|
w skrócie
autobiografia
wywiady
artykuły
przemówienia
o filmach
Still Reading Khan
mapa wspomnień
co lubi SRK ?
nagrody
inni o SRK
|
Rider on the beat
Wywiad dla Filmfare’a, maj 2009
Autor: Anuradha Choudhary
Ruszyła IPL. Shah Rukh Khan zręcznie odbija podkręcane piłki
Anuradhy Choudhary.
Scena już przygotowana. Serio, kiedy idzie o konserwowanie
krykietowej rozrywki, nie ma to jak IPL. Na boisku ustawiono
już nowe przegrupowania, stare odstawiono na boczny tor. A
Shah Rukh jest chętny do sformowania w tym roku swoich
własnych. Jako właściciel Kolkata Knight Riders ma nadzieję,
że jego zespół spisze się lepiej, niż w zeszłym sezonie.
Kampania reklamowa i marketingowa ruszyła pełną parą. A
teraz zespół potrzebuje osiągnięć. Shah Rukh Khan wie o tym
lepiej niż ktokolwiek inny. Niczego nie pozostawia więc
przypadkowi. Tak, stał się obiektem ostrej krytyki za
koncepcję czterech kapitanów, za uwagi o Sunilu Gavaskarze...
Choć super gwiazdor twierdzi, że został źle zrozumiany.
Właśnie teraz wchłonęła go krykietowa gorączka w Afryce.
Dopinguje swój zespół do walki, zagrzewa do lepszej gry,
przemawia do młodych, motywując ich. Wstępna euforia
pierwszych rozgrywek ustępuje miejsca poważnej rywalizacji.
Piłka na boisko, zaczynamy mecz. A na polu osobistym, zawarł
pokój z Aamirem Khanem. Mówi, że jest ponad małostkową
rywalizację i wywyższanie się. Oswaja własne demony...
Ponieważ na zewnątrz hałasują Kolkata Knights, Shah Rukh
znajduje spokojny kąt w łazience, żeby pogadać z Filmfare. I
choć rozmowa momentami lekko zamiera, SRK jest w swej
zwykłej elokwentnej formie. Wyjaśnia nieporozumienia i
ustala fakty tak zdecydowanie, jak to tylko on potrafi...
Oto fragmenty:
Jak wpłynęło na ciebie przeniesienie rozgrywek IPL?
Miało to na nas wielki wpływ emocjonalny. Naprawdę chciałbym
żeby drugi sezon IPL odbywał się w Kolkacie. Ta sportowa
gorączka, szaleństwo, pasja, jakie miało miejsce na tamtym
stadionie jest czymś, czego trzeba doświadczyć, żeby
uwierzyć. Kolkata jest naszym własnym miejscem, tam
zaczynaliśmy, jest sensem tego zespołu, bardzo mi tego
brakuje. Mimo trochę nerwowych ruchów, problemów
organizacyjnych, wzlotów i upadków, było to niesamowicie
przyjemne. To jasne, że za czymś takim się potem tęskni.
Oczywiście, jako koncesjonowany właściciel, tutaj w Afryce
Południowej nie mam wiele do roboty. Wszystko jest z góry
zorganizowane, więc zespół nie musi zajmować się detalami.
Normalnie w Kolkacie Kolkata Riders wszystkim dowodzą, teraz
nic nie musimy robić. Tylko idziemy popatrzeć na mecze.
Tak po prostu?
Oczywiście trzeba podejmować decyzje. I promować zespół. To
jest Afryka Południowa, więc rzecz jasna, tu jest trudniej,
ale ja mam pewną przewagę dzięki moim filmom. Na przykład
wczoraj była parada i wszyscy stali z transparentami Kolkata
Knight Riders. Mamy fory, jakich nie mają inni. Oprócz tego,
tu jest inaczej niż w Indiach, o wiele mniej marketingu.
Programy telewizyjne są wyświetlane jak zawsze. Jak chodzi o
pracę, mamy tu naprawdę wakacje. Spędzam z zespołem więcej
czasu, niż w Indiach.
Kto się tutaj zajmuje organizacją?
Centralny zarząd IPL i organizacja krykietowa RPA. Wiedzą,
że jesteśmy tu nowi, stadiony są porozrzucane, nic nie wiemy
o tym miejscu. Oni się więc wszystkim zajmują, a są od nas o
wiele lepiej zorganizowani. Mamy na bieżąco wszystkie
informacje, na przykład o tym, ile miejsc dla nas
wyznaczono. Wszystko jest ustalane centralnie, więc nie
musimy sami niczego kalkulować. Nawet sprzedaż biletów jest
tak zorganizowana. Na koniec rozgrywek powiedzą nam, ile
biletów zostało w sumie sprzedanych i wtedy się za nie
rozliczymy.
