|
w skrócie
autobiografia
wywiady
artykuły
o filmach
Still Reading Khan
mapa wspomnień
co lubi SRK ?
nagrody
inni o SRK
|
"Nie
żyję w Nibylandii"
Wywiad dla Filmfare’a, wrzesień 2004
Tytuł oryginalny: I don’t live in La
La Land
Autor: Shashi Baliga
Shah Rukh Khan – kolejno wojowniczy, uszczypliwy i pełen
zadumy
Siedzi wygodnie, a wieczorny wietrzyk porusza od czasu do
czasu jasnymi pasemkami na jego włosach. Obejmuje dłońmi
kubek herbaty, aż ta robi się zimna. Dzieci piszczą w tle.
Nianie rozglądają się uważnie. Żona przechodzi obok.
„Proszę, czy mogę dostać jeszcze jedną herbatę?” –
wykrzykuje. Nadbiega jego syn, Aryan. Chce, by się z nim
pościgać. Dzwonią komórki. Wywiązuje się rozmowa. „Kiedy
pójdziesz?” – Aryan nie ustępuje. A Shah Rukh Khan, w
otoczeniu swego domostwa i Morza Arabskiego, mówi poważnie:
„Jestem zwyczajnym chłopakiem z klasy średniej, któremu się
wyjątkowo udało”.
Jeśli poszukujecie odpowiedzi, jak i dlaczego, rzućcie okiem
na kwestię komercyjną, jaką prezentuje król władający
fabryką snów.
Skończyłeś właśnie kręcić „Swades”.
Wszyscy są ciekawi tego filmu, opowiedz więc, o czym on
jest?
Poświęcony jest kwestii społecznej – chodzi o poprawę
warunków życia w naszych wsiach. „Swades” nie jest filmem
patriotycznym o prowadzeniu wojny z innym krajem czy o
naszej „indyjskości”; jego patriotyzm polega na spojrzeniu
na problemy wewnętrzne naszego kraju. Opowiada o chłopaku z
klasy średniej. Skierowany jest do młodych ludzi należących
tej grupy i przekazuje przesłanie – jeśli jesteś
wykształcony i dzięki swojej edukacji wiele osiągnąłeś,
nigdy, przenigdy nie powinieneś zapomnieć, że twoja ojczyzna
cię potrzebuje. Myślę, że to ważne, by robić takie filmy,
ponieważ ma się dług wobec społeczeństwa. „Swades” jest
filmem, który powinien powstać, i uważam za godne pochwały
to, że Ashutosh (Gowariker) go zrobił. Teraz od ludzi
zależy, czy go zaaprobują, czy nie.
Z tego, co słychać, wynika,
że ta rola będzie zupełnym odejściem od kilku twoich
ostatnich kreacji. Czy będzie to ta „odmienna” rola, której,
jak się zdaje, wszyscy się od ciebie domagają?
Nie rozumiem pojęcia inności. Nie robię czegoś innego, robię
to samo gówno, te same historie miłosne, te same bezpieczne
filmy. Zarabiają za każdym razem po sto crore. Ponieważ
jestem całkowicie pewny tego, co chcę robić jako aktor. Gram
role, które wychodzą mi dobrze, grając je, czuję się
szczęśliwy i swobodny.
Nie rozumiem – kiedy ktoś mnie pyta, jak odmienna jest dana
rola, jakie role traktuje jako punkt odniesienia? Role
innych aktorów? Więc tak, ta jest inna, ponieważ ja ją gram.
Moje własne role? Nie, ponieważ ja ją gram. Więc mówię
niegrzecznie, ale nie z arogancją – chcesz odmienności, idź
pooglądać kogoś innego.
To brzmi dla mnie niemądrze, kiedy aktor mówi: „Ta rola jest
trochę inna”. Nigdy nie słyszałem, by mówił coś takiego
Robert DeNiro. Albo Marlon Brando, Al Pacino czy Michelle
Pfeiffer. Nigdy nie słyszałem, by tak mówił Amitabh Bachchan
czy Dilip Kumar.
Nie ma czegoś takiego, jak inność. Istnieją kryteria filmu
hindi; nie powinno się szukać inności. Jeśli się to robi, to
inny rodzaj kina, którego ja nie robię, nie przynależę do
niego i któremu nadal się nie poddałem. Nie mam umysłowej
zdolności do bycia tak odmiennym i nie kręcę odmiennych
filmów, które idą w dwóch kinach w kraju.
Czy postrzegasz ten rodzaj
kina jako wymagający zbyt wielkiego ryzyka?
