Oh Darling, yeh hai Shah Rukh
Aktor bez prądu
Wywiad dla Filmfare’a, lipiec 1995
Autor: Khalid Mahamed
Wieści krążą po ludziach. W korytarzach studiów, biurach
dystrybutorów i gazetowych news-roomach Shah Rukh jest
tematem dnia. Mimo swojego wypełnionego po brzegi
terminarza, spędzał ostatnio długie godziny w szpitalu
Nanavati. Jego siostra trafiła tam na oddział intensywnej
opieki medycznej... po kilku pełnych napięcia dniach jej
stan określono jako stabilny.
Kiedy się o tym pomyśli, widać, że życie tego 29-letniego
aktora nie jest usłane różami. Odniósł sukces i jest coraz
bardziej rozrywany; przypomina maratończyka w ostrym biegu.
Nie ma snu, nie ma czasu, żeby usiąść i pogapić się, żadnego
nagięcia się do obowiązujących w filmowym piekiełku norm i
zasad zachowania w stylu "yes boss". Prawie jak Alicja w
Krainie czarów, próbuje się orientować w tym dziwacznym
świecie nieprawdopodobnych pejzaży i władczych mieszkańców.
I kiedy to ja ląduję w jego nadmorskim apartamencie w
Bandrze, w popołudnie powszedniego dnia, jestem mentalnie
gotowy na sam na sam przy herbatce z Szalonym
Kapelusznikiem. Na przerzucanie się abstrakcjami i absurdami
ponad dzbankiem herbaty i imbirowymi herbatnikami. Może tak
będzie, ale nie musi. Jak się okazuje, natrafiam na
niezwykły dla niego powściągliwy nastrój. Jak mogłaby
zamruczeć Tanita Tikaram, w jego wyglądzie i głowie panuje
dziś zachwianie wewnętrznego spokoju
Pakuje się do wyjazdu na europejski blok zdjęciowy do „Dilwale
Dulhania Le Jayenge” Adityi Chopry. Tak naprawdę nie chce
jechać... ach, nie dla niego teraz uciechy lotu klasą dla
vipów. Chciałby zostać przy siostrze. Ale lekarze
zapewniają, ze wszystko jest OK... obowiązek wzywa... i
termin lotu Londyn-Paryż-Rzym-Genewa przyzywa brata, który
musi odłożyć na bok swoje uczuciowe turbulencje.
Po debacie o zaletach łapczywego picia zmrożonej wody
mineralnej i gorzkiej herbaty w parne popołudnie, zasiadamy,
żeby wypić chai. Bardziej martwię się o jego rozkład dnia
niż on sam. „Słuchaj, nie chciałbym ci zabrać za dużo
czasu”, mamroczę. „Nie ma sprawy... mam dużo czasu”,
odpowiada, choć telefon płacze jak wściekły niemowlak
domagający się butelki. Jak się należało spodziewać,
następuje teraz występ gościnny Kabira (asystent Shahrukha -
przypisek tłumacza), jego oddanego Piętaszka. Wchodzi,
uśmiecha się łagodnie i przechodzi w kierunku otwartego
tarasu.
Bez dalszej zwłoki pytam:
Widzisz, wokół powodów, dla których Twoja siostra
znalazła sie w szpitalu, krążą wszelakie opowieści. Czy
możesz mi powiedzieć, co się właściwie stało?
Oboje pochodzimy ze świata, który w pewnym momencie
zatrząsł się w posadach. Mamy tylko siebie nawzajem. Jednak
ja wciąż mam wiarę w ludzi... że nie zrobią sobie
pośmiewiska z nieszczęścia drugiego człowieka. Ja wciąż
pracuję, zmuszam się do najwyższych możliwych obrotów, mając
nadzieję wbrew nadziei, że na koniec wszystko dobrze się
ułoży. Nie sądzę, żebym używał pracy jako ujścia dla tego
wszystkiego, co dzieje się we mnie... Staram się po prostu o
tym nie myśleć, pracując, pracując i jeszcze więcej
pracując. Ale martwię się, martwię się bardzo o moją
siostrę. Shahnaz Lalla Rukh jest starsza ode mnie o pięć
lat... choć wygląda młodziej. I ona jest tą bardziej
wrażliwą, była rozpieszczana. I kiedy zaczęła zbliżać się
psychicznie do naszej matki, matka umarła...