Czego cię nauczył pierwszy sezon IPL?
Paru rzeczy. Po pierwsze tego, że praca w firmie musi być
porozdzielana. To trudne zadanie. Więc jedna grupa ludzi ma
się zająć tym, co związane z krykietem i zarządzaniem
zespołem. Druga grupa zajmuje się administracją, a trzecia
sponsoringiem i marketingiem. Tak więc są trzy działy. Jeśli
chodzi o sam krykiet, nie mamy nic do powiedzenia, bo
trenerzy i zawodnicy wiedza, jak grać T20 i wypracowują nowe
strategie. Przez cały rok odwiedzaliśmy obozy krykietowe
szukając nowych talentów i teraz formujemy bazę Knights
Riders. Chcę dać im szansę wejścia na boisko. W pierwszym
sezonie wybraliśmy rzecz jasna doświadczonych graczy. Teraz
szukamy utalentowanych krykiecistów w całych Indiach.
Będziemy ich trenować przez cały rok.
Tutaj, w Afryce, pitch (murawa, płaski pas na środku boiska
– przypisek tłumacza) jest trochę inny, ale ten aspekt interesuje
grupę odpowiedzialną za sam krykiet, więc oni sobie z tym
radzą. Co roku wiele zależy nie od tego, jak dobrze zespół
gra, ale od tego, jak go promujesz i jakich zdobywasz
sponsorów. Nie możesz tego zrobić jak należy w przeciągu
jednego roku, potrzebujesz co najmniej 3 lat, bo nieważne,
jak dobrze opracowałeś plany, masz tylko 40 dni na ich
sprawdzenie w praktyce.
Koncepcja czterech kapitanów znalazła się pod ostrzałem
ostrej krytyki.
A tak naprawdę, nikt nie wie nawet, na czym polega koncepcja
czterech kapitanów. Zakładają z góry, że na boisku ma być
czterech kapitanów. Albo, że w każdym meczu kto inny ma być
kapitanem. Wszystkie te spekulacje są błędne. Jest to
strategia obmyślona przez Johna Buchanana i wszyscy ją
pojmą, kiedy zobaczą, jak to działa w praktyce. Ludzie są
zawsze skłonni do wychodzenia przed orkiestrę bez
zrozumienia koncepcji, tylko z powodu użycia słowa
„kapitan”. Zdecydowaliśmy się mieć czterech szefów różnych
formacji. A więc będzie osoba, która ma zbierać informacje o
bowling (rzucaniu – przypisek tłumacza) spoza boiska (nie na
boisku), druga osoba będzie zbierać informacje o batting
(odbijaniu – przypisek tłumacza), trzecia o fielding (grze w
polu). A na boisku będzie jeden kapitan podejmujący decyzje
na podstawie wszystkich zebranych informacji. Nikt póki co
nie rozumie tej koncepcji, za to każdy ją ocenia. Na razie,
na ile się zorientowaliśmy, to działa. Właściwie nie powinno
się jej nazywać koncepcją czterech kapitanów, tylko
strategią kolektywnego treningu. Nie mamy czterech
kapitanów, to byłoby wariactwo na boisku. Mamy szefów
formacji, którzy dostarczają informacji kapitanowi na
boisku. A on jest tylko jeden.
Słyszałam, że przeprosiłeś Sunila Gavaskara, czy to prawda?
Nigdy nie powiedziałem, że on powinien kupić sobie drużynę.
Mówię to wszystkim, którzy pouczają mnie, jak kierować
zespołem. Jeśli chcesz to robić, wolna droga, kup sobie
drużynę i próbuj. Gavaskar jest kimś wielkim w krykiecie i
ma swój punkt widzenia, z którym zgadza się 96 procent ludzi
w kraju, że koncepcja wielu kapitanów jest błędna. Braliśmy
pod uwagę jego zdanie. Ale kiedy jego porady dotyczą tego,
jak prowadzić drużynę, to nie ma on pojęcia, dlaczego
wydajemy tyle pieniędzy i czemu robimy to czy to.