Premiera filmu w dwóch kinach nie jest żadnym ryzykiem.
Filmy, o których ludzie myślą, że są ryzykowne, tak naprawdę
wcale takie nie są. Film o budżecie kilku crore jest
bezpieczny. Nawet taki, jak „Asoka” – był zrobiony za osiem
crore, był odmienny i nie można było na nim stracić
pieniędzy. Był bezpieczny.
Ryzyko to kręcenie filmu z wielkim budżetem, ze mną w
obsadzie, w ramach komercyjnego kina hindi, i nadzieja, że
jest się w stanie zrobić coś innego czy że publiczność to
coś odkryje. Odmienny, trudny i ryzykowny jest film za
trzydzieści crore. Myślę, że „Lakshya” – wielki film z
gwiazdorską obsadą, zrobiony z trudnościami – jest niepewny.
„Swades” też będzie ryzykowny; to nie jest bezpieczny film.
Tak, twoje cztery kolejne
filmy okazały się hitami. Nie ma zbytnio powodu, by się
martwić.
Nigdy nie kalkuluję w kategoriach sprzedawalności. Niech
inni przeliczają i mówią: „Jego filmy się dobrze sprzedają”
albo „Jest za stary i młodzi zajmują jego miejsce”. Zarówno
określenie „Król Bollywood”, jak i „Król Khan kopnął w
kalendarz” są dla mnie marginalne. Znajdują się na obrzeżach
mojej twórczości, nie kształtują istoty mojego życia.
Pracuję tak samo od trzynastu lat. Nie zmienia się moje
nastawienie do pracy, więc nie może być nagle różnicy w
mojej postawie wobec rezultatów, jakie osiągam.
Według mnie to było trzynaście dobrych lat. Patrzę na nie w
dłuższej perspektywie i widzę, że to był dobry czas. Były
dni pełne bólu, ale w ogólnym rozrachunku było dobrze.
Więc nie wiem, czy to był rok dobry, czy zły, ale był
przychylny, o dziwo.
Dlaczego „o dziwo”?
Ponieważ odniosłem wielki sukces komercyjny, a nie dostałem
żadnych nagród. To znaczy, że będę musiał bardziej się
zaprzedać komercji zamiast próbować zdobywać nagrody.
Gdybyś nie musiał zaprzedać
się komercji, jak to mówisz, jakie filmy chciałbyś robić?
Takie, jakie robisz teraz?
Nigdy nie podpisałem kontraktu z powodu box-office’u. Żaden
film nie został wyprodukowany w mojej firmie ani żadnego nie
nakręciłem jako aktor ze względu na to, że myślałem, iż
będzie on sukcesem komercyjnym. Zawsze robiłem filmy, by
dawać ludziom rozrywkę. Z tego, logicznie rzecz biorąc,
wynika, że jeśli wielu ludziom film się podoba, to przynosi
też dużo pieniędzy. To bardzo odpowiedni cytat, ale tak
jest.
W każdym razie uważam, że bardzo ważne jest myślenie o
komercyjnym sukcesie filmu. Zawsze tak robię.
Postrzegasz to jako
obowiązek?
Mój i każdego. A kto myśli inaczej, jest głupcem. Nie żyję w
utopijnym świecie, a w realnym, w którym pracuję sześćset
dni w roku, osiemnaście godzin dziennie, wylewam pot, krew i
łzy podczas kręcenia filmu. Nie żyję w Nibylandii. Nie żyję
na pustyni. Nie robię takich filmów. Muszę przeżyć kolejny
dzień, by zrobić kolejny film.
Zobacz – biznes filmowy to biznes. Słowo, które go określa,
to „przemysł”. Nie robi się ceramiki czy nie produkuje
maszyn z miłości – w żadnej z gałęzi przemysłu. Słyszałaś
coś w stylu: „Wyprodukujmy urządzenie, które jest po prostu
piękne, nieważne, czy stracimy na tym pieniądze”?
Ale robienie filmów to nie
produkowanie urządzeń. To kreatywne rzemiosło, tak jak –
powiedzmy – malarstwo.
Ale nigdy nie słyszałem, by Anjolie Ela Menon czy M.F.
Husain byli częścią „przemysłu malarskiego”. Kino jest
przemysłem i sądzę, że czas już, by krytycy i ci, którzy w
nim pracują, uświadomili sobie tę kwestię. Rząd nie
przyjmuje tego do wiadomości, ponieważ my tego nie robimy.
Myślimy, że jesteśmy malarzami. Ale malarze także tworzą
sztukę komercyjną. To wybór, którego się dokonuje, i ja
robię sztukę komercyjną.
