnio wiarygodna, chociaż Colin w tej roli jest naprawdę dobry. Na Barnesie i Chaplinie już się wyżyłam, jak pisałam o filmie, więc nie będę się powtarzać. :) Pań w ogóle już nie pamiętam. :)

Swoją drogą już od dobrych kilku tygodni próbujemy się wybrać do kina. I - nie mamy na co. Czasem mają w Polsce premiery filmy, które nas interesują i chcielibyśmy je zobaczyć, ale do naszego pięciosalowego mini-multipleksu nie docierają. Dziś mam do wyboru "Red", "Śluby...", "Social Network" oraz trzy głupoty w 3D. Bosko. :-|

Mowilka - 2010-10-16, 10:34

A Jedz, módl się i kochaj? Dostałam wejęciówki do Arsu, może się wybiorę, dla samych widoków
GosiaJG - 2010-10-16, 11:37

Mowilka napisał/a:
A Jedz, módl się i kochaj?

Nie leci. :( A poza tym nie jestem przekonana do tego filmu, pisałam już. Muszę najpierw chociaż zerknąć do książki, żeby się przekonać, czy mam się czego obawiać, czy nie. :)

Mowilka - 2010-10-16, 22:37

Poodbno film pięknie zrobiony.
Hermia - 2010-10-17, 11:20

Słyszałam też opinie, że nudny.Książkę czytałam dawno, już nie pamiętam jej nawet. Takie wakacyjne czytadło. Mowilko czekam na twoje wrażenia.
GosiaJG - 2010-10-17, 11:24

Mowilka napisał/a:
Poodbno film pięknie zrobiony.

To bardzo możliwe. Bali, Indie, Toskania - trzeba by było naprawdę marnego operatora, żeby zepsuć coś takiego. :)

MURGrabia - 2010-10-17, 17:22

Może i zdjęcia ma piękne, ale jak dla mnie nic poza tym. Mówię oczywiście O Jedz, módl się, kochaj. Średnio podobała mi się ta historia, ale może się to wiązać z tym, że miałam wówczas nerwowy okres i ciężko było mi się skupić na tym, co na ekranie.

Główna bohaterka podczas jednego z wywiadów poznaje pewnego szamana, który przepowiada jej, że będzie dwukrotnie mężatką, krótko i długo, ale nie mówi jej, w którym małżeństwie aktualnie się znajduje. Mówi jej też, że pewnego dnia wróci na Bali i będzie uczyć go angielskiego, w zamian za nauki, których on jej będzie udzielał. Bohaterka wraca do domu, nie może znaleźć sobie miejsca, a na wieść, że jej mąż chce wrócić na studia postanawia się z nim rozwieść. Później przeżywa romans z pewnym młodym aktorem, aż w końcu postanawia wyjechać w roczną podróż na trasie Włochy-Indie-Bali. Tytuł w sumie oddaje to, co w każdym z tych miejsc robi. We Włoszech głównie je, w Indiach poznaje sztukę medytacji, a na Bali się zakochuje. Nie jest to jakiś fascynujący film, ale myślę, że można przy nim mile spędzić wieczór. O ile nic człowieka nie rozprasza.

pogoda - 2010-10-17, 23:37

GosiaJG napisał/a:

Też miałam takie samo wrażenie. "Dorian Gray" nie jest łatwy do zekranizowania, tylko pozornie może się taki wydawać - być może reżyser się przeliczył. Chociaż przecież swego czasu z "Otellem" poradził sobie bardzo dobrze. No, ale "Otello" to konkretna, "mięsista" fabuła, a nie manifest artystyczny ubrany w szaty epiki.

Prawda, można się przejechać i tak się stało. Jednak nie narzekam, dzięki temu kupiłam sobie własny egzemplarz książki, żeby się znowu pozachwycać.

Dzięki MURGrabio za wrażenia z "Jedz, módl się, kochaj." Z jednej strony mam ochotę obejrzeć ten film, bo bardzo lubię Julię Roberts i Javieram Bardema, a z drugiej opisy przypominają mi "Pod słońcem Toskanii", który tak mnie znudził, że poszłam naczynia po obiedzie zmywać, więc chyba poczekam do premiery dvd. ;)

Na "Ślubach Panieńskich" jeszcze nie byłyśmy, 'mądrze' nie zarezerwowałyśmy biletów i zostały tylko jakieś miejsca, że z nosem w ekranie trzeba by siedzieć, więc zrezygnowałyśmy. Może jestem rozwydrzona, ale wolę oglądać film w bardziej komfortowych warunkach.
Chociaż coś czuję, że mi się podoba. Była noc horrorów i spodobał mi się film pt "Zły skręt" na tyle, że zapałałam chęcią obejrzenia części drugiej i trzeciej, a nawet "Piranii 3 D". :haha:

"Piękna i Bestia" według Disneya.
W dzieciństwie kochałam tą wersję i obejrzałam ją po wielokroć, więc bardzo się cieszę z mojego dvd.
Co mogę powiedzieć, film ma dla mnie nadal ten sam czar i urok. Jest zabawny, wzruszający, romantyczny, a czasem przerażający, jednym słowem masala pełną gębą.
A w tej piosence jedynie szwajcarskiej łączki brakuje, jakie nieśmiałe spojrzenia i jak cudownie się uczucie rodzi:
http://www.youtube.com/watch?v=AUZOxBT7FBk
Między Bellą i Bestią jest cudowna magia. Dialogi są świetne, postaci cudownie "grają", po obejrzeniu dodatków zdałam sobie sprawę, ile pracy trzeba było włożyć w rysunki, a film mimo znajomości cały czas trzymał mnie za gardło.
Bardzo podobał mi się też polski dubbing, brak znanych nazwisk wcale mu nie zaszkodził, jak i polskie wersje piosenek.

Parmita - 2010-10-18, 13:05

MURGrabia napisał/a:
Może i zdjęcia ma piękne, ale jak dla mnie nic poza tym.

Te tabuny Amerykanek zmierzające na Bali się z Tobą zapewne nie zgodzą. Jak ktoś nie wie o czym piszę to polecam artykuł (a właściwie jego wersję tłumaczoną, oryginał pochodzi bowiem z Süddeutsche Zeitung) pod jakże kreatywnym tytułem "Jedz, płać i spadaj!" (KLIK). :)
Ja ten film pewnie kiedyś obejrzę. Trochę dla duetu Roberts & Bardem, trochę dla tych pięknych zdjęć. No a poza tym trzeba przecież spróbować zrozumieć ten fenomen. :mrgreen:

MURGrabia - 2010-10-18, 15:08

Ja ponownie zachorowałam na "Piękna i Bestię" po Festiwalu Muzyki Filmowej i koncercie Disney'a właśnie. Nie pamiętam już nazwiska, ale drugi wokalista, starszy (pierwszym był Kuba Molęda), przefantastycznie zaśpiewał piosenkę Bestii. I jak podczas całego koncertu raczej gapiłam się na ekran, bo stare bajki Disney'a uwielbiam, tak w tym przypadku gapiłam się zasłuchana na niego. :serduszka:
alma_verde - 2010-10-18, 16:16

A mnie Dorian Gray się bardzo podobał. Może ze względu na to, że A) ani nie oglądałam wcześniejszych wersji, więc nijak mogę porównać, ani też B) nie czytałam książki :oops:

Jednakże cieszę się, że nie jestem jedyna, której Ben Barnes w tej roli się podobał, a podobał mi się - no... może w scenie gdy świecił gołą klatą może nieco mniej, bo tak jakby nie miał czym świecić ... ale generalnie spojrzenie miał zabójcze, niewinne kiedy trzeba i mroczne kiedy trzeba.

Chciałam natomiast powiedzieć o 2 filmach, na których można wybrać się z ewentualnymi swoimi pociechami :mrgreen: :
Avatar. Ostatni władca wiatru. Reżyser obiecujący. Kreskówka - jedna z lepszych dla dzieci. Film - totalna klapa. Od nadmiaru efektów specjalnych boli głowa. W sumie trudno zmieścić cały sezon kreskówki w dwóch godzinach - to fakt, ale tu mało co się kupy trzymało. Jeśli ktoś na dodatek nie zna kompletnie kreskówki - wyjdzie ogłuszony.

Karate Kid Chyba już 5. Niemniej jednak - genialny. Fabuła jak zwykle ta sama. Nic dodać - nic ująć. Jednak Jacky Chan sprawdził się w roli nauczyciela i faktycznie godnie zastępuje mistrza Myaki. A młody adept.. hmm cóż, talent chyba ma w genach, w końcu to syn Willa Smitha. :mrgreen: Ten film spokojnie polecam, moje dziecko (8 lat) wyszło zachwycone.

GosiaJG - 2010-10-18, 17:01

MURGrabia, dzięki za wieści o "Jedz, módl się i kochaj". Twoja opinia utwierdza mnie w przekonaniu, że ten film mógłby mnie zirytować.
Parmito, dzięki za link do artykułu. :kwiaty: Spodziewałam się czegoś takiego. :)
pogoda napisał/a:
Z jednej strony mam ochotę obejrzeć ten film, bo bardzo lubię Julię Roberts i Javieram Bardema

Pogodo, ale tam nie ma Bardema, tylko jakiś lekko spasły pan, który go zjadł. ;)
alma_verde napisał/a:
A mnie Dorian Gray się bardzo podobał.

Cieszę się, przynajmniej jest równowaga w przyrodzie. :)
Lata temu widziałam "Doriana Graya" w Teatrze Telewizji, Doriana grał wtedy piękny i młody Bartosz Opania (nie wiem, czy to nie był jego debiut). Byłam zakochana w tym spektaklu - i w Opani oczywiście. :)

pogoda - 2010-10-19, 22:33

alma_verde napisał/a:
Jednakże cieszę się, że nie jestem jedyna, której Ben Barnes w tej roli się podobał, a podobał mi się - no... może w scenie gdy świecił gołą klatą może nieco mniej, bo tak jakby nie miał czym świecić ... ale generalnie spojrzenie miał zabójcze, niewinne kiedy trzeba i mroczne kiedy trzeba.

O tak spojrzenie i uśmiech, taki zwodniczo niewinny. :hot:
Almo_verde też się cieszę, że Ci się film podobał. A po książkę warto sięgnąć w wolnej chwili, krótka i piękna. :)

GosiaJG napisał/a:
ale tam nie ma Bardema, tylko jakiś lekko spasły pan pan, który go zjadł.

Właśnie miałam nadzieję, że mój słaby wzrok płata mi figle i się myli w kwestii powiększenia się Bardema. ;) Cóż kolejny przykład partnera wspierającego ciężarną poprzez hodowanie brzucha. ;)

Edit: MURGrabio, zazdroszczę koncertu. :kwiaty: Muzyka z filmów Disneya jest piękna.
Bardzo się cieszę, że Disney postanowił znowu wydać starsze filmy, pamiętam, jak jakiś czas temu chciałam sobie przypomnieć "Małą Syrenkę" i w wypożyczalni nie było dvd. :shock:

Na YT znalazłam nagranie z tego koncertu:

http://www.youtube.com/watch?v=5t07CVlx5Qs

Mowilka - 2010-10-25, 09:40

Tym razem z naszego podwórka. Kreacje naszych celebrytek na 40-lecie telewizji.
http://www.plejada.pl/17,...p2,artykul.html

jagasia - 2010-10-25, 10:11

Rozumiem, że teraz taka moda na bezkształtne sukienki/stroje? :roll:
Właściwie to powinnam się cieszyć, bo ja nie mam nic do pokazania. Wprost przeciwnie, mam wiele do ukrycia. Ale zawsze dziwią mnie panie o pięknej, smukłej sylwetce, skrywające swoje walory pod "wielkimi płachtami", bezkształtnymi zwojami materiału.
Po co ukrywać to, co jest piękne? Tym bardziej, jeżeli są to osoby publiczne.

GosiaJG - 2010-10-25, 17:35

Mowilka napisał/a:
Tym razem z naszego podwórka. Kreacje naszych celebrytek na 40-lecie telewizji.
http://www.plejada.pl/17,...p2,artykul.html

Ok, od dawna nie dziwi mnie to, że większości osób nie rozpoznaję. ;) Piękną kieckę miała Grażyna Torbicka. I to by było na tyle.

alma_verde - 2010-10-25, 18:18

A mnie podobała się Kożuchowska - jak nie kocham jej jako aktorki czy osobowości, to tym razem ubrała się pięknie..
pogoda - 2010-11-01, 13:20

W sobotę na Kulturze grali "The Hero" w reżyserii Yimou Zhanga i z radością powtórzyłam sobie ten film, co mi przypomniało tez o innym pieknym filmie tego reżysera, który widziałam tylko dzięki temu, że zmożona chorobą nie mogłam spać, bo Posat puścił go w nocy, a było to "Szczęście na raty"

Bohater lub "the Hero"

Film przedstawia historię niedoszłych zabójców pierwszego cesarza Chin, kiedy ten jest jeszcze władcą prowincji Qin i wlaczy o zjednoczenie sześciu prowincji w jedno królestwo. Zamachowcy pochodzą z prowincji Zhao, która jak pokazuje film, wiele wycierpiała w skutek walk o zjednoczenie, a ludziom z prowicji Zhao król Qin bardzo zalazł za skórę.
Film składa się z opowieści, przedstawiających walkę z zamachowcami głównego bohatera Bezimiennego Urzędnika (Jet Li), który zgładził trójke zamachowców i w związku z tym otrzymał zoto i ziemie i mozliwość zbliżenia sie do króla, który nikogo nie dopuszczał do siebie na mniej niż 100 kroków.
Wszystkie opowieść przedstawione są w kilku wersjach, w każdej zmienieją się intencje zamachowców oraz oblicze króla.
Bardzo lubie ten film, bo łączy wyrafinowaną, wręcz poetycka formę (np. każda odsłona poszególnych opowieści ukazana jest w innej kolorystyce, walka jednego z zamachowców (Nieba) z Bezimiennym toczy się do wtóru muzyki i kropel deszczu spacających do ulożonych na ziemi maleńkich miseczek) z bardzo wyraźnym przesłaniem i poruszającymi historiami głównych bohaterów. Szczególnie wzruszająca jest historia Złamanego Miecza i Śnieżnej Burzy, którzy podporządkowali całe swoje życie, również wzajemną miłość sprawie zgładzenia króla Qin.
Przy okazji jest to jeden z tych obrazów, który niezmiernie cieszy oczy i uszy pięknymi zdjęciami i muzyką.

Szczęście na raty
Ten film jest zupełnie inny od "The Hero", ma skromną oprawę i jest kameralna opowieścią o Zhao, biednym emerycie, który w końcu zapragnął sie ożenić, podobnie jak Monty z LiaM szuka żony przez agencję matrymonialną. Nie ma wielkich wymagań, zwyczejnie nie chce być sam na starość. W końcu na jednym ze spotkań, poznaje kobietę, która podobnie jak on nie ma co szukać księcia z bajki i w związku z tym wydaje się być zainteresowana Zhao, jej zainteresowanie wyraźnie wzrasta, kiedy Zhao ubarwia historię swojego interesu, przedstawiając stary autobus, stojący w parku, który razem z przyjacielem uporządkował, by wynajmować go spragnionym samotności parom, jako elegancki hotel.
Kandydatka na żonę ma syna i pasierbicę, córkę jej drugiego męża, który ulotnił się jakiś czas temu. Dziewczyna w wyniku choroby nowotworowej straciła wzrok i dla macochy jest tylko bezużytecznym pomiotłem, którego ta najchętniej by się całkiem pozbyła z domu. Kobieta wpada na pomysł, żeby dziewczyna, która nie jest tak całkiem "bezużyteczna", bo skończyła kurs masażu, pracowała w hotelu Zhao.
Tym czasem służby porządkowe usuwają z parku "hotel". Zhao by nie stracić względów swej wybranki, a także przez pewne wspólczucie dla dziewczyny, razem ze swoimi przyjaciółmi tworzy w zamkniętej już fabryce, w której kiedyś pracowali, "hotel" i w nim salon masażu, w którym ma pracować dziewczyna, a przyjaciele Zhao w krótce stają się klientami dziewczyny.
Film opowiada o przyjaźni jaka rodzi sie między bardzo samotnymi Zhao i dziewczyną, o szczęściu jakie z tej przyjaźni wynika i o bezinteresownej dobroci. Zhao przypomniał mi momentami Suriego, w swoim takcie i zrozumieniu dla innych (tu tej dziewczyny) i bezinteresownym dawaniu.
Bardzo poruszający film i zapadł mi w pamięci na długo.

vita - 2010-11-01, 19:47

Ostatnio miałam przyjemność obejrzenia produkcji argentyńsko-hiszpańskiej „Sekret jej oczu”. Moim zdaniem polskie tłumaczenie tytułu jest mocno niedoskonałe - oryginalny tytuł „El secreto de sus ojos” („The secret in their eyes”) świetnie oddaje treść. Niby drobiazg, a jednak. Reżyserii podjął się Juan José Campanella, jeden z reżyserów „House’a”. On także po części odpowiadał za scenariusz. Film otrzymał w 2010 roku dwa ważne wyróżnienia – Nagrodę Goya Hiszpańskiej Akademii Filmowej w kategorii Najlepszy Hiszpański Film Zagraniczny oraz Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. Nagrodzona została także odtwórczyni głównej roli żeńskiej Soledad Villamil – w kategorii Najlepszej Aktorki Debiutującej Nagród Goya.

O filmie. Rzecz dzieje się w Argentynie. Bohater Benjamin Esposito, zagrany przez Ricardo Darina, właśnie przeszedł na emeryturę. Czas, jaki w ten sposób zyskuje zamierza poświęcić napisaniu książki – chce opisać historię zbrodni sprzed 25 lat. Ćwierć wieku wcześniej bowiem Benjamin prowadził śledztwo w sprawie brutalnego gwałtu i morderstwa pewnej młodej mężatki. Wydarzenia towarzyszące śledztwu i sama nierozwiązana zagadka nie dają mu spokojnie spać. Szukając wiedzy, ostatecznego rozwiązania Benjamin zwraca się o pomoc do swojej byłej zwierzchniczki Irene Menéndez Hastings (Soledad Villamil). I tutaj zaczyna się druga opowieść – historia relacji Esposito-Hastings. Retrospekcje przenoszą nas do Argentyny 1974 roku, dzięki czemu poznajemy obie zazębiające się historie. 25 lat wcześniej oboje są młodzi, naiwni, pełni wiary w sprawiedliwość. Niedawno się poznali. Razem z podwładnym i przyjacielem Benjamina Pablo Sandovalem tworzą trzon działu. Tak ich zastaje sprawa wyjątkowo brutalnego morderstwa Liliany Coloto, zbiegiem okoliczności przydzielona Esposito. Podczas śledztwa poznają męża ofiary – Ricardo Moralesa. Ból i cierpienie tego ostatniego nie pozwalają Benjaminowi spocząć. Za wszelką cenę chce znaleźć mordercę. Rozwiązanie zagadki okazuje się być jednak zagrożeniem nie tylko dla niego, lecz także dla Sandovala i Irene.

Film zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Fabuła zarysowana ciekawie, wciągająca, do końca trzyma w napięciu. Bardzo klimatyczny. I przede wszystkim pierwszorzędnie zagrany. Duet Darin-Villamil jest po prostu rewelacyjny, widać niemal jak prąd przepływa pomiędzy nimi. Szczególnie zwróćcie uwagę na sceny, w których Benjamin i Irene rozmawiaj na temat i jakby na około tematu ich relacji – perełki. Dialogi są świetnie zgrane, zabawne, naturalne. Guillermo Francella jako urzekający Pablo Sandoval jest niesamowity. Jego postać rozwija się najbardziej dynamicznie, jak – nie napiszę, żeby nie spoilerować. Dla mnie „Sekret jej oczu” jest przede wszystkim filmem o relacji Esposito i Hastings. Wątek kryminalny jest ciekawy, jednak przyćmiony całkowicie przez to, co dzieje się pomiędzy bohaterami. Polecam z pełną odpowiedzialnością. Na tle aktualnego repertuaru kinowego (Piła 1000, Piranie 3D, i inne) film Campanelli jest cudownie odświeżający. Przywraca wiarę w kino. :D

pogoda - 2010-11-01, 20:55

vita napisał/a:
Na tle aktualnego repertuaru kinowego (Piła 1000, Piranie 3D, i inne) film Campanelli jest cudownie odświeżający. Przywraca wiarę w kino. :D

Hm, a kto mnie na "Piranie 3D" agituję, że wytknę palcem. :mrgreen:
Dzięki za większą recenzję "Sekretu jej oczu", teraz mam jeszcze większą ochotę na ten film, wszystko poza reżyserowaniem "Hałsa" brzmi dla mnie zachęcająco.

vita - 2010-11-01, 21:01

Oj tam, oj tam. Piranie 3D to tylko i wyłącznie w celach poznawczych. I żeby potem móc uwagi różne wygłaszać :mrgreen:
Mowilka - 2010-11-01, 21:02

Czyżbyś też nie należała do kochających Hałsa? :hyhy:

I ja dziękuję za recenzje - wszystkie. Uwielbiam Hero i kino chińskie bardzo mi się podoba (od razu krzyczę: nie znam całej chińskiej kinematografii)
Przy Sekrecie poczułam przyjemny dreszczyk już po pierwszych zdaniach :kwiaty:

vita - 2010-11-01, 21:09

"Sekret.." polecam z całego serca. Dawno nic takiego nie widziałam. Aż szkoda, że tyle dobrego kina przechodzi nam koło nosa.
pogoda - 2010-11-01, 22:18

Już ja wiem, w jakich celach "Piranie", rozkoszowania się tym jakże wybitnym dziełem kinematografii. :haha:

Kina chińskiego nie znam prawie wcale. Te filmy mnie oczarowały, może dlatego, że historia i bohaterowie nawet w widowiskowym "Hero" są na pierwszym miejscu.

Vito, trzymam Cię za słowo z seansem "Sekretu...". :)

Edit: Seriale wycięte.

Mowilka - 2010-11-01, 22:46

pogoda napisał/a:

Kina chińskiego nie znam prawie wcale.

Kiedy chcę kogoś do niego zachęcić, to polecam mu Spragnionych miłości :kwiaty:
A z tej strefy kulturowo - geograficznej, podobały mi się też filmy koreańskie, które widziałam. Natomiast japońskie już mniej. Wydawały mi się hermetyczne. Ale może za mało widziałam.

pogoda - 2010-11-03, 21:04

Mowilka napisał/a:
Kiedy chcę kogoś do niego zachęcić, to polecam mu Spragnionych miłości

Dziękuję za trop, słyszałam o tym filmie same dobre rzeczy, Twoja opinia potwierdza, że nie ma co go dłużej odkładać.

Z tej strefy kulturowej widziałam śmiesznie mało, w pamięci utkwił mi tajski "Shatter", ostatnio widziałam amerykański remake, nie polecam, nudny i na dodatek twórcy stwierdzili, że sam oryginał to za mało, dorzucili jeszcze skojarzenia z "Ringa" i pewnie paru innych horrorów.

MURGrabia - 2010-11-23, 00:38

Właśnie wróciłam z nowego Pottera (no dobra, przez berlińskie zdjęcia - polecam galerię na b.pl, trochę mi od powrotu zeszło) i czuję się zawiedziona. Liczyłam, że jak każdą poprzednią część będę i siódemkę mogla zjechać z góry na dół, a tu kicha i co gorsze podobało mi się. Cieszył mnie pomysł podziału ostatniej części na dwie partie i cieszy mnie on nadal, dzięki temu film tak strasznie nie leci. Podobał mi się sposób ukazania uczuć w filmie, zarówno tych panujących między trójką przyjaciół jak i poczucia zagubienia i
Spoiler:

niewiedzy co robić dalej, gdzie szukać i czego szukać. Niezręczność Harry'ego i Hermiony kiedy zostają sami,

sposób zagrania postaci Rona. Tak, Ron bardzo mi się tu podobał. Wydoroślał, widać w nim złość i zazdrość, obawę o bliskich. Wiele jest właśnie takich fajnych emocjonalnych fragmentów:
Spoiler:

modyfikowanie pamięci rodzicom przez Hermionę, szczerość Luny, strach jej ojca o nią, niepewność i strach Malfoy'ów.

Wiele zostało pominięte, co nieco miało zmienioną kolejność, ale chyba pierwszy raz mi to nie przeszkadzało. Wszystko utrzymane w ponurych barwach z fajną muzyką, której jakoś tak niewiele, albo w niewielu momentach zwraca na siebie uwagę, przerwane moim zdanie w bardzo dobrym miejscu i do tego bardzo emocjonalną sceną. Może jak obejrzę to jeszcze raz, to już mi się nie spodoba, ale pierwsze wrażenie było naprawdę pozytywne. Zresztą po tym, co się działo w części 6. liczyłam na dno kompletne, a to, w porównaniu z poprzedniczką, arcydzieło niemal ;p

Mowilka - 2010-11-23, 11:27

MNie się książka okropecznie nie podobała. Ale może czas dać szansę filmowi, zwłaszcza po Twojej rekomendacji :kwiaty:
MURGrabia - 2010-11-23, 14:54

Ja bardzo lubię 7. część w wersji papierowej, no poza zrypanym zakończeniem. Film w porównaniu z częścią poprzednią jest naprawdę nieźle zrobiony. Mnie się bardzo przyjemnie oglądało. Poprzednią część po dosłownie 5 min. pragnęłam wyłączyć, wyrzucić, rozdeptać. Tu nawet udało mi się patrzeć jak na zupełnie odrębny produkt, czyli jak na film, a nie coś co wcześniej było książką, a z ekranizacjami zawsze mam problemy.

Po seansie słyszałam głosy, że film jest nudny, że się głupio kończy, że muzyka nie taka. No nie wiem. Ta część skupiona jest na wędrówce bohaterów i faktycznie poza tą wędrówką zbyt wiele się nie dzieje. Dwa fajne pościgi,
Spoiler:

na początku podczas eskorty Harry'ego oraz przy końcu gdy bohaterowie uciekali przed Szmalcownikami.

Zakończenie? Wiedziałam w którym momencie film się kończy, bo gdzieś o tym przeczytałam, tak więc gdy zbliżał się ten moment byłam tego świadoma, choć nie ukrywam, miałam ochotę jeszcze trochę przed ekranem posiedzieć. Fajnie została pokazana
Spoiler:

baśń o Trzech braciach, minusem były jasne kolory na których nie widać było napisów, bo baśń ta pokazana była rysunkowo, przez ciemne postaci na jasnym tle.



W filmie w sumie nie ma jakiejś wielkiej liczby dialogów. Momentami miedzy bohaterami panuje cisza, niepewność, zażenowanie, strach, opuszczenie. Takie pokazanie ich wzajemnych relacji bardzo mi się podobało.

No i postacie Rona, jak zwykle Belatrix i szefa Szmalcowników. Mało ich, ale zapadły mi w pamięć.

an87 - 2010-11-23, 15:18

MURGrabio miła nie opowiadaj proszę treści filmu. Ja się nań dopiero wybieram (a książki też jeszcze nie czytałam :evil: muszę się zmobilizować!)
MURGrabia - 2010-11-23, 15:25

A przepraszam. Zapomniałam, że nie każdy zna książkę. Zaraz pochowam spoilery.
GosiaJG - 2010-11-23, 18:34

MURGrabia napisał/a:
Może jak obejrzę to jeszcze raz, to już mi się nie spodoba

Piszesz tak, jakby to był grzech, że Ci się podobało. :)

Ja zarówno do powieści Rowling, jak i do ekranizacji mam stosunek obojętny. Czytałam do piątego tomu (najbardziej podobała mi się trzecia część), szósty pobieżnie i nie w całości, bo kompletnie nie umiałam się wciągnąć w historię; ostatniego nie czytałam wcale. Z ekranizacji oglądałam tylko czwartą część. Cóż, widocznie nie jestem "targetem". :)
Ale rozumiem przejęcie tych, którzy Pottera uwielbiają, bo pamiętam swoje oczekiwanie na kolejne części ekranizacji trylogii tolkienowskiej. :)

MURGrabia - 2010-11-23, 20:58

GosiaJG napisał/a:
Piszesz tak, jakby to był grzech, że Ci się podobało.

Bo to uważam za grzech. Uchodzę za zagorzałą przeciwniczkę ekranizacji tej powieści.

krasnoludka - 2010-11-23, 23:08

Mnie się film bardzo podobał. Był taki mroczny, zimny i naprawdę trzymał w napięciu, mimo iż czasami pozornie "nic się nie działo". Scena
Spoiler:

ze Szmalcownikami (ich szef fajny był, a jak by się jeszcze uczesał...) i Hermioną była świetna


Daniel Radcliffe jako Harry to jak zwykle drewno, ale za to Rupert Grint był moim zdaniem bardzo dojrzał i rozwinął się jako aktor. Podobała mi się ta jego niepewność, miotanie się. I jak przyjemnie wypełniał swój t-shit. :hot: Emma Watson - Hermiona, też niczego sobie.
Co prawda kilka 14-latek siedzących za mną stwierdziło, że nuda i nic się nie działo i w ogóle blee, ale ja byłam zachwycona. Uwielbiam takie mroczne filmy, na których siedzę jak na szpilkach do samego końca.

an87 - 2010-11-25, 12:07

Przenoszę z SB :mrgreen:
[Dzisiaj 9:19] alma_verde: Taka ciekawostka- tamilska wersja piosenki do filmu Kroniki Narnii: http://www.narniafans.com/archives/10364 . W pierwszej chwili dość dziwne wrażenie... ale piosenka sama w sobie mi się podoba :D
e [Dzisiaj 10:19] an87: Piosenka bardzo mi się podoba. Inna sprawa, że niecierpliwie czekam na film :mrgreen:
[Dzisiaj 10:38] alma_verde: To podobnie jak ja .. znaczy my, bo mój synek także :D
[Dzisiaj 10:39] jagasia: I ja, i ja też! Akurat ten typ fantastyki bardzo lubię :D
e [Dzisiaj 12:06] an87: Nie ma to jak klasyka gatunku :D a cykl o Narnii uwielbiam, bo bardzo pobudza wyobraźnię.
[Dzisiaj 13:51] Mowilka: "Podróż wędrowca" powinna być piękna. Mnie się marzy ekranizacja "Konia i jego chłopca"

juliette - 2010-12-08, 23:08

Wybrałyśmy się dziś z Anią i Krzysią do kina na film "Wszystko dla niej". W końcu filmu nie obejrzałyśmy, ale to detal :lol: .
Tak więc (wiem, wiem - to niepoprawne :mrgreen: ) miłe popołudnie rozpoczęłyśmy od konsumpcji pizzy - mówię dziewczynom, że mam ostatnio jakiegoś paskudnego pecha, bo jakoś zostaję wciągnieta w rozmowy, w których dochodzi do jakichś osobistych tematów i nagle okazuje się, że wszyscy bardzo mi współczują tego, że jestem sama (czyli single :lol: ).
Obie popatrzyły na mnie jak na wariatkę i stwierdziły, że trzeba być głupim, żeby się tym przejmować.
Po pożarciu smacznego obiadku, poszłyśmy do kina - tam okazało się, że informacja na Onecie była kłamliwa (uwaga - sprawdzajcie zatem repertuary tam zamieszczane :lol: ).
Pytamy zatem pana w kasie kina - co może nam w zamian o tej porze zaproponować.
Okazało się, że irański dokument pt. Kobiety bez mężczyzn - uslyszawszy to padłyśmy ze śmiechu - w kontekście wcześniejszej rozmowy :haha:
Przypuszczam, że gdybyśmy się mocno starały - to nie udało by nam się tak wstrzelić tematycznie w repertuar :lol: .
Zatem - zamiast seansu filmowego - wybrałyśmy lody (mniam) :D

Mowilka - 2010-12-09, 00:13

No, ja to sobie wyobrażam :haha: :haha: :haha: Po czymś takim, to już na żadnym filmie nie wysiedziałybyście do końca z radości :haha: :haha: :haha:
GosiaJG - 2011-01-03, 16:17

Zmarł Pete Postlethwaite: :(
http://wiadomosci.gazeta....a_swiecie_.html
Fantastyczny aktor. Uwielbiałam go w "Podejrzanych", "W imię ojca", "Orkiestrze", "Romeo i Julii", "Bandycie"...

Hermengilda - 2011-01-03, 18:47

Oj, szkoda wielka....... :(
GosiaJG - 2011-01-07, 20:50

"Walentynki". To miała być miła komedia romantyczna. Zachęciła mnie informacja, że film pokazuje przeplatające się podczas jednego dnia - Walentynek właśnie - losy kilkunastu osób, mieszkańców Los Angeles. Skojarzyło mi się z "Love Actually", filmem, który uwielbiam. I widać, że twórcy filmu też chcieli, by się kojarzyło. Jest scena pogoni na lotnisku, mały zakochany chłopiec wygłaszający mądrości życiowe, bohaterowie w różnym wieku uwikłani w rozmaite związki uczuciowe...

Ale "Walentynki" to marne popłuczyny po "Love Actually". Bo tam był przede wszystkim dopracowany scenariusz i świetne kreacje aktorskie. Tu - niby są jacyś bohaterowie i ich losy, ale wszystko tak mdłe, że nawet się człowiek przejąć nimi nie ma ochoty. Ok, komedia romantyczna może być przewidywalna, czemu nie, jednak w tej wszystko jest takimi grubymi nićmi szyte, aż szwy na wierzch wyłażą. Najbardziej macho sportowiec okaże się oczywiście gejem (musi być poprawność polityczna, nie?), przyjaciele "od zawsze", każdy we własnym, nieudanym związku, okażą się przeznaczeni sobie itd. Musi być też wątek wyjęty z teen movie, chyba żeby przyciągnąć kolejną grupę wiekową do kin, toteż mamy dwie durne pary nastolatków. Chociaż przynajmniej jeden z wątków dostarcza "żartu branżowego", kiedy bohater grany przez Taylora Lautnera (czyli Jacoba "Zmierzchowego") mówi, że wstydzi się publicznie zdejmować koszulkę. ;) Ale poza tym głupota nastolatkowych historyjek woła o pomstę do nieba. Czy to normalne w Ameryce, że panienka oznajmia wszystkim - przyjaciółkom, rodzinie, u której dorabia - że dziś zamierza uprawiać po raz pierwszy ze swoim chłopakiem seks?

Aktorzy... Jedną z głównych postaci jest właściciel kwiaciarni, mydłek, jakich mało. Długo się głowiłam, skąd go znam. Już wiem - ze wspólnych fotek z Demi Moore, bo to jej mąż, Ashton Kutcher, podobno jedno z najlepszych amerykańskich ciach. Really?
Czy żeby zostać w Stanach aktorką, koniecznie trzeba mieć końską urodę i grać jak w "Rodzinie Bundych" dwadzieścia lat temu, czyli wytrzeszczać oczy i wykrzywiać końską szczękę? Bo to właśnie czyniły (i tak wyglądały) Jennifer Garner, Julia Roberts, Anne Hathaway i pozostałe panie, których nie kojarzę. Jessica Alba wyglądała co prawda ślicznie, ale żeby się nagrała, to też nie powiem. Podobali mi się jedynie Queen Latifah i Jamie Foxx w niewielkich rolach. I indyjskie wesele jako tło jednej ze scen. :)

Hermengilda - 2011-01-07, 21:42

Na noworocznym maratonie filmowym, gdy już odespaliśmy nocne harce, jedną z pozycji była "Coco Chanel".
W tytułowej roli pojawiła się Audrey Tautou, czyli dobrze znana i lubiana Amelia.
O Coco Chanel wiedziałam tyle, że zrewolucjonizowała kobiecą modę. O, i perfumy kojarzyłam, i markę, i w sumie to tyle.
Właśnie doczytałam na stopklatce, jaki powinien być tytuł filmu, gdyby został dosłownie przetłumaczony z francuskiego: "Coco PRZED Chanel". W filmie nie zobaczymy, jak powstawało jej imperium, nie zobaczymy tej rewolucji w modzie. Film skupia się na Coco - dziewczynie, kobiecie. Poznajemy ją jako małą dziewczynkę - Gabrielle, którą ojciec po śmierci jej matki odwozi do sierocińca. Co niedzielę będzie czekała na odwiedziny ojca. Każdej niedzieli będzie to próżne czekanie.
Po 15 latach Gabrielle z przyjaciółką z sierocińca w dzień będzie cerować i szyć, a wieczorami śpiewać w prowincjonalnej tancbudzie. Dziewczyny marzą o wielkiej karierze w Paryżu. A Gabrielle od słów piosenki zaczyna być nazywana Coco.
Kariery scenicznej Coco nie zrobiła, a zanim jej projekty zdobyły popularność stworzyła dość dziwny związek z Etienne'm Balsanem - bogatym właścicielem koni wyścigowych. Wśród bywalców Balsana spotkała Arthura Boya Capela. Jego pokochała, była też kochana, chociaż on miał już w Anglii bogatą narzeczoną. Śmierć Boya wywoła u Coco łzy - pierwsze i ostatnie, które można zobaczyć w filmie. Film wypełnia opowieść o Coco i tych dwóch mężczyznach - moda pojawia się tylko w tle, jest nieznacznie naszkicowana.
Sam film jest bardzo niespieszny, spokojny. (Oglądanie go późnym wieczorem w Nowy Rok było raczej takim sobie pomysłem ;) , trochę walczyłam z sennością ). Audrey Tautou bardzo dobrze nakreśliła postać Coco. To niezależna (na ile to możliwe na początku XX wieku), twarda i zdecydowana młoda kobieta. Jeżeli znacie Chanel - markę, a chcecie poznać Chanel - człowieka, to polecam ten film.

GosiaJG - 2011-01-08, 23:06

Dzięki za przypomnienie, chciałam zobaczyć film o Coco. Podobno teraz szykuje się (albo już powstał) obraz o romansie Chanel ze Strawińskim.

Lubię kino Nolana; swego czasu zrobiło na mnie wrażenie "Memento"; "Batmany" w jego reżyserii to moje ulubione. Dziś wreszcie zobaczyłam "Incepcję".
Przybliżenie fabuły byłoby oczywiście zadaniem zbyt karkołomnym. Zresztą tyle się o tym filmie mówiło, że większość pewnie wie, o co chodzi, więc powiem tylko o wrażeniach. Zarówno możliwości ludzkiego mózgu, jak i sny są na tyle niezbadanym i fascynującym obszarem, że mogą stać się kanwą efektownej produkcji o ich kontrolowaniu. I tak jest w tym przypadku.
Nie nudziłam się. :) No, może pod koniec, te bondowskie strzelanki w śniegu za długo trwały. Pomysł z kolejnymi poziomami snu - ciekawy, chociaż powód wszystkich działań bohaterów nieszczególnie mnie przekonał.

"Incepcja" to przede wszystkim zabawa możliwościami technicznymi we współczesnym kinie. Bardzo udana zabawa - "zaginający się" Paryż czy inne efekty robią wrażenie. Pewnie twórcy chcieliby też, by doszukiwać się w filmie jakichś filozoficznych znaczeń na temat granicy snu i jawy. Wykorzystują odwieczne motywy (Ariadna, motyw Orfeusza i Eurydyki, o którym kiedyś wspominała pawan), ale to tylko puste znaki. W "Incepcji" jakakolwiek "głębia" jest tak nieprawdziwa jak senne miasta-labirynty. Aktorzy nie zawodzą, ale też nie tworzą jakichś szczególnie przejmujących kreacji. Zresztą - to chyba taki film, w którym muszą ustąpić efektom specjalnym. Ale nawet obliczony na wywołanie emocji wątek Cobba i jego rodziny odbiera się na zimno.
Cieszę się, że zobaczyłam "Incepcję". Ale pewnie nie będę do niej wracać.

GosiaJG - 2011-01-09, 20:56

"New York, I Love You" - oryginalny tytuł o wiele bardziej pasuje do filmu niż polski "Zakochany Nowy Jork". O tym filmie ostatnio myślałam, tylko mi się tytuły ponakładały i zamiast niego zobaczyłam te drętwe "Walentynki".

"New York, I Love You" jest o niebo lepszy. Jest świetny. To kilkanaście historii wyreżyserowanych przez różnych twórców. Pośród nich m.in. Shekhar Kapur, Natalie Portman, Mira Nair, Fatih Akin, Brett Ratner. Jednak historie te nie są sztywno podzielone. Bohaterowie niektórych z nich się spotkają - celowo lub przypadkiem; być może trafią w te same miejsca.

Jednym z głównych bohaterów filmu jest Nowy Jork - pokazany fantastycznie, mało "pocztówkowo", nietypowo. Filmowany często wieczorem lub nocą, podczas pochmurnych dni. To w Nowym Jorku ortodoksyjna Żydówka może się spotkać z Indusem - wyznawcą dżinizmu, turecki malarz - pragnąć, by pozowała mu do portretu młoda Chinka, a pisarz - bajerant - natrafić na luksusową prostytutkę. To tu pewien twórca muzyki filmowej zostanie zmuszony do przeczytania powieści Dostojewskiego, a kieszonkowiec - zostanie okradziony.
Twórcy pozwolą widzowi przez chwilę podglądać poszczególnych bohaterów. Niektórych przez kilkanaście minut, innych - kilka. Niektóre opowieści będą mieć kawałek ciągu dalszego, inne nie. Niektóre będą przegadane, inne - wypełnione głównie milczeniem.

Warto je zobaczyć. I całą plejadę bardzo dobrych aktorów - Andy'ego Garcię, Natalie Portman, Irrfana Khana, Jamesa Caana, Orlando Blooma, Julie Christie, Chrisa Coopera, Eliego Wallacha...

Dawno żaden amerykański film tak mi się nie podobał. Może dlatego, że był tak mało "amerykański". :)

GosiaJG - 2011-01-14, 18:51

Oglądam "Różyczkę" Kidawy-Błońskiego - film dość głośny w roku ubiegłym, więc postanowiłam sprawdzić, "z czym to się je".

Na razie jednak wniosek dość poboczny. Oto mamy w filmie sceny, w których główni bohaterowie pojawiają się skąpo lub zgoła wcale odziani - a to na plaży, a to w łóżku. Jak to w polskim filmie znaczy. ;)
Ona (Magdalena Boczarska) ma bardzo ładną figurę (uwaga, spoiler, bo brzydkie wyrazy wystąpią):
Spoiler:

jak to powiedziała moja koleżanka, recenzując mi film w samochodzie: Boczarska gra tu głównie dupą i cyckami, ale jej to dobrze wychodzi. Coś w tym jest. ;)


Przepraszam wszystkich urażonych.
A on (Robert Więckiewicz)... No nie mogę, rozbiera się chłop... i patrzeć się nie da! Mnie nie obchodzi prawda czasu, że ubek w latach siedemdziesiątych to pewnie był zapuszczony i taki właśnie! Pani z dziekanatu, którą gra Boczarska, też pewnie taką lasencją nie była. Jak mi się chłop rozbiera na ekranie, to ma mieć ładne ciało, żebym miała na co popatrzeć! No!