Zadzwoniłem więc do niego i powiedziałem mu, że nie powinien
mnie źle zrozumieć. Ja nigdy nie powiedziałem, że powinien
sobie kupić własną drużynę. Powiedziałem to na tej samej
konferencji, więc ludzie zakładają, że moje słowa kierowałem
do Gavaskara. Zadzwoniłem i powiedziałem, że przepraszam,
jeśli mnie źle zrozumiał, czemu miałbym mu radzić kupowanie
drużyny?
Wypadło to wszystko trochę nieładnie.
Wyglądało to trochę chamsko. Powiedziałem już o tym.
Gavaskar ma swój punkt widzenia, który na pewno weźmiemy pod
uwagę. Nigdy nie zamierzałem być niegrzeczny w stosunku do
kogokolwiek i radzić mu, żeby kupił własny zespół. Mówiłem
to do 20 milionów ludzi, którzy wciąż mówią mi, aisa karo,
zrób to, czy tamto. Jeśli taka masa ludzi ma tyle pomysłów,
proszę bardzo, niech kupują drużyny i je realizują. Kiedy ja
swoją kupowałem, wszyscy się ze mnie śmiali i mówili, że
robię głupstwo.
Jak utrzymujesz równowagę pomiędzy miłością do krykieta a
związanym z nim aspektem handlowym?
Co do komercji, to mamy sporo szczęścia, bo sponsorzy są
powiązani ze mną. Mamy maximum sponsoringu przypadającego na
jedną drużynę. Być może nie mam racji, ale nie wydaje mi
się, żeby inny zespół dysponował takimi pieniędzmi. Ale mogę
się mylić. Nic nie wiem i nie chcę komentować stanu innych
drużyn. Ale my mamy więcej pieniędzy, niż w zeszłym roku, co
sporo znaczy biorąc pod uwagę, że panuje recesja. Oznacza
to, że główny sponsoring zwiększył się do miliona dolarów.
Dostaliśmy więc o wiele więcej pieniędzy. Myślę, że w tym
roku większość drużyn straci lub wyjdzie na zero. My wydamy
około 70 crore na naszą markę. Koncesja na każdy produkt ma
swoje osobne opłaty, nasze to około 30 crore. W zeszłym roku
tylko my osiągnęliśmy zyski, w tym roku też mamy zamiar je
osiągnąć. Uważa się powszechnie, że w pierwszych latach
ponosi się straty, ale mnie się wydaje, że nasza marka jakoś
od razu urosła. Sprzedaliśmy maksymalną liczbę koszulek.
Nasze t-shirty sprzedawały się jak gorące bułeczki,
przynosząc duży dochód. To oczywiście dobra podstawa do
marketingu. Jeśli nasz zespół będzie dobrze grał przez
następne dwie czy trzy kolejki, podniesie to sprzedaż.
W tym roku znowu wiele się oczekuje po waszej drużynie.
Nie wiem, yaar, ludzie wywierają na nas wielką presję. W
zeszłym roku skończyliśmy na szóstym miejscu, kiepsko nam
poszło i pogodziliśmy się z tym. Ale że mieliśmy sporą dawkę
zabawy i luzu, zdołaliśmy poderwać młodzież. Chciałbym, żeby
nasza młodzież kibicowała Kolkata Knght Riders. Wydaje mi
się, że na tym polu odnieśliśmy sukces. To dlatego podobały
im się nasze koszulki, kupowali video, podobał im się nasz
klimat, a niektórzy nasi gracze są naprawdę fantastyczni,
jak Brendon McCullum czy Sourav Ganguly. Mam nadzieję, że
dobrą grą dorośniemy do oczekiwań publiczności.
Na ile angażujesz się osobiście w przygotowanie drużyny?
Krykiet należy do młodzieży, więc ja tylko siedzę i patrzę.
Nie mogę ich nauczyć wiele o krykiecie, ale mogę o życiu,
taki jest mój pomysł. Korzystam z okazji, żeby być
nauczycielem. Uwielbiam mówić młodym, jak żyć. W drużynie
mamy trzy książki. Jedna jest o krykiecie, jedna o kodeksie
postępowania sportowca, a jedna o tym, jak pomóc ludziom
przeżyć życie, uczciwie i ciężko pracując. Mają wiele
problemów i różnych napięć, a ja siedzę z nimi i mówię im,
jak osiągnąłem różne rzeczy w życiu. Robię notatki z tych
spotkań i piszę książkę, podstawy nauczania dzieci, jak
próbować w życiu osiągnąć sukces, uczciwie i szczęśliwie.
Wczoraj na przykład miałem spotkanie z nowymi dzieciakami i
Sourav Ganguly pomógł mi nawiązać z nimi kontakt.