Wiem, że istnieje cały ten artystyczny punkt widzenia na
branżę, ale ja go nie popieram. Nie mogę z czystym sumieniem
zdać się w mojej sztuce na innych i poświęcić całkowicie
element komercyjny. Zbyt wielu z nas tak robi. Jeśli ta
branża nie przetrwa, artysta nie będzie miał co jeść.
Z dwustu filmów, które robimy, dziesięć jest utopijnych. Nie
sądzę, że te dziesięć filmów pozwoli przetrwać przemysłowi.
To tych pozostałych sto dziewięćdziesiąt – pustych, złych,
brzydkich, pospolitych, tandetnych, głupich, komercyjnych,
pozbawionych sensu i nieartystycznych – pomoże branży
przeżyć.
Auu, dobra! Lećmy dalej;
zamierzasz sobie zrobić teraz kilkumiesięczną przerwę.
Jakieś plany?
Tak, nie będę pracował przez pięć miesięcy. Zobowiązałem się
nakręcić film z Karanem, ale termin został przesunięty.
Więc, żeby być w porządku, myślę, że zrobię jego film jako
pierwszy, niezależnie od tego, kiedy zdecyduje się go
rozpocząć.
Ale to nie tak, że zamierzam siedzieć w domu. Mam reklamy do
nakręcenia, występy na żywo w planach. Myślę nad kolejną
własną produkcją. Mam też do dokończenia moją książkę.
Jak daleko jesteś z książką?
Czy to autobiografia?
Nie, to książka o moich doświadczeniach, zbiór wybranych
wspomnień. Zajęło mi to tyle czasu, że muszę ją trochę
uaktualnić. Miałem problemy z karkiem, po drodze powstało
kilka filmów, jest rozdział o moich produkcjach, pełen
samych klap. Trzeba więc ją uaktualnić.
Właściwie jest trochę bezkształtna. Moja książka będzie
napisana dokładnie tak, jak płynie moje życie – w
zdezorganizowany sposób. To nie jest powieść, nie ma
linearnej konstrukcji. Jest bardziej w stylu książki
utopijnej. Jeśli nie skończę jej tym razem, to jej nie
napiszę (śmieje się). Mówię o niej od tak dawna, że lepiej
bym to zrobił. Albo inaczej – okaże się klapą, zostanie
odłożona na półkę. Wtedy będzie naprawdę utopijna!
Książka osadzona w
Nibylandii?
Tak, ponieważ nie zamierzam na niej zarobić. Nie musi zostać
sprzedana ani nawet wydrukowana.
Ale miała charakter terapeutyczny, ponieważ to był jedyny
moment, kiedy siadałem i myślałem o latach, które minęły.
Jesteś z pewnością jednym z
najbardziej analizowanych ludzi w Indiach. Każdy ma swoje
zdanie na twój temat. Zamierzasz dokonać jakiejś autoanalizy
i położyć kres tym wszystkim pop-psychologicznym profilom?
Jestem jak zagadnienie społeczne: każdy ma prawo wyrażania
opinii na mój temat. Każdy może powiedzieć, że to się udało
,to nie, może rozkładać na czynniki pierwsze. Ale kiedy ja
próbuję analizować, dlaczego robię to, co robię,
autentycznie nie mam uzasadnienia. I taka jest prawda.
Dlaczego ja? Jestem dobry? Nie wiem. Jestem zły? Zdolny? Mam
talent, farta, jestem we właściwym miejscu i właściwym
czasie? Nie wiem.
Mówi się: „On jest twarzą lat dziewięćdziesiątych, czasów
przemian w społeczeństwie, kiedy skończyli się cukierkowaci
herosi, a gwiazda Amitabha Bachchana przygasała, kiedy byli
potrzebni młodzi”. Może. Nie wiem.
Słyszę, że IIM (Indian Institutes of Management – indyjskie
szkoły wyższe kształcące na kierunkach związanych z biznesem
– przypis tłumacza) chce zorganizować całe studium
poświęcone Shah Rukhowi Khanowi jako przedsięwzięciu
biznesowemu. Nie temu, co robię jako producent, czy kim
jestem jako aktor. Odkryją przyczynę – pracuje, ponieważ to
się zdarzyło w kraju, to za granicą, jego włosy są w
porządku... nie, jego dołeczki są ok... nie, zagrał
negatywne postaci... nie, właściwie chodzi o to, że robi
bezpieczne filmy. Może wszyscy będą mieć rację. Może żaden z
nich.