Mowilka - 2011-01-14, 19:01

Ja już pamiętam moje zgorszenie, kiedy Więckiewicz w samych majtasach łaził w Ile waży koń trojański :roll:
Tjaaa.... tak wygląda kino realistyczne w praktyce, Gosiu.
Ja tam wybieram smakowite dream sequences <3 <3 <3

GosiaJG - 2011-01-15, 08:33

Mowilka napisał/a:
Tjaaa.... tak wygląda kino realistyczne w praktyce, Gosiu.

A tam! Mówię Ci, że PRL-owska sekretarka na pewno nie miała takiej figury, jak Boczarska. :) Chociaż - może i miała, przeciętnie kobiety w naszym kraju są bardziej zadbane od mężczyzn.
Potem jeszcze rozbierał się Andrzej Seweryn - na szczęście było to już bardziej dyskretne.

A sam film warto zobaczyć. Historia nawiązuje luźno do życia Pawła Jasienicy.
Główna bohaterka - Kamila, pozostająca w namiętnym, miłosno-erotycznym związku z ubekiem, Romanem Rożkiem, pewnego dnia zostaje przez niego poproszona o to, by "zbliżyła się" do literata, Adama Warczewskiego. Dziewczyna początkowo się sprzeciwia, ale potem robi to, o co prosi ją ubek; zostaje przyjaciółką, potem kochanką Adama i jednocześnie donosi na niego. W tym fragmencie filmu nietrudno dopatrzeć się opowieści o Pigmalionie, który kształtuje swą Galateę. Bo kochanków różni wiek, wykształcenie, pochodzenie. Zresztą środowisko literacko-uniwersyteckie, znajomi i przyjaciele Adama, patrzą na jego związek bardzo niechętnie.

Na pierwszym planie jest związek uczuciowy. Roman, zakochany w Kamili-Różyczce, nie może sobie poradzić z tym, że spotyka się ona z innym, zresztą na jego polecenie. Sama Różyczka, poznawszy Adama, zaczyna się zastanawiać nad istotą swoich uczuć.
W tle - bardzo ważny i mający wpływ na bohaterów, jeden z najobrzydliwszych fragmentów polskiej historii powojennej, czyli rozpętana przez komunistów z Gomułką na czele, nagonka na "syjonistów".

GosiaJG - 2011-01-17, 11:47

"Soul Kitchen" to nazwa restauracji na obrzeżach Hamburga, w jakimś dawnym budynku fabrycznym, której właścicielem jest Grek, Zinos. Ale nie należy się tu spodziewać greckiej kuchni.
W menu można znaleźć zupy w proszku oraz frytki i sznycle z mrożonek (co ciekawe, to jedzenie ma swoich zwolenników), a kuchnia i cały lokal wyglądają tak, że od początku zastanawiałam się, czemu tu jeszcze nie wkroczył ichni sanepid (wkroczył zresztą, ale później, po telefonie wrednego typka, chcącego przejąć restaurację, a raczej działkę, na której się ona znajdowała).

Zinos niezbyt zna się na prowadzeniu knajpy - ale niewątpliwie to lubi. Pewnego dnia trafia do niego szalony, nieznoszący sprzeciwu kucharz-artysta, wyrzucony z drogiej restauracji za bluzganie na klienta (słusznie nabluzgał, ten chciał gorące gazpacho!). Co jednak z tego, że gotuje doskonale, skoro klienci życzą sobie tych papierowych sznycli? O pracę prosi brat Zinosa - Illias. Siedzi w więzieniu, ale dzięki zatrudnieniu będzie mógł spędzać część dnia poza murami. Dla odmiany dziewczyna głównego bohatera wyjeżdża robić karierę do Szanhaju (od początku wyglądają zresztą jak niezbyt dobrana para). Na dodatek pojawiają się kłopoty zdrowotne - podejrzenie przepukliny kręgosłupa - a Zinos nie jest ubezpieczony. Jest jeszcze wspomniany typek, który chce kupić knajpę, znajomy bohatera z czasów szkolnych...

Nie wygląda to zabawnie, ale film jest komedią, więc wiadomo, że wszystko skończy się dobrze - albo przynajmniej jako tako. Jest kilka zabawnych scen. Niektóre ocierają się o tzw. humor niemiecki, ale na szczęście nie wszystkie - reżyser, Fatih Akin, jest Turkiem.

"Soul Kitchen" to żadne wiekopomne dzieło, jednak ogląda się go przyjemnie. Jako tło "robi" Hamburg, głównie obskurny i brzydki, ale z klimatem.

Wręczono Złote Globy:
http://www.imdb.com/featu...011/nominations

Zastanawiam się, czy "The Social Network" to będzie taki sam humbug jak ubiegłoroczny "The Hurt Locker". Do kina się nie wybrałam, bo opis fabuły raczej mnie odstręczył niż zachęcił, a na dvd jeszcze nie ma. Ktoś widział?
Ciekawa jestem za to filmów z Colinem i Natalie.

Edit. Zdjęcia ze Złotych Globów - czerwony dywan:
http://www.imdb.com/featu...globes_arrivals

Mowilka - 2011-01-17, 16:08

Bardzo się cieszę ze Zlotego Globa dla Colina Firtha :brawo:
A na Soul Kitchen bardzo się zawiodłam. Może za dużo oczekiwałam? Juz po godzinie zerkałam na zegarek.

GosiaJG - 2011-01-17, 16:13

Ja wcześniej czytałam tylko krótkie informacje na temat fabuły "Soul Kitchen"; nie miałam żadnych oczekiwań poza przyjemnym spędzeniem czasu i dobrą zabawą. Pod tym względem było ok. :)
GosiaJG - 2011-01-18, 22:03

"Turysta", czyli perfekcyjnie nudny film o niczym. Owszem, jakaś tam fabuła istnieje - agenci, skradzione setki milionów dolarów, gangsterzy i gliny z całej Europy w pogoni za tym, by te grube miliony odzyskać, przypadkowo wplątany we wszystko Amerykanin, zaintrygowany spotkaną w pociągu piękną nieznajomą... Kolorowe obrazki migają przez ponad półtorej godziny, tworząc opowiastkę, która ani ziębi, ani grzeje, a nie wciąga zupełnie; bohaterowie, jak papierowe figurki, pojawiają się i znikają - już w trakcie seansu zapomina się, że mieli jakieś imiona.

Nie wiem, po co ten film nakręcono; być może tylko po to, by na ekranie mogli się spotkać Johnny Depp i Angelina Jolie. Spotykają się - i co z tego. Nudą wieje nadal. Chociaż przynajmniej można podziwiać makijaże Angeliny i jej piękne stroje. Poza tym ona w tym filmie się głównie przechadza na niebotycznych szpilkach. Johnny Depp jest za to kompletnie bezbarwny. Najlepiej - jak stwierdziła moja koleżanka, z którą się zgadzam - zagrała Wenecja.

Edit. Właśnie się obśmiałam, czytając opis filmu na stopklatce:
Podczas wycieczki po Europie mającej na celu wyleczenia złamanego serca, Frank zawiera niespodziewaną znajomość z niezwykłą kobietą, Elise, która nieprzypadkowo pojawia się na jego drodze. Ich romans gwałtownie rozwija się pod dachami Paryża i Wenecji, a oni bezwiednie zostają zmuszeni do wzięcia udziału w śmiertelnej zabawie w kotka i myszkę.

Kto pisze takie bzdury? To tam był jakiś gwałtowny romans? :shock:

alma_verde - 2011-01-18, 22:31

A ja się tak spytam - czy ktoś już oglądał "Podróż Wędrowca do świtu"?
Bo tyle osób czekało, a teraz nikt nic nie pisze... :D
Ja widziałam. Ale chciałabym najpierw usłyszeć wrażenia od Was :)

an87 - 2011-01-19, 08:47

Ja już popłynęłam "Wędrowcem...". :mrgreen:
Jeżeli lubisz cykl o Narnii to idź, nie zawieziesz się. Wprawdzie są rozbieżności między książką a filmem, ale tego trudno uniknąć.
Wizualnie zrobiony pięknie.
Do roli Eustachego nie mogli wybrać lepszego dzieciaka. Po prostu idealny.
3D robi swoje. Ogląda się bardzo miło. 2 godziny dobrej zabawy, odprężenia i pięknych widoków/efektów specjalnych. W skali od 1 do 5 dała bym mu 4.

Mowilka - 2011-01-20, 17:33

A ja przeżyłam traumę pt: Angelina Jolie. Turysta nie jest aż tak zły, jak myślałam. Ot, letnie popłuczyny po trzymających w napięciu filmach akcji. Piękna Wenecja, ślicznie filmowana, taka sobie fabuła, ale w sumie - czemu nie, jak sie nie ma innego pomysłu na spędzenie 2 godzin?
Depp niestety - tęgawy i ociężały, nie Don Juan de Marco - nie, raczej zmiętolony bohater Dziewiątych wrót ale zawsze to Depp. Nie rozumiem, po co w tym filmie pojawiają się Rufus Sewell, Raul Bova, Timothy Dalton, już o Alessio Bonim (nie poznałam, kto to, więc męczyłam się przez cały film) nie wspomnę. Po prostu przemykają przez ekran - tak bardzo chcieli zagrać w filmie z Angeliną? :shock:
A ona sama - ratunku :-? . Dla mnie ta kobieta przypomina karykaturę wampa z kreskówki - szklane oczy obwiedzione nienormalnie grubą czarną kreską, usta jak wycięte i nalepione na jej twarz, a sama twarz - kwadratowa, z zapadniętymi policzkami i wysuniętą szczęką. Ujęcia jak z anime. Kanciaste biodra, kanciaste ramiona, absurdalna postać - od początku do końca.

GosiaJG - 2011-01-20, 19:18

Mowilka napisał/a:
Turysta nie jest aż tak zły, jak myślałam.

To ja chyba jestem jakoś wyjątkowo cięta, bo Łukasz też nie narzekał. :)
Cytat:
Depp niestety - tęgawy i ociężały, nie Don Juan de Marco - nie, raczej zmiętolony bohater Dziewiątych wrót ale zawsze to Depp.

Ale jak nie Depp. :) Depp jest świetny - tylko że ostatnio dziwne filmy wybiera. I nie chodzi mi o "dziwność" pokroju Sweneeya Todda, był tam świetny; raczej o "Turystę" właśnie albo o tę piracką serię.
Cytat:
Nie rozumiem, po co w tym filmie pojawiają się Rufus Sewell, Raul Bova, Timothy Dalton, już o Alessio Bonim

Poza Timothym (no co, fajny sa :) ) nie rozpoznaję pozostałych panów. Powinnam ich z czymś kojarzyć? :) Skojarzyłam jedynie Paula Bettany'ego, pewnie dlatego, że podobają mi się takie wymoczkowate, brzydkie Brytole. :)

Co do Angeliny - zgadzam się, że ona ma "przerysowaną" urodę - wielkie usta i oczy w szczupłej twarzy, dodatkowo podkreślone makijażem sprawiają, że rzeczywiście wygląda trochę, jak z anime. W "Turyście" kamera bardzo mocno jej twarz "ogrywała". Ale mi się ta Angelina podoba. :)

alma_verde - 2011-01-20, 19:31

Ja właśnie Wędrowcem też już popłynęłam ....
a raczej mam wrażenie, że wciąż tam jestem. (Człowiek dziecinnieje na stare lata ... :nutki: )

3D może niekoniecznie, bo niestety widać, że film nie był tak na prawdę robiony z myślą o 3D. Ale film jako film baardzo mi się podobał. Przyjemny, lekki - i ja osobiście cieszę się z powrotu magii do filmu, Kaspian (choć bardzo go lubię) był nieco mroczny.
Fakt, że powycinali tu i ówdzie... ale to prawa filmu.
Zajefajne jest za to zestawienie Łucji z części I i teraz ....
Kaspian z zarostem ... hmmm cóż, przyznam, że lubię ten klimat . :hyhy:

Mowilka - 2011-01-20, 20:15

Pewnie nie wybiorę się na Wędrowca - przez 3 D właśnie :( . Ale może kiedyś gdzieś...
A wracając jeszcze do Angeliny - ona kiedyś byla piękniejsza, może na etapie Mr and Mrs Smith. A teraz to jakiś robot, nie kobieta :-? . Sztuczny twór. Kiedy sobie pomyślałam, jak taką rolę zagrałaby Bellucissima, Zeta - Jones, albo Kim Basinger sprzed 10 lat, to wzdycham.
A panowie, których nie znasz? No dobra, krótki przewodnik:
Raul Bova, sycylijski przystojniak, znany mnie głównie z ukochanych Okien, ale też choćby z Pod słońcem Toskanii, czy Karol, człowiek, który został papieżem

W filmie mignął przez trzy sekundy w scenie balu, powiedział jedno zdanie i tyle go widzieli... może to miał być żarcik?
Rufus Sewell, Angol piękny inaczej, o przeszywających oczach. Seriale, filmy, teatr, klasa!

I znowu: okazał się facetem przemykającym się przez ekran, tyle, że miał z 5 zdań do powiedzenia.
I Alessio Boni, czyli wywołujący trzepot serca, melancholijny, chmurny, fantastyczny książę Bołkoński z ostatniej ekranizacji Wojny i pokoju

Kojarzysz go w ogóle z filmu? No właśnie... to on był włoskim oficerem na stacji, kiedy Angelina z Deppem przyjechali do Wenecji.
Żałość bierze.

alma_verde - 2011-01-20, 20:30

Mowilko, ale Wędrowca grają też w "normalnej" wersji, więc wybierz się koniecznie ! :serduszka:
GosiaJG - 2011-01-20, 20:41

Mowilka napisał/a:
Kojarzysz go w ogóle z filmu?

Teraz, jak już mi wyjaśniłaś, to wszystkich kojarzę. :) Na pana oficyjera od razu zwróciłam uwagę. :)
Kolejny dowód, jak aktor nieamerykański może "zaistnieć" w amerykańskim filmie.
Przy tej okazji przypomniało mi się, jak szeroko rozpisywano się o prowadzącym tegoroczne Złote Globy i jego niewybrednych żartach na temat zaproszonych gości (podobno to reguła Globów, które tym chcą się różnić od uładzonych Oscarów). Kiedy zapowiadał prezenterów filmu zagranicznego, powiedział coś w stylu: To bardzo piękni ludzie, o pięknych włosach, uśmiechach itd. Przyda im się to, kiedy będą prezentować kategorię, która nikogo w Ameryce nie obchodzi. To prawda. Dlatego trochę mnie bawią starania innych kinematografii - polskiej, indyjskiej - by zaistnieć w Ameryce. Ona jest skoncentrowana wyłącznie na sobie.

Mowilka - 2011-01-20, 21:03

alma_verde napisał/a:
Mowilko, ale Wędrowca grają też w "normalnej" wersji, więc wybierz się koniecznie ! :serduszka:


A, to sobie poszukam, dziękuję! :kwiaty:
Jutro chciałabym pójść na Social network, dużo dobrych słów słyszałam o tym filmie.

GosiaJG - 2011-01-21, 10:13

Mowilka napisał/a:
Jutro chciałabym pójść na Social network, dużo dobrych słów słyszałam o tym filmie.

Jestem bardzo ciekawa Twojej opinii. Nikt ze znajomych tego filmu nie widział, media się zachwycają, ale zastanawiam się, czy nie jest to sytuacja, jak np. w przypadku "Hurt Lockera" czy "Three Idiots" - nikt nie ma odwagi wyłamać się z pochwalnego chóru i powiedzieć, że król jest nagi.

Co prawda Fincher jest ciekawym reżyserem, nakręcił rewelacyjny "Seven" i bardzo dobry "Fight Club", ale w przypadku "The Social Network" trochę odrzuca mnie tematyka. Idea facebooka, tego, że konstruuje się swoją "osobowość" z przynależności do jakichś "grup" i wszędzie nachalnie każe się coś "lubić", jest dla mnie odrażająca.

pawan - 2011-01-21, 10:44

GosiaJG napisał/a:
Idea facebooka, tego, że konstruuje się swoją "osobowość" z przynależności do jakichś "grup" i wszędzie nachalnie każe się coś "lubić", jest dla mnie odrażająca.


Ale piszesz to, bo tak piszą w recenzjach filmu?

GosiaJG - 2011-01-21, 12:52

pawan napisał/a:
Ale piszesz to, bo tak piszą w recenzjach filmu?

Nieee, uwaga dotycząca facebooka nie odnosiła się do recenzji filmu. :) Zresztą film poświęcony jest chyba głównie czasom przed-facebookowym załozyciela - tak przynajmniej o nim piszą.

pawan - 2011-01-21, 13:03

Ale wydaje mi się, że idea FB jest taka, jaką nadadzą mu konkretni użytkownicy. Ja sobie bardzo chwalę. Otrzymuję dzięki niemu codziennie mnóstwo informacji, które są dla mnie ciekawe, a których sama musiałabym szukać godzinami lub do których nigdy sama bym nie dotarła, a bardzo mi się przydają. Mam powiązane z moim kontem mnóstwo stron kin, teatrów i innych instytucji kultury i na bieżąco mam wszystko to, co się tam dzieje, że nie wspomnę o stronach uczelnianych, różnych konferencji nukowych, etc. Jak ktoś sobie do konta przywiąże stronę pudelka czy czegoś podobnego, to będzie z niej otrzymywał informacje, ale to jednak właściciel konta decyduje o jego zawartości.
GosiaJG - 2011-01-21, 13:54

Pawan, zapewne masz rację. :)
Mnie natomiast na wstępie odrzuciło "oferowanie mi" tzw. znajomych. Jeśli z kimś nie utrzymuję kontaktów, to nie utrzymuję i nie będzie mi jakiś durny portal niczego w tej kwestii "podpowiadał". Nie znoszę panoszącego się w całej sieci przycisku "lubię to", który koniecznie powinnam nacisnąć. Po co? Przeczytałam kilka artykułów, które pokazują, że tak naprawdę chodzi tylko o to, by konto użytkownika sprzedać jakiemuś reklamodawcy. Wiem, akurat do tego wynalazku jestem uprzedzona. Być może będzie taki moment, że będę musiała z jakichś tam powodów zacząć z niego korzystać, ale w na razie nie mam zamiaru.

To wszystko offtopicznie. :) Natomiast w temacie samego filmu - jakoś mało mnie przekonuje historia, w której mam oglądać nerda, który, kiedy rzuca go dziewczyna, wykrada zdjęcia jej i innych dziewczyn ze studenckiej sieci komputerowej, i tworzy portal, na którym można je porównywać i oceniać. Nie wiem, na ile to prawda, a na ile anegdota - ale i tak to obrzydliwe.

Edit. Jedyne, co mnie przyciąga do filmu, to obecność Justina Timberlake'a. :)

pawan - 2011-01-21, 15:29

Nie, nie, nie Gosiu, to wszystko nie tak, jak piszesz, naprawdę. Pod każdą informacją, która pojawia się na Twoim koncie (na tzw. tablicy) są cztery znaczniki: czas, kiedy informacja znalazła się w sieci; lubię to, komentarz, udostępnij. Najczęściej, te znaczniki się ignoruje, tylko czyta wiadomość i tyle, ale jeżeli chcę zaznaczyć, że informacja mi się podobała, to klikam, że ją lubię, w ten sposob daję znać osobie, która ją wrzuciła, że jej dziękuję. Mogę informację skomentować, i często jeśli informacja jest naprawdę ciekawa lub jakoś bulwersująca wtedy z komentarzy wywiązuje się dyskusja, i często są to ciekawe dyskusje oraz na poziomie, bo nie ma tam anonimowości. Oczywiście jeśli uważam informację z jakiegoś powodu za istotną, to mogę ją udostępnić czyli po prostu wpisać na moją tablicę i wtedy widzą ją wszyscy moi znajomi.
Oczywiście wszystko zależy od tego, jakich masz znajomych, ale to Ty decydujesz kogo zapraszasz, albo kogo zaproszenie przyjmujesz.

Mowilka - 2011-01-21, 15:54

GosiaJG napisał/a:
historia, w której mam oglądać nerda, który, kiedy rzuca go dziewczyna, wykrada zdjęcia jej i innych dziewczyn ze studenckiej sieci komputerowej, i tworzy portal, na którym można je porównywać i oceniać.

Fakt, tak to się zaczyna, fakt, bohater od początku do końca pozostaje potwornym dupkiem. I geniuszem jednocześnie. Trudno go lubić, trudno poczuć sympatię do portalu, który w filmie przedstawiany został głównie jako jedna wielka agencja towarzyska i miejsce do oznaczania swojego aktualnego statusu (zajęty czy wolny).
Szybkość wypowiadania zdań i migania ekranów laptopów przypomina tempo filmów tamilskich, ale właściwie jest smutno i nudno.
Justin Timberlike, o dziwo - bardzo fajnie wypadł.
I to tyle.
Mam jeszcze sporo wejściówek! W przyszłym tygodniu - Jak zostać królem

an87 - 2011-01-21, 18:12

Mowilka napisał/a:
Mam jeszcze sporo wejściówek! W przyszłym tygodniu - Jak zostać królem
Szkoda, że nie do Warszawskich kin. :( Do królewskiej audiencji chętnie bym się podłączyła :D
Mowilka - 2011-01-21, 22:19

Ania - jak przyjadę do Warszawy - zapraszam :kwiaty:
an87 - 2011-01-22, 11:59

Z przyjemnością!
A ja zapraszam do siebie! :mrgreen:

juliette - 2011-01-22, 15:01

Czekałam aż Ania coś skrobnie, ale cisza. :)
Zatem – byłyśmy z Anią w kinie na komedii brytyjskiej „Tamara i mężczyźni”. Tytuł oryginalny jest Tamare Drewe – dla Anglików pewno co nieco mówiący, jako że jest to ekranizacja komiksu
http://www.guardian.co.uk...es/tamara-drewe
(m.in. drukowanego w Guardianie), u nas tytuł jest bardziej dosłowny. Jak zwykle zresztą.
Zamiast się rozpisywać o treści, z czystego lenistwa :mrgreen: wklejam link do filmwebu
http://www.filmweb.pl/rev...ziewczyna-10746
I własna konstatacja – jest to naprawdę zabawna komedia (uśmiałam się w kinie nieźle)
– tak sobie myślę, że kobiety mogą ją nawet lepiej odebrać, bo to z panów autorzy robią sobie głownie żarty. :haha:
Ale niestety, niewiele z niej pozostaje w pamięci. Czyli taka jednorazówka, niestety. :-?
I nie należy mieć zbyt wielkich oczekiwań, mimo, że reżyserem jest Stephen Frears
http://en.wikipedia.org/wiki/Stephen_Frears
(Niebezpieczne związki, Naciągacze, Królowa) – ten film to taki miły drobiażdżek. :)

Mowilka - 2011-01-22, 17:15

Na Tamarę też się wybieram - dzięki :kwiaty:
an87 - 2011-01-22, 23:41

juliette napisał/a:
Czekałam aż Ania coś skrobnie, ale cisza. :)
Hi hi... a ja czekałam na Ciebie. Film prezentuje angielski humor. Jeżeli ktoś taki lubi polecam, jeżeli ma choćby minimalne wątpliwości niech sobie lepiej odpuści. Rzeczywiście film śmieszny. Obśmiałam się przyzwoicie, chociaż teraz jak się nad tym zastanawiam, to nie bardzo wiem z czego.
Dwie nastolatki przewijające się przez cały film rewelacja. IMO film w sam raz na raz i na szczęście nie pozostaje wiele w pamięci. Jak ktoś nie obejrzy wiele nie straci.

Mowilka - 2011-01-25, 12:38

Wczoraj poszłam na ostatnią rzecz, o jaką bym siebie podejrzewała: na Och Karol2 :oops:
Chowam się za firankę.
Ale co tam: umówiłam się z dwiema koleżankami w kawiarni w kinie Kijów. Wszystkie byłyśmy koszmarnie zestresowane - pracą, brakiem pracy, chorobą. Miałam przy sobie wejściówki, zamieniłam je na bilety. I powiem wam - niegłupi to był pomysł.
No bo tak: film jaki jest, każdy wie. Założenia scenariuszowe idiotyczne do bólu. Przypomnę w skrócie: jest facet, Karol, ani ciekawy zewnętrznie, ani bogaty wewnętrznie, któremu każda kobieta: od sędziny po kelnerkę, dosłownie ściele się do stóp. Mieszka z narzeczoną - słodką blondynką, utrzymując równocześnie stałe związki z trzema innymi kobietami, o przygodnych romansach nie mówiąc. Pewnego dnia panie dowiadują się o sobie i zamiast Karolowi powyrywać resztki wyleniałych włosów z głowy, zawiązują komunę. Monogamia jest nudna, niech będzie poligamia. Dbają o Karola zbiorowo i domagają się zbiorowych usług, seksu też. Każdy byłby szczęśliwy, ale nie Karol, który ląduje na kozetce psychoanalityka...
Głupie, płytkie, nielogiczne... A jednak naprawdę nieźle się ogląda. Przy głupim scenariuszu dialogi sa jednak dobrze napisane, sytuacje zabawne. W porównaniu z koszmarnie obleśnym Och Karol z lat 80, ten film to szkoła smaku. Mimo scen striptizu i tańca przy rurce, nie ma ani kawałka golizny (są za to całujące się panie, mogę wymienić które). Striptiz jest męski i damski. No i mamy przegląd pięknych kobiet polskiego kina, telewizji i sceny towarzyskiej: Socha, Zielińska, Foremniak, Żmuda-Trzebiatowska, Glinka, Mucha, Figura, Samusionek, Mielcarz.... aż szkoda tych piękności na jednego wyleniałego Adamczyka.
Jak mówię - odmóżdżacz. Ale miło podany. Rolę spełnił, bo moje koleżanki pękały ze śmiechu.

Edit: jest lista nominacji oscarowych
http://www.filmweb.pl/new...statuetek-69593

GosiaJG - 2011-01-25, 19:27

Nominacje do Oscarów:
http://www.stopklatka.pl/...ie.asp?wi=73504
I do Złotych Malin...
http://www.stopklatka.pl/...ie.asp?wi=73446
... które, notabene, uważam za idiotyzm, bo powstaje całe mnóstwo filmów amerykańskich klasy Z, pewnie jeszcze durniejszych niż nominowane, ale dowalić trzeba znanym, bo inaczej nie byłoby zabawy.

Edit. Ups, nie zauważyłam, że Mowilka wyżej też wrzuciła link do nominacji. :)

Swoją drogą - nie wiem, co mogłoby mnie zmusić do zobaczenia "Och Karola 2"... Może udział Dorocińskiego. ;) Ja się po prostu nie umiem bawić na takich komediach. Może to jakiś mój problem. :) Oglądaliśmy ostatnio zajawki jakichś polskich komedii przed "Turystą" - wszyscy rechotali, a ja byłam zażenowana.

Edit 2. Jeśli chodzi o nominacje oscarowe, to wiem, że jest przynajmniej jeden bardzo dobry film w zestawie - "Black Swan"; dziś oglądałam. Ale nadal nie wiem, po jakiego diabła nominują aż dziesięć filmów, skoro nominacje trafiają potem do "Incepcji" czy "Toy Story 3".
Zresztą jakieś "zapętlenie" widzę, patrząc na nominacje aktorskie, bo jak widzę Nicole Kidman, Jeffa Bridgesa czy Anette Bening, to naprawdę mam wrażenie, że przyznający je nie bardzo wiedzą, komu je dać.

Edit 3. Mowilko, ten Eisenberg z "The Social Network" rzeczywiście na nominację zasługuje?

Mowilka - 2011-01-25, 19:52

GosiaJG napisał/a:

Edit 3. Mowilko, ten Eisenberg z "The Social Network" rzeczywiście na nominację zasługuje?


Khem :-? Powiem ci, jak zobaczę Colina Firtha w Jak zostać królem. Mam wrażenie, że nikt mu nie jest w stanie zagrozić tym razem.
Nasz Polsat już ogłosił, że to aktor znany z roli Marka Darcy w "Dumie i uprzedzeniu." Ratunku!

GosiaJG - 2011-01-25, 21:04

Mowilka napisał/a:
Nasz Polsat już ogłosił, że to aktor znany z roli Marka Darcy w "Dumie i uprzedzeniu." Ratunku!

Czyli brak kompetencji i debilizm nie tylko w odniesieniu do kina indyjskiego. Dziś właśnie o tym rozmawialiśmy z Łukaszem - czy naprawdę będę zmuszona żyć w świecie, w którym coraz bardziej toleruje się niekompetencję, głupotę, a przy okazji bezczelność? :(

Nie jestem ani wielką znawczynią, ani wybitną wielbicielką Aronofsky'ego. Widziałam "Pi" i "Requiem for a Dream". Z obu niewiele pamiętam i jakoś niespecjalnie mnie powaliły, chociaż szczególnie ten drugi wręcz atakował obrazami.
Natalie Portman bardzo lubię natomiast od czasów "Leona" i to raczej jej nazwisko było dla mnie magnesem, nie nazwisko reżysera. W każdym razie nie zawiodłam się. "Black Swan" jest naprawdę świetny. Nie wiedziałam, że z filmu o balecie można zrobić trzymający w napięciu prawie-thriller. A "Black Swan" taki jest - dzięki sposobowi filmowania oraz charakterystycznemu dla Aronofsky'ego mieszaniu realistycznej fabuły z wizjami... Podświadomości?

Gdyby opowiedzieć fabułę, to można by uznać właściwie, że nie jest ona zbyt skomplikowana. Ale nie tylko o nią tutaj chodzi. Bo być może jeszcze bardziej chodzi o to, co niewypowiedziane albo niedopowiedziane. Relacje głównej bohaterki - Niny - z matką. Stosunek Niny do samej siebie i tego, co robi. Dążenie do perfekcji. Odwieczny w każdej dziedzinie sztuki spór pomiędzy doskonałą techniką a emocjami.

Film jest świetnie zagrany. Dużo mówi się o Natalie Portman - i słusznie. Ale Barbara Hershey grająca jej matkę, Vincent Cassel w roli reżysera i Mila Kunis jako Lily - przyjaciółka-rywalka Niny - też są świetni.

Warto samemu się przekonać.

Mowilka - 2011-01-25, 21:18

Na Łabędzia na razie się nie wybieram; wiem, ze Portman jest uważana za dobrą aktorkę, ale chwilowo mam jej przesyt. Natomiast Colina i Króla po prostu nie mogę się doczekać! Pierwsze recenzje widzów są entuzjastyczne

GosiaJG napisał/a:
Swoją drogą - nie wiem, co mogłoby mnie zmusić do zobaczenia "Och Karola 2"...

Rozmowa, jaką odbywałam przed filmem :( . Nie chciałabym takich więcej w najbliższym czasie. Uwierz mi, Karol był najlepszym lekarstwem na to, żeby nie rozstać się w stanie przedzawałowym. I spełnił zadanie. BTW: może któraś w Was rozpoznała, gdzie kręcono plenery górskie? Nie końcowe, tylko te z srebrnego wesela rodziców Marysi.
Jak tam było pięknie <3

GosiaJG - 2011-01-25, 21:35

Mowilka napisał/a:
wiem, ze Portman jest uważana za dobrą aktorkę, ale chwilowo mam jej przesyt.

Ja ją widziałam w ubiegłym roku tylko w "Braciach", a ostatnio w"New York, I Love You". Podobała mi się. Nie wiem, czy wspominałam, że to ona właśnie grała w tym fragmencie z Irrfanem Khanem. :) A co do tego, co ktoś tam sobie "uważa", to wiesz, jakie mam zdanie. :)
Cytat:
Natomiast Colina i Króla po prostu nie mogę się doczekać!

Ja tylko ze względu na Colina, bo tematyka mnie lekko odstręczyła. ;) Ale pocieszam się, że jak czytałam o "The Single Man", to też nie pałałam entuzjazmem, a film zrobił na mnie wrażenie.

Edit. W "Black Swan" wykorzystano oczywiście duże fragmenty muzyki Czajkowskiego z "Jeziora łabędziego" - ten jeden już zawsze kojarzył mi się będzie z pamiętną sceną z "KANK". :)

Mowilka - 2011-01-25, 21:59

Do Portman sama się zraziłam - naoglądałam się Bliżej, gdzie mi się ogromie podobała. Potem poszłam na Jagodową miłość - a ona była tam jak kalka, dokładnie taka sama.
Ale nadal uważam, ze w zalewie plastikowej urody i aktorstwa pożal się Boże, ona wyróżnia się na plus.

juliette - 2011-01-26, 20:53

Dzięki Gosiu za recenzję :) :kwiaty: . Bardzo mi (z opisu) ten film (Czarny łabędź) przypomina "Pianistkę" M. Haneke wg powieści Jelinek z Isabelle Hupert (córka) i Annie Girardot (matka). Analiza piekielnie toksycznego związku matka - córka, w którym nie wiadomo do końca, która jest bardziej zależna od drugiej.
Tamten film był rewelacyjnie zrobiony i zagrany.

GosiaJG - 2011-01-26, 21:18

juliette napisał/a:
Bardzo mi (z opisu) ten film (Czarny łabędź) przypomina "Pianistkę" M. Haneke

Toksyczny związek z matką, tematyka związana ze sztuką rzeczywiście łączą te dwa filmy, ale moim zdaniem film Aronofsky'ego nie jest podobny do "Pianistki".
Spoiler:

Bohaterka "Pianistki" jest zimna, wyżywa się na uczniach, jest niespełnioną artystką. Ma "skrzywioną" seksualność, potrafi ją przeżywać masochistycznie albo jakoś "skrajnie". Nina stoi u progu kariery, dopiero czeka na jej spełnienie; ma zatańczyć w "Jeziorze Łabędzim" - to jedno z największych wyzwań, ale i jedna z największych nobilitacji dla baletnic. Nina zaczyna popadać w obłęd z powodu swojej roli i pragnieniu, by jej sprostać. Jej seksualność jest właściwie stłumiona - m.in. dlatego ma problem z zagraniem Czarnego Łabędzia. Matka ciągle traktuje ją jak małą dziewczynkę, jej pokój wypełniony jest maskotkami, a przy łóżku stoi pozytywka.
Oczywiście pojawia się kwestia niespełnionych marzeń matki, które przeniosła na córkę, ale nie jest to jedyny motyw.


No i - moim zdaniem - bohaterka "Pianistki" jest odpychająca. Nina czasem przeraża, ale jednocześnie budzi współczucie i sympatię.

Mowilka - 2011-01-29, 20:42

Jak zostać królem - obejrzany na seansie przedpołudniowym, na którym przeważającą część widowni stanowiły emerytki (kino Pod Baranami wprowadziło ulgi biletowe dla seniorów). Mówię o tym,bo jedna z nich zasnęła i chrapała dość rozgłośnie, póki jej żwawsza koleżanka nie szturchnęła. No cóż, może dla osób nie przyzwyczajonych do skupiania uwagi dłużej niż na jeden odcinek ulubionego serialu, film mógł być zbyt jednostajny. No bo faktycznie - cóż sie tam dzieje? Niewiele. Dla monarchii i rodziny księcia Jorku te lata były pełne wstrząsów i szoków - śmierć króla, krótkie rządy pani Wallis Simpson, abdykacja starszego brata, niechciana korona, konieczność podjęcia oficjalnych obowiązków, wybuch wojny... Wszystko to jednak dzieje się w tle, gdzieś tam wisi nad głowami bohaterów jak ponura chmura gradowa. Ich świat to zaciszne pokoje i własny świat rodziny z dwiema małymi córeczkami, w który brutalnie wkracza historyczna konieczność.
Mnie się spać nie chciało. Przeciwnie, siedziałam w napięciu, odczuwając każdym włóknem ciała ból i strach nieśmiałego, jąkającego się człowieka, który miał nadzieję przeżyć życie cicho i spokojnie, a musiał stanąć na czele kraju. To zasługa wspaniałej roli Colina Firtha. Wspaniałej. I równie wielkiej roli Goeffreya Rusha w roli jego logopedy. I Heleny Bohnam - Carter. I innych.
Pod żadnym względem nie jest to film amerykański, z rodzaju tych, co to "był słaby, a stał się niezwyciężony." Nie, król Jerzy nie jest niezwyciężony. Ale to, jak walczy ze swoją słabością jest niesamowicie ujmujące, ani trochę nie ckliwe i nie przesłodzone. Sceny w gabinecie Lionela są też niesamowicie komiczne.
Naprawdę warto ten film zobaczyć.

juliette - 2011-01-29, 23:39

Aniu, koniecznie więc w tygodniu na "króla" trzeba się wybrać :) .
Byłam dziś na "Czarnym Łabędziu" i w sumie do recenzji Gosi mogę tylko co nieco dopisać.
Film jest klaustrofobiczny, i ze względu na tematykę - toksyczny związek matka-córka, stres młodej kobiety związany z pierwszą dużą rolą, (można rzec, że właściwie wtrąca ją to w szaleństwo).
I klaustrofobiczny przez sposób filmowania, bardzo mobilna kamera cały czas podąża za główną bohaterką. Akcja na dobrą sprawę dzieje się w kilku wnętrzach, teatr - scena, sala ćwiczeń, garderoby i korytarze. Mieszkanie Niny i jej matki, ciasne, mroczne, zatłoczone różnymi pamiątkami.
Sporadycznie jakieś ciemne korytarze metra.
Postaci zdają się całkiem wyizolowane ze zwykłego życia. Nie robią zakupów, nie czytają, nie spotykają się towarzysko. Ćwiczą, tańczą, śpią.
To wszystko nadaje filmowi ciężki, duszny, mroczny klimat.
Świetna końcówka - zwłaszcza "przeistoczenie się" Niny w czarnego łabędzia (te czarne skrzydła, w której (w jej wyobraźni) zamieniają się jej ręce - kapitalny pomysł).
Co mi przeszkadzało - głos Natalie Portman (piszczy niestety).

an87 - 2011-01-30, 00:11

juliette napisał/a:
Aniu, koniecznie więc w tygodniu na "króla" trzeba się wybrać :) .
Ano, koniecznie :D
GosiaJG - 2011-01-30, 00:21

Też mam zamiar wybrać się na "Króla". :)

Juliette, "klaustrofobiczny" to rzeczywiście dobre określenie filmu Aronofsky'ego. Swoją drogą ostatnio rozmawiałam z Łukaszem, że "Łabędź" to taki film, z którego "ugryzieniem" nasi śmieszni krytycy będą mieć problem. ;) No bo tak - przyznać, że dobry - to tak trochę głupio, ludziom też się podoba. Doszłam do wniosku, że gdyby to był film np. skandynawski jakiś, z kompletnie nieznanymi aktorami - to ci śmieszni mieliby już mentalny orgazm wyrażony w pokrętnej, odpowiednio nadętej recenzji. Ale nie jest - na wszelki wypadek trzeba więc zaznaczyć, że przewidywalny/ banalny/ kiczowaty - chociaż bardzo zjeżdżać nie należy, żeby sobie drogę odwrotu zostawić. ;)

pogoda - 2011-01-30, 18:04

Też mam nadzieję, że uda mi się wybrać na "Króla" i "Łabędzia". Opinie są bardzo zachęcające. :)

A propos "klaustrofobicznej" atmosfery, kolega pożyczył mi film "Pogrzebany" z Ryanem Reynoldsem w roli głównej i jedynej widzianej, bo reszta aktorów występuje tylko jako głosy.
Ogólnie pożyczyłam ten film, bo miałam ochotę obejrzeć jakiegoś niemożebnego gniota i w takim nastroju dziś z Vitą do niego zasiadłyśmy, jednak "Pogrzebany" zrobił na mnie zgoła inne wrażenie.
Bohater, Paul budzi się zakopany w drewnianym pudle, które od biedy można by nazwać trumną. Akcja poza trumnę nie wychodzi, bohater ma komórkę, prze którą kontaktuje się z nim porywacz, a on sam stara się znaleźć jaką pomoc. Poza tym dowiadujemy się tyle, że trumna jest zakopana gdzieś w Iraku, bo Paul jest cywilem pracującym dla firmy transportowej, która zaczepiła się pewnie na rządowy, tłusty kontrakt.
Paul jest cywilem, ale z rozmów z porywaczem wynika, że Amerykanie obrzydli Irakijczykom, a na pewno porywaczowi do tego stopnia, że raczej nie należy oczekiwać ludzkich odruchów od kogoś, kto sam na takie liczyć nie może.
Zwroty akcji następują po sobie dość sprawnie, reżyser mimo skromnych środków pt Ryan Reynolds, komórka, zapalniczka, latarka, witający w gościnę wąż i piasek umiejętnie buduje napięcie i wciągnęłam się w sinusoidę nadziei na ratunek i jej tracenia, która zmienia się w zależności od zwrotu akcji.
Film bardzo realistycznie pokazuje, jak wygląda łączenie rozmów na liniach ogólnych i jak się wszyscy bardzo przejmują problemem osoby po drugiej stronie słuchawki. Baaardzo. ;)
Mimo skromnego budżetu nazwałabym ten film sensacyjnym z wyżej pułki, żadne trzeba obejrzeć, ale ciekawe można.

W tamtym tygodniu nadrobiłam zaległość pt "Dzień świra", ale do tej pory nie wiem, co o tym filmie myśleć i nie wiem, czy coś mądrego kiedyś mi na jego temat przyjdzie do głowy, nie potrafię go ugryźć.

GosiaJG - 2011-01-30, 20:40

Łukasz był na "Pogrzebanym" i bardzo mu się podobał. Ja, ze względu na "klaustrofobiczny" temat i klimat, odpuściłam sobie - nie wiem, czy dałabym radę.
A "Dzień świra" uważam za bardzo ciekawy. :)

pogoda - 2011-01-30, 22:57

GosiaJG napisał/a:
Łukasz był na "Pogrzebanym" i bardzo mu się podobał. Ja, ze względu na "klaustrofobiczny" temat i klimat, odpuściłam sobie - nie wiem, czy dałabym radę.

Oj tak, my musiałyśmy zrobić przerwę na zrobienie herbaty, żeby złapać oddech, gdzieś tak w połowie, w dodatku film jest w dużej mierze przygnębiający.