Powiedziałem Dadzie, zróbmy tak, żeby poczuli się miło. Jest
duże pole do popisu, oni nagle zaczęli zarabiać pieniądze, a
nie wiedzą, jak pokierować swoim życiem. Jestem więc w to
nauczanie zaangażowany tak samo jak w marketing, szukanie
sponsorów i reklamodawców. Administracją zajmuje się Jai
Mehta, a grą John Buchanan i Matthew Mohan.
Czy IPL nie robi się trochę filmowa? Są bohaterowie i
złoczyńcy...
Nie, nie, nie sądzę. Jest pewna nieprzewidywalność, na
przykład jak wtedy, kiedy nie wiesz, czy twój film odniesie
sukces, czy nie. Wkładasz w to całego siebie, ale nie wiesz,
czy to przyniesie profity. Ale w tej nieprzewidywalności
tkwi piękno i sportu i rozrywki. Oczywiście w przypadku
złych i dobrych to nie ma zastosowania, inna jest koncepcja
produkcyjna. Podobnie i tu, jakąkolwiek opowieść chcesz
przedstawić przy pomocy drużyny IPL i tak należy ona do
aktorów, czyli krykiecistów. Nie chodzi tu o talent. W
dobrym dniu nawet najgorszy gracz może wykonać świetną
robotę a w złym, nawet najlepszy sobie nie poradzi. Chyba
nie da się tego sprowadzić do porównania z filmem, w którym
jest bohater i jest złoczyńca. W końcu to sport. Sport
powinien być wolny od pewnych aspektów. Regionalizm, presja
zwycięstwa i małe, drobne kontrowersje, które ciągle
stawiają zawodników pod lupą. Uważam, że my, Indusi, nie
umiemy w pełni cenić sportu. Mówimy tylko o wygrywaniu i
przegrywaniu. Jednego dnia zawodnicy są jak bogowie,
następnego dnia, wszyscy są złoczyńcami. Kiedy rozmawiam z
Souravem Ganguly, mówi tylko, bracie Shah Rukhu, to jest w
porządku. Przyjmuje bardzo miło to, co mówię, jest wielkim
sportowcem. Nie bierzemy sobie naszych porażek zbyt głęboko
do serca, bo następnego dnia możemy wyjść na boisko i wygrać
znowu. Trzeba być i bezstronnym i mieć pasję. To świetna
kombinacja, której zbyt często się nie spotyka.
Umiesz przegrywać?
Skoro przegrywasz, musisz umieć to robić. Inaczej się nie
da. W mojej pracy rzadko ponosiłem porażki, dla mnie więc to
wielka szkoła i nauka. Czasami aż się boję, bo jestem tak
związany z zespołem, jak z własnymi dziećmi. I czuję się tak
samo źle, kiedy moje dzieci nie wygrywają w wyścigu. Nie
traktuję tego osobiście, ale czuję się okropnie. To bardzo
boli. To chyba też jest potrzebne. Bóg dał mi przez lata tak
wiele sukcesów, że teraz pewnie nadszedł czas na
doświadczenie także smaku porażki. To sprawia, że uczę się i
skromności i tego jak być miłym. Uczę się cierpliwości i
rozwiązywania spraw. Uczę się też, że niekoniecznie
wszystko, czego dotykamy, zmienia się w złoto. Na szczęście
na polu interesów i marketingu wszystko jest złotem. Ale za
każdym razem uczę się, że kiedy przychodzi do meczu,
wszystko może pójść nie tak. Uczę się, jak nabierać
dystansu, zachowując pasję. Nie lubię przegrywać, nie jestem
w tym dobry, ale nikt tego nie lubi. Widzisz, rok temu,
kiedy budowaliśmy drużynę, mowa była tylko o zwycięstwie.
Przekonałem się jednak, że ten zespół uczy mnie, jak
przegrywać, ale nie być przegranym. Mecze tego uczą. Zawsze
myślałem, że w sporcie chodzi o zwycięstwo. Jutro możesz się
obudzić i spróbować znowu. Takie jest życie. Nie liczy się,
że przegrywasz, tylko jak to przyjmujesz.
Byłeś wkurzony, kiedy Twoje smsy wysyłane do drużyny
przedostały się do prasy?