Podczas zdjęć złamałem sobie żebro, zostałem natychmiast
przewieziony do szpitala i opatrzony. Moja mama zmarła w
szpitalu... my jakoś nie lubimy szpitali. Shahnaz bardzo
zdenerwowała się moją kontuzją. Przyjechałem do domu o 3 w
nocy, a ona wciąż była na nogach. Nie przestawała się
zamartwiać i w rezultacie nie spała przez trzy noce z rzędu.
Nie wzięła także środka nasennego. Prawie nic nie jadła. W
rezultacie odwodniła się, jej poziom potasu spadł
drastycznie i straciła przytomność.
Co gorsza, kiedy upadła, uderzyła się bardzo poważnie w
głowę. Zrobiono jej tomografię, na szczęście wszystko jest w
porządku. Nie ma poważnych uszkodzeń. Kiedy tylko wyrówna
się stan jej elektrolitów, zostanie wypisana ze szpitala.
Mam nadzieję, ze pod koniec miesiąca dołączy do mnie w
Londynie.
Czujesz się teraz bardziej dorosły i odpowiedzialny?
Ha! Nic o tym nie wiem. Dalej uwielbiam bawić się zabawkami
(strzela palcami). Staję się dzieckiem w jednej chwili,
wszyscy nawet tak mnie traktują. Jestem zepsutym bachorem,
który za dużo pali. Poza niepokojami od czasu do czasu,
życie nie jest zbyt ciężkie, nie mam absolutnie żadnych
powodów do narzekań. Ale kiedy zaczynam wgłębiać się w
siebie, czuję się dojrzały. Przypominam sobie wtedy, że
jestem dorosły.
I mam satysfakcję wiedząc, ze nigdy nie byłem po złej
stronie. Chcący czy niechcący, nigdy nikogo nie zraniłem.
Niepowodzenia zdarzały mi się, bo jestem dobrym człowiekiem.
Tak... naprawdę... nie unoś brwi. Nigdy nie troszczyłem się
o dom, wszystko idzie własnym rozpędem (obraca się wokół,
rozproszony, od jednej sofy do drugiej). I popatrz, mam
żonę, dwa psy, jedzenie w lodówce i cztery Filmfare'y
zdobyte w ciągu trzech lat. Chcę zdobyć 16 i pobić rekord
Kamala Hassana.
Czy ty w ogóle umiesz siedzieć spokojnie?
NIE, NIE UMIEM. Jestem zawsze w ruchu. Ale mogę się zmusić
do przybrania statycznej pozycji, mogę nakazać sobie
myślenie, że jestem martwy (wykłada się na sofie). Widzisz,
mogę tak leżeć godzinami, wyciągając rękę tylko żeby zapalić
albo podnieść kciuk. Ale nie jestem w stanie spać po
południu. Nawet nocą po prostu nakłaniam sam siebie, żeby
zasnąć na trzy-cztery godziny. Mahesh Bhatt powiedział mi,
że cierpię na pracoholizm. Mnie to odpowiada. Kiedy nie
gram, reperuję dach, majstruję przy klimatyzatorze albo
dzwonku do drzwi.
Czy i Ty jesteś skażony tym, jak funkcjonuje środowisko
filmowe?
Przepraszam bardzo... a wydaje ci się, że tak? Nie, nie nie,
ja tak wcale nie myślę. Nikt mi jeszcze nie powiedział, że
się pod tym względem zmieniłem. Może dlatego nie mówią nic
złego, ze jeszcze nie miałem serii flopów. W dniu, w
którym to się stanie, zostanę oskarżony o wszystko, o co
tylko się da. Że zadzieram nosa aż do sufitu... Kiedy to się
stanie, poradzę sobie. A na razie jestem takim trochę
swobodnym jeźdźcem branży.
