Jestem człowiekiem - implantem
Wywiad dla Mid-day, 8 lutego 2009r.
Autor: Shradha Sukumaran
W oczekiwaniu na operację ramienia Shah Rukh Khan szuka w
sobie kolejnych pokładów swojej niewytłumaczalnej energii.
Teraz, gdy trwa promocja „Billu”, potrzebuje jej wyjątkowo
dużo. Uczestnictwo podczas gali Złotych Globów i zdjęcia do
„My Name Is Khan”, program „Nach Baliye 4” i zawierucha
związana z tytułem najnowszego filmu odcisnęły mocne piętno
na zdrowiu kontuzjowanego aktora. On wciąż jednak pracuje na
wysokich obrotach do późna w nocy. Nawet podczas wywiadów na
jego twarzy ani przez chwilę nie gości grymas bólu.
Shah Rukh, po pierwsze – jak się teraz czujesz?
W porządku, zażyłem kortyzon i zastrzyk steroidowy w ramię,
więc ból jest mniejszy. Największy ból odczuwałem podczas
kręcenia „My Name Is Khan” w Los Angeles. Kiedy zrobiono mi
tam badania, okazało się, że mięsień jest zupełnie zerwany.
Oddziaływanie środków przeciwbólowych po tak częstym
przyjmowaniu zaczyna słabnąć. Ale zostało mi jeszcze jakieś
siedem, osiem dni do operacji.
I nastąpi to zaraz po piątkowej premierze „Billu Barber”?
Tak, źle się z tym czuję, bo wolałbym być w lepszym nastroju
podczas premiery – mam nadzieję, że na film przyjdzie bardzo
dużo ludzi i swoją obecnością sprawią, że udam się do
szpitala trochę szczęśliwszy (uśmiecha się szeroko).
Operacja będzie miała miejsce albo wieczorem 15-tego lutego,
albo 16-tego w południe.
Masz swoją teorię na temat bólu, nieprawdaż?
Tak, uważam, że wszyscy jesteśmy dobrymi ludźmi. Na tym
świecie jest tylko kilka złych osób. Myślę, że nawet da się
ich zliczyć na palcach. Każdy ma w sobie wrodzoną dobroć.
Kiedykolwiek Allah, Bhagwan, Bóg zsyła na ciebie ból, odsuwa
od ciebie coś dużo gorszego, co już miało się wydarzyć. W
zamian daje ci fizyczny ból. W ten sposób mówi do ciebie:
„Jesteś dobrym człowiekiem, dlatego doświadczam cię
fizycznym, nie emocjonalnym bólem.” A taki wymaga przecież
tylko pigułek i zabiegów medycznych.
Boisz się operacji?
Miałem ich wiele i kilka lat temu zostały stałym elementem
mojego kalendarza. Niedługo chyba stanę się jednym wielkim
implantem – mam tytanowy dysk, lekarze go zaszyją i
zamontują chirurgiczne umocowania. Im mniej mięśni i krwi
będzie stanowić moje ciało, tym dłużej przetrwam! (śmiech)
Tytanowe urządzenia nie ulegają rdzewieniu. Patrzę na to
pozytywnie. Zalecany odpoczynek pooperacyjny sprawi, że będę
mieć czas na wczytanie się w scenariusze i pracę z nimi – a
mam na myśli „My Name Is Khan”, „Ravan” „Happy New Year” i „Dona
2”. Co dziwne, ostatnio natknąłem się w samolocie na Mahesha
Bhatta [reżyser „Duplicate” – przypis tłumacza] – poradził
mi piętnaście lat temu napisać książkę. No i zacząłem.
Powiedziałem mu: „Słuchaj, nigdy mi nie powiedziałeś, kiedy
mam ją skończyć!” Odparł, żebym zabrał się za nią teraz i ją
zakończył.
Jak wyjaśniłeś dzieciom kwestię twojej kontuzji?