Cytat:
A "Dzień świra" uważam za bardzo ciekawy. :)

Ja też, tylko nie potrafię go rozszyfrować, powinnam chyba obejrzeć do tego przynajmniej jeszcze ze dwa razy, ale w najbliższym czasie raczej się nie zbiorę, bo zdołował mnie ten film. Właściwie jedyne przemyślenie jakie mam, to że jak człowiek dojdzie do takiego stanu, zostaje mu albo szpital i psychotropy, albo kula w łeb, bo fizycznie nic nie dolega, a psychicznie agonia i jeszcze się ludzi wokół truje.

an87 - 2011-02-04, 10:50

Ha! Polazłyśmy wczoraj z Juliette na Jak zostać królem.
O w diabły, tego się nie spodziewałam! :shock:
Pełniutka sala, po brzegi. Dawno widoku takiego oczy me nie zlokalizowały. :mrgreen:
Luda wszelakiego w różnym wieku i pci, od bardzo młodych dzieciaków w górę.
Hmm... to chyba coś znaczy.
Pomijając te dzikie tłumy...
IMO film bardzo ciekawy, pokazujący miłościwie panującą rodzinę królewską z trochę innej perspektywy, takiej bardziej ludzkiej, targanej takimi samymi namiętnościami i mającej takie same problemy jak zwykli ludzie (oczywiście nie finansowe). Skomplikowany stosunek ojciec-syn, brat-brat. Nadmierne oczekiwania i drwiny w efekcie pogłębiają problem z jakim zmaga się główny bohater Albert Książę Yorku grany przez Colina Firth'a. Relacja osoba z wyższych sfer - prosty człowiek, jakim jest terapeuta Lionel Logue zagrany przez Geoffrey'a Rusha i rodząca się między nimi przyjaźń. A wszystko to w przełomowym w historii dla Anglii momencie. Zmiana na tronie z jednej strony wybuch II Wojny Światowej z drugiej.
Colin zagrał bardzo przekonująco powierzoną mu rolę. Ma w sobie coś majestatycznego, przykuwającego uwagę. Na Złotego Globa zasłużył bez dwóch zdań, ba... na Oskara również. Niezrównoważony Barbossa z Piratów... znakomicie wcielił się w rolę londyńskiego logopedy, potrafiącego bronić skutecznie swojej wiedzy i niekonwencjonalnych, ale skutecznych metod stosowanych w terapii.
Pierwsza, tak mi się wydaje, wreszcie pozytywna i niepokręcona rola Heleny Bonham Carter. Nie można oczywiści zapomnieć o aktorach drugoplanowych. Krótko mówiąc przekrój przez Dumę i Uprzedzenie i Harrego Pottera.
Film warto zobaczyć, polecam.

Hermengilda - 2011-02-04, 18:41

Podpisuję się wszystkimi kończynami przed szanowną przedmówczynią.
Ja byłam w środę, a że to dzień tańszych biletów, to sala w CinemaCity była też pełniutka.
A film - bardzo, bardzo dobra opowieść, dobrze napisana i zagrana. Nie przeładowana, taka wyważona. To był bardzo przyjemny seans.
(a swoją drogą, jak dobrze że urodziłam się w normalnej rodzinie, i nie mogę powiedzieć że najbliższa była mi niania.....)

juliette - 2011-02-05, 16:04

Dzięki Aniu :D . Także się podpisuję pod szanownymi przedmówczyniami :D .
Firth zagrał rolę świetnie psychologicznie - książę, potem król, pełen dystansu, ale jednocześnie zupełnie zwykły człowiek, pełen kompleksów, przytłoczony spadającym na niego obowiązkiem, stłamszony w dzieciństwie przez brata, ojca, niańki. Nie jest monumentem, jest człowiekiem.
Właściwie ciężar filmu spoczywa na tej roli i trzeba przyznać, że Firth dał radę :mrgreen:
A jak pięknie klnie :lol:
A rola Goeffreya Rusha przydaje filmowi lekkości i komizmu :lol:
Np. odpowiedź na pytanie króla - jak ten może się logopedzie odwdzięczyć - spojrzenie spod oka i riposta: "szlachectwo"?
I, co tu dużo mówić, rodzina królewska to rodzina dysfunkcyjna :mrgreen: .

No i te tłumy :shock: - mimo środka tygodnia kino upchane do ostatniego miejsca - a podobno to największa sala w Kinotece :shock:

pawan - 2011-02-05, 16:47

Też byłam i się w zasadzie podpisuję pod powyższymi postami. Dlaczego w zasadzie? Gdyż na moją ocenę filmu jako zwyklego widza wpływają moje prywatne upodobania, które powodują, że z reguły filmy, które zajmują się życiem którejkolwiek XXwiecznej rodziny królewskiej, omijam szerokim łukiem.

Ale na ten film się wybrałam i nie żałuję, gdyż pomijając fakt, że jest to portret człowieka/rodziny, których jedynym powodem do "chwały" jest urodzenie się, jest świetnie zagrany, doskonale osadzony w realiach (co cenię) i niosący ten typ humoru, który lubię :lol:

Jedyny fragment, który nieco mnie zniesmaczył to sama koncówka czyli tytułowe przemówienie, a konkretnie to pełne emocji słuchanie przez zjednoczony naród transmisji radiowej. Ale i to była dla mnie nie do końca przegrana scena, gdyż zilustrowana została rewelacyjnym Mozartowskim koncertem, jednym z mych ulubionych. :D

Mowilka - 2011-02-05, 17:19

pawan napisał/a:

Jedyny fragment, który nieco mnie zniesmaczył to sama koncówka czyli tytułowe przemówienie, a konkretnie to pełne emocji słuchanie przez zjednoczony naród transmisji radiowej.


Ale weź pod uwagę, jaka to była chwila - Anglia właśnie wypowiadała wojnę, ludzie żyli w niepewności jutra i - zapewne - bali się. W takich chwilach ludzie rzeczywiście spijają słowa z ust swoich przywódców, usiłując z tych słów wyczytać losy najbliższego czasu (zwykle bezskutecznie).

Mnie się też ogromnie podobało nakreślenie sylwetki Lionela - logopedy. Fantastyczny w swoim gabinecie, skuteczny i pewny swoich umiejętności, był tak rozpaczliwie żałosny próbując spełnić marzenia o aktorstwie. Scena przesłuchania w teatrze amatorskim była wręcz bolesna.

Hermengilda - 2011-02-05, 19:43

Mowilka napisał/a:
Fantastyczny w swoim gabinecie, skuteczny i pewny swoich umiejętności, był tak rozpaczliwie żałosny próbując spełnić marzenia o aktorstwie. Scena przesłuchania w teatrze amatorskim była wręcz bolesna

Owszem, ale był też w pełni świadomy, że ta kariera aktorska chyba jednak nie jest mu pisana. Nie jestem w stanie dosłownie zacytować, ale w którymś momencie przyznaje, że super aktorem nie był i chyba raczej nie będzie.
A, i był słodki gdy drżał przed żoną, która trochę wcześniej wróciła do domu i zastała w nim państwa Johnson.

Mowilka - 2011-02-05, 20:20

Hermengilda napisał/a:

A, i był słodki gdy drżał przed żoną, która trochę wcześniej wróciła do domu i zastała w nim państwa Johnson.

:haha: Rewelacyjna scena! Królowa, która zachowuje się w jej domu równie swobodnie jak we własnym i prosi, żeby nie nazywać jej "Liz."

GosiaJG - 2011-02-05, 20:38

W mojej "wsi" "Jak zostać królem" dopiero od 11 lutego, więc wybiorę się pewnie za niecałe dwa tygodnie w ramach tzw. taniego wtorku. Mam nadzieję, że do tego czasu nie zaspoileruję sobie filmu. :)

Tymczasem zobaczyłam "Zapaśnika", poprzedni film Aronofsky'ego. Znowu mamy tu bohatera chcącego dostać się na szczyt. Ale w przypadku Niny z "Łabędzia" było to pierwsze podejście. W przypadku Randy'ego jest to próba odbicia się od dna. Randy był kiedyś sławnym zapaśnikiem (a właściwie uprawiał wrestling, czyli takie amerykańskie "ustawione" zapasy), teraz ciągle walczy w jakichś podrzędnych prowincjonalnych klubach i chce udowodnić, że nadal jest kimś. Jednak w pewnym momencie zawodzi go zdrowie - i musi zacząć żyć inaczej. Nagle okazuje się, że jest kompletnie samotny. Ma córkę, z którą widział się kilka razy w życiu. Najbliższa jest mu pewna striptizerka - Cassidy. Jednak i ona ma swoje życie. A on nie bardzo wie, jak poskładać swoje. Bo tak naprawdę poza zapasami ono nie istnieje.

Tak, jak w "Black Swan", jest tu trochę schematów, które jednak reżyser dość umiejętnie rozgrywa. Bo co prawda pojawia się uwielbiana przez Amerykanów walka o powrót na szczyt, jest dobra, ciepła i mądra striptizerka - ale trochę inaczej się tu wszystko toczy. "Zapaśnik" nie jest filmem szczególnie odkrywczym, ale ogląda się go z zainteresowaniem. M.in. dzięki dobrym rolom Mickeya Rourke'a (ma się wrażenie, że jego bohater jest trochę taki, jak on sam) i Marisy Tomei, której nie widziałam od lat.
Ostrzegam - walki na ringu filmowane są z upodobaniem i szczegółowo. I fakt, że są wcześniej umawiane, nie sprawia, że stają się mniej krwawe i brutalne.

alma_verde - 2011-02-07, 23:03

A ja ostatnio zaliczyłam Ticking Clock - szczerze mówiąc nawet nie wiem, jaki był polski tytuł (Cuba Gooding Jr., Neil McDonough).
Muszę przyznać, że film mnie totalnie zaskoczył. I nawet nie wiem, jak o nim opowiedzieć, żeby nie spoilerować, bo wszelkie spoilery popsują przyjemność oglądania.

Kiedy poznajemy głównego bohatera, jest sfrustrowanym dziennikarzem śledczym, który ma kilku zaciekłych wrogów w policji ze względu na artykuły, jakie publikował w prasie. Ale i masę oddanych znajomych, zawsze gotowych do pomocy w pogoni za następną sensacją. Jest w separacji z żoną, ma małego synka. Żona chce, by wreszcie zajął się normalną pracą, a on nie bardzo wie, co ma zrobić. I w takich okolicznościach przyrody pech chciał, że zostaje zamordowana jego znajoma pani prokurator, a on jako jedyny widział sprawcę.
Oczywiście nietrudno się domyślić, co zrobi - jego natura dziennikarza bierze górą. I od tej chwili wszystko się komplikuje.

Więcej nie zdradzę - powiem tylko tak: jeśli ktoś się spodziewa klasycznego thrillera o pogoni za sensacyjną historią - będzie w błędzie. Nie będzie to także klasyczny kryminał o szukaniu zabójcy i wyjaśnianiu przyczyn zbrodni.
Ten film to taka mieszanka różnych elementów - z totalnie zaskakującym zakończeniem. I choć w pewnym momencie i tak zaczynamy się domyślać o co chodzi, końcówka mimo wszystko nas zaskoczy.
Zasadniczo - choć nie jestem 100% fanem sensacji - ten film mogę polecić. I będę ciekawa innych opinii :mrgreen:

Parmita - 2011-02-08, 12:17

Co powiecie na to, aby zerknąć co noszą gwiazdy i gwiazdeczki na naszym rodzimym podwórku? Wybrałam dwa linki z największą chyba liczbą kreacji z wczorajszej gali Telekamer oraz jeden link ze zdjęciami pań z Balu Dziennikarzy:
http://nocoty.pl/gid,1311...ec,galeria.html
http://www.plejada.pl/200...leria_duze.html
http://www.pudelek.pl/art...ikarzy_zdjecia/
I jak? ;)

GosiaJG - 2011-02-08, 17:00

Nie mam pojęcia, kim są te "gwiazdy", poza "oczywistościami" w rodzaju Torbickiej czy Rodowicz (wyglądała jak czarownica ;) ). Na marginesie - co to za szmatława strona, ten tzw. "pudelek"? :shock: Bo rzuciły mi się w oczy fotki i tytuły z boku i zdębiałam - ktoś to naprawdę czyta? :shock: Ja nawet fotek nie zobaczyłam, tak szybko uciekłam.
Mowilka - 2011-02-08, 21:11

Pudelek to najbardziej wstydliwa przyjemność ( :-? ) polskiego internetu. Jak chcesz sobie kogoś bezkarnie i w towarzystwie poopluwać - jak w dym do pudelka!
Niektóre kiecki świetne! Ta pierwsza - czerwona w pierwszym linku - zabójcza. I Torbicka obłędnie wygląda. I Kożuchowska.

GosiaJG - 2011-02-08, 21:48

Mowilka napisał/a:
Pudelek to najbardziej wstydliwa przyjemność ( :-? ) polskiego internetu. Jak chcesz sobie kogoś bezkarnie i w towarzystwie poopluwać - jak w dym do pudelka!

Eee, to chyba nie żałuję, że nic mi to nie mówi. :)

Zerknęłam w drugi link. Podoba mi się czarna kiecka niejakiej pani Kamińskiej. :)

Mowilka - 2011-02-08, 21:56

Uli - Brzyduli? :D
Ale niektóre - olaboga! Maryla Rodowicz jest zawsze ubrana po swojemu i do niczego się nie nagina, ale Natasza Urbańska? Co to za bandaż pod szyją? Walach okropnie wygląda w tej dziwnej sukience.

an87 - 2011-02-08, 22:08

Mowilka napisał/a:
Natasza Urbańska
Przepraszam za swę ignoraaaancję, a kto to? :mrgreen:
Znaczy się nie oczekuję odpowiedzi, później sprawdzę, albo pozostanę w błogiej nieświadomości.

pogoda - 2011-02-08, 23:50

an87 napisał/a:
Mowilka napisał/a:
Natasza Urbańska
Przepraszam za swę ignoraaaancję, a kto to? :mrgreen:
Znaczy się nie oczekuję odpowiedzi, później sprawdzę, albo pozostanę w błogiej nieświadomości.

An, umknął Ci widać największy sukces Nataszy Urbańskiej, czyli poznanie Sonu Nigama, branego przez nasze media czasem za Sonę Nigam. ;)

Ula Brzydula faktycznie śliczna, za to jak zwrócono uwagę w komentarzu do zdjęcia Małgorzaty Sochy, ktoś chyba pozazdrościł jej urody i oszpecił ją makijażem, w dodatku trudno ją poznać, ale to może akurat dobrze. ;)

Bardzo podoba mi się partnerka Huberta Urbańskiego, butów nie widać, więc nie mogę nic o nich powiedzieć, ale zarówno sukienka, jak i dodatki ładnie się z jej urodą komponują.
http://e4.pudelek.pl/p106...01761964d4e8baf

Mowilka - 2011-02-08, 23:53

Natasza przeprowadziła jeszcze wywiad z Amitabhem Bachchanem, odziana w kusą czerwoną firaneczkę, co z Hermią podziwiałyśmy przed projekcją filmu Paa
To taka wanna be... ni aktorka, ni tancerka, ni piosenkarka. Może tancerka najbardziej.
Pani od Urbańskiego rzeczywiście ładnie wyglada.

Hermia - 2011-02-09, 10:11

:mrgreen: Pamiętam ten wywiad, pierwszy obraz na ekranie i myślałam, że Natasza odziana jest w...ręcznik. Następnego dnia ogladałam wywiad w TV, już tak nie raziła ta kusa sukienka.
Parmita - 2011-02-09, 10:59

Mowilka napisał/a:
Natasza przeprowadziła jeszcze wywiad z Amitabhem Bachchanem, odziana w kusą czerwoną firaneczkę

Co można zobaczyć tutaj:
http://dziendobrytvn.plej...l.html#autoplay

Tutaj zaś jest materiał ze spotkania z Sonu (i w ogóle z całego "podboju" Bollywood przez Józefowicza i jego wkurzającą żonkę): http://dziendobrytvn.plej...osci_detal.html

an87 - 2011-02-09, 12:19

Hihi...poczytałam trochę komentarze...hihi... niezłe.
W domku sobie zobaczę :mrgreen:

vita - 2011-02-09, 22:00

Wieści dobre niosę. W najbliżsyzm czasie ma ruszyć produkcja Hobbita! :yeah: Cieszy mnie to niezmiernie. Reżyseruje Peter Jackson. W filmie mają się pojawić pamiętane z LOTR twarze. Jak dotąd potwierdzili swój udział: McKellen jako Gandalf, Wood - Frodo, Bloom - Legolas, Sir Christopher Lee - Saruman, Cate Blanchett - Galadriela, Serkis - Gollum, czyli tutaj bez zmian. W roli Bilba zobaczymy Martina Freemana, znanego m.in. z Auostopem przez galaktykę, To właśnie miłość. Ten wybór budzi pewne kontrowersje. Freeman swego czasu przyznał, że nie przepada za twórczością Tolkiena. Możecie sobie wyobrazić niezadowolenie fanów... Ale, ale... najciekawszy news - Thorina zagra Richard Armitage, czyli wspaniały Pan Thornton z Północ-Południe <3 Znaczy będą doznania estetyczne :mrgreen:
I nieco smutniejsza wiadomość - premiera przewidywana jest na przyszły rok, więc jeszcze trochę trzeba poczekać :(

Dla zainteresowanych tematem

http://the-hobbit-movie.com/

Mowilka - 2011-02-10, 00:47

Martin Freeman grał Watsona w nowej wersji przygód Sherlocka Holmesa i bardzo - moim zdaniem - nadaje się do roli hobbita.
Richard Armitage? jejjjj... :brawo:

an87 - 2011-02-10, 09:23

vita napisał/a:
Wieści dobre niosę. W najbliżsyzm czasie ma ruszyć produkcja Hobbita! :yeah:
O tym wiedziałam, ale i tak :yeah: :yeah:
vita napisał/a:
W roli Bilba zobaczymy Martina Freemana
IMO Marti kapitalnie sprawdzi się w tej roli. Nie jest szczególnie wysoki, lekko zaokrąglony - będzie trochę przypominał Sama, hi hi hi...
Super, że kluczowe postaci zostaną zagrane przez tych samych aktorów. Nie trzeba się będzie przyzwyczajać do nowych twarzy, a z czasem film będzie można oglądać jako całość, bez żadnych zgrzytów.
vita napisał/a:
Thorina zagra Richard Armitage
MNIAM! O i tyle :mrgreen:
Bardzo czekam na ten film, bo mimo iż lubię Władcę Pierścieni, przez Hobbita jak do tej pory nie udało mi się przebrnąć.
Cat, jak tam Twój Symarilion in english?

GosiaJG - 2011-02-10, 21:06

Wieści o "Hobbicie" pojawiają się już od dłuższego czasu, chociaż ja ekscytuję się nimi mniej ze względu na to, że "Hobbit" to taka "wprawka" do "Władcy...", historia bardziej dla dzieci i młodzieży. Chociaż na pewno film zobaczę, a wcześniej pewnie przypomnę sobie wreszcie powieść. :)
Martin Freeman pasuje do roli według mnie. A co do Armitage'a, to się nie cieszcie zawczasu, bo zważywszy na to, kogo będzie grał, z pewnością daleko będzie mu do seksowności pana Thorntona, a być może nie będzie go widać spod charakteryzacji. :)

pawan - 2011-02-10, 21:11

Pewnie, jak nakręcą to zobaczę przy okazji z dzieckiem, gdyż wstyd się przyznać, ale Hobbita nie czytałam, a trylogię tylko raz i trochę po łebkach. W tym wyjątkowym, jak na mnie przypadku, wolę ekranizację od powieści...... :oops:
an87 - 2011-02-10, 22:16

pawan napisał/a:
wolę ekranizację od powieści...... :oops:
Hi hi... pokonały Cię długalaśne opisy ;)
GosiaJG napisał/a:
być może nie będzie go widać spod charakteryzacji. :)
Oj tam, już coś wymyślą, żeby był rozpoznawalny :mrgreen:
pawan - 2011-02-10, 22:47

an87 napisał/a:
Hi hi... pokonały Cię długalaśne opisy


Myślę, że raczej skomplikowana fabuła, ja prosty człek jestem i jak więcej jest niż 2 bohaterów to zaczynają się problemy.

GosiaJG - 2011-02-12, 22:11

Wybraliśmy się na "King's Speech" (nie bardzo podoba mi się polski tytuł). Cieszę się, że zobaczyłam ten film w kinie, bo to tego typu obraz, przy którym w domu łatwo się rozproszyć.
Mam podobną do Waszych uwagę "okołofilmową" - o 15.15 był tłum ludzi, w bardzo różnym wieku. I chociaż dwaj młodzieńcy z popcornem przed nami chyba niezbyt wiedzieli, o co chodzi, bo ciągle wyciągali komórki i pisali jakieś smsy, to reszta sali raczej przyjmowała film bardzo dobrze.

Podobnie, jak pawan, nie interesuję się losami współczesnych rodzin królewskich, a szaleństwo Brytyjczyków na punkcie "ich" familii mnie śmieszy, ale film bardzo mi się podobał. Realia, typ humoru, bohaterowie, złowroga historia czająca się w tle, ale już "wystawiająca pazury"...
Podobało mi się - pisała o tym już Mowilka - że to nie była taka amerykańska historia o tym, jak słabeusz przezwycięża siebie i staje się siłaczem.
Colin był rewelacyjny, Geoffrey Rush też; zresztą trudno byłoby się przyczepić do którejkolwiek z ról.
Cytat:
konkretnie to pełne emocji słuchanie przez zjednoczony naród transmisji radiowej.

No co - jak w kinie amerykańskim albo indyjskim. :mrgreen: Na plus można im policzyć, że darowali sobie łopoczącą flagę. ;)

GosiaJG - 2011-02-15, 16:08

Przedwczoraj wręczono brytyjskie BAFTY - najważniejsze brytyjskie nagrody filmowe. Triumfatorem był "King's Speech". Pełna lista zwycięzców:
http://www.bafta.org/awar...ds,1572,BA.html
Niektórzy pewnie będą kręcić nosem, że Brytyjczycy nagradzali głównie swoich, ale - dlaczego nie? Amerykanie podczas Oscarów też się "dopieszczają". :)

Kreacje z czerwonego dywanu:
http://www.imdb.com/featu..._bafta_arrivals

Mowilka - 2011-02-15, 19:21

Brawo :brawo: Ja sama mam w nosie Oscary, ale skoro aktorzy ich pożądają, to życzę Colinowi Oscara w następnej kolejności. Należy mu się, choćby za całokształt. To znakomity aktor.
Jaka Emma Watson już jest dorosła i urodziwa!

GosiaJG - 2011-02-15, 19:30

Jeden Colin jest bardziej utalentowany niż cała banda tych różnych takich amerykańskich, promowanych mocno aktorków.
Gdyby Geoffrey Rush dostał Oscara, też bym się nie obraziła - Brytole i Australijczycy triumfują w Hameryce? Czemu nie? ;)
Emma Watson, od czasu, jak ścięła na krótko włosy, wygląda prześlicznie. Bardzo mi się podobała na BAFTACH.

Mowilka - 2011-02-16, 10:02

Oglądanie Harry'ego Pottera skończyłam chyba na Czarze ognia, więc nie wiem, jak się rozwija aktorsko, ale pewnie będzie kolejną zdolną brytyjską aktorką.
Geoffrey Rush jest świetnym aktorem. Ja uwielbiam Zakochanego Szekspira - nie dla wątku miłosnego, który mnie ani ziębi ani grzeje, tylko dla ról pobocznych. Rush jako przedsiębiorca teatralny z przypieczonymi piętami był po prostu genialny!

Mowilka - 2011-02-18, 00:14

Obejrzałam polski Rezerwat . Słyszałam dużo dobrego o tym filmie, lubię Sonię Bohosiewicz, ostatnio namnożyło się filmów wychwalających uroki Pragi - w sensie - menelskiej, wstydliwej, prawodbrzeżnej Warszawy, a nie stolicy Czech. Film został mi pożyczony na rozproszenie smutku - no to zapuściłam... I zaczarował mnie.
Praga, sypiąca się kamienica z podwórkiem - klepiskiem pełnym kałuż, ze ścianami w liszajach i powybijanymi, niemiłosiernie brudnymi szybami w korytarzach. Z menelami pijącymi na ławeczce i naciągającymi na "dwa złote nam zabrakło, kierowniku," z okropnym, złośliwym dzieciakiem, sąsiadką wracającą po pijaku w środku nocy i szarpiącą się na podwórzu z facetem, który jest "na warunku." Kiosk, którego kioskarka wie wszystko o wszystkich. Sklep, w którym nie warto kupować mielonych "bo leżą już od tygodnia, a na noc prąd w lodówce wyłączają." Ekipa remontowa od wszystkiego - rano zamontuje telefon, wieczorem naprawi cieknący kibel... Tylko rwać włosy z głowy, kiedy się musi, jak bohater - fotograf Marcin - tutaj z konieczności zamieszkać. No i im dalej w film, tym szerzej otwierają się oczy. Bo to nie jest obraz z serii "odrażający, brudni, źli," tylko ciepła opowieść o swoistej malej ojczyźnie, kawałku własnego miejsca, własnej historii. I z ludzi wyłazi to, co w nich siedzi naprawdę i może okazać się, że elegancki "pan z centrum" czy krawatowy właściciel kamienicy do pięt nie dorastają pijaczkom z ławeczki. Prócz tego, że to ciepły film, w którym potwornie klną :twisted: , ma jeszcze piękne, wyraźne, ładnie zagrane postaci: Hankę - fryzjerkę (świetna Sonia), Romka - taksówkarza (kapitalny Artur Dziurman), pana z zakładu fotograficznego (Mikołaj Muller) i - właściwie każdego.
Ten film na kategorię "komedia" - ale nie będziecie na nim rechotać. Raczej. Choć może, chwilami? Na przykład w dream sequence z japońskimi turystami. W każdym razie - bardzo polecam.

GosiaJG - 2011-02-19, 07:37

Za mną z kolei "chodzą" ostatnio starsze filmy amerykańskie. W dawnych czasach pokazywano je nawet w telewizji w niedzielne południa, dlatego jako dziecko oglądałam Errola Flynna jako Robin Hooda, Bogarta jako Marlowe'a itd.

Przypomniałam sobie "Śniadanie u Tiffany'ego". Ten film (i inne, np. oglądane w ubiegłym roku w kinie "Rzymskie wakacje") ma urok spowodowany chociażby tym, że kręcony był w innych "okolicznościach społeczno-obyczajowych". Holly Golightly uwodzi bogaczy i bywa w Sing Sing, odwiedzając gangstera, a jednocześnie cały czas zachowuje niewinność. Aktorzy mówią tak wyraźnie po angielsku, że można by się od nich uczyć. :) Mickey Rooney udaje Japończyka, wreszcząc nie gorzej niż aktorzy Priyadarshana i Akshay. ;) Za garderobę Audrey odpowiedzialny jest Givenchy. I jeszcze nieśmiertelne "Moon River":
http://www.youtube.com/watch?v=FCIQWV5B7Cs

Edit. Najgorsze filmy: ;)
http://wiadomosci.gazeta....w_kina,,ga.html
Polecam teledysk (!) w filmie nr 5. :haha:

Mowilka - 2011-02-19, 15:04

GosiaJG napisał/a:

Polecam teledysk (!) w filmie nr 5. :haha:


O matko kochana :haha:

Uwielbiam Audrey Hepburn. Nikt juz dziś nie ma takiego niewinnego wdzięku, jak ona.

GosiaJG - 2011-02-20, 11:57

Gdyby ktoś miał zamiar wybrać się na "Burleskę" - odradzam. Chyba że ten ktoś jest wielbicielem Cher albo Christiny Aguilery. Jeśli tak, to można poczekać na dvd, bo wtedy da się przewinąć co nudniejsze fragmenty.

Film ogrywa powtarzalne schematy bez bladego nawet cienia inwencji. Ładniutka panienka z prowincji (Aguilera) pracuje w barze i marzy o wielkim świecie. Wyjeżdża do Los Angeles, do Hollywood, a tam trafia do Burlesque Lounge, czegoś wzorowanego na Moulin Rouge, prowadzonego przez Tess (Cher). Zaczyna jako kelnerka, ale wkrótce, uparta i przebojowa, zacznie tańczyć na scenie. A potem, przypadkowo, zostanie odkryty jej wielki talent wokalny.
Banał goni banał (od razu wiadomo, który facet zły, a który dobry, Tess jest oczywiście dla swoich podopiecznych jak mama, jest zła rywalka, biedna Ali ma za sobą trudne dzieciństwo itd.), fabuła jest miałka, a kiedy jej brakuje, to wstawia się piosenkę (skąd my to znamy ;) ). Na początku ogląda się te występy nieźle, bo choreograficznie (i kostiumowo) film jest bardzo efektowny, ale potem i one zaczynają nużyć. Aguilera ma naprawdę dobry głos, ale nadużywa "wrzasków", co słychać także w filmie. Zakończenie jest tak słodkie, że zostawia w tyle niektóre filmy indyjskie. :)
Cher wygląda jak drag queen (nie mam nic przeciwko poprawianiu urody - byle bez przesady; Cher ma 65 lat i ani jednej zmarszczki - przecież nawet 25-latki tak nie wyglądają!), Christina też jakoś inaczej, ale może to kwestia makijażu. W każdym razie aktorsko żadna nie powala. Panowie pierwszoplanowi - ich nazwiska nic mi nie mówią, przystojniaki od sztancy bez wyrazu; jeden z nich, grający Jacka, ma ładne ciało. W rolach drugoplanowych pojawiają się m.in. Peter Gallagher i Stanley Tucci, którego chyba ostatnio wetknięto w rolę geja - powiernika, w epizodzie - Alan Cummings (oto, co robią zazwyczaj Brytyjczycy w amerykańskich filmach).

Mowilka - 2011-02-20, 18:19

Ha! Już w trailerze wyczulam sztuczność - był podejrzanie efektownie zmontowany. Dzięki za ostrzeżenie - kolejny film do darowania sobie.
GosiaJG - 2011-02-20, 21:54

O tak, trailer był bardzo efektowny. Mnie skusił, niestety. Do tego sympatia do "Chicago" czy nawet do "Nine"...

Zadowolona jestem natomiast z "nadrobienia" seansu "Bazyla. Człowieka z kulą w głowie". Mogłabym się podpisać pod opinią, którą swego czasu zamieściła Mowilka, polecając film. Swoisty jeunetowski klimat - chociaż bardziej w stronę "Delicatessen" (mimo że mniej mrocznie) niż "Amelii", niezwykła historia, bardzo dobra obsada w rolach całej gromady sympatycznych dziwaków, piękna muzyka.

Przy okazji przypomniałam sobie, że Dany'ego Boona znam przede wszystkim z "Jeszcze dalej niż północ", a nie tylko z tej irytująco nieśmiesznej komedii z Sophie Marceau. Mam ochotę przypomnieć sobie "Jeszcze dalej...". :)

Mowilka - 2011-02-20, 22:10

Dokładnie, Jeszcze dalej... i listonosz, którego główny bohater uczył, jak się nie upijać w pracy :haha:
Nie mam tego filmu, a też chętnie sobie powtórzyłabym. Mam nadzieję, że ten pan bedzie się często pojawiał w francuskich produkcjach :brawo:

Mowilka - 2011-02-21, 20:49

Nie wiem, czy lubicie braci Coen i czy lubicie westerny. Ja jestem umiarkowaną fanką tych pierwszych, a raczej omijam te drugie. I mimo to, z seansu Prawdziwego męstwa wyszłam zadowolona.
Bardzo polecam. Film ma piękną westernową atmosferę - jest a) muzyka, b) krajobrazy c) wyprawa na terytorium Indian d) szeryf e) tropiciel f) bandyci g) szubienica h)strzelanki, ale bez przesady i) przygoda j) przekonanie, że sprawiedliwość musi zwyciężyć. Tylko co w tym wszystkim robi 14-letnia dziewczynka z warkoczykami?
Świetnie się ogląda tę trójcę: mówiącego z gęstym akcentem z Arkansas, jednookiego Jeffa Bridgesa, Matta Damona - eleganta z Teksasu i śliczną, młodziutką, bardzo utalentowaną Hailee Stenfeld. Pewnie film nie ma napięcia To nie jest kraj dla starych ludzi, ale zapewniam - nudzić się nie będziecie.
Próbka
http://www.youtube.com/wa...RYBB5Khoh0&NR=1

GosiaJG - 2011-02-28, 06:26

Oscary:
http://www.imdb.com/featu...011/nominations
Brawa dla "King's Speech" i dla Colina. :brawo: Lubię, jak inne nacje sprzątają Amerykanom sprzed nosa amerykańskie nagrody. ;)

I kreacje:
http://www.imdb.com/featu...oscars_arrivals
http://www.imdb.com/featu...ars_show?page=1

Mowilka - 2011-02-28, 10:33

:brawo: :brawo: :brawo: Jak myślicie, Colin dostanie teraz tytuł szlachecki?
Strasznie się cieszę - to była wspaniała, niełatwa rola, świetny aktor. I w ogóle - skromny King's Speech w tym roku rządzi, jak widać :brawo:

GosiaJG - 2011-02-28, 17:22

Ale najważniejsze i tak są kiecki. :mrgreen: Rano chyba jeszcze spałam, bo z daleka wydawało mi się, że jest mnóstwo świetnych kreacji, ale jak teraz powiększyłam fotki, to się okazało, że wcale nie.
No bo tak...
Sharon Stone - jak na zlot czarownic:
http://filmicafe.com/phot...=291319&new=new
http://www.imdb.com/featu...ls-rm1024440832
Cate Blanchett - dół piękny, ale o co chodzi z górą?
http://www.imdb.com/featu...ls-rm3574512128
Scarlett Johansson - niby powinno być pięknie, a nie jest:
http://www.imdb.com/featu...als-rm554678784
Marisa Tomei - powrót bezy:
http://www.imdb.com/featu...als-rm588233216
Anne Hathaway - ta kiecka w tym kolorze bez wszystkich "doczepek" wyglądałaby rewelacyjnie:
http://www.imdb.com/featu...ls-rm2601433600
Celine Dion - ale co co chodzi, jakaś blacha czy co?
http://www.imdb.com/featu...ls-rm2601433600
Nicole Kidman - kosmiczna kreacja?
http://www.imdb.com/featu...als-rm403683840
Penelone Cruz- wesele w remizie?
http://www.imdb.com/featu...ls-rm2081405440
Mallika Sherawat - zaś remiza (i czy ona mogłaby czasem przymknąć paszczę? ;) ):
http://www.imdb.com/featu...ls-rm2735651328
Julia Ormond - ufff...
http://www.imdb.com/featu...ls-rm2920266240
Mila Kunis - z daleka wyglądało to ciekawie, ale z bliska...
http://www.imdb.com/featu...ls-rm3054418432
Niezłe były Hilary Swank, Hale Berry i Sandra Bullock:
http://www.imdb.com/featu...als-rm504347136
http://www.imdb.com/featu...ls-rm1192212992
http://www.imdb.com/featu...ls-rm2584721920
I skromna Michelle Williams:
http://www.imdb.com/featu...ls-rm2299443712
A naprawdę podobały mi się Natalie Portman, Reese Witherspoon i Gwyneth Paltrow:
http://www.imdb.com/featu...ls-rm3289364992
http://www.imdb.com/featu...ls-rm2853157376
http://www.imdb.com/featu...ls-rm3088038400

Niektóre panie miały fantastyczne makijaże i biżuterię. A Oscary po raz kolejny potwierdziły, że znakiem rozpoznawczym większości amerykańskich aktorek jest końska szczęka. ;)

Mowilka - 2011-02-28, 17:29

... i naciągnięta skóra :-? W zbliżeniach wygladało to okropnie. I żadna z kiecek nie powalała, choć rzeczywiście, Natalie pięknie prezentowała ciążę w fiolecie.
GosiaJG - 2011-02-28, 17:35

Mowilka napisał/a:
... i naciągnięta skóra :-? W zbliżeniach wygladało to okropnie.

Ale to zależy. Np. Nicole Kidman ostatnio wyglądała sztucznie, a ostatnio podobno spasowała z botoksem trochę i używa go "rozsądnie"; na zbliżeniach prezentowała się ślicznie. :)

an87 - 2011-02-28, 17:58

Pięknie!!! Aishwaria zakasowała całe towarzystwo! :mrgreen:
I chciało by się rzec: gdzie się podziały tamte dziewczyny...
Grace http://2.bp.blogspot.com/...ce_kelly300.jpg
Jodie http://2.bp.blogspot.com/.../S660/23131.jpg
Audrey, Catherine i inne...

Parmita - 2011-02-28, 18:54

GosiaJG napisał/a:
Sharon Stone - jak na zlot czarownic

Toż ona się przecież dopasować chciała. Do czarnego łabędzia znaczy. :mrgreen:
Suknia, kolor, makijaż - black swan jak nic!
GosiaJG napisał/a:
Cate Blanchett - dół piękny, ale o co chodzi z górą?

Też właśnie chciałabym wiedzieć co projektant miał na myśli. ;) Zwłaszcza jeśli chodzi o to żółte coś.
GosiaJG napisał/a:
Scarlett Johansson - niby powinno być pięknie, a nie jest

Ale jeśli zestawić z całym tym towarzystwem to i tak nie jest źle. Choć mam wrażenie, że byłoby lepiej gdyby nie te różne rzeczy przebijające spod sukni.
GosiaJG napisał/a:
Anne Hathaway

Doczepki doczepkami, ale jaki makijaż ma straszny. Przecież ona jest 2 lata od Michelle Williams młodsza, a zrobiła się na dużo starszą. I te włosy... Ja rozumiem, że oni tam mają hopla na punkcie blondu, ale akurat Anne te pasemka pasują jak pięść do nosa. Poza tym dużo lepiej prezentowała się podczas gali:
http://img2.timeinc.net/e...-dress1_241.jpg
http://img2.timeinc.net/e...-dress2_298.jpg
http://img2.timeinc.net/e...-dress3_241.jpg
http://img2.timeinc.net/e...-dress4_183.jpg
http://img2.timeinc.net/e...-dress5_241.jpg
http://img2.timeinc.net/e...-dress6_152.jpg
GosiaJG napisał/a:
Celine Dion

Link do Anne kieruje (chyba Ci się, Gosiu, wyjątkowo doczepki nie podobały ;) ). Celine niedawno urodziła, więc się pastwić nie będę. Poza tym nie ma tragedii; trochę inna fryzura i byłoby OK. ;)
GosiaJG napisał/a:
Penelone Cruz- wesele w remizie?

Jakie wesele w remizie? L’Wren Scott. ;)
GosiaJG napisał/a:
Mallika Sherawat - zaś remiza (i czy ona mogłaby czasem przymknąć paszczę? )

Mogłaby, ale przychodzi jej to z trudem i chyba jej się górna warga za bardzo naciąga :lol: :
http://www.highheelconfid...-stone-bash.jpg
A poza tym sukienka całkiem całkiem i tylko buty bardzo psują efekt.
GosiaJG napisał/a:
Mila Kunis - z daleka wyglądało to ciekawie, ale z bliska...

No właśnie... A to taka śliczna dziewczyna jest!

Mnie również bardzo podobają się Hilary, Halle i Sandra, ale i tak wszystkie panie zdeklasowała Natalie i to wcale nie dlatego, że jest w ciąży. :) Ślicznie też wyglądała najmłodsza nominowana:
http://www.imdb.com/featu...ls-rm2886646272
Ash wyglądała ładnie, ale bywało lepiej.

A tak już poza tematem kreacji wielkie brawa dla Colina i Natalie. :brawo: Statuetki w pełni zasłuzone i bardzo mnie one cieszą. :)

GosiaJG - 2011-02-28, 19:21

Akurat Jodie Foster też końskoszczęka, chociaż aktorka dobra. :) Ale z dobrym stylem też nie zawsze po drodze miała. ;)
Parmita napisał/a:
Choć mam wrażenie, że byłoby lepiej gdyby nie te różne rzeczy przebijające spod sukni.

No właśnie. Do tej koronki nie mam nic, ale to pod spodem mnie mierzi.

Włosy Hathaway wyglądają, jakby nie zdążyła na wizytę u fryzjera. ;) Na gali rzeczywiście miała kilka ładniejszych wcieleń.
Cytat:
Link do Anne kieruje

http://www.imdb.com/featu...vals-rm51362304
Teraz już powinna być Celine. Nie mam nic do jej figury, kiecka mi się nie podoba, bo sztywna, jakby z jakiejś blachy. ;)

pogoda - 2011-03-01, 23:21

Obejrzałam wszystkie zdjęcia i zgadzam się z Wami, jeśli chodzi o ważenia ogóle, dużo ładnych makijaży i przeciętnych, albo mnie lub bardziej brzydkich kiecek. Przez mnogość zdjęć najbardziej mi się wbiła Scarlett Johanson, a potem Halle Berry, która wyglądała prześlicznie od góry, a pełen jakiś dziwnych falban dół tak zepsuł to wrażenie.

GosiaJG napisał/a:

Parmita napisał/a:
Choć mam wrażenie, że byłoby lepiej gdyby nie te różne rzeczy przebijające spod sukni.

No właśnie. Do tej koronki nie mam nic, ale to pod spodem mnie mierzi.

Mam takie wrażenie, że co by się pod spodem nie znalazło, dobrze by nie wyglądało, chociażby dlatego, żeby wyglądało i byłoby to widać.

Też wrzucę panie, które faktycznie mi się podobały:
Nicole Kidman, jej suknia skojarzyła mi się z kimonem i podobają mi się te czerwone buty:
http://www.imdb.com/featu...als-rm403683840
Nadal piękna Helen Mirren, w tym wieku taka figura, tylko pozazdrościć, w dodatku suknia bardzo jej pasuje:
http://www.imdb.com/featu...ls-rm2685385216
Nieznajoma towarzysząca Matthew McConaughey'emu, sama bym nie miała odwagi założyć takiej sukni, co nie znaczy, żebym nie chciała:
http://www.imdb.com/featu...ls-rm3104815616
Sandra Bullock, prawie doskonała, tylko torebka mi tu nie pasuje:
http://www.imdb.com/featu...ls-rm3775904256
Reese Witherspoon, trochę na doczepkę, bo dla mnie szału nie ma, ale na tle innych kreacji jej wybór jest zdecydowanie bardzo udany w swej prostocie:
http://www.imdb.com/featu...ls-rm2853157376

I też się cieszę z Oskarów dla "The King's Speech", w pełni zasłużone. :brawo: "łabędzia" jeszcze nie widziała, więc nie mogę nic powiedzieć o Oskarze dla Natalie Portman. ;)

Mowilka - 2011-03-01, 23:39

Helen Mirren wyglądała rewelacyjnie :brawo: Mnie najbardziej na minus zaskoczyła Penelope Cruz. Zwykle dobrze sie ubierała, a ta kiecka - naprawdę jak na disco w remizie.
GosiaJG - 2011-03-03, 20:16

Zobaczyłam "The Social Network" i naprawdę nie wiem, o co to całe zamieszanie. Owszem, film można zobaczyć jeden raz. Jesse Eisenberg jest całkiem niezły jako Zuckerberg - odpychający, obsesyjny geniusz, jednocześnie kompletnie nieradzący sobie w świecie realnym. Justin Timberlake też dobry.
Ale żeby od razu nominacje, szaleństwo i w ogóle nie wiadomo jakie peany? Bo co, bo Amerykanom udało się napisać w miarę przyzwoity scenariusz i zrobić z tego w miarę nienużący, jednorazowy film? Eee...