Mówi się, ze Dilip Kumar jest na ciebie zdenerwowany, z
powodu twoich bezczelnych wypowiedzi na jego temat.
Naprawdę? To dla mnie nowina. Nie pamiętam, żebym powiedział
o nim coś bezczelnego.
Co więc się stało z projektem filmu Ramesha Sippy z nim i
z tobą?
Pan Sippy powiedział mi, że będziemy go robić, jak tylko
Dilip saab skończy „Kalingę”..., ale to zabierze trochę
czasu. Potem on poważnie rozważy tę ofertę. I dlatego pan
Sippy zaczął w międzyczasie kręcenie „Zamaana Deewana”.
Powiedział „Dawaj, zróbmy coś na szybko”. Mam nadzieję, że
Dilip saab przyklepie projekt. Podchodzimy bardzo
emocjonalnie do tego filmu. Dopóki nie dojdzie do
realizacji, pan Sippy będzie się zajmował swoimi innymi
projektami, między innymi filmem z Naną Patekarem i ze mną.
Nie ma więc żadnych kontrowersji między Dilipem Kumarem a
Tobą?
Zadając mi takie pytanie, przyznajesz mi o wiele więcej
powagi, niż jej mam. Nadajesz mi status, na jaki nie
zasługuję. Kiedy ja będę starym człowiekiem, on będzie miał
100 lat. Wiąż powtarzam, że mam wielką nadzieję, że zagram z
nim pewnego dnia. Zawsze, kiedy go spotykam, jest dla mnie
miły i bardzo grzeczny. Klepie mnie po policzku. Dilip saab
nawet nie wie, że klepie bardzo mocno.
Początkowo miałem wrażenie, że małpujesz Dilipa Kumara.
Robiono nawet porównania.
Jeśli go małpowałem, to zrobiłem kawał cholernie dobrej
roboty. Ale nie lubię takich porównań... do A,B,C czy Z. Co
więcej, takie porównania umniejszają wielkiego aktora. On
jest tutaj od tylu lat.
Ale moim bohaterem jest Amitabh Bachchan. Moje pokolenie
wyrosło na jego filmach. Czasami nie chce mi się wierzyć, że
zdarzyło się to mnie – tłumy, które stały w ogonkach po
bilety na filmy Dilipa Kumara i Amitabha Bachchana, stoją
teraz w kolejkach do moich filmów. Jestem dumny, że zostałem
aktorem. Za jakieś pięć lat, dzień, w którym zacznę kopiować
samego siebie, będzie najlepszy. Czekam na moment, w którym
inni zaczną mówić, „OK, zróbmy tę scenę na sposób Shah Rukha”.
Teraz mówią, „Zróbmy to tak, jak Amitabh w 'Deewar'”. Swoją
drogą, mam bzika na punkcie sceny z „Shakti”, w której Dilip
Kumar nie ma poważnego dialogu, niczego właściwie. Rzuca po
prostu od niechcenia najzwyklejszą kwestię „Aap kya karrahem
hain janab”, żeby dać Amitabhowi czas na podejście do niego
w pokoju, w którym obaj są. To było dopiero aktorstwo!
Czy kiedykolwiek jesteś przygnębiony? Czy twój duch
został stłamszony przez to, czego doświadczyłeś?
Nie, nie, nigdy nie czuję się przygnębiony. I to się nie
zmieni. Życie jest za krótkie, chcę osiągnąć jeszcze dużo,
dużo więcej. Ciągle mi się wydaje, że dopiero zaczynam.
Jakbym dopiero opuścił przedszkole i szedł do pierwszej
klasy.
Kogo uważasz za najgroźniejszego rywala?
Nikogo. Nikt nie jest dla mnie konkurencją.
Czy podziwiałeś występy którychś kolegów z branży?
Chodzi ci o współczesne filmy?
Tak.
(Myśli i myśli) Aamir Khan w „Dil Hai Ke Maanta Nahin”...