Moje dzieci są naprawdę świetne. Wierzą bardziej niż nikt
inny na świecie, że jestem bohaterem i to nie dlatego, że
jestem gwiazdą filmową. Gdzieś w środku mam nadzieję, że ból
jest czymś, co biorąc na siebie, jednocześnie odsuwam od
nich. One mają w sobie tyle miłości i ślepej wiary, którą
dzieci darzą rodziców – to takie piękne. Wierzą, że wszystko
będzie ze mną dobrze. Dorośli są tacy pogmatwani – ciągle
się czymś zamartwiamy. Mój syn po prostu mi powiedział: „Po
operacji pewnie w końcu mnie poturbujesz, co?” Droczyliśmy
się i poprosiłem go, żeby był grzeczny. Odparł: „Tato, to
właśnie tak jest. Wymigujesz się, ale jestem w stanie cię
pokonać nawet wtedy, gdy będziesz całkiem sprawny.” Dzieci
mówią, że chcą przyjść i odwiedzić mnie w szpitalu - to
jeden z powodów, dla których operacja odbędzie się w
Indiach. Ostatnim razem gdy miałem zabieg za granicą, nie
było mnie przez miesiąc i bardzo tęskniłem. Teraz dzieci są
już starsze. Zobaczą mnie w nie najlepszym zdrowiu, ale
wszystko jest OK, będą musiały zrozumieć teraz tę sytuację.
Widziałeś oryginalną, malajalamską wersję „Billu Barber”?
Nie, pan Priyan (Priyadarshan) polecił, żeby się wstrzymać,
ale myślę, że udało nam się zachować ducha oryginału.
Priyadarshan uważa, że zajmuje się filmami hindi
wystarczająco długo, by je rozumieć przy kręceniu adaptacji.
Podczas pracy nad dialogami dał mi wolną rękę. Obejrzałem „Billu
Barber” parę dni temu razem z rodziną. Film jest bardzo
uczuciowy i wszyscy się popłakaliśmy. „Billu Barber” nie
jest typowym obrazem Shah Rukha Khana. Mojej postaci jest w
tym filmie trochę więcej, niż w oryginale, ale nie przejąłem
całości jako gwiazda. Słyszałem, że bohater grany pierwotnie
przez pana Mammooty’ego nie jest zbyt zauważalny. „Billu
Barber” jest naprawdę poruszający.
Widzieliśmy cię ostatnio w „Luck By Chance” grającego Shah
Rukha Khana, a teraz znów grasz supergwiazdora – tym razem w
„Billu Barber”.
W „Billu Barber” nie jestem Shah Rukhiem Khanem – w
normalnym życiu nie ubieram się w ten sposób, nie noszę na
okrągło przyciemnianych okularów, ani nie mam 14-osobowej
obstawy wysiadającej za mną z helikoptera. Gram gwiazdora –
nazywa się Saahir Khan. W „Luck By Chance” byłem bardziej
sobą. A w „Om Shanti Om” idol był faktycznie zepsuty i
dziecinny. A naszemu gwiazdorowi z „Billu” daliśmy bardziej
pazur gwiazdy rocka. Bynajmniej nie próbuję się naśmiewać z
filmu pana Priyadarshana – jeśli miałbym lubić jakiś film po
jego pamiętnym „Viraasat”, będzie to z pewnością „Billu
Barber”. Oba te filmy mają w sobie urzekający spokój, w
którym można się powoli zanurzyć.
Jak to było? Nigdy wcześniej ze sobą nie
współpracowaliście?
Dawno temu pan Priyan chciał zrobić film ze mną i Aamirem
Khanem – to chyba było „Hera Pheri”. A teraz opowiedział mi
o dwóch filmach. Jednym z nich była komedia o złodziejach.
Potem dodał: „Mam jeszcze jeden film. Mogę go nakręcić w 40
dni, a ciebie potrzebuję tylko na połowę tego czasu.”
Zapytałem Kareenę Kapoor: „Kochanie, potrzebuję cię w „Paanchvi
Paas”, mogłabyś jeszcze dla mnie wystąpić w piosence?”
Odparła: „OK, ale teraz mam tylko cztery dni”.
Przyjechaliśmy więc na plan „Marjaani”. Mój kostium
zobaczyłem pierwszego dnia zdjęć – i w ten sposób
wystartowaliśmy z „Billu Barber”.
Film opowiada o podtrzymywaniu przyjaźni. Z iloma ze
starych przyjaciół wciąż posiadasz kontakt?
Od dzieciństwa miałem czterech przyjaciół – Bikasha, Ramana,
Ashoka i Viveka. Nie mogłem uczestniczyć w weselu jednego z
nich. Przyjaźnimy się, bo żaden nie oczekuje zbyt wiele od
drugiego. Nie telefonujemy do siebie, po prostu Gauri
podchodzi do mnie i mówi: „O, patrz, Vivek przyjechał”. I
zaczynamy z Vivkiem rozmowę tam, gdzie ją przerwaliśmy
dziewięć miesięcy wcześniej. Dwóch członków paczki mieszka w
Delhi, jeden w Singapurze i jeden w Londynie. Kiedy
przebywałem w Singapurze, Ashok zadzwonił z pytaniem:
„Zobaczymy się?” Odpowiedziałem, że jestem zbyt zajęty, a on
na to: „OK, to na razie, trzymaj się, chłopie.” Nasze
relacje są bardzo proste i właśnie po to są przyjaciele.