A ja po prostu piszę o tym to, co zrobiłem. W książce nie ma
heroicznych gestów czy działań. Nie znajdziesz sceny w
stylu: „Powiedziano mi, że nigdy nie stanę się bohaterem – i
tej nocy przysiągłem, że nim będę”. Nie próbuję kreować
tajemnicy, dodawać blasku czy romantyzmu moim trzynastu
latom.
Zamierzasz zdemistyfikować
Shah Rukha Khana?
Zdemistyfikować wszystko. Wiesz, gdybym był handlowcem,
który chce to dobrze zareklamować, to mogłoby być coś w
stylu: „Stary, co za historia sukcesu”. Starałem się dla
siebie, jak wielu ludzi. Ale nie jestem pierwszy i nie będę
ostatni. Po prostu poświęciłem się życiu, które prowadzę,
bez ukrywania czegoś dobrego czy złego, bez prawienia kazań
czy filozofowania, bez udzielania wspaniałych porad. Jeśli
ją przeczytasz, okaże się historią bardzo normalnego życia
kogoś ze średniej klasy. Każdy, kto jest zwyczajny, jaki ja
wciąż jestem w sercu i głowie, powinien powiedzieć: „Ok, to
wszystko? To nic specjalnego!”. W rzeczy samej mnóstwo ludzi
powie: „Stary, to bardzo nudna historia”.
Wiesz, jest taka piosenka, która leci jakoś tak:
“This is for all the lonely people
Thinkin’ that life has passed them by
Don’t give up until you drink from the silver cup
Don’t give up until you try”.
(„To dla wszystkich samotników,
którzy myślą, że życie ich ominęło.
Nie poddawaj się, póki pijesz ze srebrnego kubka,
nie poddawaj się, póki próbujesz” – fragment piosenki „Lonely
People” zespołu Jars of Clay).
Moja książka nie jest dla samotnych ludzi, ale dla tych,
którzy myślą, że życie, miłość czy szansa ich ominęły.
Twoja książka powinna być
bestsellerem, mnóstwo ludzi uważa, że życie i miłość ich
ominęły, prawda?
Nie powinni. Naprawdę nie powinni. Widzisz, każdy z nas jest
samotny w pewien sposób. Nie próbuję przydawać temu
romantyzmu, mówiąc: „Jestem gwiazdą, jestem samotny na
szczycie”. Po prostu tak jest, wszyscy mamy chwile
osamotnienia. I chcę powiedzieć ludziom: „Nie myślcie nigdy,
że coś was ominęło. Wszystko tu jest, czeka na was”.
Oczywiście wielu ludzi powie: „Och, on może tak mówić, on
odniósł sukces. Ale ja próbuję od tak dawna”.
Nie chodzi o to, byś uważał, że bardzo się starasz. Po
prostu rób wszystko, co trzeba. Dopiero co mówiłem, że
pracuję osiemnaście godzin na dobę; może [powiedziałem tak]
z powodu moich urazów. Nigdy nie uważałem, że ciężko
pracuję. Nigdy nie pomyślałem, że jestem dobrym aktorem.
Ludzie myślą, że jestem arogancki, bo mówię, że jestem
najlepszy, ale mówię tak dlatego, bo muszę przekonać samego
siebie wobec osiemdziesięciu dziewięciu milionów ludzi,
którzy są lepsi ode mnie.
Czy w książce będą coś
efektownego albo jakieś kontrowersje?
Nie, żadnych kontrowersji, żadnego wrogiego nastawienia,
żadnego wyśmiewania czy poniżania kogokolwiek. Co nie
znaczy, że to książka pełna pochlebstw. Kiedy dziecko mówi
grubasowi, że jest grubasem, wybacza się mu, bo nie robi
tego złośliwie.
W mojej książce jest taki fragment, w którym jest napisane,
że jeśli nie nadaje się ona do czytania, może się przydać
przynajmniej do przechowywania płatków róż. Za wiele lat,
kiedy otworzysz książkę, znajdziesz zaschnięte różane płatki
– i to jest piękne. Nawet jeśli użyjesz jej tylko do tego
celu, to będzie dobra książka. Wystarczająco dobra dla mnie.
Lubię moje życie i lubię róże.
Wracając do poprzedniego
tematu – postrzegasz siebie rzeczywiście jako
przedstawiciela klasy średniej?
Całkowicie. Ponieważ jestem gościem z klasy średniej. Wciąż
nim jestem. Cała moja rodzina też przynależy do klasy
średniej. Wiem, że trudno w to uwierzyć, kiedy siedzi się
tutaj, przed moim domem. Ale gdybym nie był ze średniej
klasy, chciałbym mieć apartament w Nowym Jorku. A pragnąłem
po prostu wielkiego domu i dobrego samochodu. To jest
dążenie chłopaka z klasy średniej, nic więcej.