One były do moich dzieci... a ja nie uważam, że to, co mówię
moim dzieciom za zamkniętymi drzwiami powinno wydostawać się
na zewnątrz. Mówię do nich. To co mówię może być dobre albo
złe. Kiedy rozmawiamy o innych zespołach, to w kontekście,
jak ich pokonać. A inne zespoły należą do przyjaciół, jak
Preity Kings XI Punjab, Rajastan Royals, czy Mumbai Indians.
Oni pewnie też w swoim gronie rozmawiają o nas, ale kiedy
wydostaje się to na zewnątrz, wygląda dziwnie, że o
przyjaciołach mówimy w ten sposób.
Przejdźmy do przemysłu filmowego. Dogadałeś się ostatnio z
Aamirem Khanem. Czy w rzeczywistości porozumieliście się
tylko dla dobra Związku Pruducentów?
Bóg jedyny wie, czemu ludzie w to nie wierzą, ale ja ten
konflikt zostawiłem już dawno za sobą. Czasami to aż
przerażające. Jeśli ktoś powie o mnie jakąś rzecz, dobrą czy
złą, naprawdę nie dotyka mnie to w takim stopniu, żebym
musiał albo dawać sprostowanie, albo dziękować. Taki się
stałem. Mam tyle na głowie, że nie zwracam uwagi na to, co
ludzie o mnie mówią czy myślą. Czasami aż się tego boję, bo
przestało to mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Miło
jest, kiedy ludzie są dla mnie mili. Zachowuję się dobrze,
jestem dla wszystkich serdeczny i tego samego oczekuję od
innych. Chciałbym, żeby wszyscy byli dobrzy dla siebie
nawzajem. Ale jeśli tak nie jest, nie zamartwiam się tym
dniem i nocą. Aamir jest też otwarty, spotkaliśmy się więc i
omówili całą sprawę. Dla mnie wszystko jest w porządku na
tym froncie. Nie potrzebuję niczyjej aprobaty ani
dezaprobaty. Każdego dnia ktoś cię chwali albo gani.
Szczerze, jakoś te sprawy przestały mnie w ogóle dotykać.
Ważne jest dla mnie, że ludziom podoba się moja praca,
kochają mnie za to, co robię. Ale nie ma żadnego znaczenia,
co myślą o mnie osobiście.
Kiedy mówisz coś takiego, wydajesz się być głęboko zraniony.
Nie jestem. Nie znam już samego siebie. Zajęty jestem
wieloma sprawami, a to sprawia, że muszę wychodzić poza
siebie samego. Nie umiem tego wyjaśnić, może musiałabyś być
w mojej sytuacji, żeby to pojąć. Skoro ja sam uważam, że nie
mam czasu na próby zrozumienia samego siebie, jak mógłbym
spodziewać się, że ktoś inny mnie rozgryzie, pozytywnie, czy
negatywnie? Ktoś mi powiedział, zdarzyło ci się tyle rzeczy,
że nie masz nawet zasobu słownictwa, czy w ogóle pojęcia na
ten temat, żeby wszystko to wyjaśnić. Jeśli nie mam czasu
zastanowić się nad zrozumieniem samego siebie, czemu mam go
tracić na rozważanie, co myślą o mnie inni? Wielu mnie
wychwala, a ja myślę, że to niezasłużenie, ale jest też
wielu takich, którzy mnie nie lubią, o tym też myślę, że
niezasłużenie. Nie jestem zraniony, yaar, otaczają mnie
najpiękniejsi ludzie, moje dzieci, siostra. Poczuję się
fatalnie w dniu, w którym to oni powiedzą mi, że zrobiłem
coś złego. Moje dzieci kłócą się ze mną o moją fryzurę czy
koszule, które noszę. To dla mnie ważniejsze niż
usprawiedliwianie tego, co mówi większość. Nie uważam
zresztą, żeby mieli złe intencje. Na temat tego, co się o
mnie mówi nie czuję ani gniewu, ani euforii, ani urazy. Czy
to znaczy, że utraciłem wrażliwość? Czy to znaczy, że żyję w
wieży z kości słoniowej i stałem się za bardzo skupiony na
sobie? Nie wiem. Jestem po prostu szczery.
Czy Salman Khan jest następny na liście do pojednania?
Nie wiem już, jak to wyjaśnić. Nie wiem, czemu ludzie wciąż
mnie o to pytają. Nie jestem niczyim wrogiem i nie będę
nikomu się tłumaczył z mojej dobroci lub złego zachowania.