GosiaJG - 2011-03-05, 17:32

"The Winter's Bone" Debry Granik (w Polsce pokazywany pod tytułem "Do szpiku kości") pokazuje Amerykę, jakiej w filmach nie ma. Góry Ozark pomiędzy rzekami Missouri, Mississipi i Arkansas, zaniedbani ludzie mieszkający bardziej w barakach niż domach, zimnych, byle jakich, zapchanych tandetnymi, najpotrzebniejszymi sprzętami, trudniący się gotowaniem amfetaminy; brud, błoto, wałęsające się, wychudłe psy, tanie bary z muzyką country (ale nie takie ładne i błyszczące, jak np. w "Burlesce").

Ree Dolly ma siedemnaście lat. Opiekuje się dwojgiem młodszego rodzeństwa i chorą psychicznie matką. Pewnego dnia pojawia się u niej szeryf z wiadomością - jej ojciec ma się stawić na rozprawie za tydzień. Poręczył za to domem i ziemią rodziny. Jeśli się nie pojawi, jedno i drugie zostanie Ree i jej najbliższym odebrane. Dziewczyna postanawia, że znajdzie ojca...

To nie jest przyjemny seans, ale myślę, że film warto zobaczyć - m.in. ze względu na świetną, młodziutką Jennifer Lawrence, która bez problemu utrzymuje uwagę widza jako Ree. A także, by zobaczyć inne oblicze Ameryki. Ponure, zimne, bez słońca; chociaż pojawia się w końcu jakiś promyk nadziei - mimo wszystko.
Polecam.

an87 - 2011-03-07, 09:40

Wrzucam tu bo dotyczy Slumdoga.
Jak dziwnie toczy się życie...
http://photogallery.india...how/7633970.cms

pogoda - 2011-03-21, 23:15

Zaintrygował mnie zwiastun filmu "Wygrany", nastrojowy, z pięknymi zdjęciami, muzyką i Januszem Gajosem:
http://www.youtube.com/watch?v=FEqq9zOVDWQ

Film o muzyce i wyścigach konnych, mam nadzieję, że uda mi się go obejrzeć. Na zwiastunowy rzut oka, warto się zatrzymać dla niego na chwilę.

Mowilka - 2011-03-22, 00:05

Muzyka przepiękna - i Gajos. Dla samego Gajosa obejrzałabym wszystko. Kocham na niego patrzeć. I chłopaczek z Tataraku i Pod słońcem Toskanii. Będę pilnować tego filmu.
Z polskich produkcji czekam jeszcze na Młyn i krzyż. Trailer może nie najszczęśliwszy, ale mnie ciarki chodzą po grzbiecie na widok obrazów. I Rutgera Hauera - przepadam za nim.
http://www.youtube.com/wa...feature=related

pogoda - 2011-03-22, 00:14

Mowilko, dzięki za polecenie "Młyna i krzyża", zachwycająca grafika. Zwiastun faktycznie jest ciężki, trudno wywnioskować z niego, o czym ten film, poza tym, że jakieś rzezie będą, ale te obrazy są niesamowite.

W "Kinomaniaku" słyszałam jeszcze krótki wywiad z reżyserem "Wygranego", który jest pasjonatem wyścigów, sam Kinomaniak zachwycał się zarówno tym filmem, jak i "Bezmiarem sprawiedliwości" tego samego reżysera z Fryczem w roli głównej, a młodzian z "Pod słońcem..." zachwycał się Gajosem i możliwością grania razem z nim, wcale mu się nie dziwię. ;)

GosiaJG - 2011-03-23, 15:56

W Katowicach dziś koncert Woody'ego Allena:
http://katowice.gazeta.pl...la_rodzina.html
A w katowickim CSF-ie przegląd filmów Woody'ego:
http://www.csf.katowice.pl/?p=/pl/menu/2/9/1/323

Był ktoś na nowym Allenie? Opinie słyszałam różne, ale Allen to zawsze Allen, nic ciekawszego u mnie w kinie nie leci.
Widziałam trailery "Młyna i krzyża", jestem ciekawa tego filmu, tym bardziej, że uwielbiam malarstwo Bruegela.

Mowilka - 2011-03-23, 16:02

Z nowym filmem Woody Allena jest tak, że podoba się tym, którzy lubią tę jego przegadaną manierę kręcenia filmów (z nurtu Manhattanu i Annie Hall, a nie Tajemnicy morderstwa na Manhattanie, czy Wszystko gra). Ale nawet wśród wielbicieli nie zauważyłam zachwytów.
GosiaJG - 2011-03-23, 16:16

Ja wielbicielką nie jestem, ale właściwie lubię tego ględzącego i smędzącego Allena. :)
Jak wspomniałam, poza tym u nas w kinie do wyboru jeszcze "Sex Story", co prawda z Portman, ale poza tym z Ashtonem Kutcherem, który odrzuca mnie bardziej niż Bobby Deol i Sohail Khan razem wzięci, "Skąd wiesz?" z Paulem Ruddem i Reese Witherspoon, którzy są zawsze nudni jak flaki w oleju, i "Bitwa o Los Angeles"... No właśnie. :(

pawan - 2011-03-23, 16:23

To się przyznam :mrgreen: Byłam z mężem na "Bitwie o LA". I od soboty jeszcze mam wyprostowane zwoje mózgowe :lol: zupełnie. Film trwa 120 minut,z czego prawie 100 to tylko sceny walki w połowie kręcone z ręki. Prologu brak, epilogu brak, scenariusz też niewidoczny.
Mowilka - 2011-03-23, 21:07

Rozmawiałam dziś z dwiema koleżankami, które widziały nowego Allena. Obie się mocno skrzywiły...
Pawan - rozumiem, że czasami trzeba się poświęcić dla większego dobra? :mrgreen:

Mowilka - 2011-03-24, 22:28

No really.... nie pytaj mnie czemu, bo nie wytłumaczę, ale ja go widziałam w trzech filmach na krzyż. Co ja tam wiem... Z Australijczyków tylko Russel Gladiator Crowe mnie powala.
an87 - 2011-03-24, 22:42

Ale Van Helsing z niego very apetyczny :mniam:
Mowilka - 2011-03-24, 22:51

No właśnie Van Helsinga oglądałam może jakieś 15 minut. Jackmana kojarzę głównie z roli dystyngowanego księcia w komedii romantycznej z Meg Ryan (jaki to był tytuł? :shock: ), gdzie mi się podobał.
an87 - 2011-03-24, 22:54

Mowilka napisał/a:
(jaki to był tytuł? :shock: ),
Kate i Leopold Był cudownie rozczulający i taki ciepły, ale Van Helsing... o matko! :hot:
krasnoludka - 2011-03-24, 23:25

Też myślałam, że Jackman przez pomyłkę jest na tej liście, do momentu gdy nie zobaczyłam pamiętnej sceny z "Australii", kiedy to rzeczony oparł się nonszalancko o jakieś drzewko, pozbywając się wcześniej (bardzo przytomnie) koszuli, dżinsy zjechały mu niebezpiecznie nisko i kusił tak spłonioną (ale zapewne szczęśliwą) Nicole Kidman, :hot:
GosiaJG - 2011-03-25, 17:18

Krasnoludko, będziesz mi musiała powiedzieć, która to mniej więcej minuta, żebym mogła zobaczyć, co ważne, bo "Australię" zmogłam tak mniej więcej do 20. minuty. :) A poza tym widziałam Jackmana w "Kate i Leopold" (ale cały film zdał mi się mdły, o ile kojarzę) i dawno temu w pierwszym "X-Man", z którego też niewiele pamiętam.
Przed chwilą zobaczyłam filmik z FICCI i stwierdzam, że nie tylko nie widzę w nim nic seksownego, ale na dodatek jakiś mało zgrabny jest (bioderkami i tyłeczkiem mało efektownie macha :) ).

krasnoludka - 2011-03-27, 22:29

Tu jest fragment tej scenki. Niestety nie dobrnęli do mojego ulubionego kawałka ze zjeżdżającymi portkami, ale jest to jakiś materiał poglądowy. A przynajmniej Nicole wygląda na zadowoloną:
http://www.youtube.com/watch?v=dVcYX9DV4tE

:hyhy:

Mowilka - 2011-03-27, 22:32

Tjaaa :oops: :oops: :oops: :oops: to już mam jakie takie pojęcie :hot:
krasnoludka - 2011-03-27, 22:37

Ha! Znalazłam. Tu około 0:53 :sli:

http://www.youtube.com/watch?v=34MLgRSKt3g

an87 - 2011-03-28, 16:15

Fiu fiu... jakby go jeszcze ogolić to byłoby OK. :hot: :mrgreen:
Mowilka - 2011-03-28, 16:19

Nehi, protestuję! An, nie czujesz bluesa. Ten Hugh z Australii to nie typ ogolony. To typ dla pań, które lubią panów wielkich, mięsistych i spoconych :hyhy:
Nie powiem, wąchać go nie muszę, więc - smakowicie wygląda :hyhy:

GosiaJG - 2011-03-28, 16:59

Dzięki za materiał poglądowy. :kwiaty: Jednak typ zarośnięty to nie mój typ (i nie chodzi mi tu o gębę ;) ). A raczej chyba chodzi o to, że jestem w pewnych kwestiach doskonale monotematyczna (podejrzewam, że to podpada raczej pod monomanię :mrgreen: ).
krasnoludka - 2011-03-28, 18:20

O tak, Mowilka ma rację. Od takiego faceta to się podziewać kwiatków raczej nie warto, za to jak cię do jakiejś płaskiej powierzchni przyprze, to myślę, że protestów nie będzie. Poza tym chciałam zauważyć, że akurat się wykąpał, więc uwagi o zapachu są cokolwiek nie na miejscu. :hyhy:

Gosiu - nie to, żebym od razu na kolana padła i oddawała pokłony, ale wrażenia estetyczne po powyższych scenkach mam jak najbardziej pozytywne. :mrgreen:

Mowilka - 2011-03-28, 19:28

A, słusznie, wykąpany! To już nawet na wrażenia węchowe nie ma co narzekać :mniam:
pogoda - 2011-03-28, 21:28

Kawaler wykąpany, namiot rozstawiony, nic tylko dać się przypierać. :mrgreen:

Hugh Jackmana lubię, a odkąd zobaczyłam go u Parkinsona, u którego na krzesełku wykazał się wspaniałym poczuciem humoru i talentem gawędziarskim, złego słowa o nim nie powiem. ;)

an87 - 2011-04-10, 12:13

Zapuściłam sobie na śniadanie The Lake House (Dom and jeziorem z 2006).
To remake koreańskiego filmu Il mare.
Film pewnie znacie więc nie będę o nim pisać.
Oglądając tak sobie zamarzyłam - Szaruk w roli Alexa a Juhi w roli Kate. :zgon:
Zawał na miejscu.
Jejku i jest mi tak dobrze, tak ciepło na sercu.

pogoda - 2011-05-03, 07:52

Być może trzeci Bond z Danielem Craigiem będzie kręcony w Mumbaju i na Goa.
http://english.galatta.co...ndia_49246.html

an87 - 2011-05-03, 09:18

No jeżeli okaże się, że tak to w takim razie obejrzę obowiązkowo i z niełamaną przyjemnością, chociaż akurat Daniel Craig to nie jest mój ulubiony odtwórca roli Bonda. Zdecydowanie bardziej wolę Brosnana :mrgreen:
pogoda - 2011-05-03, 11:28

Ale najwcześniej jesienią przyszłego roku, bo planowana premiera zapowiadana jest na listopad 2012 roku. W nocy z niedzieli na poniedziałek widziałam "Przekładańca" z Danielem Craigiem i natchnęło mnie to do rozmyślań, że coś długo trzeba na Bonda czekać i sprawdziłam, że wszystkiemu winny jest kryzys, a dokładnie bankructwo MGM, ale sprawy finansowe sa już podobno wyprostowane i nic tylko kręcić.

Brosnan był świetnym Bondem, jeszcze zanim zagrał w "Golden Eye" miałam cichą nadzieję, że własnie jego wybiorą, ale Craig dla mnie sprawdził sie jako taki męski, twardy Bond. Chociaż nie mam takiego swojego ulubionego Bonda, bardzo lubię i tego w wykonaniu Seana Connerego, Rogera Moore'a, Pierce'a Brosnana i teraz Daniela Craiga. Trochę mniej podobały mi się części z Timothym Daltonem, a George'a Lazenbego prawie udało mi się wymazać z pamięcić. ;)
Chociaż jakby ktoś mnie zmusił do jednoznacznego wyboru, to bym wybrała Bondy z Moore'm, ale tylko dlatego, że były takie cudownie absurdalne i był Buźka. ;)

Hermengilda - 2011-05-03, 12:25

pogoda napisał/a:
Być może trzeci Bond z Danielem Craigiem będzie kręcony w Mumbaju i na Goa.
http://english.galatta.co...ndia_49246.html

W artykule wspomnieli o Terrym Bamberze (tak to odmienić?) i jego ponoć sekretnej wizycie w Mumbaju - sekretna nie musiała być, przecież w końcu maczał palce w Ra.one :)

A Daniel Craig to widok bardzo bardzo przyjemny moim zdaniem, z nieznanych mi bliżej przyczyn nie mogłam nigdy przełknąć młodego Connerego (brat zawsze na mnie grzmiał, że jak to, przecież to młody bóg seksu itp a ja wciąż nie wiedziałam o co mu chodzi ;) )

GosiaJG - 2011-05-09, 20:54

Polecam francuską "Żonę doskonałą" Francoisa Ozona. Jeśli ktoś lubi tego typu francuskie komedie - czyli zabawne, ale tak naprawdę z dużą dozą goryczy.
Akcja rozgrywa się pod koniec lat 70. Suzanne, pełniąca od trzydziestu lat rolę potulnej pani domu i ozdoby swego męża - właściciela fabryki (którego żadną miarą nie da się polubić), pewnego dnia w wyniku zbiegu okoliczności zajmuje jego miejsce. Poradzić sobie będzie musiała nie tylko ze strajkami w fabryce, ale także ze swoimi dorosłymi dziećmi, które nie wiedzą, czego chcą, "demonkami" przeszłości i paroma innymi rzeczami. Film jest cudownie feministyczny.
Kobieta, uciszana, nazywana "głupią gęsią" pokazuje energię, klasę i przebojowość. I wcale nie bierze prymitywnego odwetu.

W roli Suzanne - Catherine Deneuve; partneruje jej m.in. Gerard Depardieu. W Stanach pewnie by taki film nie powstał - bo przecież jak można realizować produkcję, w której główne gwiazdy są już mocno po sześćdziesiątce? ;)
Nie zabrakło "elementów bolly". ;) Jest więc śpiew (Catherine) i taniec (Catherine i Gerard - z przyjemnością się patrzy na ich wspólne pląsy, chociaż Depardieu coraz większy :) ).

Na marginesie - zastanawiam się, jak to jest - czy Francuzi uwielbiają pokazywać siebie w taki sposób, jak w wielu swoich filmach, stereotypowo, czy naprawdę tacy są? :)

pogoda - 2011-05-09, 21:16

GosiaJG napisał/a:

W roli Suzanne - Catherine Deneuve; partneruje jej m.in. Gerard Depardieu. W Stanach pewnie by taki film nie powstał - bo przecież jak można realizować produkcję, w której główne gwiazdy są już mocno po sześćdziesiątce? ;)


Nie jest z tymi Stanami chyba ostatnio tak źle. Pomijam kwestię, jakie to filmy, ale przecież powstały tam ostatnio "Mamma Mia", czy "Lepiej późno niż później", a ostatnio miało u nas premierę "Dzień Dobry TV", w którym chyba też starsi aktorzy wiodą prym.

A "Żona doskonała" zapowiada się ciekawie.

GosiaJG - 2011-05-09, 21:21

pogoda napisał/a:
powstały tam ostatnio "Mamma Mia", czy "Lepiej późno niż później"

Przyszły mi do głowy te filmy, kiedy pisałam poprzedni post, ale moim zdaniem to raczej wyjątki.

an87 - 2011-05-09, 21:55

GosiaJG napisał/a:
Polecam francuską "Żonę doskonałą" Francoisa Ozona. J
O naprawdę kapitalny film. Ogląda się go z wielką przyjemnością. Taka gorzko-słodka bajka o bibelocie, który nie chciał siedzieć na półce i dzięki któremu mamy piękne kolorowe parasolki. :mrgreen:
Deneve jak zwykle piękna i z klasą, Depardieu rozczulający. :mrgreen:

GosiaJG - 2011-05-12, 17:16

Gwiazdy (i ich kreacje) znane i mniej znane na otwarciu festiwalu w Cannes:
http://lula.pl/lula/1,111...tiwalu,,ga.html

GosiaJG - 2011-05-23, 21:19

Przy okazji canneńskiego festiwalu tradycyjnie ubawili mnie nasi tzw. eksperci, czyli krytycy. W doniesieniach z festiwalu czytałam o kolejnych rozczarowaniach, o tym, że twórcy, na których Cannes liczyło, zawiedli. Podobno słabo przyjęto m.in. nowy film Terence'a Mallicka "Tree of Life", wcześniej uznawany za jednego z faworytów.
Wczoraj przed ceremonią zakończenia festiwalu na antenie TVN24 wypowiadał się Tomasz Raczek. Ze swadą mówił o wyżej wymienionym filmie - jaki jest słaby, jak zawiódł, że jego szanse na nagrodę są marne. O innych filmach też trochę mówił (przy okazji co najmniej dwa razy powtarzając, że Kirsten Dunst jest "wybitną aktorką" - nieźle się teraz szafuje tym określeniem...). Na koniec rozmowy okazało się, że doniesienia z Cannes śledzi w mediach, nie jest obecny na imprezie. Ale to, że się nie widziało filmu, nie przeszkadza go oceniać, prawda? ;)
Wieczorem okazało się, że "Tree of Life" jednak otrzymał Złotą Palmę. Dziś o poranku znowu TVN24 łączyło się z Tomaszem Raczkiem. Opinia, którą usłyszałam, nie była entuzjastyczna, ale o wiele bardziej stonowana, diametralnie inna od tej wczorajszej, bardzo negatywnej. Okazało się, że "Tree of Life" nie jest filmem wybitnym, ale coś w sobie ma. Co nie znaczy, że autor wypowiedzi od wczoraj zdążył film zobaczyć. :)

Mowilka - 2011-05-23, 21:23

A-ha, rewelacja po prostu. Kolejne dla mnie potwierdzenie decyzji, żeby przestać kupować czasopisma filmowe i oglądać opiniotwórcze programy :-?
Za 2 tygodnie zaczyna się festiwal w Gdyni, btw.

Hermengilda - 2011-05-23, 21:28

O rany....... brak słów. No i zgadzam się z Dorotą - jak tu czytać tzw krytyków, którzy być może wiedzę o filmie czerpią z materiałów prasowych i tzw faktów medialnych...
GosiaJG - 2011-06-02, 23:12

Mam dziś trochę prasowania, więc pomyślałam, że wrzucę jakiś niezobowiązujący film - od dawna nie widziałam żadnego. Łukasz pożyczył od kolegi z pracy "Och Karol 2"...
Przerwałam właśnie po jakichś czterdziestu minutach. Niech mi ktoś powie, dlaczego takie g... cieszy się popularnością, bo ja nie jestem w stanie tego zgłębić. Film kręcony przez totalnego szowinistę - wszystkie kobiety są tak głupie, że aż boli. A grany przez Adamczyka bohater pozostał chyba jedynym facetem na kuli ziemskiej (lub przynajmniej w Warszawie i okolicach) - to jedyne sensowne wytłumaczenie faktu, że wszystkie kobiety zaciągają tego mydłka do łóżka, a potem mu się oświadczają (!). Nie sądzę, żebym wróciła do tego czegoś - szkoda czasu.

Edit. A jednak wróciłam - podczas robienia reszty prasowania, już głównie na podglądzie, ewentualnie zajmowałam się w międzyczasie innymi rzeczami, jak np. robienie herbaty itp. Podtrzymuję opinię. G... jakich mało. Jeśli tak wyglądają tzw. polskie komedie romantyczne czy w ogóle polskie komedie - to dobrze, że ich nie oglądam. Nie rozbawiło mnie kompletnie nic, ani razu nawet się nie uśmiechnęłam. Raczej byłam zażenowana poziomem - wszystkiego.

Mowilka - 2011-06-07, 09:11

an87 napisał/a:

Hindusi zaczną ciągnąć do Polski skoro zobaczą, że interesujemy się ich kulturą i uczymy języka. :mrgreen:

Stalo się! Rajeev Masand tweetuje: Just came back fm opening ceremony of Polish Film Festival of Gdynia. 90mins of speeches/videos/presentations - all in Polish! I nodded off. :haha: Biedak!

an87 - 2011-06-07, 09:22

Mowilka napisał/a:
I nodded off. :haha: Biedak!
Zapewne kiwał tak mądrze, jakby wszystko po polsku rozumiał. ;) :mrgreen:
Ależ jestem złośliwa dzisiaj :evil:

Mowilka - 2011-06-07, 17:08

Ale skoro jest w Gdyni, to trzeba będzie sprawdzać, jak mu się filmy podobają. Jest ich podobno niedużo w tym roku.
pogoda - 2011-06-09, 11:50

GosiaJG napisał/a:

Jeśli tak wyglądają tzw. polskie komedie romantyczne czy w ogóle polskie komedie - to dobrze, że ich nie oglądam. Nie rozbawiło mnie kompletnie nic, ani razu nawet się nie uśmiechnęłam. Raczej byłam zażenowana poziomem - wszystkiego.


Gosiu, nie wszystkie są tak złe. Z niedawno powstałych komedii zabawne i warte obejrzenia są "Ciało", "Vinci" i "Kołysanka", khosia chyba o "Kołysance" pisała i polecała.
Chociaż "Och Karola2" też miałam nieprzyjemność oglądać i mam mniej więcej podobne zdanie. Na plus tego filmu zaliczę ładne widoczki, szczególnie te górskie i kilka cichów mi się podobało.

Mowilka napisał/a:
Ale skoro jest w Gdyni, to trzeba będzie sprawdzać, jak mu się filmy podobają. Jest ich podobno niedużo w tym roku.


Tylko żeby miały napisy angielskie, bo inaczej to może być równie fascynujące przeżycie jak otwarcie festiwalu. ;)

GosiaJG - 2011-06-10, 18:14

pogoda napisał/a:
Z niedawno powstałych komedii zabawne i warte obejrzenia są "Ciało", "Vinci" i "Kołysanka".

"Kołysankę" oglądałam i pisałam o tym; już niewiele pamiętam, ale wiem, że mi się w miarę podobało. Jednak naprawdę rzadko jestem w stanie znieść humor w ostatnich tzw. komediach czy komediach romantycznych. Wystarczy mi zajawka jakichś "Lejdis" czy innej produkcji tego pokroju - i zastanawiam się, o co chodzi. Ale całe kino rży ze śmiechu już na trailerze, więc zakładam, że to ja jestem dziwna i po prostu nie rozumiem tego rodzaju dowcipu.

GosiaJG - 2011-06-12, 23:03

Wybraliśmy się wczoraj na francuskie "Nic do oclenia". Dany Boon napisał scenariusz i wyreżyserował film, który prawdopodobnie ma nawiązywać do jego wielkiego sukcesu sprzed kilku lat, czyli do "Jeszcze dalej niż północ". Tym razem śmiejemy się z animozji francusko-belgijskich i stereotypów na temat obu krajów. Film z pewnością nie jest tak dobry, jak wspomniane "Jeszcze dalej..."; belgijski protagonista, celnik Ruben, chwilami staje się przerażający (przypomina niektórych naszych polityków, zapiekłych w nienawiści i decydujących o tym, co jest "prawdziwie polskie" i kto jest "prawdziwym Polakiem"); wątki są dość mocno uproszczone (ale w końcu to komedia).
Jednak film dostarcza przyjemnej rozrywki, a jeśli poza nim w kinie leci jeszcze "Woda dla słoni" z drewniakiem Patisonem oraz "Kac Vegas w Bangkoku", to wybór jest oczywisty.

GosiaJG - 2011-06-17, 16:18

Dziś wchodzi na ekrany "Kobieta, która pragnęła mężczyzny":
http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=39264
Czy ktoś się planuje wybrać i da znać, czy warto, zanim film dotrze w moje okolice?

Edit. Trailer:
http://www.youtube.com/wa...d&v=-HVtfeUDSas

Mowilka - 2011-06-17, 16:45

O, Dorociński? i Michael Nyqvist? Może pójdę... Ale najpierw Uwikłanie - muszę ten film zobaczyć.
Gosiu, dzięki za relację z Nic do oclenia. Bez entuzjazmu pisałaś o filmie, ale mimo wszystko, chyba pójdę do kina. Będę niedługo mieszkać (na 2 tygodnie) o rzut beretem od Bonarki - zaszaleję!

GosiaJG - 2011-06-17, 18:19

Mowilka napisał/a:
O, Dorociński?

To ze względu na niego zainteresował mnie ten film. :) Podobnie jak m.in. z jego powodu interesuje mnie "Róża". Nie umiem znaleźć daty premiery. :(
Cytat:
Michael Nyqvist?

To ktoś, kogo mogę znać?
Cytat:
najpierw Uwikłanie - muszę ten film zobaczyć.

Koleżanka była w tym tygodniu, bardzo jej się podobało.
Cytat:
Bez entuzjazmu pisałaś o filmie

Być może z powodu ogólnego "wymiętolenia". Film nie jest mistrzostwem świata, ale warto go zobaczyć, w wielu momentach jest zabawny i ma przynajmniej jednego sympatycznego bohatera. :)

Mowilka - 2011-06-17, 19:37

GosiaJG napisał/a:
Michael Nyqvist


Kiedyś kochałam filmy skandynawskie; Michael zapadł mi w pamięć po Jak w niebie
http://www.imdb.com/title/tt0382330/

A ostatnio zagrał Michaela Blomkvista w serii ekranizacji trylogii Millenium. W wersji amerykańskiej zastąpi go Daniel Craig

Na Nic do oclenia pójdę choćby dla Danego Boona, a na Uwikłanie - dla Krakowa i Marka Bukowskiego, do którego robię maślane oczy, od kiedy obejrzałam Nad rzeką, której nie ma
http://www.plejada.pl/102...otogaleria.html

GosiaJG - 2011-06-17, 23:01

Ja się Bukowskim zachwycałam w "Pożegnaniu z Marią" - oj, dawno temu. :)

Wybraliśmy się dziś na film "Shahada" w reżyserii Burhana Qurbaniego, ukazujący losy kilkorga muzułmanów we współczesnym Berlinie. Film był pokazywany w tym roku na berlińskim festiwalu, pamiętam, że o nim czytałam i zainteresowała mnie jego tematyka. Mogę powiedzieć, że dostałam to, czego się spodziewałam.
Przeplatają się tu historie trojga młodych ludzi, wyznawców islamu, którzy próbują znaleźć swoje miejsce w świecie Zachodu. A on w zasadzie niewiele ma im do zaoferowania. Można by powiedzieć, że pojawiające się problemy są "zbyt oklepane" - jak homoseksualizm czy aborcja - ale wolę je nazwać typowymi. Bo przecież rozdarcie dotyczące takich kwestii niewątpliwie pojawi się u kogoś, kto z jednej strony chce żyć w zgodzie z własnym sumieniem, a z drugiej - wypełniać nakazy wiary, która jest częścią jego tożsamości. Nie ma łatwych odpowiedzi.

"Shahada" jest dopracowana od strony wizualnej. Oglądamy zimowy, ponury, pozbawiony słońca Berlin, odrapane blokowiska i małe, nieefektowne mieszkania Muzyka, a także początkowe i końcowe napisy stanowią ciekawe dopełnienie fabuły.

GosiaJG - 2011-07-05, 09:52

"Kobieta, która pragnęła mężczyzny" w reżyserii duńskiego twórcy, Pera Fly, reklamowany jest jako thriller erotyczny czy dramat erotyczny. Opowiada o obsesji. Miłosnej? Nie, raczej nie dostrzegam tu miłości.*
Karen, fotografka związana ze światem mody, poznaje w Paryżu pewnego mężczyznę, wobec którego odczuwa niepohamowaną, erotyczną fascynację. Zaczyna za nim podążać (m.in. do Warszawy), tropić go. Bardzo szybko Maciek staje się całym jej światem, jest w stanie zrezygnować dla niego ze wszystkiego...

Twórcy filmu celowo mieszają świat jawy i snu (oba równie mroczne), by pytanie, co jest prawdą, z co nie - pozostało bez odpowiedzi. Fabuła wciąga, aktorzy dobrze sprawdzają się w swoich rolach. Robią wrażenie zdjęcia Pragi autorstwa Haralda Gunnara Paalgarda - "przykurzone" i celowo "smętne". Ale całość nie wywołuje żadnych emocji, sprawia wrażenie pustej gry, pozbawionej celu.

* "Dil Se" - tak, to jest rzeczywiście film o miłosnej obsesji.

GosiaJG - 2011-07-06, 21:12

"Jedz, módl się i kochaj" - mój Ty Boże, jakie to jest złe! Bzdurna fabułka, wlokąca się jak rozgotowane spaghetti, bez smaku, jak sos z torebki, podlana porcją pseudopsychologicznego bełkotu, parę stereotypowych obrazków z Włoch czy Indii, głupia bohaterka zachowująca się jak rozkapryszona czternastolatka... Bzdet nie do zniesienia.
GosiaJG - 2011-07-15, 13:19

"True Grit" ("Prawdziwe męstwo") - tym razem bracia Coenowie zabrali się za western. I, jak to zwykle oni, postanowili pograć z konwencją. Jednak akurat w tym gatunku to nic nowego, bo antywestern wymyślono już jakiś czas temu. Coenowie wpisują się więc dość gładko w jego tradycję. Mamy pościg szeryfa za bandytą; w wydaniu Coenów "szeryfów" jest trzech - podstarzały, zapity i przybrudzony Cogburn, wyelegantowany teksaski ranger, LaBoeuf, i uparta czternastolatka - Mattie. Sam pościg nie ma nic wspólnego z efektownymi wyczynami, znanymi z klasycznych filmów kowbojskich.

To nie jest zły film, ale dla mnie - jednorazowego użytku. Fabułę można by zamknąć w (góra) trzech zdaniach. Aktorzy sprawiają się dobrze, Jeff Bridges w kolejnej pijackiej roli jest bezbłędny (powoli stają się one jego znakiem rozpoznawczym). O ile jednak we wcześniejszym "To nie jest kraj dla starych ludzi" Coenowie zadawali pytania o kondycję współczesnego świata (nawet, jeśli nie udzielali odpowiedzi), tu po prostu snują opowiastkę z niewielką zawartością treściową. Chyba że twórcy chcieli wypowiedzieć się na temat tego, że każdy twardziel ma serce i uczucia? Eee...

Mowilka - 2011-07-16, 17:03

Ja się dopatrzyłam w tym filmie treści i przesłania ;) . Bardzo mi się podobał, choć nie lubię westernów, chyba dzięki grającej w nim dziewczynce i świetnych panach (Matta Damona nie poznałam w pierwszej chwili). Dla mnie to był film o wiadomo - męstwie, sile i odwadze. Ale przede wszystkim pokazywał coś, co jest dziś potwornie anachroniczne - że świat musi trwać w równowadze, zbrodnia ma być ukarana, choćby wymagało to wielkiego poświęcenia i że - oczywiście też - uczucia i dobro mogą nas uratować.
Może to banalne, ale w kontekście wyprawy po sprawiedliwość odbywanej przez dziecko przeciwko zatwardziałemu bandycie, robi się interesujące.
Lubię czarny humor braci Cohen, btw. I dobór muzyki ;)

GosiaJG - 2011-07-16, 18:01

Mowilka napisał/a:
zbrodnia ma być ukarana, choćby wymagało to wielkiego poświęcenia

No właśnie - ja tam tego poświęcenia nie widzę. Dziewczynka od początku jest zdeterminowana, a ja od początku zakładałam, że uda jej się osiągnąć to, czego pragnie. Jak to w amerykańskim westernie, nawet jeśli udaje antywestern. :)
Jednak, jak napisałam poprzednio - to nie jest zły film. Najbardziej podobało mi się chyba - w gruncie rzeczy dość gorzkie - zakończenie.

Mowilka - 2011-07-16, 20:05

Ale to jest 14-letnie dziecko! Zdeterminowane, ale dziecko, na dodatek dziewczynka. Jak dla mnie, to wyruszenie na taką wyprawę, w takie warunki, na terytorium Indian i w zupełnie dzikie tereny było ogromnym poświęceniem. Bo tylko w czarno - białych filmach jest szansa, że bohaterowie wyjdą z takie wyprawy bez szwanku. Tutaj mała zapłaciła za sprawiedliwość bardzo wysoką cenę.
Mnie się właśnie ten aspekt bardzo podobał. I takie zakończenie.
To pewnie kwestia zauroczenia, jak przy sympatiach i antypatiach ;) Mnie film urzekł - ale nie musi przecież każdego :kwiaty:
Ale ten hymn jest bezsprzecznie piękny
http://www.youtube.com/wa...feature=related

GosiaJG - 2011-07-16, 22:27

Mowilka napisał/a:
Ale to jest 14-letnie dziecko! Zdeterminowane, ale dziecko, na dodatek dziewczynka.

Bohaterka bardzo mi się podoba - taka "feministyczna". ;) Smarkata, ale nie daje sobie w kaszę dmuchać, uparta jak osioł i wygadana. :)

Mowilka - 2011-07-16, 22:34

Zwłaszcza, kiedy pogoniła za wynajętym łowcą. I spała w kostnicy i - co najlepsze - targowała się o płatność za kuce :thud:
Świetny pomysł na postać. Aż szkoda, że to nie Cohenowie ją wymyślili :brawo:

juliette - 2011-07-18, 22:52

Sorki za przyziemność, ale przeczytałam kiedyś w książce Zbigniewa Pitery pt. "Trzech wspaniałych" (Wayne, Fonda i Bogart), że amerykańscy recenzenci określali True Grit jako True Shit.
Mowilka - 2011-07-18, 23:45

:haha: No nieźle! A ja tu z taką obroną występuję. No nic, cóż poradzić na urzeczenie :D
juliette - 2011-07-19, 09:00

Oczywiście pisali o tej wcześniejszej wersji z Johnem Waynem :) .
Mam znajomą, która tak genialnie parodiuje jego sposób chodzenia, że przez to nie jestem w stanie oglądać filmów z nim. Po prostu zaraz zaczynam się śmiać :lol:

Mowilka - 2011-07-31, 13:38

Obejrzałam Memsahib (2006) na vod.onet.pl. Film akurat w sam na raz na deszczowe niedzielne przedpołudnie. To właściwie kolorowa baśń o wielkiej miłosci, która sprawia, że rozdzieleni przez los i historię kochankowie spotykają się ponownie, po 150 latach. Gdyby to nakręcili Indusi, byłyby emocje i żar; a tak, jest taka sobie opowiastka, którą przyjemnie i niezobowiązująco się ogląda. Pani grająca Grace/Ashę (Emily Hamilton) jest miła, ale bezbarwna - i aktorsko i jak chodzi o urodę. Pan (Parvin Dabas, grał w My Name Is Khan) - o wiele lepiej. Ale całość naprawdę nie wychodzi poza baśń. A z takich o miłości poza grób wolę OSO i Madhumati
jagasia - 2011-08-16, 08:43

an87 napisał/a:
Zapuściłam sobie na śniadanie The Lake House (Dom and jeziorem z 2006).
To remake koreańskiego filmu Il mare.
Film pewnie znacie więc nie będę o nim pisać.
Oglądając tak sobie zamarzyłam - Szaruk w roli Alexa a Juhi w roli Kate. :zgon:
Zawał na miejscu.

Jako że wczoraj leciał ten film w TV, to obejrzałam go sobie powtórnie. Nagle w pewnym momencie przypomniałam sobie Twój pomysł i zobaczyłam Shah Rukha na ekranie zamiast Keanu Reevesa. Nie pamiętałam kogo widziałaś w roli Kate, ale też obstawiłam Juhi. :D Film ten bardzo lubię a jak zobaczyłam SRK i Juhi na ekranie, to ponownie pochłonął mnie całkowicie. :zgon:
Aniu, miałaś rewelacyjny pomysł! :brawo:
To co, może napiszemy maila do Shah Rukha i podsuniemy mu tę zacną ideę? :hyhy:

an87 - 2011-08-16, 09:13

jagasia napisał/a:
Film ten bardzo lubię a jak zobaczyłam SRK i Juhi na ekranie, to ponownie pochłonął mnie całkowicie. :zgon:
Film pochłania mnie kompletnie za każdym razem kiedy go oglądam. Jest absolutnie ponadczasowy. Należy do ścisłej czołówki moich ulubionych filmów.
jagasia napisał/a:
To co, może napiszemy maila do Shah Rukha i podsuniemy mu tę zacną ideę? :hyhy:
Gdybyż to się dało zrealizować, już pisałabym do Dziada. Pytanie na ile jego by ta tematyka zainteresowała (chociaż wspominał ostatnio o małym filmie...). Eh... pomarzyć!!! :mrgreen:
GosiaJG - 2011-08-16, 09:18

Widziałam "Il Mare", nie oglądałam wersji amerykańskiej.

Oglądałam wczoraj przy prasowaniu "Nianię w Nowym Jorku". W takich warunkach - jak najbardziej ok i nieszkodliwe. :) Niektóre obserwacje może przerysowane, ale pewnie jakoś odnoszące się do rzeczywistości. Ale zakończenie... Gdyby zaserwowano coś takiego w filmie indyjskim, to by wszyscy grzmieli o bolly-kiczu itp. A w produkcji made in US - może być.

Mowilka - 2011-08-16, 09:31

Co najgorsze, polukrowana Niania filmowa nijak się ma do bardzo bolesnej i ostrej Niani ksiązkowej - tamtą polecam. Film można sobie z czystym sumieniem darować.

Chętnie obejrzałabym Shahrukha Il Mare - ale w Il Mare, nie w Domu nad jeziorem! Chociaż bohaterowie Il mare są młodsi, niż Keanu Reeves i Sandra, ich historia nie jest po prostu klimatyczną (przyznaję) komedią romantyczną, tylko przepiękną, niespieszną, niedopowiedzianą opowieścią o samotności, szukaniu bratniej duszy, niemożności utrafiernia we własciwy czas, miejsce, nastrój. Koreański dom stał niemal na środku jeziora, nie był przeszklony, bo rzadko świeciło nad nim słońce, wrażenie osamotnienia mieszkających w nim ludzi było dojmujące. Anomalia czasowa była tylko pretekstem. Bardzo nośny motyw; nie dziwię się, że Amerykanie zrobili remake.

Hermengilda - 2011-08-16, 19:45

I pomyśleć, że gdyby nie ta rozmowa, to nie miałabym pojęcia, że istnieje pierwowzór "Domu nad jeziorem"...(który znam ze słyszenia). Chyba trzeba się zakręcić za seansem.
jagasia - 2011-08-16, 20:31

Il Mare jeszcze nie widziałam. Nigdy nie mogłam się przekonać do kina koreańskiego, japońskiego czy też chińskiego. Zresztą ze wszystkimi filmami nie anglojęzycznymi (oprócz, oczywiście, naszych rodzimych) mam jakiś dziwny problem. Myślę, że to sprawa osłuchania się języka. Aczkolwiek z produkcjami naszych północnych, skandynawskich sąsiadów nigdy tego problemu nie miałam.
Do kina indyjskiego też podchodziłam bardzo niechętnie, dopiero za sprawą Shah Rukha przekonałam się do niego. A i od tej pory bardziej przychylnie spoglądam inne kinematografie.
Po Waszej rekomendacji, szczególnie Mowilki, pewnie i sięgnę po Il Mare. Zresztą zdążyłam już podejrzeć fragmenty w sieci. :)

Mowilka - 2011-08-19, 08:12

jagasia napisał/a:
Nigdy nie mogłam się przekonać do kina koreańskiego, japońskiego czy też chińskiego.


No właśnie. Japońskie na przykład są dla mnie hermetyczne. Nie rozumiem ludzi, nie rozumiem emocji. Z chińskimi jest już lepiej, zdecydowanie lepiej. Ale koreańskie, które zaczęłam oglądać dzieki elfcee (ktora przed laty przekonała mnie też umiejętnie do kina tamilskiego :kwiaty: ), okazały się chyba najbardziej "swojskie." Nadal są oszczędne w ekspresji, nadal trochę chłodne, ale - jak dla mnie - już nie jak z innej planety.
BTW: czy oglądałyście może koreańską wersję "Niebezpiecznych związków,""Untold scandal"? ? Wspaniały film

Hermengilda - 2011-08-19, 21:24

Jeju, ile można stracić ograniczając się tylko do kina from USA - a przecież 90% filmów wyświetlanych w polskich kinach, to filmy amerykańskie, z niewielką domieszką polskich czy europejskich...
GosiaJG - 2011-08-27, 11:23

W temacie kina amerykańskiego i podejściu do niego naszych "znawców"... bo właśnie mi ręce opadły. Słyszałyście o filmie "Kowboje i obcy"? Jeśli tytuł nie kazał Wam uciekać, gdzie pieprz rośnie, to zobaczcie trailer (obsada dobra - Ford, Craig...):
http://www.youtube.com/wa...player_embedded
Nasi tzw. recenzenci nie udają co prawda, że to jakieś szczególnie wybitne, ale zaznaczają, że film nie jest głupi (znaczy tylko trailer jest?) i piszą o "przedniej rozrywce"...
Zawsze w takich momentach przypominają mi się ci sami, którzy na samo hasło "kino indyjskie" od razu plasują film na skali w okolicach -10 punktów na 5. Przy amerykańskiej chale mózg im inaczej pracuje...?

an87 - 2011-08-27, 11:33

GosiaJG napisał/a:
Słyszałyście o filmie "Kowboje i obcy"?
Chciałam nań pójść do kina tylko i wyłącznie dla Harrisona Forda. Mam do niego sentyment od czasu pierwszego Indiany Jones'a.
Chyba poczekam aż pojawi się na płytach. :mrgreen:

GosiaJG - 2011-08-28, 20:19

an87 napisał/a:
Chciałam nań pójść do kina tylko i wyłącznie dla Harrisona Forda.