Teraz, kiedy o tym myślę, chcę robić wszystko po to –
naprawdę – by zwrócić całe dobro, które ten chłopak z klasy
średniej otrzymał. Czy ludzie w to wierzą, czy nie, tak
właśnie uważam. A moje przekonania są mocno oparte na
kapitalizmie; to musi być połączone ze sprzedawalnością.
Chcę zbudować najlepszy szpital na świecie, najlepsze studio
na świecie, i potrzebuję na to pieniędzy, ale nie chcę ich z
banku. Będę pracował na to dwadzieścia osiem godzin na dobę
i zrobię to samodzielnie.
To zmysł handlowy chłopaka z klasy średniej – otwierasz
sklep, zarabiasz pieniądze, potem otwierasz następny. Ale
teraz nie chodzi o profity. Bo przez to, że występuję w
przebojowych filmach, nic nikomu nie daję. Jedynie umacniam
własną pozycję.
Jak chłopak z klasy średniej
bawił się na weselu bajecznie bogatego Mittala? Jakie były
twoje wrażenia?
Tak naprawdę nie uczestniczyłem w weselu. Pojechałem do
hotelu, zrobiłem próbę mojego występu i wystąpiłem. To moja
praca. Byłem na obiedzie, który miał miejsce po występie.
Chcieli, żebym został, i zrobiłbym to, ale musiałem wrócić,
ponieważ Yash-ji (Yash Johar) był chory. Jeśli chodzi o
podejście do mnie czy mojego zespołu, uważam, że oni [Mittalowie]
byli bardzo kulturalni, mili, bardzo skromni. A także
absolutnie profesjonalni.
Jakie jest twoje zdanie na
temat wystawności tego wszystkiego?
Jeśli tak im się podoba... Jeśli pan Mittal wydał
trzydzieści milionów funtów czy ileś tam, dał zatrudnienie
wielu ludziom, w tym także mnie. I jestem pewien, że ten
dżentelmen i jego rodzina zaharowywali się, by osiągnąć to,
co mają. Całkiem poważnie – ostatnio, kiedy byłem w Paryżu,
nie mogłem dostać biletów na show w Wersalu, a on miał cały
pałac na tę uroczystość. Myślę, że to niebywałe.
Tak samo cudowne było przyjęcie urodzinowe mojego pomocnika,
Subhasha, dla jego córki. Mieszka jednopokojowym mieszkaniu
w blokowisku; zjawiły się wszystkie dzieci z sąsiedztwa, ja
też przyszedłem, i myślę, że było wspaniale. Subhash dostał
moje piosenki z „Main Hoon Na” przed premierą i puszczał je
dzieciom. U pana Mittala zatańczyłem na żywo. Na jedno
wyszło.
Przechodząc do rzeczy mniej
przyjemnych – straciłeś ostatnio kogoś, kogo z całego serca
kochałeś – Yasha Johara. Jak sobie z tym poradziłeś?
Traktowałem go jak zastępczego ojca, podobnie jak Aziza
(Mirzę), ale sądzę, że dorosłem na tyle, by zaakceptować
fakt, że nie umiem pokonać śmierci. Patrzę na elementy
pozytywne – że był po siedemdziesiątce, był świadkiem
sukcesu swojego syna, umarł bez bólu. Chciałbym, żeby żył,
ale teraz, kiedy odszedł, próbuję to sobie w ten sposób
zracjonalizować. Jestem pewien, że gdziekolwiek jest, jest
szczęśliwy. I organizuje wszystko. Pewnie obsadza innych
ludzi w swoich filmach, a kiedy ja tam pójdę, znów pojawię
się w jego życiu.
Jest mnóstwo ludzi, którzy czekają na mnie, mówiąc: Chodź,
bracie”. Wierzę w Allacha i jestem przekonany, że spotkam
ich wszystkich znowu i założę firmę producencką, kiedy tam
się znajdę.
Nooo, twoja własna firma
producencka w niebie.
Tak, zapełniona znajomymi ludźmi (uśmiecha się krzywo).
Będzie tam mnóstwo porządnych ludzi, ten kraj, świat, założę
też tam swój fanklub. Przygotowane jest tam dla mnie dobre
życie, wszystko tam na mnie czeka. Dobrze zaplanowałem to,
co będzie w przyszłości.
Tłumaczenie: Gosia JG
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"
|