Te wyjaśnienia zostawiam dla moich dzieci. Ważniejsze jest,
żeby to one wiedziały, czy tato jest zły czy dobry, niż
ludzie, którzy mają własne, piękne życie. Wszystkim dobrze
życzę. Może jestem zbyt zajęty sobą, ale nie rozmyślam o
tych sprawach. Nie zastanawiam się nad innymi ludźmi, myślę
tylko o najbliższych.
Wydaje mi się, że to jedynie kwestia zachowania zdrowego
rozsądku, bo codziennie wyskakują nowe kontrowersje.
Fajnie jest być na moim miejscu, nie lekceważę żadnych
weryfikacji, czy, no wiesz, sprawdzania opcji, jakiemu się
mnie standardowo poddaje. To tylko sprawia, że chcę być
jeszcze lepszy. Rzeczy takie, jak Shah Rukh powininien
głosować, Shah Rukh powinien zrobić to, Shah Rukh powinien
zrobić tamto, czemu nie prowadzi drużyny w ten sposób, nie
mają już dla mnie znaczenia. Mój ojciec, a nawet Salim Khan
(ojciec Salmana – przypisek tłumacza) mówili mi, że jedna tylko
rzecz jest stała, to, ze każdy ciągnie za sobą swój cień.
Ale w tłumie możesz stracić nawet i to, więc staraj się iść
samotnie. Będę szedł sam, takie życie sobie wybieram.
Co sądzisz o gwiazdach angażujących się w kampanie
polityczne?
Mam wielu przyjaciół wśród polityków. Lubię ich, ale nie
wiem, co robią zawodowo, bo nigdy nie zadałem sobie trudu,
żeby się tego dowiedzieć. Zakładam, że robią dobrą robotę,
skoro są dobrymi ludźmi. Ale nawet dobry człowiek nie może
ci powiedzieć graj dla mnie. Ty możesz być dobrym
przyjacielem, czy dobrym człowiekiem, ale ja nie wiem, jak
ty pracujesz. Ludzie, którzy się w to angażują albo
znają swoich polityków, albo mają powody osobiste. Ale ja
czuję, że powinienem się trzymać od tego z daleka.
Mówi się, że próbował cię skaptować obóz Gandhich.
Nie, nie, nie. Nie wiem ile razy będę to jeszcze wyjaśniał,
ale my o tym nigdy nie rozmawiamy. Lubię Sonię Gandhi. Widzę
w niej w pewien sposób figurę macierzyńską. Mam dla niej
masę sympatii. Życzę jej jak najlepiej, ale nie z powodów
politycznych. Lubię ją osobiście. Nawet jej nie znam jakoś
szczególnie, ale uważam, że język obrazowy, jakiego używa
jest wspaniały. Nigdy nie prosili, nakłaniali ani rozmawiali
ze mną o wzięciu udziału w kampanii na ich rzecz. Mają
ogromne poczucie tego, co wypada. Nie widzę dla siebie
miejsca w polityce, przynajmniej nie teraz.
Okay. Jakie jest twoje spojrzenie na przestrzeganie
poprawności politycznej? Jak zareagowałeś, kiedy przymuszono
cię do wycofania słowa „barber” z tytułu „Billu Barber”?
Widzisz, filmy zaczynają nabierać coraz większego znaczenia.
A media stają się coraz bardziej agresywne. Jeżeli
przedkładasz jakiś produkt, ludzie mają prawo wglądu w niego
w każdy sposób, jaki mają ochotę. Może ci się to podobać,
lub możesz się wściekać. Ale uważam, że jest w tym coś nie
tak, jeśli ludzie zasłaniając się poprawnością polityczną
usuwają słowo "barber". To głupie. Ale poprawność polityczna
to coś, z czym trzeba żyć, nie pozbędziemy się jej z naszego
kraju ot tak. Może się to podobać, może nie. Mnie się
niezbyt podoba. Mówię dowcip, swoją kwestie, czemu to
wszystko rozdmuchuje się do nieprawdopodobnych rozmiarów?
Czy – ponieważ robisz tak wiele rzeczy jednocześnie – filmy
nie schodzą na dalszy plan?
Rzecz nie w robieniu wielu rzeczy. Mogę robić tysiące rzeczy
jednocześnie. To moje operacje sprawiły, wielu rzeczy nie
mogę robić. Że na przykład nie mogę kręcić sekwencji
tanecznych. Lub przychodzę na wasze Filmare'owe imprezy
tylko na chwilę. Jestem szybki i wieloaspektowy, ale
operacje mnie wykończyły. A filmy są moim życiem i nigdy nie
zejdą na dalszy plan.
Tłumaczenie: Mowilka
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"
|