Ja dopiero w trailerze zobaczyłam Forda i Craiga. Lubię ich obu - ale trailer mnie jednak mocno odstraszył. :)

Oglądał ktoś "O północy w Paryżu"?

Mowilka - 2011-08-28, 22:51

Obawiam się, że Harrison Ford coraz bardziej kiepskie propozycje przyjmuje. Albo dostaje... Szkoda, bo to kiedyś był mój ulubiony twrdziej Hollywood.

Nowego Allena nie widziałam jeszcze. Poszłabym choćby dla Marion. Ale w którejś gazecie dodali Co nas kręci, co nas podnieca. Znacie? Czy to taki Allen zalany potokami autoanalizy, czy krwisty, w stylu Morderstwa na Manhattanie albo Wszystko gra?

pawan - 2011-08-28, 23:31

Mowilka napisał/a:
Ale w którejś gazecie dodali Co nas kręci, co nas podnieca. Znacie? Czy to taki Allen zalany potokami autoanalizy, czy krwisty, w stylu Morderstwa na Manhattanie albo Wszystko gra?


Kupiłam. Film ma 80 minut. Wyłączyłam po 50 czyli taki sobie, bliżej autoanalizy, ale raczej nie potoków tylko irytującego kapania z kranu. Nie widziałam powodu, aby tracić czas na oglądanie do końca.

Mowilka - 2011-08-28, 23:36

Dzięki :kwiaty: Odpuszczam sobie.
GosiaJG - 2011-08-28, 23:41

Ja kojarzę, że mi się dobrze oglądało, nawet chyba o tym tu pisałam. Ale już niewiele pamiętam. :)
Mowilka napisał/a:
Obawiam się, że Harrison Ford coraz bardziej kiepskie propozycje przyjmuje. Albo dostaje...

Boję się, że wielu aktorów starszego pokolenia ma coraz mniej ciekawych propozycji. Bo co współczesne kino amerykańskie może zaproponować Fordowi, Pacino, DeNiro? Rzadko powstają sensowne filmy. Jak sobie sami nie nakręcą - jak Eastwood - to grają w czymkolwiek. W końcu gwiazdami są teraz rozmemłane Patisony.

an87 - 2011-08-29, 08:42

GosiaJG napisał/a:
W końcu gwiazdami są teraz rozmemłane Patisony.
I co zobaczyłam przed oczami? A no to...

Wprawdzie nie rozmemłany, ale mnie kojarzy się jednako. Tamto wyparłam z umysłu już dawno.

GosiaJG - 2011-08-29, 11:02

an87 napisał/a:
Wprawdzie nie rozmemłany, ale mnie kojarzy się jednako.

Całkiem słusznie - ekspresja na podobnym poziomie. :hyhy:

juliette - 2011-08-29, 22:26

To chyba jedyny słuszny patison :mrgreen:
"Kowbojów i obcych" można obejrzeć zakładając, że jest to swego rodzaju pastisz - bo sklejenie dwóch tak odległych od siebie gatunków jak western i s-f - na serio byłoby niestrawne.
Ford (jak dla mnie) słaby aktorsko i wiek też mocno widać (nie starzeje się ładnie :( ), bardziej warto film dla Craiga obejrzeć.
Pobawić się - trzeba przyznać, że autorzy mieli sporą fantazję w kreowaniu pojazdów obcych (coś jak samolot z pięcioma parami skrzydeł, przy czym to wszystko zgina się jak u wija i lata ze szczękiem :lol: ).
Obejrzeć, zapomnieć.

an87 - 2011-08-30, 08:26

Czyli lepiej poczekam, aż pojawi się na płytach. :D
Albo darują sobie, bo chcę zapamiętać Forda z jego lepszych czasów.

Mowilka - 2011-08-31, 19:40

O północy w Paryżu: komentarze kinomanów bardzo dobre
http://kino.krakow.pl/film/7920.html

GosiaJG - 2011-08-31, 20:39

Koleżanka mi właśnie dziś pisała, że film jej się bardzo podobał. Jeśli chodzi o obecny repertuar kinowy, to nie widzę sensowniejszej propozycji.

Nie mam nic przeciwko pastiszom i grze z widzem. Oglądając trailer "Kowbojów i obcych", próbowałam właśnie znaleźć te elementy pastiszu. I miałam wrażenie, że to wszystko jest jakieś śmiertelnie serio.

Mowilka - 2011-09-07, 09:11

Kreacje z festiwalu w Wenecji:
http://www.gazetaprawna.p..._w_wenecji.html

Mnie się niezbyt podobają...

GosiaJG - 2011-09-07, 10:04

Mam jakiś problem z przełączaniem tych stron, kilka zdjęć zobaczyłam, a reszta mi się wiesza. :( Z tych, które widziałam, podobała mi się suknia Keiry Knightley - chociaż nie jestem pewna, czy jej pasowała. Nie wiem, czy się nie powtarzam, ale...
sukienka Kate Winslet sprzed kilku dni była świetna:
http://img.ibtimes.com/ww...he-68th-ven.jpg
Kiecka Victorii Beckham - widziałam gdzieś już kilka jej sukienek i bardzo mi się podobały.

Monica Bellucci w wersji męskiej też mnie urzekła:
http://models-hq.net/wp-c...ca-Bellucci.jpg
http://kultura.gazeta.pl/...wanie.html?i=36

A skoro już tu jestem, to powiem tylko, że w moim kinie do repertuaru dodano kolejne g..., czyli jakiś "Postrach nocy 3D" i "Colombiana". Filmy pokazują takie, że nic, tylko szaleć z wyborem...

an87 - 2011-09-07, 10:06

O jasna... ale koszmarki! Kate Winstet powinna zmienić stylistę i to czym prędzej.
IMO są dwa wyjątki czerwona suknia Natashy Poly
http://g.gazetaprawna.pl/...zaf-z79-154.jpg
i suknia z cipiórem Evy Huang
http://g.gazetaprawna.pl/...zaf-z79-177.jpg .
No i oczywiście bezkonkurencyjna Monica Bellucci.

GosiaJG - 2011-09-07, 13:54

A w temacie filmowym - nie wiedziałam, że w Wenecji pokazują jakąś nową wersję "Wichrowych Wzgórz". Nie wiedziałam nawet, że robiona jest kolejna adaptacja. :)

Edit. Trochę już poczytałam o tej wersji. Na pierwszy rzut oka przypomina mi to "Mansfield Park" Rozemy.

Hermengilda - 2011-09-07, 20:33

Jeszcze w temacie wenecko-ciuchowym polecam ten adres http://www.redcarpet-fash...-film-festival/ - pełny przegląd
Mowilka - 2011-09-21, 14:49

Elfkaa wynalazła trailer filmu, na który już sobie ostrzę zęby: angielscy weterani (Judi Dench, Maggie Smith, Tom Wilkinson, Bill Nighy i inne znajome twarze) oraz Dev Patel w The Best Exotic Hotel Marigold
http://www.traileraddict....d-hotel/trailer

pogoda - 2011-09-22, 00:39

Cudny zwiastun, film zapowiada się ciekawie i bardzo ciepło, a w dodatku co za obsada.

A mnie ostatnio zainteresował zwiastun filmu The Debt, polski tytuł Dług z Helen Mirren i również tu pojawił się Tom Wilkinson. Film o agentach Mossadu, którzy wytropili jednego ze zbrodniarzy wojennych, misja zakończyła się sukcesem przynajmniej oficjalnie

http://www.youtube.com/watch?v=RFp28r9sqUw

Jak się okazało, światowa premiera była już w tamtym roku, polska jest zaplanowana na 21 października, ale jak to Shahrukh powiedział, coś nowego dla ciebie jest już stare dla innych. ;)

GosiaJG - 2011-09-27, 13:31

Zabrałam się do czytania o nowym filmie Hoffmanna "Bitwa warszawska 1920". Nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle powstaje, ale rodzice postanowili się wybrać do kina i chciałam sprawdzić, czy już grają. Premiera jednak dopiero w ten piątek.
Zaczęłam czytać, oglądać informacje o obsadzie - i ręce mi opadły. Główna heroina to Natasza Urbańska - już zarejestrowałam, że taka "gwiazda" istnieje, jednak nie jestem w stanie jej zapamiętać. Ilekroć ją widzę, tylekroć zadaję sobie pytanie, kto to. Naprawdę nie ma w Polsce innych aktorek? A tak w ogóle ona jest aktorką?
W głównej roli męskiej "amanci" tym razem łysiejący Szyc. Bo my dwóch amantów ostatnio mamy - wyżej wymienionego i łysiejącego Adamczyka. Fantastycznie po prostu.
W rolach drugoplanowych przynajmniej ciekawie - Olbrychski, Linda... Może to jakoś pomoże filmowi?
Aaa, to pierwsza polska produkcja w 3D.

Jak się ktoś wybierze - poproszę o opinie. Ciekawa jestem. Mnie się np. "Ogniem i mieczem" podobało - chociaż wiem, że miało wiele negatywnych komentarzy.

Anteja - 2011-09-27, 19:33

Ferencego chwalą za postac czekisty czy kogoś w tym stylu. Podobno zdjęcia profesjonalne ( Idziak w końcu ).
Mowilka - 2011-10-17, 20:39

Obejrzałam Rozstanie, irański film okrzyczany jako "arcydzieło współczesnego kina," oraz tryumfatora festiwalu w Berlinie.
Pufffff
Biednie jest z naszym kinem, jesli sprawnie i prosto opowiedziana historia już z marszu zasługuje na miano "arcydzieła." Ciekawy film, odpowiednio zaplątany, pięknie zagrany, na dodatek interesujący z czysto obyczajowych względów. Warto obejrzeć. Ale zaraz arcydzieło?

GosiaJG - 2011-11-15, 09:39

Zawsze zazdroszczę mieszkańcom dużych miast możliwości zobaczenia takich filmów. Moi rodzice chcieli się ostatnio wybrać do kina i zrezygnowali - nie było żadnego interesującego seansu.
Za to na mnóstwie pokazów - "Wyjazd integracyjny"... Osoby, które widziały, mówią, że to coś nawet trudno nazwać filmem. Media za to donoszą, że film miał najlepsze otwarcie w tym roku i w ogóle ludzie walą tłumnie - możemy się pocieszyć (chociaż marna to pociecha), że nie tylko w Indiach bezmózgie g... się sprzedaje. :)

jagasia - 2011-11-15, 09:56

GosiaJG napisał/a:
Zawsze zazdroszczę mieszkańcom dużych miast możliwości zobaczenia takich filmów.

Mogę się tylko podpisać. Choć wymagającym widzem nie jestem, to od dłuższego czasu nie znajduję w repertuarze kina nic, co by mnie zainteresowało. W kinie ostatni raz byłam chyba z rok temu. Jako że do najbliższego kina mam jakieś 50 km, nie goszczę tam zbyt często. Od jakiś dwóch miesięcy mam ochotę wybrać się, jednak nie mam na co. Jeżeli już mam wybrać się na taką wyprawę, to na coś sensownego a nie na oglądanie nietrzeźwych ludzi latających nago po jakimś hotelu (tyle widziałam w trailerze a propos wspomnianego Wyjazdu integracyjnego). :-?

Anteja - 2011-11-15, 19:01

Gosiu doskonale cię rozumiem. U nas tez królował Wyjazd integracyjny, a teraz będzie kolejna odsłona Zmierzchu....A tu słyszę, że premiera Szpiega ...Gdzieś najwyraźniej będa to grali, ale nie tutaj. I mnie krew zalewa. Cały czas uważam, że premiery kinowe powinny też być w internecie, za opłatą. I wtedy mieszkaniec wsi czy miasteczka tez by miał szansę byc na bieżąco.
Hermengilda - 2011-11-15, 20:52

Anteja napisał/a:
A tu słyszę, że premiera Szpiega


Dobrze, że przypomniałaś - już zaczynam się rozglądać za seansem.

Anteja - 2011-11-16, 07:46

Ty się rozejrzysz, a ja mogę sobie zwiastun obejrzec i tyle.
Hermengilda - 2011-11-16, 19:33

Anteja napisał/a:
Ty się rozejrzysz, a ja mogę sobie zwiastun obejrzec i tyle.

Obejrzę jak dojadę z mojej mieściny do stolicy województwa...

GosiaJG - 2011-12-23, 22:16

Zapowiedzi dwóch filmów, które koniecznie chciałabym zobaczyć w kinie:
"The Dark Knight Rises":
http://www.youtube.com/watch?v=q-Sktgm0aD8
"The Hobbit":
http://www.youtube.com/wa...layer_embedded#!

Mowilka - 2011-12-23, 23:35

Powiało Władcą Pierścieni :jupi: Jest na co czekać!
Fantastyczna charakteryzacja krasnoludów! Trudno byłoby rozpoznać pana Thorntona, gdyby sie nie wiedziało...

Anteja - 2011-12-24, 08:23

Głos ma jednak ten sam :) Zasłuchujemy sie na SPD w pieśni krasnoludów ;)
an87 - 2011-12-24, 16:19

GosiaJG napisał/a:
"The Hobbit":
http://www.youtube.com/wa...layer_embedded#!
O tak, ja już przebieram nogami. Będą dwie części co oznacza, że ekranizację zrobią solidnie! :mrgreen:
donlisu - 2011-12-31, 20:33

Ooo, czyżby tu także byli fanatycy Władcy Pierścieni? No to miło mi to widzieć! :jupi:
Mowilka - 2011-12-31, 23:44

Ha! W jakim gronie ich nie znajdziesz? Najpierw - ładnych parę lat temu - książki. Potem oszolomienie Drużyną pierścienia, czekanie co roku na nowy film... Kiedy byłam na długim L4 obejrzałam wszystko - wersje rozszerzone i dodatki, co do jednego.
jagasia - 2012-01-01, 02:37

Tak jak wielbię "Opowieści z Narnii", tak "Władca pierścieni" kompletnie mnie odrzuca. Nie wiem do końca dlaczego tak się dzieje. Typ fantastyki niby podobny a jednak, przy kilku podejściach, "Władcy..." zdzierżyć nie mogę. Możliwe, że to kwestia klimatu, tutaj jest on bardziej mroczny niż w "Opowieściach..".
Może jeszcze kiedyś spróbuję wrócić do tego filmu. Trailer "Hobbita" nawet mnie z lekka zaciekawił.

Anteja - 2012-01-01, 11:53

Lubię Narnię, ale to jednak historia dla dzieci. Włądcę wielbię - przy czym książka ma pierwszeństwo zawsze i wszędzie. Do filmu mam zastrzezenia, ale bardzo lubię.
jagasia - 2012-01-01, 17:07

Anteja napisał/a:
to jednak historia dla dzieci

I tu mnie masz. :mrgreen:

Anteja - 2012-01-01, 20:02

Narnia jest urocza, ale zbyt tam wszystko oczywiste i na tacy podane ;) Poza tym ja lubię melancholię, która jest obecna w WP.
Mowilka - 2012-01-01, 20:39

Ja też kocham Narnię, ale Władca nade mną panuje. Inaczej nie umiem tego określić. Kiedy czytałam książki po raz pierwszy, tonęłam tak bardzo w świecie Śródziemia, że musiałam wkładać ogromny wysiłek w powrót do rzeczywistości Krakowa lat 80.
GosiaJG - 2012-01-01, 20:39

Tak, melancholia buduje niezwykły klimat "Władcy...". Śródziemie będzie można uratować, ale i tak nic już nie będzie takie samo.
Film Jacksona ma może parę niedociągnięć, ale świetną obsadę i zachował klimat powieści - za to go cenię.

Trailer sequela "Sherlocka Holmesa" - "A Game of Shadows":
http://filmicafe.com/movi...6&value=trailer
Pierwsza część mi się podobała.

donlisu - 2012-01-01, 21:48

Mowilka napisał/a:
Potem oszolomienie Drużyną pierścienia, czekanie co roku na nowy film...

Niestety, ja pamiętam tylko jak Powrót Króla wchodził do kin. :mrgreen:
A ogólnie to kocham "Władce..." za sam wątek przygodowy oraz połączenie obrazu z niesamowitą muzyką. Przyznacie, że to mistrzowska robota. Muzyka w tych filmach wyciska z ludzi wszystko.
Jestem akurat w trakcie oglądania tych wersji rozszerzonych. ;)

Anteja - 2012-01-03, 08:10

Ja jestem w trakcie kolejnego oglądania wersji rozszerzonych :)
Hermengilda - 2012-01-05, 20:42

To trochę zmieniając epokę ;) udało mi się być na jednym z ostatnich seansów Szpiega w Lublinie. Na dłuższe wrażenie przyjdzie pora jak sobie szybko przypomnę powieść, ale krótko mówiąc jestem bardzo usatysfakcjonowana tą ekranizacją powieści Johna Le Carre - które zresztą polecam bardzo wszystkim lubiącym tematykę polityczno-szpiegowską okraszoną b. dobrymi psychologicznymi portretami postaci. Takie są właśnie powieści Le Carre - zazwyczaj ciężko mi się zaczyna je czytać, ale potem jak się wciągnę nie mogę się oderwać. Film wessał mnie od razu (na razie nie mam szansy na szybką powtórkę, trzeba poczekać na polskie wyd. DVD), a Gary Oldman chyba wkroczył do mojego aktorskiego Top Twenty ;) (znajoma w pracy śmiała się, że w tym moim gronie sami ludzie po 60-tce, bo tam m.in. de Niro i Rickman). Jeżeli macie jeszcze możliwość, obejrzyjcie, warto - opowieść szpiegowska, ale nie biegana, strzelana, ale bardziej dziejąca się w głowach bohaterów.
Anteja - 2012-01-05, 21:20

Ech...chiałam to obejrzeć, ale grali tydzień przed świętami i tylko tydzień. Nie dałam rady, bo zywcem nie miałam czasu.
GosiaJG - 2012-01-05, 23:46

"Szpieg" to jeden z filmów, który chciałabym zobaczyć. Na razie wizyta w kinie jest niemożliwa, toteż czekam na dvd. Jestem też bardzo ciekawa najnowszego filmu Agnieszki Holland.

Widziałam ostatnio "Salę samobójców". Film jest dość nowatorski pod względem formalnym, jak na polskie warunki. W założeniu miała to być opowieść o niezrozumianym przez rodziców nastolatku z problemami, który dostaje od nich wszystko prócz uwagi, o zagrożeniach sieci itp. Bohater jest jednak tak egzaltowany, że aż męczący, a poza tym sprawia wrażenie, że "w d... mu się poprzewracało", jak mówi jego matka (i ma sporo racji). Ukryta po drugiej stronie kabla bohaterka to z kolei chyba jeszcze bardziej egzaltowana manipulantka. Przekonujący jest wątek zagrożenia mogącego płynąć z Internetu (jeśli trafi na takich właśnie zmanierowanych, a jednocześnie zagubionych młodych ludzi).

GosiaJG - 2012-01-16, 08:58

Rozdano Złote Globy:
http://www.stopklatka.pl/...&klik=nawaznews
To, co najciekawsze, czyli - kiecki: ;)
http://www.imdb.com/oscar...edcarpet?page=1
Edit. Moje faworytki:
http://www.imdb.com/oscar...pet-rm604942336
http://www.imdb.com/oscar...et-rm1578020864
http://www.imdb.com/oscar...et-rm1628418048
http://www.imdb.com/oscar...pet-rm286240768
http://www.imdb.com/oscar...pet-rm739225600

GosiaJG - 2012-01-24, 15:56

Lista nominacji do Oscara:
http://www.imdb.com/oscars/nominations/
Wśród nominacji "W ciemności" A. Holland.
Nadal mnie zadziwia ta ekscytacja i przeżywanie, relacje na żywo z gali nominowania - z powodu tego filmu. Mam zamiar go zobaczyć, liczę na dobre kino; rodzice widzieli go ostatnio i byli pod wrażeniem - ale to amerykańskie nagrody filmowe!

Hermia - 2012-01-30, 14:07

Na co iść do kina, żeby nie było wtopy czyli totalnej nudy? Poradźcie, bo mąż chce uczcić moje urodziny kinem.
GosiaJG - 2012-01-30, 18:46

Uwaga, teoretyzuję. :)

Moi rodzice mówią, że "W ciemności" warto zobaczyć, tylko że to film kompletnie "nieurodzinowy" - ponury i "ciężki". Mnie zainteresowałaby też "Rzeź" - jednak jego tematyka też raczej nie jest rozrywkowa. Na początku lutego pojawią się na ekranach "Róża" i "Idy marcowe" - oba wydają się godne uwagi.
Z bardziej rozrywkowych propozycji dostrzegam jedynie sequel "Sherlocka Holmesa" - może ktoś był i powie, czy warto?

an87 - 2012-01-30, 21:57

Był i jego zdaniem warto, znaczy moim zdaniem warto.
Jeżeli komuś podobała się pierwsza część, jej szybkie tempo, zwroty akcji... to będzie zadowolony z seansu. Akcja jest szybka (nawet bardzo), triki gonią triki, masa efektów specjalnych i pięknej grafiki. Sporo mordobicia, zagadka, zamach, intryga i w tym wszystkim cudownie zeszmacony <3 , niemalże do granic możliwości Robert Downey Jr. O mili państwo...ta szuja to znakomity aktor i komik. Od zawsze go lubiłam, ale od kiedy sporządniał, wreszcie otrzymuje dobre scenariusze gra, że miło patrzeć. Holmes-szelma <3 .
Absolutnie genialnie IMO pokazana scena
Spoiler:

kiedy Holmes spada do wodospadu <3


zaś ostatnia scena filmu sprawiła, że prawie zakrztusiłam się ze śmiechu i...
Nic więcej nie napiszę...obejrzyjcie, kapitalna zabawa od pierwszej do ostatniej chwili, przeplatana chwilami napięcia i zaskakującymi zwrotami.
I z pewnością nie jest to Holmes Conan Doylea, owszem jest dżentelmenem, ale i uroczy łobuz z szelmowskim błyskiem w oku. :mniam:

GosiaJG - 2012-01-30, 22:49

Dzięki, Aniu. :kwiaty:
GosiaJG - 2012-02-07, 16:54

"Rzeź" Romana Polańskiego - film na podstawie sztuki teatralnej, o czym przypomina ograniczona przestrzeń mieszkania i "uwięzionych" w niej czterech bohaterów. Dwie pary małżeńskie spotykają się, by rozwiązać sytuację powstałą po pobiciu syna jednej z nich przez syna drugiego małżeństwa. Początkowa kurtuazja przeradza się w agresywny konflikt - nie tylko między obiema parami, ale także wewnątrz poszczególnych małżeństw. Można użyć każdego chwytu, by upokorzyć "przeciwnika"...
Miał to być, jak sądzę, film o kondycji współczesnego człowieka, o tym, że dorośli zachowują się czasem równie absurdalnie jak nastolatkowie, o tym, że trudno porozumieć się z drugim człowiekiem, bo zawsze własna prawda jest ważniejsza od cudzej. Tutaj to wszystko jest, wygrane przez bardzo dobrych aktorów - tylko refleksji zostawia niewiele. A to chyba taki film, po którym powinno się mieć "przemyślenia". Ja ich nie mam - poza tymi banalnymi, o których napisałam - i nie wiem, czy to moja wina, czy reżysera.

Mowilka - 2012-02-07, 23:59

Hmm... Dobrze, że obejrzałaś. Zastanawiałam się, jak zestawić tytuł z zapowiedziami o komedii... Chyba sobie daruję film, choć dla obsady może się skuszę.
pogoda - 2012-02-13, 00:25

Gosiu, dzięki za recenzję "Rzezi".
GosiaJG napisał/a:
Tutaj to wszystko jest, wygrane przez bardzo dobrych aktorów - tylko refleksji zostawia niewiele. A to chyba taki film, po którym powinno się mieć "przemyślenia". Ja ich nie mam - poza tymi banalnymi, o których napisałam - i nie wiem, czy to moja wina, czy reżysera.

Może jest też to wina samego tekstu. ;) Mam jeszcze kolejne banalne, wszystko dobre, co się dobrze kończy.
Spoiler:

Komóra ożyła, chomik w parku widać jest szczęśliwy, dzieciaki się pogodziły, równowaga świata nie została tym samym tą awanturą zakłócona. ;)



Jeszcze dorzucę parę słów o "Rzezi"

Rzeź

Przed seansem widziałam zwiastun, który jest bardzo komediowy i rozbawił mnie na tyle, że chciałam zobaczyć ten film, w dodatku skusił mnie reżyser i obsada.
Oczekiwałam komedii i dostałam, co chciałam. Wszystkie wątki komediowe dostarczyły mi sporo rozrywki. Szczególnie cały wątek Alana (Christoph Waltz) i jego nieustannego wiszenia na komórce był bardzo zabawny.
Wydaje mi się, że warto zobaczyć ten film ze względu na jego walory komediowe oraz świetną grę aktorów, którzy doskonale wygrywają przywary i śmiesznostki swoich bohaterów.

Idy Marcowe

Film w reżyserii Georga Clooney'a przedstawia kulisy wewnętrznych wyborów w Partii Demokratycznej kandydata na kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Już na tym etapie jest to bezpardonowa rozgrywka, w której jeden fałszywy ruch może oznaczać przegraną.
Widz obserwuje tę walkę oczami Stephena Meyersa (Ryan Gosling), zastępcy szefa PR Paula Zary (Philip Seymour Hoffman). Stephen z jednej strony wierzy we wspieranego przez siebie kandydata, zgadza się z jego poglądami i na pewno jest to 'jego' kandydat, z drugiej strony w którymś momencie mówi, że polityka jest całym jego życiem i nie ma tu na myśli ideałów tylko te wszystkie gierki. Sam wspierany przez nich kandydat gubernator Mike Morris (George Clooney) pojawia się na drugim planie. Mamy okazję poznać jego program wyborczy, natomiast jako człowiek jest ledwo zarysowany.
W filmie nie ma pędzącej na łeb na szyje akcji, wszystko rozgrywa się w dialogach i interakcjach między bohaterami, żyjących w zawieszeniu, ciągłej podróży od jednego miasta do drugiego, pochłoniętych rozgrywkami między sobą na wzajem, walką o serca wyborców i wsparcie kolegów, co mnie bardzo wciągnęło. Atmosferę buduje też zima, oblodzone chodniki, szare, zachmurzone niebo, wiatr szarpiący włosy i płaszcze.
W dodatku wszystkie role są bardzo dobrze zagrane. Na drugim planie pojawiają się poza Philipem Seymourem Hoffmanem, i Georgem Clooneyem świetna Marisa Tomei jako dziennikarka, która zawsze jest najpierw dziennikarką (bardzo ją lubię i miło mi ją zobaczyć w trochę innej roli niż jej ostatnio przypadają) i Paul Giamatti w roli PR-owca przeciwnika gubernatora Morrisa, który bawi się swoją rolą bezwzględnego weterana politycznych rozgrywek.
Na pierwszym planie błyszczy Ryan Gosling, chociaż zbudował postać bardzo oszczędnie, trudno od niego oderwać wzrok. Do jego gry można odnieść słowa bohatera Paula Giamattiego o Stephenie, który mówi, że Stephen po prostu ma dar, dzięki któremu jest w stanie oczarować współpracowników, swojego szefa, a nawet przeciwników i faktycznie Gosling tak samo jak jego bohater ma to coś. Nie jest to sprawiedliwe, nie można osiągnąć tego pracą, zwyczajnie ktoś samym swoim byciem potrafi oczarować widza i nie pozostawić go obojętnym. Wiele razy wspomniałyśmy zresztą o tym przy okazji Shahrukha. ;)
"Idy Marcowe" są bardzo dobrze skonstruowane, mają ciekawy scenariusz, w którym nie ma dziur, różnych dziwacznych zwrotów akcji, czy zachowań bohaterów, które nie były by niezgodne z ich charakterem. W dodatku są tu ciekawe analogie między niektórymi bohaterami, bohaterowie są charakterologicznie szarzy, nie ma podziału na dobrych i złych oraz jest cudowna klamra spinająca film.
Trudno mi powiedzieć, czy Wam też się ten film tak spodoba, bo IM jest też trochę filmem dla mnie, uwielbiam thrillery polityczne, więc nie byłam obiektywna, bo dobry film w tym gatunku raduje mnie szczególnie mocno. ;) Jednak dla mnie to jeden z lepszych filmów jakie ostatnio widziałam i muszę przyznać, że chociaż minął już tydzień od seansu nadal się nad nim od czasu do czasu zastanawiam i obejrzę go jeszcze nie raz, żeby uporządkować przemyślenia, czekam tylko na dvd. ;)
Dziwi mnie tylko, że film został pominięty w nominacjach do Oskarów za najlepszy film, scenariusz i reżyserie, bo ten film zasługuje chociaż na nominacje. Brak nominacji aktorskich mnie nie dziwi, bo film ten pod tym względem jest tak równy na wysokim poziomie, że można tu dobre aktorstwo uznać za coś naturalnego i pominąć w związku z tym wszystkich aktorów. ;)

GosiaJG - 2012-02-13, 23:17

Pogodo, szczególnie ten chomik w "Rzezi" mnie rozbawił. ;)
Serio - dziwaczne to jakieś było, taki happy end na wszystkie strony. Chyba że - tu kolejne banalne przemyślenie ;) - chodziło o to, że ludzie odstawiają swój teatr (znowu Szekspir ;) ), a przyroda (w jej przedstawiciela wciela się chomik ;) ) i tak zwycięża. :mrgreen:

Waltz był świetny i miał chyba najlepsze dialogi. John C. Reilly zresztą też. Jak wspomniałam wcześniej, do aktorstwa nie można się przyczepić, ale mam wrażenie, że tym razem panie pozostały w cieniu panów. A Jodie Foster zdała mi się zbyt teatralnie histeryczna. Ale to już taki mój osobisty przytyk, może o to właśnie chodziło.

Odwaliłaś za mnie robotę, jeśli chodzi o "Idy Marcowe", bo nie miałam okazji by napisać o filmie. Moje odczucia są podobne do Twoich - to bardzo dobry film, mimo że "gadany" i pozornie niewiele się w nim dzieje. Ale tylko pozornie, bo od rozgrywek i spisków ekran aż puchnie, jak rzymski senat przed skrytobójstwem Cezara. ;)

Uważam, że film jak najbardziej powinien zostać doceniony za aktorstwo i reżyserię, bo te zjawiska są nieczęste ostatnio w kinie amerykańskim.
George Clooney coraz bardziej staje się kimś takim, jak Clint Eastwood - w którymś momencie zamknięto ich w pewnym schemacie ról, a oni uciekli w reżyserię i wygrali. :brawo:

Wczoraj wręczono brytyjskie nagrody BAFTA. Lista zwycięzców (i przegranych):
http://www.imdb.com/oscars/nominations/baftas
Kreacje na czerwonym dywanie:
http://www.imdb.com/oscar...a2012-redcarpet
Słyszeliście o Kopciuszku i Księciu? ;) Od 0:23:
http://www.youtube.com/watch?v=3s2D6gs1Ui0

an87 - 2012-02-14, 11:08

GosiaJG napisał/a:
Słyszeliście o Kopciuszku i Księciu? ;) Od 0:23:
http://www.youtube.com/watch?v=3s2D6gs1Ui0
Obejrzałam to wczoraj w pracy chyba z 10 razy. Cudeńko! Colin... o ten to wie, jak się zachować. I chyba powinni mównice robić w jakimś kolorze, bo Meryl prawie się o nią przewróciła. :hyhy:
Mowilka - 2012-02-14, 11:44

Ach, Colin... <3 Prawdziwy pan Darcy. Pozwólcie, że poślę ten film dalej
an87 - 2012-02-14, 11:46

Rzeczony film wielokrotnie wczoraj w telewizji pokazywali we wszelakich wiadomościach.
Coś czuję, że za wzór stawiany będzie. :mrgreen:

jagasia - 2012-02-14, 12:01

Ja wam mówię, że Meryl specjalnie ten pantofelek zgubiła... :hyhy: :mrgreen:
GosiaJG - 2012-02-14, 14:47

Colin swego czasu przez wiele lat próbował uciekać przed panem Darcym (teraz już nie musi), a pan Darcy jednak z niego wylazł. :brawo:
pogoda - 2012-02-19, 23:24

GosiaJG napisał/a:
Waltz był świetny i miał chyba najlepsze dialogi. John C. Reilly zresztą też. Jak wspomniałam wcześniej, do aktorstwa nie można się przyczepić, ale mam wrażenie, że tym razem panie pozostały w cieniu panów. A Jodie Foster zdała mi się zbyt teatralnie histeryczna. Ale to już taki mój osobisty przytyk, może o to właśnie chodziło.


O tak Waltz błyszczał. Jego bohater też wzbudził we mnie najwięcej sympatii, bo chociaż pozornie najbardziej antypatyczny i pozbawiony empatii z czasem okazuje się najbardziej wyrozumiały dla słabości innych i można powiedzieć, że kpiną broni się przed światem. Foster miała za to chyba też najbardziej niewdzięczną rolę. Jej bohaterka to taka osoba, że człowiek wie, że powinien ją lubić, czy chociaż szanować, a najchętniej ominął by ją szerokim łukiem i udał, że jej nie poznał. Chociaż w tych scenach histerii Jodie Foster była teatralna.

GosiaJG napisał/a:
to bardzo dobry film, mimo że "gadany" i pozornie niewiele się w nim dzieje. Ale tylko pozornie, bo od rozgrywek i spisków ekran aż puchnie, jak rzymski senat przed skrytobójstwem Cezara.


Prawda. Polecam ten film komu mogę, bo uważam, że szkoda zabrać sobie przyjemność obejrzenia tego filmu. Nie mogę doczekać się dvd, żeby sobie sprawić kolejne seanse i liczę na dużo gadanych dodatków. Ogromną przyjemność by mi sprawiła możliwość obejrzenia filmu z komentarzem reżyserskim, mam nadzieję, że taka gratka będzie.
A Clooney właśnie bardzo dobrze ten tytuł dobrał. Pewne rzecz są niezmienne, tylko dekoracje się zmieniają.

Dużo ciekawych premier w tym roku się szykuje. Teraz bardzo bym chciała "Różę" obejrzeć. I "Artystę". Powalił mnie reżyser na czerwonym dywanie przed BAFT-ą, który wyznał, że Anglicy mają niezwykłe poczucie humoru, skoro jego niemy film został nominowany za dźwięk. ;)
Zwiastun "Artysty":
http://www.youtube.com/watch?v=OK7pfLlsUQM

A z rzeczy lżejszych załapałam się na jeden z ostatnich seansów "Listów do M". Bardzo przyjemny, rozrywkowy film. Zgrabnie skrojony, z pięknymi zdjęciami Warszawy tak pięknej, że nic tylko tam zamieszkać, cudnymi piosenkami i dobrze zagrany, obsada jest wspaniała i wykorzystana. Jeśli pojawi się w świątecznej ramówce TVN-u dołączy do moich gwiazdkowych hitów jak "Ja cię kocham a ty śpisz".

GosiaJG - 2012-02-27, 11:11

Zwycięzcy Oscarów:
http://www.imdb.com/oscars/nominations/
Czerwony dywan:
http://www.imdb.com/oscar...edcarpet?page=1

Edit. Ta wypowiedź Holland o "Artyście" zupełnie niepotrzebna; chyba emocje wzięły górę...
http://kultura.gazeta.pl/...idiotyczna.html

pawan - 2012-04-09, 23:53

Na ZoneEuropa leci "Wiek niewinności".......... ten film boli mnie prawie tak samo (i zachwyca), jak Veer-Zara.
jagasia - 2012-04-26, 11:23

O filmie "Hobbit":
"Hobbit" rozczarował. Powód? "Wygląda zbyt realistycznie"
http://www.tvn24.pl/24467...,wiadomosc.html

Mowilka - 2012-04-26, 11:24

Chciałabym to zobaczyć :shock:
donlisu - 2012-04-26, 13:42

A mnie się wydaje, że ta nowa technika mi podpasuje. Żywiej, wyraźniej - jak piszą. W przeciwieństwie do 3D, za którym nie przepadam. ;)
an87 - 2012-04-26, 14:37

Nie ukrywam, że czekam z niecierpliwością, żeby się przekonać na własne oczy, czy mi te 48 klatek na sekundę przypasują, czy nie. Nie będę w ogóle zwracała uwagi na różnego rodzaju ekspertów, próbujących w mniejszy lub większy sposób, jeszcze na starcie zniechęcić do filmu. Tak się składa, że Tolkien jest mi bardzo bliski, przez sentyment. To dzięki niemu w piątej klasie szkoły podstawowej rozpoczęłam poważny romans ze światem magii, elfów i wróżek, który szczęśliwie trwa do dziś.
Sposób kręcenia filmów się zmienia i niestety, jak to mawia moja koleżanka, znika pewna magia z kina, bo wszystko staje się bardziej wyraźne i rzeczywiste. Brak już tej nieuchwytnej mgiełki, poświaty, która oddzielała widza od ekranu i to nawet w filmach 2D.

Bardzo chętnie wypróbuję te 48 klatek, zwłaszcza w filmach 3D, bo tam z kolei wszystkie szybkie ujęcia są bardzo zamazanie, niewyraźne i męczą tak wzrok jak i mózg. :mrgreen:

Anteja - 2012-04-26, 17:18

Ja tam nie lubie 3D i mam dziwne wrażenie, że powinnam sie była zatrzymać na kinie niemym ;)
donlisu - 2012-04-26, 17:54

Czyli "Hobbit" będzie pierwszym filmem, w którym będziemy mieli okazję poznać tę technikę? Z chęcią również się wybiorę, bo bardzo mnie zaciekawiła.
A zmieniać się kino będzie na pewno nie raz - lubię nowinki techniczne, ale nie zawsze są one strzałem w dziesiątkę.
an87 napisał/a:
męczą tak wzrok jak i mózg.

I u mnie jeszcze nos, ale to przez okulary. :mrgreen:
A jakby ktoś był ciekawy, Bipasha w angielskim debiucie:
http://www.youtube.com/wa...&v=R8i3NYlmFRE#!

Mowilka - 2012-04-26, 19:35

O, Bipasha z Joshem Harnettem! Ale zajawka kompletnie nie zachęcająca...
pogoda - 2012-04-26, 21:29

Nudnawa i za długa chyba niestety, ale widoczki za to piękne. Może jednak nie zwiastuje to niczego złego, Idy marcowe też miały zwiastun mało porywający delikatnie mówiąc, a sam film jest bardzo dobry.
GosiaJG - 2012-05-04, 22:15

"Służące" - Missisipi, czyli amerykańska prowincja, lata 60., świat białych, pustych pań domu w szpileczkach, rasistek-idiotek, widziany oczyma ich czarnych służących; film o rodzeniu się samoświadomości służących, których historie poznajemy dzięki wywiadom udzielanych przez nie młodej dziennikarce Skeeter - "jedynej sprawiedliwej".
Mimo dość powierzchownych linii podziału - dobry film z dobrymi kreacjami aktorskimi.
Swoją drogą - gdy takie rozwiązania, jak w "Służących", serwuje się w kinie indyjskim, od razu podnoszą się głosy "światłych" widzów, że łopatologia, tandeta i kicz. A tu, proszę - Amerykanie do Oscara nominowali, więc film jest odpowiednio nabożnie traktowany.

"Nietykalni" - dobrze Francuzom wychodzą historie o zderzeniu światów, czy to w wersji bliższej slapstickowi ("Goście, goście"), czy w takiej, jak w "Nietykalnych" właśnie - bardziej komediowodramatycznej. Główne elementy opowieści o sparaliżowanym milionerze, którego opiekunem mimo woli zostaje chłopak z paryskiej banlieue, emigrant z Senegalu, są przewidywalne i może nieco schematyczne - ale co z tego? Film porusza, bawi, skupia uwagę, skłania do zastanowienia, zostaje w pamięci. Dlatego warto go zobaczyć.
A Omar Sy jest piękny.

Mowilka - 2012-05-08, 12:54

Właściwie, to nie-indyjski film, choć trafilam do tej zapowiedzi przez Irrfana Khana.
Ang Lee kręci Życie Pi! :brawo:

http://www.imdb.com/title/tt0454876/

Piękna obsada.

an87 - 2012-05-08, 14:47

A premiera u nas ma być 28 grudnia 2012 r. znaczy trza zarezerwować termin! :mrgreen:
pogoda - 2012-05-13, 23:49

Zakończył się 37. Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni. OczywiścieW ciemności zgarnęło pulę, ale nie tylko oni, tutaj więcej o laureatach:
http://gdynia.naszemiasto...eatow,id,t.html

Czerwony dywan:
http://film.onet.pl/specj...ortaz-maly.html

http://www.pudelek.pl/art..._mielcarz_foto/ *

* Przepraszam za link do pudelka, ale wrzucili dużo zdjęć, których nie było na onecie.

Mowilka - 2012-05-14, 07:20

Przyjaciółka, która była akredytowana na festiwalu powiedziała, że na pewno nagrodzą któryś z tych strasznych, dołujących, wbijających w ziemię, odbierających chęć do życia filmów od których się w tym roku roiło. Potem napisała smsa, że miała rację :lol: Zachwycała się tylko Moim rowerem i mam zamiar go obejrzeć.
krasnoludka - 2012-05-14, 11:02

Ale to już prawie norma! Wystarczy spojrzeć na listę poprzednich laureatów: "Różyczka", "Mała Moskwa", "Plac Zbawiciela". "Komornik". Nic tylko się iść i pociąć. Kiedy w 2009 nagrodę dostał "Rewers", to się prawie przewróciłam ze zdziwienia.
pogoda - 2012-05-14, 22:59

Muszę się zgodzić. Czasem szkoda, że takie sprawnie zrealizowane, lekkie, rozrywkowe filmy jak Listy do M nie mają szans na chociaż jakąś techniczną nagrodę. A żałuję, bo miałam nieprzyjemność widzieć Och, Karol 2 i tak sobie myślę, że dobrze by było czasem dobrym słowem też wspomóc udany film rozrywkowy, bo porównując te dwa filmy widać, że to nie jest taka prosta sprawa nakręcić dobrą rozrywkę.

