Przekazać zyski powstałe w wyniku cięcia kosztów konsumentom
Wywiad dla The Economic Times z 5 stycznia 2009
Autor: Nandini Raghavendra
Ekonomiczna edukacja jest nadzieją rozrywki jako jednej z
gałęzi przemysłu będącej w sytuacji recesji. Inne elementy
mają mniejsze znaczenie.
Tak, to prawda, że ludzie zawsze będą oglądać filmy,
szczególnie w Indiach, gdzie chodzenie na filmy jest jedyną
formą spędzania czasu poza domem, wspólną dla całych rodzin.
Powiedziano mi, że mój ostatni film, „Rab Ne Bana Di Jodi”
przyciąga mnóstwo rodzinnej publiczności. Gdzie jeszcze
rodziny w Indiach mogą iść? Nie mamy kręglarni lub,
powiedzmy, Disneylandu, nic poza parkami publicznymi czy
może współcześnie – także centrami handlowymi.
A dopóki nie możemy wybrać innych form rozrywki, oglądanie
filmów w kinie pozostanie znaczącym elementem, jeśli chodzi
o zapełnienie czasu wolnego w rozkładzie dnia indyjskich
rodzin.
Jakkolwiek powiedziawszy to twierdzę, że czasy, w których
żyjemy i te, które nadchodzą, wymuszą zmiany, które musimy
zainicjować jako przemysł, by ożywić ten trend. Wnioskuję,
że w dużej mierze filmowy przemysł znalazł się już pod
wpływem [kryzysu], ale dochody nie zostały dotąd
uszczuplone.
Mówiąc o bogactwie mam na myśli to, że wyznaczona wartość
nieruchomości musiała zostać obniżona.
Zmniejszenie dochodów jest oczywiście najgorszym
scenariuszem i w tym przypadku wielka rzesza ludzi będzie
dążyć do szeregowania pod względem ważności – na pierwszym
miejscu będą artykuły pierwszej potrzeby, za tym pójdzie
rozrywka – tutaj też ludzie będą wybierać, co zobaczyć, więc
nie wszystkie filmy będą oglądane – a towary luksusowe będą
oczywiście ostatnie na liście.
Naszym celem jako przemysłu jest przekazanie korzyści z
naszych decyzji konsumentom, którzy mogą ostatecznie
zapłacić niższą cenę biletu, a które, jak mi powiedziano,
znacznie podskoczyły w górę w przypadku nagłośnionych
premier (800 rupii!). Jeśli filmy będą robione przy
mniejszych budżetach, tym samym będą sprzedawane taniej
dystrybutorom, ci z kolei sprzedadzą je za mniej
właścicielom kin, a oni mogą przekazać ten zysk na końcu
konsumentom – w takim znaczeniu, że sprzedadzą bilet w
bardziej przystępnej cenie w multipleksie.
Bliższe przyjrzenie się redukcji wydatków na produkcję,
idącej za kosztami zatrudnienia mogłoby także pomóc. To
oczywiście subiektywna sprawa, ale tutaj jest wielka
elastyczność, być może moglibyśmy iść w kierunku logicznego
systemu, jak system punktowy w Hollywood, który przyznaje
punkty za zarobienie pieniędzy brutto itd.
Co za tym idzie, moglibyśmy przyjrzeć się jeszcze raz
wydatkom na usługi techniczne i na samym końcu – kosztom
zatrudniania ludzi od obsługi i oświetlenia; to powinno być
stanowczo na końcu, by nie dotknęło ich za bardzo.
Ostatecznie możemy dążyć do tego, by robić nasze filmy
szybciej – chociaż nie musi za tym iść obniżenie jakości –
bo każdy dzień powiększa koszta produkcji.
Gdyby to wszystko, o czym mowa powyżej, dodać do siebie, być
może w końcu konsument zyska. Wierzę w to także z punktu
widzenia producenta i mogę powiedzieć, że nigdy nie
popadliśmy w przesadę podczas sprzedawania filmu i – jak do
tej pory – to się nam opłacało pod względem finansowym. W
ten sposób wszyscy zarabiają pieniądze.
Kolejna sprawa to fakt, że interesy za granicą, jeśli chodzi
o nasze filmy, również osiągnęły swój szczyt, możemy pójść
już niewiele dalej. Korporacje, które weszły w biznes,
zostały dotknięte kryzysem; dziś zrobienie filmu za 70 – 80
crore to ogromna inwestycja i jest bardzo trudne, jeśli nie
niemożliwe, żeby zwróciło się tyle samo.
Ja też chciałem zrobić film akcji z dużą ilością efektów
specjalnych, „Ravan”, który gdyby kosztował tyle, ile
założyliśmy, byłby zbyt drogi. Dziś budżet 30 – 40 crore
jest rozsądny i możliwe, że się zwróci, więc każdy raz
jeszcze przygląda się projektom i wraca do punktu wyjścia.
Wybiera się najlepsze, co do których jest największe
prawdopodobieństwo, że nie przepadną.
Z drugiej strony – nawet jeśli analizuje się tak dojrzały
rynek jak hollywoodzki, na dwieście premier filmowych
rocznie tylko cztery lub pięć filmów staje się wielkimi
przebojami. Nigdy nie ma pięćdziesięciu superhitów – tak
samo jest tutaj. Pozostaną te wielkie, jak „Sholay”, „Dil”,
„Raja Hindustani”, „Dilwale Dulhania Le Jayenge” itp. – więc
wracamy do filmów.
Wysłuchała Nandini Raghavendra z Los Angeles, gdzie Shah
Rukh Khan kręci „My Name Is Khan” w reżyserii Karana Johara
Tłumaczenie: Gosia JG
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"