Nana Patekar w „Raju Ban Gaya Gentleman”, bardziej niż w „Krantiveer”.
I Kamal Hassan w „Appu Raja”. Chciałbym być jak Kamal Hassan.
Widziałem go, spotkałem się z nim, zapytałem, czy mogę go
dotknąć. Całą fizyczną stronę mojego aktorstwa wziąłem od
niego... wiesz, kiedy mam kuleć, albo upaść, robię to jak
Kamal Hassan. Nie zapomnę, jak chodził w „Sadma”.
Wykorzystałem to w „Darr”, kiedy biegłem i walnąłem w słup.
To było wzięte z „Sadma”.
Czy zdarzyło ci się nie lubić siebie na ekranie?
Taaa, w „Karan Arjun”. Byłem kompletnie zagubiony, nie
wiedziałem, czy przychodzę czy wychodzę. Nie lubię być po
prostu bohaterem. I tak tańcząc do „Jaati Hoon Main”, nagle
warczałem „Maar daloonga saala tujhe”...
Poza tym, co w ogóle bohater ma do roboty? Musi tylko
powiedzieć „Maa... hey Kaalia...”, potem popatrzeć heroinie
w oczy i wymamrotać „Tumhari aankhen mujhe madhash kar deti
hain, haaaaai”...Potem mamy szybki skok raz-dwa-trzy do „Yeh
kaali kaali aankhen”, a potem „disjhum phatak dhaad dhum...”
i koniec. Gdybym nie robił tego dla Rakesha Roshana i
Salmana Khana, chyba bym zwariował. Powiedzieli, że chcą,
żeby film odniósł sukces, powiedzieli, zrób to, zaufaj nam.
Zaufałem, mieli zresztą rację. „Karan Arjun” był hitem.
Czemu herosi tak boją się grać?
Boją się utracić swój tak zwany „hero image”. W końcu to ich
heroiczne czyny zrobiły z ich herosów. Nakręciłem "Baazigar",
"Darr" i "Anjaam" żeby być „innym”. Ale w pewnym momencie te
moje role też stały się formułą. Wciąż mam na karku Kkkkk...
Kiran i Bbbb... Baazigara. Przypomina mi się o nich
codziennie, studiach i na ulicach. Na ile wiem yo ho gaya,
so ho gaya. Muszę iść dalej, zrobić coś innego. Nie mogę
zbyt długo żyć rolą. Każda rola męczy mnie po sześciu
miesiącach. Kiedy kręcę film przez pół roku, mam dość
każdego z ekipy. Uprzykrzam im życie, poganiam, żebyśmy jak
najszybciej skończyli.
Możesz sobie wyobrazić życie bez grania?
I tak i nie. Gdybym nie mógł grać, pewnie uczyłbym
aktorstwa. Lubię dawać rady, mógłbym założyć gazetowy kącik
porad.
Jakie porady dawałbyś swoim rówieśnikom, na przykład
Aamirowi Khanowi?
Chciałbym mu powiedzieć – przez rok odpuść i po prostu
poszalej sobie. Zrób to wszystko, czego dotąd nie robiłeś.
On podchodzi do pracy z pasją i bardzo metodycznie. Może
osiągnąłby jeszcze więcej, gdyby dał sobie więcej luzu,
rozpuścił włosy na wiatr.
Ostatnie pytanie. Czy grając używasz głowy?
Oho-ho, teraz śmieszne pytanie. I odpowiem na nie tak: ja
myślę sercem. Nigdy nie używam samej głowy. Może tak będę
robił, kiedy moje ciało nie będzie już giętkie. Będę nad
wszystkim rozmyślał dwa, trzy, cztery razy, jak zrobić, żeby
zadowolić ludzi. Będę chytrym manipulatorem.
Nie podnoś znowu brwi. Bo co, wiesz więcej na ten temat? No
dobrze, nie będę manipuował, będę robił mętlik.... mówię z
sensem?
Nie.
Ha! Jak mógłbym? Mówiłem, nie używam głowy.
Tłumaczenie: Mowilka
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"