Widziałam fragment gali, w którym Robert Więckiewicz odebrał nagrodę, absolutnie uroczo się plątał w zeznaniach i jeszcze Andrzeja Chyrę ściągnął na scenę ;)

http://www.youtube.com/watch?v=a2jeNbvQCTM

Parmita - 2012-05-23, 11:07

The Great Gatsby - zwiastun kolejnej już adaptacji powieści F. Scotta Fitzgeralda czyli Leonardo DiCaprio, Toby Maguire i Amitabh Bachchan razem na ekranie:
http://www.youtube.com/wa...feature=g-all-u
I screen z filmu, który pojawił się na pierwszej stronie Bombay Timesa:
http://h12.abload.de/img/584325347yvuhc.jpg

Nie wiem jak Wy, ale ja się czuję zachęcona. :hyhy:

an87 - 2012-05-23, 12:41

No, no...Papcio B. prezentuje się wspaniale.
Podobnie jak Leo, który wygląda smakowicie z blond fryzurką.
Co za pyszna scenografia!!! Z chęcią obejrzę.
Chyba jestem głodna. ;)

donlisu - 2012-05-23, 18:52

Jak dobrze byłoby zobaczyć kogokolwiek z Bolly na dużym ekranie :( A, i nie wiem czy moje spostrzeżenie jest słuszne, ale w ostatnim czasie to już drugi raz gdy ktoś "od nas" gra w zachodnim filmie. Jakiś przełom? :)
Anteja - 2012-05-23, 19:30

Chętnie obejrzę, ale nie w 3D.
Mowilka - 2012-05-23, 20:25

Dziwnie bardzo to wygląda, ale też bardzo w stylu Baza Luhrmanna. Widowisko na pewno będzie rozbuchane, byle emocje były równie mocne! Liczę na Leonardo, choć wygląda w trailerze okropnie.
Hermengilda - 2012-05-23, 20:33

A ja muszę wygrzebać gdzieś jeden z wcześniejszych filmów Buza Luhrmanna, o środowisku tancerzy... No chyba, że sobie pomyliłam teraz reżyserów, ale jakoś tak mi świta, że to jego był film. Raz widziałam, podobał się mi bardzo bardzo i mam ogromną chęć na powtórkę.

PS: mam! u nas miał tytuł "Roztańczony buntownik" http://www.imdb.com/title/tt0105488/

Anteja - 2012-05-23, 22:47

Trylogia Czerwonej Kurtyny (Red Curtain Trilogy). Roztańczony buntownik, Romeo i Julia, Moulin Rouge :) Wszystkie lubię i wszystkie mam.
Mowilka - 2012-05-23, 22:53

To ja się kiedyś co Ciebie uśmiechnę :kwiaty:
owera - 2012-06-18, 23:37
Temat postu: Film na dzisiejszy wieczór, to ...
Pozwoliłam sobie założyć wątek, żeby nie zaśmiecać tego zapoznawczego:).
Dziś padło na ten film http://www.filmweb.pl/fil...cie-2007-447820 .
Chcę się wzruszać i płakać i nie wysilać się intelektualnie, bo jutro też mam ciężki dzień.

krasnoludka - 2012-06-19, 12:53

No to na popłakanie i wzruszenie, ale nie tylko ja zwykle zapodaję sobie to:

http://www.filmweb.pl/To.Wlasnie.Milosc

owera - 2012-06-19, 15:24

krasnoludka: Uwielbiam ten film, chociaż wolę indyjskie inspirowane nim to: http://www.filmweb.pl/fil...Bci-2007-301275
Na tym wczorajszym "Szczęściu" zasnęłam, ale to chyba ze zmęczenia. Dziś dam mu drugą szansę.

Hermengilda - 2012-06-19, 18:29

Do "To właśnie miłość" mam sentyment przeogromny, nie próbowałam wersji from India, bo za bardzo lubię Alana Rickmana <3 , którego zresztą po tym filmie można powiedzieć poznałam (chociaż wcześniej widziałam go nie raz jak się okazało).

A do relaksowania się? hmmm "Pod słońcem Toskanii"? Bridget Jones?

monia1990 - 2012-06-19, 18:41

O ja też uwielbiam "To właśnie miłość". Przepiękny film. Bawi i wzrusza. Dobry na zły humor. :) Co do Alana Rickmana to ja go uwielbiam od momentu gdy mając 12 lat byłam w kinie na pierwszej części Harrego Pottera. Snape w jego wykonaniu jest nawet lepszy od pierwowzoru z książki :D Oczywiście doceniam go również za inne role. Zresztą słyszałam, że on akurat roli Snape'a nie lubi.

Ale wracając do tematu to dla mnie ostatnimi czasy takim poprawiaczem humoru jest film "Listy do M.". Można powiedzieć, że to film powstały na podstawie "To właśnie miłość". Nie wiem dlaczego, ale od momentu gdy zobaczyłam trailer, a potem całość filmu to go pokochałam. Bawi mnie, a jednocześnie wzrusza. Mogę go godzinami oglądać. Karolak biegający w stroju Mikołaja, Tosia szukająca miłości i rodziny i Maciej Stuhr jako pracownik radia - to mnie zachwyciło.

owera - 2012-06-19, 18:45

Tiaaa... gdyby czekolada mogła mówić, mówiłaby głosem Alana Rickmana:). Indyjska wersja jest zupełnie inna, znaczy postaci są inne, więc Ci Alana Rickmana nie zepsuje. Bridget widziałam a "pod słońcem Toskanii zapisałam w pamięci. Sprawdzę Cię :hyhy:
Hermengilda - 2012-06-19, 22:50

owera napisał/a:
gdyby czekolada mogła mówić, mówiłaby głosem Alana Rickmana:)

Oj tak tak :zgon:
A co do tytułów, co niektóre to mogę powtarzać i powtarzać i jakoś się nie nudzą ;)

an87 - 2012-06-20, 10:07

A tam mówiła, mruczała!!!! :hot:
pawan - 2012-07-24, 19:46

Tak więc wreszcie!!!!!!!!! Zobaczyłam :lol: I jest to piękne........ no może sie przyczepię do paru drobiazgów, ale poza tym mój głód został zaspokojony. Głód porządnej ekranizacji Szekspira.
A którego Szekspira - zapytacie WM - a moich ukochanych kronik historycznych, a konkretnie zostały połączone w jeden mini serial trzy dramaty: Ryszard II, Henryk IV (2 części) i Henryk V. A połączenia tego dokonała BBC.

Henryka IV kocham miłością beznadziejną od czasów telewizyjnych "Dzieł wszystkich Szekspira" z lat 80-tych, Henryk V jest mym od lat 90tych i wiekopomnej ekranizacji Kennetha Branagha i teraz ta wersja:

http://www.youtube.com/watch?v=1PpA9-GGA0g

http://www.youtube.com/watch?v=ctSiq-J2-7A

http://www.youtube.com/watch?v=IZb-xjK3pfg :hyhy:

http://www.youtube.com/watch?v=y8WzBU0zwFQ

Piękne mam wakacje.

an87 - 2012-07-24, 19:58

Zaiste piękne! :mrgreen:
I do tego w rewelacyjnym towarzystwie.

Parmita - 2012-07-25, 11:27

Mowilka napisał/a:
Właściwie, to nie-indyjski film, choć trafilam do tej zapowiedzi przez Irrfana Khana.
Ang Lee kręci Życie Pi! :brawo:

http://www.imdb.com/title/tt0454876/

Piękna obsada.

Pojawił się zwiastun filmu:
http://www.youtube.com/wa...feature=g-all-u

an87 - 2012-07-25, 12:33

W poniedziałek przed Perseuszem także puścili zapowiedź Life of Pi, chociaż do filmu jeszcze daleko. :mrgreen:
Mowilka - 2012-07-25, 13:21

Trailer przepiękny. Co za zdjęcia! Lubię filmy Anga Lee, jestem ciekawa, jak sobie poradził z powieścią,
jagasia - 2012-07-26, 00:26

Nowe fragmenty "Hobbita". Zrobienie trylogii skomplikowane
http://www.tvn24.pl/kultu...ane,266932.html

GosiaJG - 2012-07-29, 21:36

Jestem zachwycona filmikiem nakręconym z okazji igrzysk londyńskich, z Bondem i królową. :brawo: Uwielbiam takie wymieszanie świata rzeczywistego i filmowego: :mrgreen:
http://www.youtube.com/watch?v=gIOgAohvwBs

Mowilka - 2012-07-30, 11:48

Nie oglądałam ceremonii, Bondem z królową jestem zachwycona :brawo: Świetnie to wymyślili.
Hermengilda - 2012-07-30, 20:32

Mnie urzekł Rowan Atkinson i jego wersja "Rydwanów ognia" :mrgreen:
monia1990 - 2012-07-31, 09:33

O tak Rowan Atkinson był świetny :mrgreen: I tylko denerwuje mnie to, że wszystkie filmy zawierające ten występ znikają z sieci.
PauliAnjali - 2012-08-01, 18:30

Fakt ceremonia była niesamowita ;) szczególnie wejście Bonda i do tego samej królowej, mogłam się założyć z mamą o to... Wygrałabym :hyhy:
pogoda - 2012-08-07, 21:37

A propos Bonda, jest już oficjalny zwiastun najnowszej część:

http://www.youtube.com/watch?v=6kw1UVovByw

Po tym fragmencie mogę powiedzieć, że kocham Judi, Q jest słodziakiem i chociaż nic na to nie wskazuje, mam nadzieję, że może w sumie 10 minut będzie po dawnemu jajcarskie, bo trochę mi już się nudzi poważny Bond, a czytałam, że i sam Craig chętnie by w takim bondzie z przymrużeniem oka zagrał.

A propos filmów sensacyjnych w tym tygodniu premierę będzie miało Dziedzictwo Bourne'a:
http://www.youtube.com/watch?v=pZlZ0So77Gk

GosiaJG - 2012-08-08, 07:26

Niekoniecznie mnie ten zwiastun Bonda zachęcił. Craig jako Bond bardzo mi się podoba, ale "Quantum of Solace" nie oglądałam, a "Casino Royale" kompletnie nie pamiętam.

Po ostatnim z serii nolanowskich filmów o Batmanie nasunęła mi się taka refleksja...
Kiedy oglądało się filmy Burtona czy Schumachera, pełne akcji i przestępców, brutalne i często okrutne - mimo wszystko miało się ciągle świadomość, że to wszystko jest komiksowe. Joker Nicholsona czy Pingwin DeVito byli świrami, ale świrami "filmowymi", mroczne i nocne Gotham miało wyraźnie komiksową proweniencję. Zmieniły się czasy, zmieniło się kino... Nolan pokazuje Nowy Jork jako oblężone Gotham i nawet tego szczególnie nie ukrywa. Nawiązania "kryzysowe" są aż nadto wyraźne (a pewne sceny kojarzą się ze stanem wojennym czy rewolucją bolszewicką). Natomiast "źli" i ich zbrodnie okazują się, niestety, bardzo "realistyczne". Owszem, może jeszcze "zabawki" trochę nierealne - na razie... Ale napad na bank czy na giełdę?
Chyba Gotham przestało być komiksowym zmyśleniem, stało się rzeczywistością, w której żyjemy...

Moim ulubionym "batmanologiem" był Tim Burton - do czasu, kiedy zaczął kręcić swoją wersję Christopher Nolan. "Mroczny Rycerz powstaje" to zakończenie jego (i Christiana Bale'a) przygody z Batmanem. I chyba dobrze, bo dzięki temu reżyserowi udało się stworzyć spójną historię i "pełnych" bohaterów. Oglądając film, trzeba przystać na to (po poprzednich filmach to już łatwiejsze ;) ), że Batmanowi daleko do typowego superbohatera, że tak naprawdę jego kostium to brzemię, a ratowanie świata (Gotham) jest dość względnym pojęciem. Bo mimo interwencji i mimo starań "dobrych" tenże świat nie staje się lepszym miejscem.
Można się czepiać luk w scenariuszu - ale przecież nie o to chodzi. Warto zobaczyć film - chociaż ostrzegam, że jak na lato i produkcję rozrywkową, jest dość ponury.

virgo - 2012-09-15, 16:46

Dziś o 20:30 na TVP Kultura będzie emitowany "Karmel", świetny film libańskiej reżyserki Nadine Labaki (ona gra także rolę głównej bohaterki). Akcja dzieje się we współczesnym Bejrucie, a bohaterkami są kobiety. Tytułowy karmel jest w filmie używany do depilacji (dużo scen dzieje się w gabinecie fryzjersko-kosmetycznym). Klimat filmu trochę podobny do filmów Almodovara. Mnie się "Karmel" bardzo podobał.
an87 - 2012-09-15, 17:17

Miałam okazję zobaczyć go w kinie. pamiętam, że podobał mi się.
Akcja raczej spokojna, ale film daje wgląd w sytuację kobiet w Libanie. Jest to bodaj najbardziej przychylne dla kobiet państwo na Bliskim Wschodzie. Daje im możliwość indywidualnego rozwoju i podejmowania własnych decyzji.

an87 - 2012-09-19, 20:42

Jak ktoś ma ochotę na doskonałą zabawę to właśnie w tv leci na polsacie "Brzydka prawda".
Lekki, przyjemy, można się popłakać ze śmiechu!

monia1990 - 2012-09-19, 20:58

an87 napisał/a:
Jak ktoś ma ochotę na doskonałą zabawę to właśnie w tv leci na polsacie "Brzydka prawda".
Lekki, przyjemy, można się popłakać ze śmiechu!

Mówisz? Chyba go zobaczę bo od dawna jest na mojej liście do obejrzenia. Chociaż jak zajrzałam na filmweba to tam trochę skrytykowali ten film. Jednak wiadomo jak to tam jest. ;)

an87 - 2012-09-20, 08:30

Mamy nowy trailer Hobbita!!!! :yeah:
http://www.youtube.com/wa...d&v=ViUNm30ADEA

Oj się zadzieje za trzy miesiące!!! :yeah:

krasnoludka - 2012-09-20, 16:31

Za dużo tych nowych trailerów. Teraz nie wiem, który obejrzeć 10-ty raz pod rząd. :DDD
Ciekawe, czy u nas Hobbit będzie miał premierę w jakimś cywilizowanym odstępie czasu od USA, co by nie zwariować od nadmiaru wrażeń.
Właśnie nabrałam ochoty na powtórkę z "Władcy Pierścieni"

an87 - 2012-09-20, 17:43

Premiera będzie 28 grudnia, miesiąc po nowozelandzkiej :mrgreen:
A ten trailer to nówka sztuka nieśmigany. ;)

Anteja - 2012-09-20, 17:51

A Gollum taki śliczniusi ;)
GosiaJG - 2012-10-06, 23:15

Z serii - niech nam szkoły zrobią wynik, czyli trailer "Bitwy pod Wiedniem":
http://www.youtube.com/watch?v=qaYlNZ8lswM
Jestem uprzedzona czy to naprawdę jest tak złe, jak mi się zdaje?

an87 - 2012-10-07, 09:52

W sumie to Skolimowski... chyba nie może być aż tak źle...
GosiaJG - 2012-10-07, 10:30

Skolimowski gra tu Sobieskiego, reżyserem jest Renzo Martinelli. Nie znam jego dorobku.
Anteja - 2012-10-07, 13:55

Ja bym może i obejrzała...Bitwy Warszawskiej nie oglądałam, ale to ewentualnie...Pewnie za jakiś czas w tv będzie.

EDIT:

Twilight samurai - film japoński z 2002 roku. Historia biednego samuraja Seibei Iguchi, który aby opłacić pogrzeb żony musi sprzedać swój miecz. Poświęca się opiece nad swoja rodziną i staje sie przedmiotem żartów swoich wspołpracowników. Do domu brata powraca Tamoe, dawna przyjaciółka Seibei. Jej powrót powoduje, że Iguchi wychodzi z cienia, w którym dobrowolnie się pogrążył. Pięknie sfilmowana, nieśpieszna historia, której akcja rozgrywa się w II połowie XIX wieku.

http://www.youtube.com/watch?v=9l-NlkGBWPc

pawan - 2012-10-08, 04:50

GosiaJG napisał/a:
Jestem uprzedzona czy to naprawdę jest tak złe, jak mi się zdaje?


Nie jesteś uprzedzona........ to jest tragiczne.

Parmita - 2012-10-09, 15:03

Pierwsze recenzje "tego" czyli Bitwy pod Wiedniem ;) :
http://www.students.pl/ku...yscy-poleglismy
http://deser.pl/blogi/zam...e_gorsza/1?bo=1
http://www.stopklatka.pl/...ie.asp?wi=91346

donlisu - 2012-10-10, 19:33

O matko rzeczywiście źle wyszło :shock: A ja i tak chce obejrzeć! :(
pogoda - 2012-10-11, 23:32

Donlisu, może Ci się spodoba, nigdy nie wiadomo.

A ja akurat z beczki technicznej, warto się rozejrzeć za promocjami w kinach w tygodniu, bo np. w Cinema City w środy seanse są za 14 zł (bilet normalny), W Heliosie takie promocje są we wtorki, przynajmniej w łódzkim Bałtyku należącym do sieci Helios i we wtorki bilety normalny kosztuje 15 zł, a dla łodzianek i łodzian mam jeszcze wiadomość, że Charlie ma tańsza poniedziałki (12 zł), w związku z tymi promocjami w przyszłym tygodniu planuję francuski tydzień. ;)

Możliwe, że w innych miastach kina też tak walczą o widzów kusząc promocjami. :)

GosiaJG - 2012-11-03, 00:35

Czytałam ostatnio artykuł o tym, w jaki sposób kina walczą o widzów - miały słaby sezon, m.in. w związku z Euro. Niestety, jeśli ja dam radę wybrać się do kina, z reguły nie ma żadnych promocji.
Ale "Obławę" polecam nawet bez tańszych biletów. Ostrzegam jednak - film jest ponury i zupełnie "nierozrywkowy".
To film o wojnie, ale nie ma w nim ani krzty bohaterstwa. Tak naprawdę nie ma w nim nawet "wielkiej" wojny. Jest grupka partyzantów, wśród nich jeden, który wykonuje wyroki na konfidentach gestapo. Jest brud, chłód, głód, choroby; czy u wszystkich bohaterów świadomość, dlaczego walczą? Nie wiem. Niedaleko jest miasteczko, w którym ludzie próbują "jakoś żyć" mimo wojny. W trakcie filmu wyjaśni się (częściowo), co łączy ludzi "z lasu" z tymi z miasteczka i jakie jedni i drudzy skrywają tajemnice.
Film jest fantastycznie zagrany. Chociaż koleżanka, z którą byłam, stwierdziła, że ma ochotę teraz dla odmiany zobaczyć Dorocińskiego z czystymi paznokciami. Coś w tym jest. ;)

A "Znachor" jest tak bollywoodzki, że w głowie się nie mieści. :brawo: Czemu w Polsce już nie kręcą takich filmów?

an87 - 2012-11-05, 11:03

GosiaJG napisał/a:
A "Znachor" jest tak bollywoodzki, że w głowie się nie mieści. :brawo: Czemu w Polsce już nie kręcą takich filmów?
Po co?! Lepiej kręcić jakąś porąbaną siekankę. :evil:
Nie można zmuszać ludzi do myślenia i nie daj Boże do rozwijania empatii. ;)

GosiaJG - 2012-11-07, 00:10

Pamiętam, że zwiastun mnie nie zachęcił, więc kajam się i odwołuję, jeśli coś złego pomyślałam - "Skyfall" jest rewelacyjny. Nie wiem, czy któryś z serii filmów bondowskich tak bardzo mi się podobał - poza starociami typu "From Russia with Love" i "Goldfingerem"; jednak to inny wymiar zachwytu. Na pewno ten jest najlepszy z kilku ostatnich.
Po pierwsze - ma scenariusz, i to taki, że ponad dwie godziny mijają niepostrzeżenie. Po drugie - w pewien sposób "wraca do korzeni". Zrezygnowano z kilogramów gadżetów, postawiono na dobre dialogi, cięte riposty, ironię i autoironię. Po trzecie - elementy psychologizujące. Superbohaterowie przechodzą kryzys. Tak, jak ostatnio Batman, Bond popełnia błędy, pokazuje jeszcze bardziej ludzkie oblicze, przestaje być maszynką do ratowania świata/rąbania szaleńców chcących ten świat opanować. Po czwarte - ostatecznie pozostaje (na szczęście :) ) Bondem. Po piąte - gra z widzem. A to stary dobry aston martin pojawi się od niechcenia, a to walka wręcz w Szanghaju pokazana zostanie jak chiński teatr cieni... Po szóste - Javier Bardem; pozornie bardziej "zwykły" niż inni przeciwnicy, ale tak naprawdę wyjątkowo przerażający. Po siódme - Judi Dench, Ralph Fiennes, Ben Wishaw - same role-perełki. Po ósme (a właściwie - po pierwsze ;) ) - Daniel Craig. Po "Skyfall" dla mnie na równi z Seanem Connerym. Zagadką pozostanie dla mnie, jak ten facet zrobił to, co zrobił. To Bond wcielony, inteligentny, ironiczny i autoironiczny, twardy, męski i seksowny; żaden tam fircyk-elegancik.
Na okrasę - piękna czołówka i piękna piosenka Adele.

Hermengilda - 2012-11-07, 17:38

Jest na mojej liście "koniecznie do obejrzenia". Hmmm tylko jak tu i kiedy zakombinować...
pogoda - 2012-11-11, 23:09

Hermenegildo, koniecznie trzeba wykombinować, warto obejrzeć. Ja teraz kombinuję drugi seans, żeby móc się właściwie porozkoszować filmem, bez gonienia za akcją.

Właściwie mogę się podpisać pod recenzją Gosi, zwłaszcza pod
GosiaJG napisał/a:
Po drugie - w pewien sposób "wraca do korzeni". Zrezygnowano z kilogramów gadżetów, postawiono na dobre dialogi, cięte riposty, ironię i autoironię.

Jeszcze podobało mi się wyważenie między poważniejszymi Bondami z Connerym i jajcarskimi z Moorem. Po zwiastunach bałam się, że to będzie kolejny ponury Bond, a jednak mimo kryzysu Bonda i przygnębiającego głównego wątku jest sporo zabawnych scen i mrugnięć okiem do widza.
GosiaJG napisał/a:
Po szóste - Javier Bardem; pozornie bardziej "zwykły" niż inni przeciwnicy, ale tak naprawdę wyjątkowo przerażający. Po siódme - Judi Dench, Ralph Fiennes, Ben Wishaw - same role-perełki.

Oj tak. Zresztą Craig ma szczęście do ciekawych przeciwników, Mads Mikkelsen i teraz Bardem. Do ciekawych ról dodałabym jeszcze Naomie Harris w roli energicznej chociaż nie strzelającej po mistrzowsku Eve.
Spoiler:

Świetny pomysł na wprowadzenie Moneypenny i też znak naszych czasów, że Moneypenny stała się pełnowymiarową postacią.


Jedyną wadą filmu było polskie tłumaczenie, niedopracowane i trochę mi zgrzytało.

A za punkt honoru stawia sobie znalezienie wszystkich odniesień do poprzednich Bondów. Vita mi mówiła, że na 50-lecie jest ich 50, a ja na razie mam marne dwa. ;)

an87 - 2012-11-12, 09:25

Też jestem już po Skyfall. Cóż za kapitalny film! Zwarty, szybki, ostry! Pełen pięknych ujęć i dobrej gry aktorskiej.
Jak zwykle piękne kobiety i ten zły. Javier Bardem stworzył bardzo przekonującą kreację. W ogóle go nie poznałam (w Jedz Módl się Kochaj był piękny, seksowny, czuły...) Charakteryzacja i gra aktorska fantastycznie zmieniły go w psychopatę. Trochę wkurzał mnie Fiennes w roli Mallorego. Obawiam się, że dla mnie już na zawsze pozostanie szalonym Heathcliffem błądzącym po wrzosowiskach.
Wspaniała Judi Dench i jej piękne pożegnanie z rolą M.
W tle wspaniały Szanghaj i cudowne krajobrazy Szkocji. Aż chciałoby się tam pojechać.
To film do obejrzenia minimum 2 razy. :mrgreen:
GosiaJG napisał/a:
postawiono na dobre dialogi, cięte riposty, ironię i autoironię.
Prawda, zwłaszcza w scenie kiedy Bond spotyka Silvę. :haha:
pawan - 2012-11-15, 17:35

GosiaJG napisał/a:
Zagadką pozostanie dla mnie, jak ten facet zrobił to, co zrobił. To Bond wcielony, inteligentny, ironiczny i autoironiczny, twardy, męski i seksowny; żaden tam fircyk-elegancik.


No właśnie :lol: jedna scena (dramatycznie krótka wbiła mnie w fotel) ciemny szałas czy coś w tym rodzaju nad brzegiem morza i ledwo widzialny, ale wystarczająco nieubrany Bond przyciskający jakąś panienkę do ściany :sli:

GosiaJG - 2012-11-15, 18:36

pawan napisał/a:
jedna scena (dramatycznie krótka wbiła mnie w fotel)

No właśnie! Ta scena jest oburzająco krótka!
;)

pogoda - 2012-11-21, 17:43

GosiaJG napisał/a:
pawan napisał/a:
jedna scena (dramatycznie krótka wbiła mnie w fotel)

No właśnie! Ta scena jest oburzająco krótka!
;)


O tak, zgadzam się. Jeszcze z minutkę mogłaby potrwać chociaż. ;)
W weekend miałam zbiorową powtórkę z CR i QoS i chociaż w sumie podobają mi się te filmy, to chyba jednak jak dla mnie za daleko odeszły od Bonda i są za poważne, także się cieszę, że Craig, który jest Bondem wcielonym w końcu dostał okazję zagrania w tradycyjnym Bondzie.

GosiaJG - 2012-11-21, 21:13

Dla mnie "Skyfall" jest mało "tradycyjny". :) Tzn. jest ten charakterystyczny dla Bonda humor, czy raczej sarkazm, natomiast to, że Bond nie jest niezniszczalną maszyną do zabijania, a nawet - o, zgrozo! - okazuje uczucia, jest zupełnie "nietradycyjne". Charakterystyczne natomiast dla Bonda Craigowskiego.
pawan - 2012-11-24, 22:33

Właśnie wróciłam z "Pokłosia", i oczywiście z czysto filmowego punktu widzenia można mieć kilka zarzutów, ale to w sumie drobiazgi. Film bardzo polecam, jako coś, co jest bardzo potrzebne w kinie polskim.
pogoda - 2012-11-25, 23:22

Dzięki Pawan za polecenie, zastanawiam się nad Pokłosiem. A propos Pasikowskiego arturiańska interpretacja Psów, bardzo ciekawa, postanowiłam po niej obejrzeć ten film, bo go jeszcze nie widziałam:

http://bi.gazeta.pl/im/0/12906/m12906830.mp3

GosiaJG napisał/a:
Dla mnie "Skyfall" jest mało "tradycyjny". :) Tzn. jest ten charakterystyczny dla Bonda humor, czy raczej sarkazm, natomiast to, że Bond nie jest niezniszczalną maszyną do zabijania, a nawet - o, zgrozo! - okazuje uczucia, jest zupełnie "nietradycyjne". Charakterystyczne natomiast dla Bonda Craigowskiego.


Zgadzam się, te rysy na Bondzie są świetną wartością dodaną i właśnie wcale nie zabijają ducha film. Jeśli chodzi o "tradycyjność" właśnie bardziej mi chodziło o powrót humoru i ironicznych bondowskich fraz, bo po zwiastunach obawiałam się, że to będzie kolejny nieustająco poważny i ponury Bond, a tu rozłożono te akcenty ponure i humorystyczne równo. A jeszcze wracając do okazywania uczuć, jakieś sygnały takiego Bonda pojawiły się już w Bondach z Brosnanem, jak chociaż w Świat to za mało, gdzie wydaje mi się, że Bond miał podobne zapętlenie uczuciowe jak w CR.

Tak w ogóle jeszcze myślałam o bondowskich nazwiązaniach w Skyfall i jeszcze kilka znalazłam:
Spoiler:


- Silva - nawiązanie do Buźki z filmami z Moorem tytanową szczęką i do jednego z moich ulubionych czarnych charakterów Aleca Trevelyana vel Janusa vel 006 z Golden Eye, który też najpierw służył w MI6, zanim przeszedł na ciemną stronę mocy.
- Początek i "zmartwychwstanie" Bonda nawiązuje do Żyje się tylko dwa razy.
- Scena, po której Bond daje wygrzebane sobie z ramienia fragmenty kuli z zbadania i mówi for her eyes only do Tylko dla twoich oczu
- Problemy z ramieniem nawiązują do Śmierć nadejdzie jutro, gdzie po torturach Bond też miał podobne problemy.
- Scena z lustrem w finale nawiązuje do podobnej sceny z Człowieka ze złotym pistoletem.



Jak mi coś jeszcze przyjdzie do głowy, będę Was molestować dalej. ;) A Wy macie jakieś wypatrzone nawiązania?

Hermengilda - 2012-11-26, 18:19

pogoda napisał/a:
Jak mi coś jeszcze przyjdzie do głowy, będę Was molestować dalej

:brawo: Widzę, że masz Bonda w małym paluszku :) , ja wczoraj oglądałam Skyfall okiem prawie totalnego Bondowego laika, a i tak mi się spodobało.
Jednym z moich ulubieńców chyba będzie Q ("Masz jeszcze trądzik!").

GosiaJG - 2012-11-28, 16:15

Pogodo, ja wyłapałam jedynie nawiązania do "For Your Eyes Only", do Buźki, no i astona martina (ale umówmy się, że astona każdy by wyłapał ;) ). Wydaje mi się, że warany z Komodo w scenie z kasyna w Makau też są jakimś nawiązaniem, bo kojarzę, że coś takiego się już pojawiło w którymś Bondzie - ale nie wiem, gdzie.

"Pokłosie" bardzo chcę zobaczyć.

pogoda - 2012-11-28, 19:39

No właśnie, jak mogłam zapomnieć o Astonie;)
Też mi się warany z komodo skojarzyły z Bondem z Moorem, w którym Bond przebiega po krokodylach, nie pamiętałam tytułu, nie będę udawać, ale google mówi, że to było w Żyj i pozwól umrzeć.
Jeszcze ten gruby Chińczyk przypomniał mi Chińczyka z Goldfingera ze śmiercionośnym kapeluszem, ale to już na siłę bardzo. ;)

A jeszcze muszę przyznać, że temat ze scenami z innych filmów i Bond mnie zainspirowały w drugą stronę, bo bardzo chętnie bym zobaczyła Daniela Craiga jako Dona. :hot:

Mowilka - 2012-11-29, 08:56

Byłam i ja na Skyfall i przyznaję - to była jazda pierwszej klasy, w dobrym angielskim stylu. Czyli - fajerwerki nie przesłoniły akcji i dało się linię narracyjną śledzić bez migreny. Dało się ją w ogóle śledzić, co -po doświadczeniu z Agentem Vinodem - nie jest dla mnie takie oczywiste. Po pierwszej bardzo brawurowej sekwencji w Stambule byłam załamana - bałam się, że filmu w tym klimacie nie zniesie (nad-efektowność wczoraj kompletnie nie była dla mnie), to już czołówka (znakomita) z piosenką Adele wprawiła mnie w dobry nastrój.
Nie jestem bondowym targetem' ze starszych widziałam jakieś pojedyncze i nawet nie pamiętam które, z nowszych - tylko Golden Eye (dla Seana Beana) i jeszcze ten z Madonną (pamiętam z niego głównie niewidzialny samochód :roll: ), więc nie dla mnie była zabawa "w nawiązania." Jednak kanon jest mi na tyle znany, że i ja mogłam cieszyć się przemiana miss Moneypenny czy Q :lol: . BTW: czy można uznać za nawiązanie uwagę Q o "nie bawieniu się już w wybuchające długopisy"? Bond Brosnana w GE wyposażony był własnie w takowy...
Koleżanka = filmoznawca, która mi towarzyszyła uznała, że to najlepszy sposób uczczenia 50-lecia serii - wykpienie ze śmiertelną powagą różnych bondowskich smaczków, a na koniec, w krótkiej scence, pokazanie, że za chwilę wrócimy do dawnej gry.
Panowie - i Craig i Bardem - znakomici. Craig ma bardzo ograniczoną ekspresję twarzy, to prawda, ale jest miłą odmianą po Bondzie - eleganciku Brosnana (którego lubię i tak). A Bardem - jaki obleśny :shock: I bardzo dobry w tej obleśności,choć może za mało złowrogi - tak mnie się przynajmniej wydawało.
Czas spędzony w kinie był świetny. Tylko jedno mnie zabiło - cena wody mineralnej w multipleksie :thud:

an87 - 2012-12-07, 10:04

Atlas Chmur - wreszcie dotarłam i obejrzałam. Zaintrygowała mnie zajawka i napis na plakacie, że o doskonałej obsadzie nie wspomnę. Sprawa ma się tak: jeśli ktoś lubi pokręcone filmy braci Wachowskich, ups brata i siostry Wachowskich nie zawiedzie się. Sposób poprowadzenia narracji na początku filmu powoduje, że w głowie huczy jedno wielkie pytanie ALE O CO CHODZI???, a potem im dalej w las tym ciekawiej. Film składa się z bodajże siedmiu wątków rozgrywających się w różnych epokach, które wcale nie splatają się w jedną całość, ale tylko pozornie. Sprytnie wplecione w osnowę filmu buddyjska samsara i karma scalają wszystkie historie w jedną. Pokazują jak bardzo nasze z pozoru błahe czyny wpływają na naszą teraźniejszość, przyszłość a nawet przeszłość.
Zgodnie z tym co napisali na filmwebie to:
Największe filmowe widowisko 2012 roku, oparte na bestsellerowej epopei Davida Mitchella, którego styl krytycy porównują do estetyki dzieł Vladimira Nabokova, a oryginalną wizję świata do spostrzeżeń takich mistrzów jak Umberto Eco, Haruki Murakami i Philip K. Dick Dobra niech im będzie, z krytykami dyskutowała nie będę. Powiem tylko, że rzeczywiście film jest widowiskowy. Za efekty wizualne, kostiumy i charakteryzację (zwłaszcza za tę ostatnią) należy im się nagroda. Zobaczenie Hugh Granta w charakteryzacji do roli
Spoiler:

Kony

bezcenne. Chyba każdy zalicza przysłowiowy "szczękopad". Fantastyczne kreacje aktorskie Tom Hanks, Hugo Veaving (ulubiony aktor Wachowskich), Ben Winshaw, Jim Broadbent... Każdego z nich można zobaczyć w kilku na pierwszy rzut oka nierozpoznawalnych wcieleniach i dopiero na końcu filmu okazuje się co może zrobić fantastyczna charakteryzacja.
Świetna muzyka, efekty specjalne. Dla mnie bomba. Polecam, ale podkreślam film jest specyficzny, trochę pokręcony a przeplatająca wielowątkowść różnych epok może nie przypaść do gustu.
Pamiętajcie Nasze życie nie należy do nas. Jesteśmy połączeni z przeszłością i teraźniejszością innych ludzi. Każdą zbrodnią i aktem dobroci tworzymy naszą własną przyszłość.

Mowilka - 2013-01-04, 12:37

A ja skorzystałam z wyjazdu, żeby pójść do kina. JTHJ nie było w okolicy, więc Nowy Rok przywitałam Życiem Pi
Jestem zachwycona.
Wybrałam się na seans w 3D, ale powiem od razu- ten film tego nie potrzebuje. Jest oszałamiająco, urzekająco piękny wizualnie. Muzycznie. Klimatycznie. To jest znowu Ang Lee, jakim kiedyś się zachwyciłam. Azjatycka wrażliwość, porażająca wizja i przesłanie - czego chcieć więcej od współczesnego kina, który w wizualność i muzykę inwestuje dużo, ale już w treść niekoniecznie.
Wydawało mi się niemożliwe zrobienie z tej własnie książki oglądalnego filmu. Jej przeważająca część to nie filmowe "dzianie się" tylko proces - powolne, wręcz monotonne egzystowanie na bezkresnym oceanie, z tygrysem bengalskim jako towarzyszem - wrogiem i jedynym przyjacielem. No i tak jest: idąc do kina warto wiedzieć, że to nie będzie obraz z akcją, tylko śledzenie procesu zachodzącego w bohaterze pod wpływem tego, co mu się przydarza. Bohatera, dodajmy, głęboko duchowego z natury, który już nako mały dzieciak zgłębiał tajemnice świata i Boga i któremu czas spędzony w szalupie ratunkowej upłynął nie tyle na walce z głodem, słońcem, pragnieniem i tygrysem, tylko na głębokiej medytacji i odkrywaniu tajemnic egzystencji.
Tak więc: dużo się pozornie dzieje (burza na morzu, walka o pierwszeństwo w dwuosobowym stadzie, pojawienie się latających ryb, nadpłynięcie wieloryba, przybicie do tajemniczej wyspy, pierwsze zjedzenie mięsa itd), ale tak naprawdę w ogóle o to "dzianie się nie chodzi." Oglądamy urzekająco piękne obrazy, a głos Irfana Khana prowadzi nas przez to, co naprawdę jest życiem Pi. Trzeba dać się uwieść, urzec, oczarować. Byłam w kinie z dwiema kobietami; wyszłyśmy urzeczone, jedna dyskretnie ocierała łzy.
Irfan Khan jest wspaniałym aktorem. Znów gra głównie głosem, wyrazem twarzy; jako dorosły Pi tylko siedzi, patrzy i mówi - a jak to robi! Czapki z głów po raz kolejny. Suraj Sharma, Pi, którego na ekranie jest najwięcej i którego rola jest najbardziej fizyczna (to on płynie po bezkresnym oceanie) także jest bardzo dobry, jednak po Irfanie to Pi 11-letni zachwycił mnie najbardziej. Grający go chłopiec, Ayush Tandon, ma niesamowitą intensywność, skupienie w wielkich, ciemnych oczach - zostaje w pamięci.
Trochę chaotyczna jest ta moja recenzja, ale jedno jest pewne - to film, którego nie warto pominąć :kwiaty:

Anteja - 2013-01-04, 18:14

Mam wielka ochote na ten film, ale niestety u nas nie grają wcale wersji 2d ( może zresztą takiej nie ma ) i chyba nie mam siły się poświęcać i psuc oczu. Wystarczy, że Hobbita musiałam obejrzeć w 3D. Poczekam na dvd. Czuję się jednak bardzo zachęcona twoją recenzją :) :kwiaty:
Hermia - 2013-01-04, 22:32

Mowilko czy sądzisz, że mogę zabrać na "Życie Pi" Lucjana?
an87 - 2013-01-04, 23:16

Anteja napisał/a:
Poczekam na dvd.
No nie wiem... Podejrzewam, że jest to ten z filmów, który trzeba obejrzeć na dużym ekranie, bo inaczej nie będzie stosownego efektu, tym bardziej, że Mowilka pisze o dużym nacisku na stronę wizualną i muzyczną. Oj, niech tylko zaczną grać! :mrgreen:
Mowilka - 2013-01-04, 23:43

Hermio, nie. Myślę, że film za bardzo jest egzystencjalny. Lucjan mógłby się nudzić. I rzeczywiście, naprawdę warto zobaczyć go w kinie. Pamiętacie trailer i skaczacego wieloryba?
Hermia - 2013-01-05, 00:00

Doczytałam się gdzieś, że film jest b/o, co bardzo mnie zdziwiło. Sądziłam, że będzie miał jakieś ograniczenie wiekowe. Osobiście wolę iść na film z literkami co z Lu byłoby niemożliwe.
pogoda - 2013-01-05, 00:09

Mowilko dzięki za recenzję i tak Życie Pi chciałam obejrzeć, ale teraz już koniecznie. ;) A propos kina, teraz są takie telewizory, że oddają sprawiedliwość obrazowi i chociaż kino to kino, jeśli sama będę musiała wybierać między 3D a telewizorem, to chyba się na to ostatnie zdecyduję, bo przez to, że noszę okulary oglądam 3D jakby w ramie obrazu i ciemny ten obraz też jest bardzo.

Antejo i jak Ci się Hobbit podobał? Mnie bardzo, byłam na wersji 2D bez dubbingu. Niesamowity rozmach, przepiękna muzyka, zdjęcia zapierają dech i przypominają Władcę Pierścieni momentami, świetne aktorstwo i chociaż mnie znana, aczkolwiek zapomniana, trzymająca w napięciu opowieść, z cudownym pozwalającym się wczuć w akcje i poznać bohaterów wstępem, smakowitym, pełnym przygód rozwinięciem i zgrabnym zakończeniem, które daje przedsmak kolejnych części, ale nie pozostawia tej części niezamkniętej i niedopowiedzianej. Nie mogę już się doczekać, kiedy Hobbit ukaże się już w całości i będę mogła zobaczyć wszystkie części razem.

Anteja - 2013-01-05, 22:17

Jak mi się podobał? ;) Byłam dziś drugi raz, więc chyba się podobał ;) Wiesz - Hobbit nawet powinien przypominać Władcę pierścieni ;) Ostatecznie jestem zadowolona, że to Jackson reżyserował ( i Andy Serkis, bo był reżyserem drugiego zespołu ) - dzięki temu jest ciągłość wizualna, koncepcyjna, estetyczna. Na początku jest tyle smaczków z nawiązaniami do początku Drużyny pierścienia - Frodo przybijajacy do bramki napis, który widzimy na początku WP, Gandalf uderzajacy głowa w zyrandol - od razu poczułam się jakbym wracała do domu. Muzyka też nawiązuje do znanych nam motywów, ale je twórczo przekształca. Uwielbiam motyw Misty mountains:

http://www.youtube.com/watch?v=m5BETb-hLgA

Richard Armitage jako Thorin jest rewelacyjny. Co do tego byłam pewna, bo znam tego aktora od dawna i wiem, jakie ma możliwości. Reszta obsady też doskonała.

3D nie lubię, bo noszę okulary i mam spora wadę wzroku. Też mam zwykle wrażenie, że obraz jest za ciemny.

pogoda - 2013-01-06, 23:13

Anteja napisał/a:
Na początku jest tyle smaczków z nawiązaniami do początku Drużyny pierścienia - Frodo przybijajaćy do braki napis, który widzimy na początku WP, gandalf uderzajacy głowa w zyrandol - od razu poczułam się jakbym wracała do domu.


O tak, w ogóle świetny pomysł z takim rozwiniętym wstępem, jak psioczyłam na trzy części Hobbita, kiedy się dowiedziałam, że tak to rozciągną, tak teraz już nie żałuję tego, bo właśnie dzięki temu opowieść mogła się rozwijać i różne dygresje się pojawiają, a w jednym nawet trzygodzinnym filmie nie było by na to miejsca.

Anteja napisał/a:
uwielbiam motym Misty mountains:


Też, w obu wersjach, jest niesamowita:
http://www.youtube.com/watch?v=UJwyW9ngLNg

Zostałyśmy na napisach, żeby posłuchać też wersji Neila Finna.

I jaki piękny avatar z Thorinem. :hot:

an87 - 2013-01-07, 09:39

Ja także jestem już po Hobbicie. Podobnie jak Wy wybrałam wersję 2D napisami (nie znoszę jak nieudolny dubbing psuje mi radość oglądania filmu - wyjątek Harry P.) Niemniej jednak na 3D do IMaxa polezę, a co! Intryguje mnie wersja 48 klatek na sekundę (HDR).
Wiedziałam, że na Jacksona można liczyć. Nie ukrywam, że miałam nadzieję, iż jednak zrezygnuje z robienia z Hobbita trylogii, aczkolwiek (przyklej se na pralkę ;) ) też się specjalnie nie obrażę. Włączenie do treści filmu przypisów z WP sporo wyjaśni tym, którzy przez nie nie przebrnęli.
Pomysł na spięcie Hobbita i WP w całość kapitalny! Normalnie niemal oczekuję, że trylogia zakończy się fajerwerkami z przyjęcia urodzinowego Bilba. Fantastycznie, że zachowali i rozwinęli motywy muzyczne z WP. Wreszcie to, co mnie urzekło to przepiękne obrazki z Ereboru, które pozwalają wyobrazić sobie kunszt jakim dysponowały krasnoludy, niby grubiańskie a jednak dbające o misterne zdobienia i szczegóły. Oczywiście wspaniałe krajobrazy Nowej Zelandii. Doskonałe aktorstwo. Wreszcie więcej Lothlorien. A tutaj Haldir i mąż Galadrieli - Celeborn. Obydwaj :mniam: No i wreszcie wielkie orły, które zawsze mnie fascynowały. Piękne, tajemnicze i majestatyczne.
Efekty specjalne i grafika rewelacja. Pewnie jeszcze coś dorzucę po seansie 3D. :)

pogoda - 2013-01-07, 12:47

Aniu, to czekam na Twoje wrażenie po seansie 3D, bo jestem ciekawa tych 48 klatek, ale chyba nie na tyle, żeby 3D się męczyć.
Ogólnie bardzo dobrze, że film jest dostępny w tylu wersjach i można sobie dopasować wersję do potrzeb.

donlisu - 2013-01-07, 17:09

Co tu dużo mówić, całkowicie podzielam Wasze zdanie. Chyba jako jedyny byłem na seansie 3D. Tak naprawdę nie zauważyłem większej różnicy w tych 48 klatkach. Jedyne co się rzuciło w oczy z pewnością większa jakość obrazu niż w poprzednich wytworach 3D, dzięki czemu łatwiej się oglądało.
Dodatkowo Wam dodam, że w połowie grudnia miałem okazję być na maratonie "Władcy Pierścieni" więc uczucia, powiązanie i sentyment związany z obydwoma filmami jest niesamowity, tworzy to wspaniałą jedność...

pogoda - 2013-01-10, 13:50

Donlisu świetne połączenie maraton Władcy a potem Hobbit, kiedy masz to na świeżo i dzięki za wrażenia z 3D, wynika z nich, że 48 klatek to chyba dobry kierunek, skoro jakość jest lepsza.
Parmita - 2013-01-10, 15:42

Ogłoszono nominacje do Oscarów:
http://www.filmweb.pl/new...m+Oscarów-92030
http://oscar.go.com/nominees
... i do Złotych Malin też ;) :
http://www.filmweb.pl/new...ych+Malin-91993

an87 - 2013-01-13, 22:54

Podobnie jak Mowilka, ja także jestem już po seansie Życia Pi. Byłam dzisiaj :) na wersji 3D i IMO to właśnie sposób, w jaki powinno się ten film oglądać. Powtórzę za Mowilką, film jest urzekający, oszałamiający i niezwykły wizualnie. Przepiękna muzyka fantastycznie oddaje klimat poszczególnych scen.
Film zaczyna się spokojnie uroczymi obrazkami zwierząt w ZOO (i tu właśnie kapitalnie wykorzystany jest efekt 3D, pojawiające się napisy magicznie przemieszczające się miedzy drzewami, jak dla mnie magia). Stopniowo poznajemy bohaterów. Mnie także zachwycił Ayush Tandon jako niezwykły dzieciak poszukujący odpowiedzi na dręczące go wątpliwości.
Mowilka napisał/a:
ma niesamowitą intensywność, skupienie w wielkich, ciemnych oczach - zostaje w pamięci.
To prawda zwłaszcza w scenie, kiedy patrzy w oczy wielkiego drapieżnika podczas próby nakarmienia go w ZOO. Mam wrażenie, że po tym filmie Bollywood wyciągnie po niego rękę. W miarę rozwijania się akcji, po raz pierwszy mi się to zdarzyło, przeszkadzały mi uwagi rzucane mimochodem z boku (przepraszam Juliette, dlatego Cię uciszałam). Film pochłonął mnie absolutnie. Mimo momentami wrażenia nierzeczywistości (teraz rozumiem skąd porównanie do Avatara), film jest bardzo rzeczywisty. Zapiera dech w piersiach, zmusza do refleksji. Wewnętrzna przemiana młodego chłopaka, walka o dominację, zależność, która pomaga przetrwać, przyjaźń zrodzona w ekstremalnej sytuacji dają do myślenia.
Dla Suraja Sharmy (nastoletni Pi) film niewątpliwie był dużym wyzwaniem fizycznym. Głos Irrfana Khana w połączeniu z obrazem hipnotyzuje.
Co za kolory, co za obrazy, CO ZA ZDJĘCIA!!!

Mowilka - 2013-01-14, 00:08

Jak się cieszę, że Ci się podobał! To naprawdę niezwykły obraz. Gdzieś (w jakiejś oficjalnej recenzji) wyczytałam zarzut, ze film nudny. Może ktoś zobaczył tygrysa na plakacie i myślał, że idzie na Ek Tha Tiger
Masz rację, początek, w którym litery na napisów "zachowują się" wedle tego, co dzieje się wśród zwierząt na ekranie (na przykład unoszą się lekko w powietrze z powiewem wiatru, snują między liśćmi, skaczą naśladując ruch gibbona) jest niezwykły. I do tego jeszcze płynie ta dziwna, urzekająca muzyka.
No a morze lśniącego planktonu i napływający z głębin wieloryb? :thud:

Ayush Tandon w scenie z filmu

an87 - 2013-01-14, 09:06

A wiesz co jest najzabawniejsze? Ten niezwykły obraz rozświetlonego oceanu jest jak najbardziej prawdziwy i możliwy. Mnie urzekły kadry, w których niebo odbijało się w oceanie jak w lustrze i za dnia i w nocy. Nie jestem do końca pewna, czy ocean może być aż tak gładki (IMO raczej nie), ale... (podobno Titanik poszedł na dno właśnie przy tak gładkim oceanie). Kiedy Pi snuł drugą opowieść (tę dla Japończyków) a ja miałam przed oczami niektóre fantastyczne obrazy z całej podróży np. właśnie świecącą wodę, gładką jak lustro, odbijającą niebo, te świecące meduzy, niezwykłą wyspę miałam wrażenie, jakby to wszystko było snem a ta druga opowieść była prawdziwa. Chyba to efekt wpływu na psychikę tych wszystkich okropności, które widzi się dookoła.
Mowilka - 2013-01-14, 11:21

an87 napisał/a:
miałam wrażenie, jakby to wszystko było snem a ta druga opowieść była prawdziwa.

Prawda! W ogóle historia z drugą opowieścią strasznie wali po głowie...
Co do oceanu - widziałam kiedyś takie zjawisko na Morzu Śródziemnym. Zwykle waliło z całą mocą w brzeg; trudno było utrzymac się na nogach, kiedy weszło się do wody choćby po pas. A kiedy przyszła taka specjalna pogoda, zrobiło się - po sam horyzont- gładkie jak lustro. Nie uwierzyłabym, gdybym nie widziała. Ani jednej zmarszczki.

GosiaJG - 2013-01-16, 13:34

Parmita napisał/a:
Ogłoszono nominacje do Oscarów:

Ech... Większość tytułów kojarzy mi się o tyle, o ile, a jedynym filmem, który naprawdę chciałabym zobaczyć, są "Nędznicy". No i nie widziałam jeszcze "Miłości", chętnie bym nadrobiła. "Lincoln" będzie pewnie kolejnym, ociekającym patosem obrazem o "wielkim Amerykaninie". Pani Bigelow po sukcesie propagandowego "Hurt Lockera" (nasi biedni dzielni chłopcy rozbrajają miny) postanowiła jeszcze raz sięgnąć po temat Bliskiego Wschodu (nasi biedni dzielni chłopcy polują na Osamę). Ciekawa jestem nowego Tarantino, chociaż westerny nieszczególnie mi leżą.
No to sobie ponarzekałam. :)

Rozdano Złote Globy. Lista zwycięzców:
http://www.imdb.com/oscar...s/golden-globes
Czerwony dywan:
http://www.imdb.com/oscar...t-photos?page=1

GosiaJG - 2013-02-02, 23:00

Popatrywałam wczoraj jednym okiem na "Powrót króla" (na szczęście mogłam sobie ustawić oryginalną ścieżkę dialogową i napisy) i doszłam do wniosku, że wątek Denethora i Faramira (kocham Faramira <3 ) przypomina mi mocno stosunki łączące ojca i syna Raichandów. W obu przypadkach ojciec nieustannie niezaspokojony w swoich ambicjach, wymagający czasem aż do okrucieństwa, ledwie dostrzegający synowskie starania, i syn, wpatrzony w ojca, próbujący za wszelką cenę zasłużyć na jego miłość, odrzucony, bo nie dorasta do wyobrażeń...
an87 - 2013-02-03, 11:59

GosiaJG napisał/a:
wątek Denethora i Faramira
Masz rację, faktycznie jest podoby. Dla mnie ten wątek też jest niezwykły. Moment, w którym Faramir jedzie odbić Osgiliath, Denetor posila się a Pippin śpiewa (tę przepiękną piosenkę) jest porażający. Okrucieństwo tej sceny jest dla mnie jak uderzenie w splot słoneczny.
Hermengilda - 2013-02-03, 12:10

O tak - ta scena w filmie bardziej do mnie przemówiła niż książkowy opis. Nieczęsto ekranizacja przewyższa literaturę, w tej scenie tak właśnie się stało.
Anteja - 2013-02-03, 12:58

Ja akurat nie znosze zmain, jakie wprowadzono w filmowym WP w postaci Faramira i w wątku Namiestnika. Zgrzytam zebami na sam widok niektórych scen :)
GosiaJG - 2013-02-03, 13:32

Zauważyłam, że z wiekiem robię się coraz mniej zasadnicza. :) Kiedyś irytowały mnie covery moich ulubionych piosenek, adaptacje filmów, które nie były zgodne z moimi wyobrażeniami... Teraz mi to w ogóle nie przeszkadza. Reżyser ma prawo do swojej wizji, rozłożenia akcentów - jeśli nie zmienia to przesłania całej historii (akurat ono we "Władcy Pierścieni" jest niezwykle istotne). Uważam, że to, co zrobił Jackson, to mistrzostwo świata; przeniósł na ekran nie tylko wykreowane przez Tolkiena światy, ale jeszcze udało mu się zachować klimat powieści.
Faramir książkowy jest bardziej posągowy, filmowy - bardziej ludzki. Podoba mi się. I w ogóle cieszę się, że Jackson poświęcił mu trochę więcej czasu, bo w powieści potraktowano go nieco po macoszemu.
an87 napisał/a:
Moment, w którym Faramir jedzie odbić Osgiliath, Denetor posila się a Pippin śpiewa (tę przepiękną piosenkę) jest porażający. Okrucieństwo tej sceny jest dla mnie jak uderzenie w splot słoneczny.

Tak, ta scena jest genialnie zmontowana, rewelacyjna. Uwielbiam też patetyczną scenę wyjazdu wojska - w zwolnionym tempie, z kwiatami rzucanymi pod kopyta koni. Bardzo filmi - ale przecież od tego jest kino.

Nie widziałam "Hobbita" na wielkim ekranie. :(

an87 - 2013-02-03, 15:48

GosiaJG napisał/a:
Uważam, że to, co zrobił Jackson, to mistrzostwo świata; przeniósł na ekran nie tylko wykreowane przez Tolkiena światy, ale jeszcze udało mu się zachować klimat powieści.
No nic dodać nic ująć. Zgadzam się z powyższym w 100 %. :) Cieszę się, że pojawił się taki szaleniec/pasjonat jak Jackson.
Anteja - 2013-02-03, 17:37

Jasne, że zrobił świetną robotę, ale niektóre zmiany ma zupełnie od czapy. I nie chodzi o moją wizję, tylko o tekst. Rozumiem niektóre zmiany - były konieczne, bo co innego film, a co innego książka. Gdyby zostawili, jak było w książce, wyszłoby sensowniej i równie dramatycznie. Cały watek Arweny jest zupełnie przegięty - a tyle było materiału w dodatkach. Teraz przy Hobbicie Jackson wyciągnął wnioski i nie zmienia rzeczy, któych nie musi.
an87 - 2013-02-04, 00:03

Ach... właśnie po raz kolejny obejrzałam w TV "Szósty zmysł". Genialny film!!!
GosiaJG - 2013-02-10, 20:50

"Poznasz przystojnego bruneta", czyli film o tym, że miłość jest ślepa jak diabli. To dlatego podstarzały Alfie przez długi czas nie chce widzieć, jak "ukochana" go wykorzystuje (swoją drogą - znowu powraca u Allena motyw związku starszego mężczyzny z dużo młodszą kobietą z kompletnie innej bajki). To dlatego piękna Dia daje się nabrać na wciąż te same flirciarskie sztuczki Roya - niby pisarza, a tak naprawdę leniwego nieroba, mającego pretensje do całego świata. Dlatego piękna i mądra, zaniedbywana przez męża Sally pomyśli, że może coś łączy ją z szefem, przystojnym Gregiem.
Allen portretuje tym razem londyńską klasę średnią, elitarną tylko z nazwy. "Poznasz przystojnego bruneta" to film-układanka o kryzysach wszelakich, bez recepty na ich zażegnanie, z niedokończonymi wątkami, średnio sympatycznymi bohaterami, raczej gorzki niż zabawny. Tak to chyba jest ostatnio u tego reżysera. Mnie się całkiem podobało i mam zamiar jeszcze zobaczyć dwa jego ostatnie filmy.

GosiaJG - 2013-02-18, 21:57

"O północy w Paryżu" to taki erudycyjny fajerwerk. Zerkam sobie do sieci i widzę, że zauroczył różne gremia przyznające nagrody i festiwalowe; a to pokazy specjalne, a to nominacje, i Oscar za scenariusz na okrasę.

Bohaterem znowu - po "Spotkasz przystojnego bruneta" - jest niepełniony pisarz, który przybywa do Paryża z narzeczoną i jej rodzicami. Nie tak niesympatyczny jak Roy ze wspomnianego filmu, chociaż też nieco rozlazły. I jak to często bywa, nie tylko u Allena, Gil dochodzi do wniosku, że może niedaleki ślub nie jest jednak spełnieniem jego marzeń, tym bardziej, że przyszli teściowie nim pogardzają, a narzeczona traktuje z lekceważeniem, bo przecież nie dorasta do pięt jej przyjacielowi "wiem-wszystko-o-wszystkim-i-mam-ciągły-słowotok" - Paulowi.
Gilowi marzą się paryskie lata 20. - i pewnej nocy, kiedy zegar wybija północ, zatrzymuje się przy nim stary samochód - i przenosi go w ten wymarzony okres. A tam - Fitzgeraldowie, Gertruda Stein, Bunuel, Hemingway, Dali, Picasso, Cole Porter... I jeszcze prześliczna dziewczyna na dodatek.

"O północy w Paryżu", czyli "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma" i "kiedyś było lepiej" - to film o ucieczce od rzeczywistości, która tak naprawdę niczego nie daje. Zmiany trzeba szukać tu i teraz.

Efektowne to, jak wspomniałam, na ekranie przechadzają się, siedzą, tańczą piękni i młodzi dwudziestolecia w najbardziej znanych pozach; jeszcze więcej nazwisk pojawia się w rozmowach. Allen lubi takie gry. Być może tym razem zachwyciłam się średnio, bo nie przepadam za grającym główną rolę Owenem Wilsonem, nudzi mnie aktorsko. Na drugim planie błyszczy Hemingway Coreya Stolla, w epizodzie wybija się przerysowany Dali Adriena Brody'ego, od sarnich oczu Marion Cotillard trudno oderwać wzrok. Ale to chyba ciągle za mało na więcej niż jednorazowy seans.

Edit. Bardzo chciałam zobaczyć "Różę"; to jeden z filmów, które mnie ominęły w kinach w ubiegłym roku. Wczoraj mi się udało. Nie będę się rozpisywać, chociaż wczorajszy seans nie chce mi wyjść z głowy. Film jest porażający, przerażający, przygniatający i straszny. Polecam gorąco.

krasnoludka - 2013-02-21, 20:34

Zgadzam się - "Róża" jest straszna, porażająca i śni się po nocach, ale warto zobaczyć. Chociaż mi pewne sceny nie chcą wyleźć z głowy.
Hermengilda - 2013-02-22, 18:26

Po waszych opisach zastanawiam się - dotykać "Róży" czy nie...
GosiaJG - 2013-02-24, 15:16

Hermengildo, film naprawdę warto zobaczyć. Cieszę się, że powstają takie rzeczy - o niejednoznaczności polskiej historii, a jednocześnie skupiające się na losach konkretnych postaci. Aktorstwo jest fantastyczne - szczególnie Agaty Kuleszy i Marcina Dorocińskiego, ale też epizody Lindego-Lubaszenki, Braciaka czy Dziędziela.

Fajny plakat - oscarowe statuetki przypominające filmy, które je dostały:
http://kultura.gazeta.pl/...389556.html?i=0

Parmita - 2013-02-25, 16:16

Oscary 2013 - lista laureatów i kreacje na czerwonym dywanie (wybaczcie kozaczka, ale ma sporo całkiem udanych zdjęć ;) ):
http://www.kozaczek.pl/plotka.php?id=43014
http://www.imdb.com/oscar...tt_rto_i&page=1

an87 - 2013-02-25, 18:32

Zwłaszcza Heleny Bonham-Carter :haha: Wygląda jak psu z gardła! :hyhy:
Mowilka - 2013-02-25, 18:56

Gorzej już bywało, ta kreacja jest - jak na Helenę, szczytem klasyki :D Za to panna Kristen-Rozwarta-Paszcza-Stewart wygląda jak wybladły duch.
Niektóre panie wyglądają zachwycająco, chyba nie ma w tym roku zdecydowanej miss czerwonego dywanu.

Strasznie-strasznie cieszy mnie Oskar dla Anga Lee! :jupi:

an87 - 2013-02-25, 19:13

Mowilka napisał/a:
Strasznie-strasznie cieszy mnie Oskar dla Anga Lee! :jupi:
I mnie takoż, tak jak i dla Mychaela Danna za muzykę. Dorwałam się wreszcie do ścieżki z Życia Pi. Jest piękna!
Mowilka napisał/a:
Gorzej już bywało, ta kreacja jest - jak na Helenę, szczytem klasyki
Oj tak, jak się czasami wystroi to jak stróż na defiladę. :haha:
Kristen-Rozwarta-Paszcza-Stewart, że zacytuję... a kto to? Bo pierwszy raz na oczy widzę.

monia1990 - 2013-02-25, 19:18

an87 napisał/a:

Kristen-Rozwarta-Paszcza-Stewart, że zacytuję... a kto to? Bo pierwszy raz na oczy widzę.

Główna aktorka w sadze "Zmierzch". Gra tam Bellę, ukochaną wampira :D
Ja jestem zachwycona kreacją Jennifer Lawrence. Wyglądała bajkowo :)

an87 - 2013-02-25, 19:46

A... ta od wymoczka Patisona. Dzięki. :mrgreen:
Hermengilda - 2013-02-25, 19:52

Mowilka napisał/a:
Kristen-Rozwarta-Paszcza-Stewart
:haha: :haha: :haha: urocze, w przeciwieństwie do jej hmm całościowego wyglądu (może się czepiam, ale ta sukienka jakoś dziwnie na niej leży).
virgo - 2013-02-25, 20:37

Moje faworytki to Charlize Theron, Jennifer Hudson, Sandra Bullock i Amanda Seyfried.
Anne Hathaway ma świetną biżuterię, podobno od Tiffany'ego.
Jane Fonda prawie jak Crystal Carrington, a żonie Hugh Jackmana chyba walizka w podroży zaginęła i wskoczyła w garnitur męża. :)

pogoda - 2013-02-25, 21:32

virgo napisał/a:
Moje faworytki to Charlize Theron, Jennifer Hudson, Sandra Bullock

Dodam jeszcze Jennifer Aniston (prostota górą), złotą Catherine Zeta-Jones i Fan Bingbing (kimkolwiek jest) za bardzo spójną całość. Adel ma świetny makijaż i twarzową fryzurę.
Cytat:
Anne Hathaway ma świetną biżuterię, podobno od Tiffany'ego.

O tak, fryzurę i makijaż też, za to sukienka jest straszna.
Mowilka napisał/a:
Rozwarta-Paszcza-Stewart wygląda jak wybladły duch

Ano tak, jakby ją wampir wyssał. ;) Ale powiedzmy, że jest niedysponowana, jakieś zdjęcie o kulach się przewinęło.

krasnoludka - 2013-02-25, 21:34

Helena Bohnam-Carter ma taki swoisty "styl", którego bardzo konsekwentnie się trzyma i za to ją podziwiam. :)
Panna Steward wygląda bardzo nie wyjściowo, ale może to ze względu na kontuzję (zauważyłam, że na jednym ze zdjęć podpiera się na kulach). Za to jej makijażysta/ka schrzanił/a robotę - takie wory pod oczami to na prawdę można potraktować korektorem.
Anne Hathaway wygląda strasznie blado w tej sukni. Jakoś mi się kolor zlewa z jej skórą i nie podoba mi się to za bardzo.
Cristal Carrington może faktycznie byłaby dumna z takiego image'u, ale Jane Fonda i tak wygląda o nieb lepiej niż połowa aktorek młodszych od niej o jakieś 40 lat.

virgo - 2013-02-25, 22:02

Mowilka napisał/a:
Strasznie-strasznie cieszy mnie Oskar dla Anga Lee!

Oscary Oscarami, ale nie samą sztuką człowiek żyje. ;)
Ang Lee dzierżący w jednej dłoni statuetkę, a w drugiej burgera: :mrgreen:


http://www.vanityfair.com...social_facebook

Mowilka - 2013-02-25, 22:50

No pięknie! Żadnego after party nie było? :haha: A na serio - uwielbiam ludzi bez zadęcia - z OSkarem w dłoni iść na burgera przydrożnego - to jest klasa :brawo:
an87 - 2013-02-26, 08:46

virgo napisał/a:
OSkarem w dłoni iść na burgera przydrożnego - to jest klasa :brawo:
I zdrowe podejście do samego siebie (chociaż nie wiem, co na to jego poziom cholesterolu :lol: ).
Czapki z głów mili państwo! :brawo:

Parmita - 2013-02-26, 15:43

Mowilka napisał/a:
chyba nie ma w tym roku zdecydowanej miss czerwonego dywanu.

Mnie się wydaje, że na prowadzenie wysuwa się jednak zjawiskowa Charlize Theron. :)
Z kategorii "prostota" podobały mi się jeszcze obie Jennifer (Aniston i Garner), Reese Witherspoon, Maria Menounos i Queen Latifah. Z kategorii "błysk": Halle Berry, Stacy Keibler, Naomi Watts. Jane Fonda w żółci - brawa za odwagę dla tej pani.

"Panna Kristen-Rozwarta-Paszcza-Stewart" - i tak delikatnie ją tym przydomkiem potraktowałaś, Mowilko. :lol:
pogoda napisał/a:
Cytat:
Anne Hathaway ma świetną biżuterię, podobno od Tiffany'ego.

O tak, fryzurę i makijaż też, za to sukienka jest straszna.

Pełna zgoda co do biżuterii. A suknia nie taka straszna (diablica ubiera się u Prady ;) ). Gorsze to, co się dzieje pod nią...

Ang Lee, Oscar i burger - bezcenne! :brawo: Cóż, wynudził się chłopina i wydenerwował na zmianę, więc mu się należało. Oscara raczej ugryźć się nie da. ;)

Tutaj jeszcze można pooglądać makijaże i fryzury:
http://www.ofeminin.pl/ur...y-gwiazd-0.html
A na imdb są już zdjęcia kreacji z afterparties:
http://www.imdb.com/oscar...ref_=rto_hm_mi1

donlisu - 2013-02-27, 21:37

http://www.tvn24.pl/oscar...cej,308804.html
Wzmianka o fatalnym prowadzącym Oscary. " U nas" takie rzeczy się nie dzieją, Shah Rukh z Saifem to zawsze największa rozrywka. :)

pogoda - 2013-02-28, 13:14

Ang Lee z Oscarem i Burgerem z serii widoków bezcennych;) Brawa dla przytomnego fotografa, który uwiecznił tę chwilę dla potomnych :mrgreen:

Źle się wyraziłam o sukiennce Anne Hathaway, wydaje mi się fatalna, bo osoba szczupła wydaje się być w niej pozbawiona walorów kobiecości, a pełniejszej by się z niej pewnie wszystko wylewało ;) a co się dzieje pod sukienką to swoją drogą, zwłaszcza że chyba można sobie kupić jakieś wkładki czy miseczki przyczepiane na plastry do ciała na wypadek takich sukienek, do których stanika nie można założyć.

A propos prowadzącego gali nie oglądałam, więc się nie mogę wypowiedzieć, ale z notki na TVNie wynika, że trudno się śmiać z siebie. A że Shahrukha z Saifem mogliby za grube pieniądze na wszelkie gale wypożyczać, to swoją drogą prawda;)

an87 - 2013-02-28, 13:44

Podobno gale oskarowe są takie sztywne, bo jest ktoś (sztywniak jakiś, bez poczucie humoru) kto wszystkie te dialogi pisze a towarzystwo na scenie tylko odczytuje je z promptera.
pogoda napisał/a:
A że Shahrukha z Saifem mogliby za grube pieniądze na wszelkie gale wypożyczać, to swoją drogą prawda
Nie wiem tylko, czy hollywoodzkie szychy a raczej ich miłość własna tolerowały by tak swobodny sposób prowadzenia, żarty i wygłupy.
Fakt faktem SAK-SRK to mój ulubiony duecik ever :love: i wiele bym im puściła płazem a hollyludzie nie.

GosiaJG - 2013-02-28, 15:49

donlisu napisał/a:
" U nas" takie rzeczy się nie dzieją

Ale czasem obrażalskich na widowni też całe mnóstwo. :)

GosiaJG - 2013-04-01, 22:08

Oglądam jednym okiem "Tristana i Izoldę", głównie po to, żeby zobaczyć, co się ostało ze średniowiecznej legendy, i zastanawiam się, czemuż, ach, czemuż Tristan jest taki mydłowaty? :( Aktior znaczy, bo Tristan to świetny materiał do grania.
an87 - 2013-04-02, 08:43

GosiaJG napisał/a:
czemuż Tristan jest taki mydłowaty? :( Aktior znaczy
Gosiu teraz ideałem jest wymoczek o bladej cerze. No aż chce się zaśpiewać za Danutą Rinn: "...ach, gdzie te chłopy, gdzie ci mężczyźni..." :-?
Dobrze, że Szaruk prezentuje się zupełnie nie mydłkowato :oops1:

Mowilka - 2013-04-02, 08:47

Coś jest na rzeczy z tym wymoczkiem. Widziałyście ostatniego Wrońskiego? :( Jak Anna Karenina mogłaby w ogóle spojrzeć w jego stronę?
Próbowałam wczoraj obejrzeć film z Butlerem, którego lubię. Nie dało się, głupota i sztampowość tego dzieua przerosła wszystko.

an87 - 2013-04-02, 08:51

Mowilka napisał/a:
Jak Anna Karenina mogłaby w ogóle spojrzeć w jego stronę?
Bo on hhhrrromantyczny był, a że wymoczek... cóż, może mu jeść nie dawali :haha:
GosiaJG - 2013-04-02, 12:13

Mowilka napisał/a:
Coś jest na rzeczy z tym wymoczkiem. Widziałyście ostatniego Wrońskiego? :(

Aż sobie sprawdziłam... (nie mamy, niestety, emotki z opadem rąk).
Nie wiem, czy chodzi tylko o wymoczkowatość, bo przecież np. młody DiCaprio też nie był jakimś cudem, a jednak miał w sobie coś, co sprawiało, że wierzyło się, że dziewczyna może się w nim zakochać. Jakiś błysk czy coś. Ten Tristan nie tylko nie wyglądał na rycerza (zachodnia tradycja, w końcu swego czasu Lancelota zagrał Richard Gere!), ale był po prostu mdły, "bez serc, bez ducha". No właśnie - jak ta Izolda w ogóle mogła spojrzeć w jego stronę? ;)
Cytat:
Próbowałam wczoraj obejrzeć film z Butlerem, którego lubię. Nie dało się, głupota i sztampowość tego dzieua przerosła wszystko.

Jaki film?
Butler przynajmniej mógłby zagrać rycerza. :)
Mogliby takiego Richarda Armitage'a zatrudnić - z niego byłby rycerz! :thud:

Mowilka - 2013-04-02, 13:08

Dorwać byłą....... tylko zapłakać

GosiaJG napisał/a:

Butler przynajmniej mógłby zagrać rycerza. :)

O, mógłby. Jako Upiór był magnetyczny (niezależnie od tego, czy komuś podobała się czy nie ostatnia ekranizacja Upiora w operze, Butler niepodzielnie rządził ekranem.

pogoda - 2013-04-17, 20:41

Dzięki empikowym promocjom kupiłam Połów szczęścia w Jemenie. Wydanie książeczkowe, okraszone pięknymi zdjęciami i kilkoma sympatycznymi dodatkami, które sprawiły, że wybaczyłam tytuł.
Widziałam film już kilka razy, bo jest cudownie ciepłą, wzruszającą historią, ze świetnymi kreacjami aktorskimi, zdjęciami i lokacjami (Szkocja i Maroko robiące za Jemen). A chyba przy trzecim seansie olśniło mnie, że gdyby Suri mieszkał w Anglii, byłby dr Fredem zafascynowanym rybami i mającym własną sadzawkę z karpiami, a Taani dźi byłaby Harriet, uparcie realizującą pomysł niemożliwy, jak łososie w Jemenie i nawet gdyby jej wcześniejszy ukochany przeżył i tak wybrałaby Suriego.
Bardzo też podoba mi się w tym filmie pokazanie współpracy na projektem między szejkiem, dr Fredem i Harriet oparta na wzajemnym szacunku, partnerstwie i sympatii. W takiej atmosferze można pracować nad najbardziej zwariowanymi pomysłami.
Brawo również dla Kristin Scott-Thomas w roli rzeczyniczki rządku, świetna komediowa rola cyniczki walczącej o popularność premiera wśród wyborców.

varka - 2013-05-03, 13:48

Bogowie! WRESZCIE ktoś się wziął za sfilmowanie mojej ulubionej fantastyki! I to w jakim towarzystwie :brawo:

GRA ENDERA

pawan - 2013-05-03, 18:49

pogoda napisał/a:
Dzięki empikowym promocjom kupiłam Połów szczęścia w Jemenie. Wydanie książeczkowe, okraszone pięknymi zdjęciami i kilkoma sympatycznymi dodatkami, które sprawiły, że wybaczyłam tytuł


Zobaczyłam ostatnio, z innego wprawdzie źródła, i muszę rzec, że dawno się tak świetnie nie bawiłam :lol: film poprawia humor w sposób rewelacyjny.

Anteja - 2013-05-03, 19:23

Gra Endera - niesamowite. Ciekawe czy uda im się przenieść na ekran istotę powieści.
an87 - 2013-05-06, 08:45

varka napisał/a:
Bogowie! WRESZCIE ktoś się wziął za sfilmowanie mojej ulubionej fantastyki! I to w jakim towarzystwie :brawo:

GRA ENDERA
Nic dodać nic ująć tylko się pod tym podpisać!
Bogowie! WRESZCIE i NARESZCIE!!!
Towarzystwo faktycznie, baaaardzo zacne :mniam: Odliczanie czas zacząć! :sli:
Oby nie spierniczyli, a jak im dobrze pójdzie to może i kolejne części nakręcą!?

Mowilka - 2013-05-06, 08:48

Widziałam dziś w mieście wielki bilboard z Wielkim Gatsbym. Tym z Leonardo Di Caprio. Może wybiorę się do kina. Pierwszy raz po Hobbicie :hyhy:
donlisu - 2013-05-06, 18:33

Ja też już czekam od dawna, zwłaszcza że epizod ma tam BIG B! :brawo:
pogoda - 2013-05-08, 09:49

Ja się trochę wahałam z Wielkim G, bo żeńska część obsady mnie nie przekonuje, ale jednak filmu Baza Luhrmanna nie przegapię, pewnie w przyszłą niedzielę się wybiorę. Na mojej drodze do pracy za to królują plakaty Iron Mana 3 i Szybkich i Wściekłych 6.
Mowilka - 2013-05-08, 12:08

To ja Szybkich i Żelaznych oddaję innym, proszę bardzo :hyhy: Natomiast słyszałam od dwóch osób jednego dnia pełne zachwytów słowa o polskim filmie Imagine. Lizbona, nauka świata przez słuchanie i dotyk (rzecz dzieje się w ośrodku dla niewidomych) - chyba się wybiorę.
pogoda - 2013-05-08, 12:43

Na Żelaznego też planuję się wybrać, w końcu Robert;)
Imagine zapisuję sobie w kajeciuku. Szczerze mówiąc skreśliłam po okładce, czyli plakacie, bo mi się nie podobał i możliwe, że błąd zrobiłam ;)

an87 - 2013-05-09, 20:52

pogoda napisał/a:
Na Żelaznego też planuję się wybrać, w końcu Robert;)
No właśnie Robert :love: Uwielbiam tego szelmę.
GosiaJG - 2013-05-23, 22:37

W ciągu ostatnich kilku miesięcy zobaczyłam dwie ubiegłoroczne polskie premiery, które wcześniej przegapiłam i o których nie miałam kiedy napisać; to "W ciemności" i "Jesteś Bogiem".

Film Holland jest potworny, oglądanie go powoduje ból brzucha; ale ten jeden raz - warto. Dlatego, że reżyserka nie rysuje łatwych granic pomiędzy dobrymi i złymi, rozsadza stereotypy. Dla absolutnie genialnej roli Więckiewicza. Dla fantastycznej Kingi Preis.

"Jesteś Bogiem" mnie zaskoczyło. Nie jestem "targetem" ani muzyki, ani - jak mi się zdawało - filmu. A ten mnie wciągnął od początku do końca - fabularnie i muzycznie. Chociaż nie mogę powiedzieć, że rozumiem wszystkie motywacje bohaterów.

Edit.
Canneńskie kreacje - "nasze" też są: :)
http://www.plotek.pl/plot...zachwycaja.html

GosiaJG - 2013-05-26, 23:27

Zobaczyłam na wielkim ekranie "Wielkiego Gatsby'ego". Nie wiem, czy to kwestia tego, że ostatni raz byłam w kinie ponad pół roku temu, czy samego filmu - ale wyszłam z seansu zachwycona i oczarowana.

Historia tajemniczego Gatsby'ego, który organizuje najbardziej szalone przyjęcia w Nowym Jorku, a którego tak naprawdę nikt nie zna, odsłaniana wraz z kolejnymi scenami; historia Buchananów, niezwykle bogatych, egoistycznych, traktujących wszystkich wokół jak zabaweczki; te opowieści zdawały się czekać na Luhrmanna, który dał im rozmach, a chwilami - dzikie szaleństwo. Rewelacyjna, jak zwykle u tego reżysera, ścieżka dźwiękowa, punktuje i komentuje akcję, mniej lub bardziej dosłownie i dosadnie.

Cała ta kampowa estetyka nadmiaru nie jest w stanie ukryć dramatu bohatera, który postawił wszystko na jedną kartę - i przegrał. Marzenie popychające do działania okazało się iluzją. To najsmutniejsza historia miłosna, jaką znam.

Leonardo DiCaprio gra - fantastycznie - bohatera, od którego przez lata uciekał: zmitologizowanego kochanka. Tworzy postać mężczyzny skupionego na swoim celu, wykreowanego od początku do końca, ale jakoś w tej swojej kreacji szczerego i prawdziwego - o wiele bardziej niż bogacze "z rodowodem".

Bardzo lubię Baza Luhrmanna - jego sposób ekranowej ekspresji, świadomą żonglerkę stereotypami. Podobają mi się kadry w jego filmach, często celowo oleodrukowe, posługujące się nasyconą kolorystyką, sposób prowadzenia kamery. Uwielbiam klimat lat 20 - czy raczej ich mit, a tak właśnie pokazuje je reżyser.
To więc raczej film zrobił na mnie wrażenie, nie tęsknota za wielkim ekranem. :)

O dwóch scenach chcę jeszcze wspomnieć. Pierwsza to epizod Amitabha Bachchana - krótki, ale zapadający w pamięć. Druga - to scena jak z "KANK". Ciekawe, czy komuś z Was też się skojarzy, jeśli będziecie mieć okazję zobaczyć film? I ciekawe, czy reżyser widział "KANK"? Bo że Bollywood go pociąga, nie da się ukryć. :)

Anteja - 2013-05-27, 14:19

Zazdroszczę, bo ja niestety nie zdecydowałam się na pójście do kina - tutaj były tylko seanse 3D. Po ostatnich doświadczeniach z tą techniką ( Życie Pi) odechciało mi się eksperymentów. Pewnie kupię sobie dvd, bo wcześniejsze filmy tego reżysera ( oprócz Australii ) bardzo lubię. I też odpowiada mi stylistyka jego dzieł - nie od razu ją zrozumiałam i polubiłam, ale teraz doceniam.
GosiaJG - 2013-05-27, 21:29

Na szczęście u nas były też seanse 2D. Szkoda, że u Ciebie tylko 3D; też bym się pewnie nie wybrała.
Anteja - 2013-05-27, 21:34

Za mała mieścina...Niestety jak już coś dochodzi, to 3d - dla zdrowych nie dla tych, którzy mają kłopot z oczami. Na razie nie widzę tez u nas zapowiedzi Star Trek, a premiera 31 maja.
Hermia - 2013-05-29, 23:50

Gosiu ja też po seansie. Jednak sceny jak z KANK nie kojarzę? Coś mi umknęło?
To bardzo dobry film i Leonardo, którego nie trawiłam do tej pory zachwycił mnie bardzo, bardzo mocno.
Trochę mi się dłużył jednak film, ale nie umiem powiedzieć czy to aby nie z powodu samej bardzo smutnej opowieści. Zawsze mnie ta historia przygnębiała.
No nic to obejrzę KANK, mam pretekst.

GosiaJG - 2013-05-30, 00:22

Hermia napisał/a:
Jednak sceny jak z KANK nie kojarzę?

Chodziło mi o scenę
Spoiler:

w hotelu. Gatsby mówi Buchananowi, że jego żona nigdy go nie kochała. Rozwiązanie jest inne, ale początek tej sceny, zbliżenia na milczących początkowo uczestników, rodzaj napięcia skojarzyły mi się ze sceną kolacji w "KANK".


Ale może to tylko takie moje wrażenie. :)
Cytat:
Trochę mi się dłużył jednak film

Ja właśnie byłam zdziwiona, że mnie nie. Bo jednak trwa prawie dwie i pół godziny, a znałam wcześniej fabułę, więc zastanawiałam się, czym można wypełnić ten czas. Ale ani się nie obejrzałam, a już film zmierzał do zakończenia.
Cytat:
Zawsze mnie ta historia przygnębiała.

Bo to opowieść o miłości bez miłości (przynajmniej z jednej strony). Czy jest coś smutniejszego niż nieodwzajemniona miłość, potraktowana tak, jak w tej historii?

Hermia - 2013-05-30, 08:52

Masz rację Gosiu jest w tej scenie podobieństwo.
A zapomniałam wczoraj napisać, że wątek BB też mi się bardzo podobał, ale miałam wrażenie, że wygląda starzej niż w rzeczywistości (albo rzeczywistość załatwiają fotograficzne poprawki?).

donlisu - 2013-05-30, 20:57

Hermia napisał/a:
ale miałam wrażenie, że wygląda starzej niż w rzeczywistości

Chyba to był celowy zabieg bo też zwróciłem na to uwagę. :)
I z innym rzeczami też się zdecydowanie zgadzam. O fantastycznej grze Leonardo, o smutnej historii miłosnej, fabuły wcześniej nie znałem ale zostałem zaskoczony sposobem przedstawienia takiej o to historii. Dla mnie miała charakter bardzo refleksyjny, wręcz melancholijny, ta narracja Maguiera, wprowadziło to we wspaniały klimat, do tego dochodzą te charakterystyczne lata 20.
Na dodatek bardzo podobała mi się rola Joela Edgertona jako Toma Buchanana.
No a podczas epizodu BB uśmiech sam się na usta ciśnie. ;)

GosiaJG - 2013-07-08, 12:42

donlisu napisał/a:
Dla mnie miała charakter bardzo refleksyjny, wręcz melancholijny, ta narracja Maguiera

To prawda, bardzo dobrze w ten sposób oddano klimat przemijania, ulotności.

Dawno nic nie oglądałam. Kiedyś przypadkiem jedynie "P.S. I love you", średnio udany film moim zdaniem, za to z bardzo udanym Gerardem Butlerem. :mniam:

Wrzuciłam do odtwarzacza jedną z zaległości, czyli sequel Guyowego "Sherlocka", bo pierwsza część mi się podobała - i się załamałam. Nie wiem, czy ma to jakiś scenariusz, ale raczej marniutki. Przede wszystkim zaś - nie ma to już nic wspólnego z Holmesem. Bardzo lubię nowe wersje przygód kultowych bohaterów, pod warunkiem, że zostaje odrobina klimatu pierwowzoru. Tutaj są pościgi, walki wręcz, atrakcje wizualne serwowane bez ładu i składu - ale Holmes zniknął.
Zostało mi jeszcze pół godziny do końca i raczej sobie daruję.

Mowilka - 2013-07-08, 14:01

Daruj sobie, Gosiu - druga część jest absolutnie niedorzeczna. Na dodatek zrobiona jak wielka wirówka - wszystko szybko się kręci, nie można w ogóle nawiązać z tym czymś kontaktu. Szkoda czasu i psucia sobie wspomnień po jedynce.
donlisu - 2013-07-14, 21:47

Co prawda z tą nową wersją Holmesa nie miałem styczności, lecz kiedyś miałem zwyczaj oglądać w telewizji serial Sherlock Holmes i Doktor Watson polskiej i angielskiej produkcji z lat 80 i muszę przyznać, że naprawdę bardzo mi się ta wersja podobała, gdyż idealnie odzwierciedlała moje wyobrażenia po książkach.
GosiaJG - 2013-07-19, 23:49

Ja też jakąś telewizyjną wersję Holmesa w dzieciństwie oglądałam i mi się bardzo podobała. Nie wiem, czy tę samą, bo ekranizacji przygód Holmesa jest ponad setka - niezły wynik. :)
Do sequelu Holmesa Richiego nie wróciłam. Ale doszłam ostatnio do wniosku, że i tak jest nieźle u mnie z filmami - poza "Grą cieni" wszystko inne, co ostatnio oglądam, mi się podoba. :mrgreen:

Hermia - 2013-08-26, 09:06

Nie wiem czy piszę w dobrym wątku?
Obejrzałam parę dni temu Khuda Ke Liye AKA Khuda Kay Liye (2007) film pakistański w urdu wyreżyserowany przez Shoaiba Mansoora. Gościnnie gra w nim Naseeruddin Shah.
Jest to opowieść o dwóch braciach kochających muzykę. Wspólnie grają, dają koncerty. Jednak w pewnym momencie ich drogi się rozchodzą, Shaan wyjeżdża do USA uczyć się muzyki, natomiast młodszy Sarmad za sprawą duchownego staje się radykalnym wyznawcą islamu.
Shaan zakochuje się w amerykance Janie, jednak wydarzenia z 11 września przyniosą tragiczne konsekwencje dla zupełnie liberalnego muzułmanina, który nigdy nie interesował się specjalnie religią.
Tymczasem Sarmad poślubi Mary, Pakistankę wychowaną w Wielkiej Brytanii. Poślubi ją wbrew jej woli w imię zasad wyznawanych przez fundamentalistów.
Problemy muzułmanów, podziały między nimi oraz nieufność zachodu wobec muzułmanów jest tematem tego niezwykle poruszającego filmu.
Nie jest to łatwy obraz, zmasakrował mnie psychicznie, zostawił mnóstwo pytań do rozważań. Jednak polecam go bardzo. Tylko należy się nastawić na trudny wieczór.

GosiaJG - 2013-08-27, 21:15

Interesuje mnie tematyka tego filmu - dzięki za recenzję, mam nadzieję, że zobaczę.

Pierwsza myśl po seansie "Poradnika pozytywnego myślenia" - jeśli takie filmy dostają mnóstwo nominacji do Oscarów, to z kinem amerykańskim jest gorzej, niż sądziłam. Myśl druga - nadal obowiązuje zasada, że aktorka ma szansę na nominację (i nagrodę) pod warunkiem, że się oszpeci i zagra osobę niedostosowaną społecznie. A najlepiej jedno i drugie. Myśl trzecia - rodzina w filmie amerykańskim to już koniecznie musi być walnięta. :)

Żeby nie było, że narzekam - film oglądało mi się całkiem dobrze. Na Bradleyu Cooperze przyjemnie zawiesić oko, historia toczy się dość wartko. Co prawda najpierw zapowiada się dramat, potem pojawia się komedia romantyczna (i w ogóle Bollywood, tylko tańczyć porządnie nie potrafią ;) ). Kupy to się nie trzyma, ale niech będzie. Ale żeby zaraz nagrody?
Najprzyjemniejszym zaskoczeniem był Anupam - nie miałam pojęcia, że gra w tym filmie.

Anteja - 2013-08-27, 22:46

No popatrz, a ja specjalnie dla niego chciałam ten film obejrzeć :)
Hermia - 2013-09-06, 18:17

"Ramchand Pakistani" 2008, reż. Mehreen Jabbar. To kolejna pozycja pakistańska, którą obejrzałam. Do tej pory z filmów hindi poznałam pakistańskie więzienia, tym razem mamy sytuację odwrotną.
Film podobno oparty jest o fakty. Młody chłopiec (gdzieś tak 6-7 lat) mieszkający w pakistańskiej wiosce przekracza granicę. Zupełnie nieświadomy konsekwencji. Rano pokłócił się z mamą i zwyczajnie idzie gdzie go oczy poniosą. Zauważa go jego ojciec i wyrusza w ślad za nim. Niestety obaj zostają aresztowani przez służby graniczne, a ojciec po okrutnych torturach (żeby się przyznał, że jest szpiegiem) trafia wraz z synem do indyjskiego więzenia. Spędzają tam 5 lat. Tymczasem matka wciąż czeka i usiłuje bez męskiego wsparcia przetrwać i jakoś wyżyć.
Po 5 latach z więzenia zostaje uwolniony tylko syn, Ramchand. I wraca do rodzinnego domu. Już z końcowych napisów wynika, że ojciec dołączył do rodziny również.
Świetne role obu chłopców, młodego i starszego Ramchanda.
Film wzruszający. Ciekawa relacja między synem a ojcem, obaj są dla siebie bardzo opiekuńczy, ale jest taki moment, kiedy ojcu puszczają nerwy i obwinia syna o ich los.
Znów miałam refleksję, że rządy się bawią w wojny, zimne wojny, zaostrzanie stosunków z sąsiadami itp. a cywile jak zwykle płacą za to najwyższą cenę.

Mowilka - 2013-09-26, 23:59

Smętna jesień za oknem, a w kinach nowy film Richarda Curtisa, pana od Czterech wesel i pogrzebu, Notting Hill i Love Actually. Richard Curtis, niekoronowany król komedii romantycznej w brytyjski stylu, lekko pieprznej, lekko niepoprawnej, ale nadal bezwzględnie pełnej optymizmu i humoru, po raz kolejny przyrządził danie według swojego sprawdzonego przepisu. Jest chłopak, jest dziewczyna. jest miłość. Są prześliczne lokacje: Kornwalia i londyńskie Notting Hill. Jest absolutnie piękna muzyka. Główną rolę żeńską znów gra Amerykanka. Nie ma za to Hugha Granta... Jego miejsce - nieco ciapowatego, ale ciepłego bohatera zajął rudowłosy Domhall Gleeson. Nie ma też fajerwerków, głośnych wybuchów śmiechu i scen, które przejdą do historii (jak cytowana nawet w koreańskiej dramie scena z tekstem napisanym na brystolowych płachtach, którym jedna osoba wyznaje coś drugiej. Nie ma też wielkiej, spektakularnej miłości. Wszystko skrojone jest na skromniejszą miarę. Film jest cały o miłości, ale nie tylko o tej łączącej chłopaka i dziewczynę, ale o kochaniu rodzeństwa, dzieci, rodziców. Przesłanie - jak z Shahrukha - nadzwyczajne jest to, co najzwyczajniejsze.
Choć nie wyszłam z kina tak rozbawiona i wzruszona jak po innych filmach Curtisa, choć fabuła ziała momentami gigantycznym WTF, polecam. To ciepły i optymistyczny film.

GosiaJG - 2013-09-27, 15:38

Jaki to film? :)

Chciałabym pójść do kina...

Mowilka - 2013-09-27, 15:50

No masz :evil: najważniejszego nie napisałam - About Time, czyli po naszemu Czas na miłość
GosiaJG - 2013-09-29, 22:46

Dzięki. :)

Ja nadal prawie nic nie oglądam, jedynie w czasie prasowania, a jako że szczytem moich ambicji podczas tegoż jest popatrzenie na przyjemną fizjonomię i ciało, toteż ostatnio zobaczyłam "Trenera bardzo osobistego" z Gerardem Butlerem. W kwestiach najbardziej istotnych - za rzadko się rozbierał. :) Jeśli chodzi o film, to zapowiadał się na durną komedię, okazał się nawet całkiem niegłupi, a skończył się klasycznie bollywoodzko. I miał momenty jak z "KANK" (drużyna piłkarska prawie jak Delfinki, pierwsza scena prawie jak z tego filmu... ;) ).

pawan - 2013-10-03, 18:46

Ostatnio bywam trochę częściej w kinie/kinach starając się nieco "odchamić". Coraz bardziej zaprzyjaźniam się ze Światowidem i dwoma salami CSF (czyli Kosmosu). :lol:

"Meteora" - film, który mnie osobiście zachwycił, ale zgodzę się, jeśli ktoś powie, że nudny, wydumany, nic się nie dzieje, etc. Bo jest taki, sceny trwają po kilka, kilkanaście minut, a sceną jest na przykład wschód słońca i podnosząca się mgła odsłaniająca dwa klasztory prawosławne usytuowane na dwu skalnych maczugach. Jako podkład dźwiękowy raczej niż typowo muzyczny mamy ogłuszający śpiew greckich cykad, modlitewną klekotkę, stukot sandałów i trochę cerkiewnych śpiewów. I naprawdę nic się nie dzieje.... on się modli, i ona, patrzą przez okna, albo tylko siedzą w swoich celach, mijają bez słowa innych mieszkańców klasztorów, on słucha opowieści starego pasterza i dalej nic się nie dzieje....... I się spotykają, na polnej drodze, na łące, on gotuje dla niej obiad i razem go na tej łące jedzą, a rozmawiają o legendach o świętych. Kochają się w krasowej jaskini....... I nie ma nic więcej, nie ma wścibskich współbraci czy sióstr, nie ma żadnych przełożonych, napominań czy ostracyzmu. Pomimo że są w klasztorach, odnosi się wrażenie, iż ich życie należy tylko do nich, i że są tam, gdzie chcą być.

http://www.youtube.com/watch?v=Un2qVtiyqBo

Mowilka - 2013-10-04, 09:17

Pawan - bardzo dziekuję! Wczoraj widziałam plakat Meteory w kinie za ścianą i zastanawiałam się, czy warto pójść.
an87 - 2013-11-12, 10:05

Od soboty żyję jak we śnie, z którego nie chcę się obudzić. Byłam w kinie na Grze Endera. Lubicie fantastykę w kinie? To jest to pozycja z kategorii "koniecznie musisz zobaczyć!!!"
http://www.youtube.com/watch?v=9OK4g8FV-5w (zwiastun)
Film współprodukował Orson Scot Card, na podstawie którego książki nakręcono film.
Nie dość, że obsada fantastyczna, bo i Harrison Ford i Ben Kingsley to do kompletu genialnie obsadzony i zagrany Ender w tej roli Asa Butterfield. Grafika (ujęcia planet i kosmosu robią ogromne wrażenie), ale i efekty specjalne zaparły mi dech w piersi (w tej chwili w zasadzie ogranicza nas jedynie wyobraźnia grafików komputerowych, a malują oni na ekranie cuda) , że o muzyce nie wspomnę.
Mała próbka:


Zachwyciła mnie w zasadzie cała scenografia a zwłaszcza ujęcia z obu sal treningowych. Ender niczym dyrygent wirtuoz :zgon: Pamiętam, jak wiele lat temu (naprawdę wiele) czytałam serię o Enderze wyobrażałam sobie wszystko bardziej mrocznie i klaustrofobicznie. Tu zdjęcia pokonały moją wyobraźnię.
Zawsze uważałam, że wspaniałym mocnym (czyli takim jakie lubię w filmach) uderzeniem, charakteryzuje się Zimmer. Nic bardziej mylnego. Steve Jablonski skomponował coś, co w moich uszach brzmi jak najpiękniejsza muzyka na świecie. Uwiódł mnie totalnie, zaś prawie finałowy utwór (katuję go od 2 dni i wciąż nie mam dosyć). (cały poniżej)
http://www.youtube.com/watch?v=S0XLD6PnAao
Może bez obrazu nie pobudza tak wyobraźni, ale w filmie daje takiego kopa, że normalnie czuje się jak przyspiesza tętno.
Polecam bardzo gorąco (pewnie polezę na niego jeszcze przynajmniej ze dwa razy, a potem jak się pojawi na płytach zajeżdżę ją w odtwarzaczu ;) ). Jak oglądać to w kinie z dużym ekranem i bez dubbingu, którego próbkę można znaleźć na tubisiu i który jest IMHO do bani.
To jeden. Teraz drugi.
Wyciągnięta zostałam na Thora. Poszłam li tylko i wyłącznie dla Hamswortha :mniam:
Jakie widoki :mniam: :oops1: Już dla samego tego warto :mrgreen:
Poza tym oczywiście kapitalne grafika, kostiumy, efekty specjalne. Sprawili się na piątkę.
Takoż samo muzyka (pewnie przytulę ścieżkę dźwiękową).
Treść nie powala, ale pada parę fajnych tekstów. Portman pęta się po ekranie jak piąte koło u wozu.
Film na przyjemne spędzenie popołudnia lub wieczoru. I chyba będzie ciąg dalszy, w którym straszył będzie del Toro :mrgreen: :haha: i na który oczywiście polezę, a co :mrgreen: .

Anteja - 2013-11-12, 20:02

Bardzo bym chciała obejrzeć Grę Endera w kinie, ale na razie nie ma u nas nawet w zapowiedziach. Na razie widziałam Idę - smutny film utrzymany w stylistyce klasycznej polskiej szkoły lat powojennych. Agata Kulesza jak zwykle świetna. Może uda mi się zobaczyć Papuszę. A rozrywkowo wybiorę się na Igrzyska śmierci.
Hermia - 2013-12-02, 16:34

Polecam "Krainę lodu", wcale nie koniecznie trzeba iść z dzieckiem. Ja się bawiłam fantastycznie. Dużo pięknych piosenek, śliczne przesłanie, cudny bałwanek Olaf, rewelacja.
Jak ktoś się wstydzi iść sam na bajkę dla dzieci, można zawsze zaprosić jakieś dziecko z rodziny, od sąsiadów. Koniecznie. Dobry uczynek przed świętami i fajna rozrywka.
Kraina Lodu

Anteja - 2013-12-02, 19:31

Chętnie bym obejrzała, bo nie mam oporów przed oglądaniem animacji, a i zabrać do kina byłoby kogo, ale u nas tylko 3D, a ja za bardzo nie mogę. Oglądam tylko w stanach wyższej konieczności. Dla Hobbita w 3D się poświęcę, jeśli innej wersji nie będzie.
Mowilka - 2013-12-28, 16:12

Obejrzałam w końcu Wielkiego Gatsby'ego Baza Luhrmana. Strasznie długo zabierałam się do tego filmu, mimo wielkiej miłości, jaką miałam kiedyś do twórczości Scotta-Fitzgeralda i do samego tematu. Że już o Leonardo Di Caprio nie wspomnę... Czemu właściwie nie obejrzałam tego wcześniej? No nic...
Film ma wszystkie cechy twórczości Luhrmana. Jest zrobiony z nieprzeciętnym rozmachem i blichtrem. Sceny zbiorowe zaaranżowane są po mistrzowsku. Pamiętam jak dziś zbliżenie na nogi tancerzy szalonego charlestona w filmie z Robertem Redfordem; tutaj mamy raczej dalekie plany, obejmujące wielkość bogactwa i rozpasanego szaleństwa wydawania pięniedzy. Obłędne. Świetnie zaaranżowane i nakręcone, genialnie skomponowane z muzyką, wcale nie z epoki. Dla samego widowiska polecałabym film każdemu.
Rola Di Caprio - świetna. Jest wspaniałym Gatsbym - i jako człowiek znikąd, podejrzanej reputacji i źródeł dochodu - i jako wielki kochanek, całe życie nakierowujący na obiekt swoich uczuć.
Carey Mulligan podobała mi się o wiele mniej, ale mnie się jeszcze żadna z filmowych Daisy nie podobała. Trudno chyba jest stworzyć kobietę na miarę namiętności Gatsby'ego.
Tutaj też moja największa pretensja do filmu: strona wizualna pochłania i pożera stronę myśli, uczuć i współ-odczuć. Mówiąc wprost - tak opowiedziana historia niewiele mnie obeszła :(
Bardzo dobre cameo Amitabha Bachchana :brawo: to wisienka na torcie.

GosiaJG - 2014-01-13, 20:59

Złote Globy i to, co najciekawsze, czyli... kiecki oczywiście: :)
http://www.imdb.com/oscar...s?ref_=hm_ad_t1

No dobra, lista nagrodzonych: ;)
http://www.imdb.com/oscar...s/golden-globes

Po przyjrzeniu się zdjęciom stwierdziłam, że nie kojarzę prawie żadnej z młodych twarzy. A po przejrzeniu listy nagrodzonych doszłam do wniosku, że tytuły nic mi nie mówią. Poza filmem Scorsese, na który chcę się wybrać.

Mowilka - 2014-01-14, 09:22

Mam tak samo - od kilku lat bladego pojęcia, co się w tej chwili "sprzedaje" w Hollywood. U nas zresztą też. I te botoksowe piękności z czerwonego dywanu :roll:
Ale na gale Screen, Zee, Apsary, Filmfare'a nadal czekam :brawo:

varka - 2014-01-14, 09:32

GosiaJG napisał/a:

Po przyjrzeniu się zdjęciom stwierdziłam, że nie kojarzę prawie żadnej z młodych twarzy. A po przejrzeniu listy nagrodzonych doszłam do wniosku, że tytuły nic mi nie mówią.


Mam podobnie, co więcej, zdecydowanie brak jest na tym rynku młodych osobowości. Zarówno młode panie, jak i panowie, są sztampowi i absolutnie nie wzbudzają sobą zainteresowania, przynajmniej u mnie.

GosiaJG - 2014-01-25, 09:27

Nadrobiłam wreszcie moją zaległość filmową i podczas maratonu zobaczyłam dwie części "Hobbita".
Tę powieść Tolkiena pamiętam jak przez mgłę, w przeciwieństwie do "Władcy Pierścieni", ale przejrzałam pobieżnie po powrocie i upewniłam się, że jestem wdzięczna Jacksonowi za stworzenie klimatu, który pamiętam z filmowego "Władcy...", a którego w książkowym "Hobbicie" nie ma. Nie mam do niego pretensji o to, że nazmyślał, ile wlezie. Prawdę mówiąc, fragmenty wiążące "Hobbita" z trylogią, pokazujące to, o czym się w niej mówi - odrodzenie się władcy ciemności, działania ludzi, elfów i czarodziejów, by temu zapobiec - są dla mnie o wiele ciekawsze niż sama historia krasnoludzkiej wyprawy. Ale tak czy inaczej, powrót do genialnie wykreowanego Śródziemia był jak powrót do domu (w towarzystwie dobrze znanych motywów muzycznych, i bardzo ładnych - nowych). A wyprawa do Ereboru przykuła moją uwagę z powodu Bilba (genialny Martin Freeman) i Thorina. Czemu wcześniej nie widziałam, że krasnolud też może być seksowny? ;) Rozumiem, że młode krasnoludy są piękne (Fili, Kili, Thorin), a potem dostają tych wielgaśnych nochali i koniec? ;) W każdym razie podobało mi się poprowadzenie historii Thorina analogicznie do opowieści o Aragornie - o "królu-tułaczu", który "wróci na stolicę". A Richard Armitage ze swoim głosem, spojrzeniem jest idealnym romantyczno-szekspirowskim następcą tronu. Swoją drogą nieźle go kostiumolodzy wypakowali tymi warstwami ubrań, by wydawał się potężny. Boję się tylko, że w jego przypadku Jackson będzie się trzymał oryginału (bo by mu fanatyczni wielbiciele żyć nie dali) i boski Thorin marnie skończy. :(
Mam dość - do przyszłego roku - orkowych mord i smoka (nie ekscytuje mnie, więc smocza część była dla mnie najmniej ciekawa). Za resztę bardzo dziękuję Peterowi Jacksonowi i całej ekipie.

Edit. Inspiracją dla walk były filmy tamilskie, jak sądzę. :mrgreen:

Anteja - 2014-01-25, 11:38

Cytat:
odrodzenie się władcy ciemności, działania ludzi, elfów i czarodziejów, by temu zapobiec - są dla mnie o wiele ciekawsze niż sama historia krasnoludzkiej wyprawy.


To też jest z Tolkiena - z różnych zapisków, fragmentów, które Tolkien pozostawił. Tak samo jak historia walk krasnoludów z orkami. Z drugiej części bym wycięła wszystkie przekombinowane fragmenty - idiotyczną walkę przy spływie beczkami, ratowanie Kiliego przez elfkę ( choć scena śliczna ), walczącego w ciemnej uliczce Legolasa i końcowe rozwalanie Ereboru przez smoka - zupełnie od czapy. In plus wszystkie kanoniczne sceny jak rozmowa z Gollumem w pierwszej części, rozmowa ze smokiem w drugiej. Nie mam zastrzeżeń do poszerzenia historii Barda. Thorin i Bilbo są rewelacyjni. Czekam na dvd ( chyba od razu sobie BR sprawię ), bo niestety byłam zmuszona do oglądania w 3D i pod koniec strasznie mnie oczy bolały, więc moje niezadowolenie z końcówki mogło częściowo być spowodowane dyskomfortem.
ja jednak mam trochę pretensji, ale ogólnie jak idę do kina na Hobbita, to nie idę już na ekranizację Tolkiena, tylko na film Jacksona. We Władcy zrobił więcej zmian zupełnie bez sensu, a jakoś musiałam je przełknąć. Niektóre po dziś dzień zwyczajnie przewijam i nie oglądam np. Namiestnika - komety, a przy motywie miecza przekutego na nowo tylko wzdycham z niesmakiem, bo akurat tego zmieniać nie musiał, a przez zmianę zgubił się mityczny wydźwięk i watek stał się nieważny.

GosiaJG - 2014-01-25, 12:22

Anteja napisał/a:
To też jest z Tolkiena - z różnych zapisków, fragmentów, które Tolkien pozostawił.

Wiem. Ale nie z "Hobbita". Po prostu sam "Hobbit" to niezbyt dobra podstawa do mrocznego eposu. Mnóstwo rzeczy potraktowanych jest po łebkach, np. bitwa pięciu armii streszczona na dwóch stronach. Ale też zamiarem Tolkiena nie było wtedy tworzenie wielkiego dzieła, tylko książki dla dzieci.

Anteja - 2014-01-25, 14:16

Zdecydowanie książka dla dzieci i czasami myślę, że mnie wystarczyłby tez film dla dzieci ;) Ostatnio oglądałam trochę dodatków do pierwszego Hobbita i ponownie zachwycało mnie, jak wiele pasji jest w tym wszystkim. Ostatecznie więc wybaczam zmiany ;)
GosiaJG - 2014-01-25, 21:25

Dodatki do "Hobbita" zobaczyłabym nawet chętniej niż jeszcze raz sam film. Filmowej wersji "Władcy..." nie mam właściwie nic do zarzucenia. Pewnie, mogłabym wyszukiwać jakieś drobiazgi, ale po co? Biorę przykład z mojej koleżanki, która nawet w najdurniejszym filmie jest w stanie znaleźć scenę godną uwagi, dla której warto było temu filmowi poświęcić czas. :)
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam w kinie "Drużynę Pierścienia", już wiedziałam, że to jest moja wizja, że dokładnie coś takiego chciałam zobaczyć. Dodatki do "Władcy..." to chyba jedyne, które zobaczyłam w całości, niektóre rzeczy po parę razy. Fascynujące było oglądanie, jak powstawało Śródziemie. Mam nadzieję, że dodatki do "Hobbita" są równie szczegółowe.
Anteja napisał/a:
idiotyczną walkę przy spływie beczkami

Toć mówię, że Jackson się jakichś tamili naoglądał. ;)
Cytat:
rozmowa ze smokiem w drugiej.

Mnie nieco znudziła. Wiem, że być musiała, bo smok ważny i w ogóle, ale, jak już pisałam, wielbicielką jego nie jestem. Bardziej jako przeciwnik przekonuje mnie Czarnoksiężnik z Angmaru. :)

Edit. "P.S. I Love You" leci na tvn - można się pogapić na Gerarda. :)

Anteja - 2014-01-27, 09:17

A dla mniej w tej rozmowie najważniejszy był Bilbo i bardzo mi się podobał. Dodatki są równie szczegółowe jak te do WP. Zgadzam się, że Drużyna filmowa jest prawie idealna. Niestety im dalej, tym gorzej i nie mogą już tego powiedzieć o kolejnych częściach. Musze jednak przyznać, że wizja Rohanu jest wspaniała i uwielbiam te części filmu, które związane są z Rohanem, Theodenem, Eowiną i Eomerem. A teraz mam wersję rozszerzoną WP na blu ray i zamierzam niedługo się podelektować.
Hermengilda - 2014-01-27, 10:55

GosiaJG napisał/a:
Fascynujące było oglądanie, jak powstawało Śródziemie.

Podpisuję się wszystkimi kończynami - robiłam prawdziwie polowanie po znajomych, żeby pożyczyć rozszerzone wydania wszystkich filmów z całej trylogii nie tylko pod kątem samego filmu, ale właśnie dodatków. Które są naprawdę palce lizać.

A teraz mi szkoda, że pierwszego Hobbita nie widziałam w kinie, bo jakoś myślę sobie, że pasuje go znać przed częścią drugą.
Książki jakoś nigdy nie zmogłam, choć próbowałam....

donlisu - 2014-01-29, 19:55

Anteja napisał/a:
A teraz mam wersję rozszerzoną WP na blu ray i zamierzam niedługo się podelektować.

Polecam, bo jeśli myślę o tym samym, to jest czym. Już sam najzwyklejszy WP jest mistrzostwem stylu, ale w tym wydaniu kończyny z wrażenia odpadają.

Anteja - 2014-01-29, 21:31

Mam to wydanie 15 płytowe ;) U nas kosztuje prawie 400 zł, ja natomiast kupiłam na brytyjskim Amazonie i wydałam tylko 150 zł. Jakość rzeczywiście rewelacyjna.
GosiaJG - 2014-01-29, 23:40

Anteja napisał/a:
A teraz mam wersję rozszerzoną WP na blu ray i zamierzam niedługo się podelektować.

Hmmm... To jest jakaś inna wersja niż ta dwunastopłytowa sprzed paru lat? Poza tym, że ta jest blu-ray?
Cytat:
Mam to wydanie 15 płytowe ;)

Aaa, czyli jeszcze bardziej rozszerzona wersja rozszerzona... No, wkurza mnie takie działanie firm. :(
Dlatego teraz nie kupuję "Hobbita" na dvd. Poczekam, aż wydadzą całość w wersji najbardziej wypasionej. A po paru latach postanowią jeszcze raz zarobić i wydadzą jeszcze bardziej rozszerzoną wersję. I będą w niej pokazywać charakteryzację wszystkich krasnoludów po kolei, bez żadnych skrótów...

Anteja - 2014-01-30, 07:50

Wiesz ja nie kupiłam dla tych dodatkowych płyt, tylko dla WP na BR. Cena mi wyszła za ten zestaw o wiele niższa, jak za same filmy BR w Polsce. Jak raz kosztują chyba jakieś 100 zł za jeden. Cena niższa o połowę. Gdyby nie ta atrakcyjna cena, to zupełnie by mi wystarczyły moje dodatki z tamtych płyt. A nie szkodzi, że to akurat wydanie WP jest prześliczne, w takiej oprawie koloru starego złota z absolutnie piękną mapą Śródziemia w środku.


http://www.empik.com/tryl...61081164,film-p

Mam taką.

Wydania pojedyncze:

http://www.empik.com/wlad...67110983,film-p

GosiaJG - 2014-02-01, 01:34

3 godziny dodatkowego materiału filmowego? Znaczy osobno czy poszczególne części jeszcze wydłużono?
Swoją drogą - skąd ta przepaść cenowa? Napisy aż tak kosztowne?

Zapowiedź "Kamieni na szaniec":
http://www.youtube.com/watch?v=-uKCPneniVk
Chciałabym zobaczyć.

Anteja - 2014-02-01, 08:47

Filmy są takie same jak wcześniej w wersji rozszerzonej, dodano jedną płytę, ale szczerze mówiąc nie sprawdzałam jeszcze, co na niej jest. W Anglii to wydanie jest już zwyczajnie przecenione, u nas jak wydali na licencję, to czekają aż im się zwróci. Nie ma u nas aż takiej przeceny.
pawan - 2014-02-05, 20:52

GosiaJG napisał/a:
Chciałabym zobaczyć.


Mam mieszane uczucia i wrażenie, że stara "Akcja pod Arsenałem" wygra konkurencję.

GosiaJG - 2014-05-03, 10:47

Info dla wielbicielek Benedicta Cumberbatcha - pojawi się w Krakowie podczas festiwalu Off-Camera (który się właśnie zaczął). Premiera filmu, w którym gra i który wyprodukował - "Little Favour" - odbędzie się 10 maja. Co prawda, jak doczytałam, wejście na pokaz będą mieli tylko posiadacze karnetów i akredytacji - ale przecież zawsze można się gdzieś w okolicy kina zaczaić: ;)
http://www.offpluscamera....tor-i-producent

Mowilka - 2014-05-04, 16:05

O, będzie się można rzeczywiście zaczaić :D
Hermengilda - 2014-06-15, 22:00

Właśnie wróciłam z Wypisz wymaluj ... miłość. I szczerze mogę polecić. Film jest opisywany w repertuarze kina jako komedia romantyczna, ale bardziej tu pasuje określenie inteligentnego filmu o uczuciach, radzeniu sobie z samym sobą i swoim problemami, o sztuce słowa i sztuce obrazu. Do tego bohaterowie nie piękni i młodzi jak z żurnala, ale dojrzali, wręcz sterani życiem. Ten seans to przyjemny dla oka i ucha obraz. Nie nachalny, nie głupkowato-śmieszny, ale ciepło-lekko gorzko-mądry film.
Anteja - 2014-06-18, 16:47

Podpisuję się pod słowami Hermenegildy - bardzo dobrze się bawiłam i faktycznie to mniej komedia romantyczna, a bardziej film o ludziach, którzy szukają uczucia.
GosiaJG - 2014-06-21, 17:01

Ja też się podpisuję pod Waszymi pozytywnymi opiniami. Dobrze, że wcześniej coś tam o filmie usłyszałam i nie dałam się nabrać na etykietkę "komedia romantyczna" oraz słodki plakat - gdybym oczekiwała typowej romantycznej komedii, byłabym rozczarowana.
Film mi się bardzo podobał - mądry, o próbie radzenia sobie z życiowymi rozczarowaniami, o próbie przekazania innym swoich pasji; z bohaterami, którzy nie są słodcy i do których niekoniecznie cały czas pała się sympatią.
Chciałabym wiedzieć, gdzie jest taka szkoła i tacy uczniowie? :)
Śmieję się sama z siebie, bo przypomniałam sobie, jak grzmiałam na durnotę "Brzydkiej prawdy" i wierzyć mi się nie chce. :hyhy: Serio? No, nie powiem, pannę Heigl nadal uważam za raczej drewnianą, niektóre żarty (na czele z tym na stadionie, bleee) są absolutnie okropne, ale ogólnie - sporo rzeczy mnie ubawiło i oglądało mi się to bardzo miło. A żeby jeszcze podkarmić fazę na Gerarda (która wraca mi regularnie co około dwa miesiące, coś w tym musi być :) ), zobaczyłam "Olimp w ogniu". Jaaa, Gerard sam rozwalił stado terrorystów, uratował prezydenta, jego syna i w ogóle świat. Cudo! :brawo:
A dziś znowu powtarzają "PS. I Love you". :super:
Edit. Buuu, smutny ten film... I bollywoodzki jak nie wiem. Na czele oczywiście z listami z zaświatów. Ale Gerarda tak mało. :cry:

GosiaJG - 2014-08-05, 00:33

"Dziewczynka w trampkach" to pierwszy film w Arabii Saudyjskiej wyreżyserowany przez kobietę. Reżyserka, Haifaa Al-Mansour, podczas kręcenia filmu przebywała na planie w furgonetce - dzięki monitorom obserwowała, co się dzieje na planie, dzięki walkie-talkie kontaktowała się z ekipą.
Bohaterką filmu jest dziesięcioletnia Wadjda. Mieszka z matką i marzy o rowerze. Nie jest to "poprawne" marzenie, bo dziewczynki nie powinny jeździć na rowerach, ale Wadjda nie rezygnuje. W szkole, do której chodzi, organizowany jest konkurs recytacji Koranu. Nagroda pieniężna wystarczyłaby na kupno roweru, więc dziesięciolatka postanawia wziąć udział w konkursie...
To piękny film, melancholijny, ale nie ponury. Pokazuje niełatwy los kobiet, które zazwyczaj mogą tylko czekać, zewsząd narażone są na ocenę postępowania; ale pokazuje też siłę marzeń i uporu. Być może za jakiś czas, kiedy dziewczynki takie jak Wadjda dorosną, zmienią kraj - nawet jeśli ten kraj to Arabia Saudyjska.

"Nasrine" to film produkcji brytyjskiej, ale jego reżyserką jest Iranka Tina Gharavi, a tematyka dotyczy problemów imigrantów.
Nasrine została aresztowana przez policję w Teheranie, bo jechała na motorze z chłopakiem, który nie był z nią spokrewniony ani nie był jej mężem. To początek jej kłopotów. Ojciec postanawia wysłać ją pod opieką brata do Wielkiej Brytanii. Jako nielegalni imigranci Nasrine i Ali nie mogą pracować do czasu rozstrzygnięcia ich spraw przez odpowiednie władze. Dziewczyna zaczyna chodzić do szkoły, jej brat próbuje znaleźć jakieś zajęcie... "Nasrine" to film o poszukiwaniu tożsamości, prawdy o sobie w obcym kraju (ale czy właśnie był mniej obcy?) - smutny, nawet tragiczny, ale też z nutą optymizmu.

"Wilka z Wall Street" Scorsese oskarżano o pochwałę niemoralności. Czy jest pochwałą, nie wiem, niemoralny jest na pewno. Pokazuje człowieka, który zdobył majątek, żerując na innych, kara, którą poniósł, była niewspółmierna do winy... Tylko czemu ktoś ma pretensje do Scorsese, skoro pokazał dokładnie to, co w 2008 roku zrobili amerykańscy bankierzy? Zrobili w trąbę amerykańską gospodarkę, doprowadzili do kryzysu na świecie i nie ponieśli żadnych konsekwencji.
Warto zobaczyć "Wilka..." także dla roli DiCaprio - jest odrażający i fantastyczny.

Cytując samą siebie... ;)
Cytat:
Ale Gerarda tak mało. :cry:

Gerarda mało jest też w "Dear Frankie" i strasznie szczypiorowaty, ale film polecam. Brytyjczycy potrafią robić takie kino fenomenalnie - proste, na kilku aktorów, z poruszającą historią. Dziewięciolatek Frankie po raz kolejny przeprowadza się z matką i babcią - tym razem do miasteczka nad morzem. Pisze listy do nieobecnego ojca, marynarza. Tak naprawdę jednak autorką odpowiedzi na listy Frankiego jest jego matka, która w taki sposób chce wynagrodzić synowi brak taty. Lizzie wie, że sprawa coraz bardziej się zapętla, ale nie umie znaleźć wyjścia z sytuacji. Będzie musiała dokonać karkołomnej sztuczki, kiedy okaże się, że rzekomy statek ojca Frankiego zawinie do portu w ich miasteczku...

Szczypiorowaty Gerard gra też w drugiej części "Tomb Raider", który niedawno telewizja miłościwie powtórzyła, to i zobaczyłam. I tyle, bo filmu już nie pamiętam, chociaż Gerarda i owszem, jako i przecudną Angelinę.

W ramach fazy zobaczyłam też "300". Cudo film, muskularne klaty i uda, a poza tym rzeźnia (ze szczególnym uwzględnieniem jednak rzeczonych klat i ud :) ). Gdyby jeszcze tych trzystu ładnych chłopa trochę pośpiewało i potańczyło... ;) Cóż za strata, mieć Gerarda i nie pozwolić mu zaśpiewać!

"Kaznodzieja z karabinem" to film o autentycznej postaci - byłym narkomanie i przestępcy, wrednym i odrażającym, który się nawrócił i pojechał budować sierocińce dla dzieci z Sudanu. Brzmi może dziwnie, ale film jest naprawdę przekonujący i wart zobaczenia.
Nie wiem co prawda, jak ten człowiek łączy sobie i tłumaczy wiarę w Boga ze strzelaniem do ludzi, ale... Widziałam zdjęcia z premiery, na której był - i jakoś mnie ujął. :)

Za parę dni wchodzi do kin "Podróż na sto stóp" - film o kuchni, m.in. indyjskiej, z Omem Puri w jednej z ról drugoplanowych - i oczywiście u mnie go nie grają. :(

Widziałyście pewnie trailer "Bitwy Pięciu Armii":
https://www.youtube.com/watch?v=4s0II95wYI0
Ech, gdyby tylko Peter zmienił zakończenie i zrobił jakiś happy end dla Thorina... :)

Mowilka - 2014-08-06, 14:27

Dobrodziejstwo wakacji :brawo: Naprawdę dobrze wykorzystałaś czas :brawo:
Mam w kolejce Dziewczynę w trampkach i kilka innych filmów spoza Indii, które koniecznie chcę zobaczyć. Oby-oby....

an87 - 2014-08-11, 08:49

Byłam wczoraj na filmie "Podróż na sto stóp".
Wyszłam z kina zachwycona!
Po first pierwsze: piękna muzyka Rahmana.
Po frist drugie: kapitalne kreacje Helen Mirren i Oma Puri.
Film opowiada historię hinduskiej rodziny zmuszonej do emigracji do Europy, która poszukując swojego miejsca trafia na południe Francji. Tam zderza się z rzeczywistością małego miasteczka, w którym prym wiedzie pewna restauratorka i jej jedna gwiazdka w przewodniku Michelina.
Ciepły, mądry film o tolerancji, rodzeniu się przyjaźni i radości jaką daje gotowanie.
W sam raz na letnie, gorące popołudnie.
Polecam. Bardzo!!!
I jeszcze jedno.
NIE IDŹCIE NA FILM GŁODNI!!! :mrgreen:
Ja niestety poszłam :haha:

Hermia - 2014-08-11, 09:45

Czytałaś książkę?
Ja jak zwykle trochę boję się konfrontacji lektura-film. Nigdy nie podzielę zachwytu nad "Slumdogiem", bo byłam świeżo po lekturze i obraz mnie rozczarował.
Jednak chyba po twojej recenzji zaryzykuję, oczywiście po sutej kolacji.
Oglądania na głodno odradzałam kiedyś Mowilce, przy "Smaku curry", ale mnie nie posłuchała.

Mowilka - 2014-08-11, 09:51

Nie poszłam na głodniaka, ale i tak cierpiałam.
Kurcze, żeby tylko grali film kiedy wrócę z wakacji! Teraz już nie zdążę...

GosiaJG - 2014-08-12, 08:25

Robin Williams nie żyje:
http://kultura.gazeta.pl/...63_lata.html#MT
:(

an87 - 2014-08-12, 08:26

Nie żyje Robin Williams [*][*][*]
Swoim rozbrajającym uśmiechem trafiał prosto w serce.
Aż nie chce się wierzyć, że go nie ma. :cry: :cry: :cry:

Mowilka - 2014-08-12, 08:37

Boże kochany... kochałam go, uwielbiałam jego postać z Fisher King. Samobójstwo? Ratunku....
an87 - 2014-08-12, 08:43

Podobno zmagał się z depresją - tak twierdzi jego agentka.
Kiedy usłyszałam o tym od razu przed oczami przewinął mi się w błyskawicznym tempie "Między niebem a piekłem".
Film IHMO genialny w swojej wymowie. Niczym przepiękna wizualna przestroga, ale taka dająca nadzieję.
Oby trafił do tej piękniejszej części.

jagasia - 2014-08-12, 22:02

Świat znowu stał się uboższy o jeden znakomity talent. :( RIP [*]
Hermengilda - 2014-08-12, 22:06

:(
GosiaJG - 2014-08-12, 23:27

an87 napisał/a:
Byłam wczoraj na filmie "Podróż na sto stóp".
Wyszłam z kina zachwycona! (...) Polecam. Bardzo!!!

A ja się przyłączam. :brawo: Co prawda musiałam udać się na seans "Kina na obcasach", bo to był jedyny seans w naszym kinie, i przez ponad pół godziny wysłuchiwać żenujących gadek o sponsorach i oglądać równie żenujące konkursy, ale sam film jest zachwycający. I bollywoodzki chwilami jak nie wiem co. :) Pewnie można by się czepiać, że pewne rzeczy są zbyt oczywiste, toczą się za szybko -ale to przecież kino! Muzyka Rahmana - wspaniała niespodzianka. Podobnie jak krótki, ale ważny występ Juhi na początku. Om Puri - potraktowany w filmie jak równorzędny partner ekranowy dla Helen Mirren. Brawo! Nie wiem, czy kinu indyjskiemu udało się dotychczas tak w pełni wykorzystać jego talent - chyba nie, a szkoda, i tym bardziej brawa dla Hallstroema. W ogromnych oczach Manisha Dayala można utonąć, a on jeszcze dodatkowo czaruje w kuchni. :mrgreen:
Moim zdaniem to obowiązkowy seans wakacyjny.

an87 - 2014-08-13, 17:25

GosiaJG napisał/a:
W ogromnych oczach Manisha Dayala można utonąć, a on jeszcze dodatkowo czaruje w kuchni. :mrgreen:
Dla mnie, to mogliby go dołączać do każdej książki kucharskiej - w zestawie :mrgreen:
Hermia - 2014-08-13, 23:01

Byłam, widziałam i jestem zachwycona. I tym razem nie mogę powiedzieć, że książka lepsza. Książka jest inna. A film czaruje. Koniecznie trzeba zobaczyć.
GosiaJG - 2014-08-14, 15:35

an87 napisał/a:
Dla mnie, to mogliby go dołączać do każdej książki kucharskiej - w zestawie :mrgreen:

Masz rację. :mrgreen:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group