Żeby na nich liczyć, żeby nie ograniczać nawzajem swojej
wolności, a całość wypełnić uczuciem. Kiedy jeszcze
chodziłem do szkoły, nasz dyrektor mawiał: „Mierz życie
liczbą uśmiechów, a nie łez. Licz swój wiek przyjaciółmi,
nie latami.” Więc w takim razie jestem czterolatkiem. Tu, w
Bombaju mam Karana, Adiego, Farah, Juhi, Aziza i brata
Chunky’ego Pandey’a. Są też inni, jak Ratan Jain albo tacy,
których jeszcze nie miałem okazji poznać. Nie mogę być
uczuciowo dostępny dla każdego tylko z powodu charakteru
mojego zawodu. Wolę tę sferę zarezerwować wyłącznie dla
mojej rodziny.
Nie być uczuciowo dostępnym – czy to zrywa więzy
przyjaźni?
Jeśli tak, to w takim razie to nie była przyjaźń. Może
czasem trochę rani, ale taka jest moim zdaniem kolej rzeczy.
(bierze głęboki oddech) Wiesz, ja po prostu nie mogę.
Przydarzają mi się rzeczy, których nie jestem w stanie
sensownie wytłumaczyć. Dwadzieścia lat – gdzie byłem, dokąd
zmierzam, kim i dlaczego jestem. Kiedy moja książka wyjdzie
na światło dzienne, ludzie to zrozumieją. Na kartach tej
książki jestem bardzo szczery. Nie wiem, dlaczego czasem
robię pewne rzeczy, one się po prostu dzieją. Ale wierzę, że
Bóg jest mi życzliwy. Może oczekiwano po mnie więcej, niż
wypicie kilku piw z przyjaciółmi. Ale z mojej pracy wypływa
prawdziwa miłość. Nie uważam się za filantropa. Po prostu
sprawiam, że ludzie są szczęśliwsi, gdy widzą, jak się
śmieję, tańczę i śpiewam. Widzę to – ludzie uśmiechają się
nawet na sam dźwięk mojego imienia.
Jesteś więc przyjacielem publiki?
Tak, jestem uczuciowo, ale nie fizycznie dostępny dla nich.
Kim są twoi starzy przyjaciele?
Z tymi czterema gośćmi trzymam się od przedszkola. Ashok i
ja byliśmy w tej samej grupie, reszta chodziła do innej.
Pamiętam pewien wzruszający epizod. Zawsze biegałem bardzo
szybko. Podczas któregoś z biegów na zawodach Ashok, mój
najlepszy kumpel został w tyle. Zatrzymałem się i poczekałem
na niego, kompletnie nie myśląc o tym, że przecież przegram.
Kiedy do mnie dołączył, byłem szczęśliwy, że możemy razem
dobiec do mety i zająć ósme czy dziesiąte miejsce. Kiedy mój
syn miał cztery lata, poszedłem na zawody organizowane przez
grupę edukacyjną Kangaroo Kids. Wiesz, jak ojcowie potrafią
być natarczywi? Powiedziałem mu, żeby wygrał. Biegł
najszybciej, jak potrafi, ale nagle się zatrzymał. Odwrócił
się, poczekał chwilę, wziął inne dziecko za rękę i dobiegł
ostatni. Zapomniałem, że sam w dzieciństwie postąpiłem
identycznie. Powiedziałem: „Aryan, nie musisz się
zatrzymywać.” A on słodko odparł: „Tato, to mój przyjaciel.”
Ta czystość przyjaźni, pamiętam to. Ale oczywiście tracimy
ją, gdy dorastamy. Ja i moi kumple zawsze wszystko robiliśmy
wspólnie. Razem byliśmy zawieszani, razem spotykaliśmy się z
naszymi dziewczynami, razem kłamaliśmy naszym rodzicom,
razem dostawaliśmy ochrzan, razem zdobywaliśmy jeden punkt
na sto, razem przegrywaliśmy mecze futbolu i hokeja, razem
gadaliśmy o naszych dziewczynach, a nawet razem rozważaliśmy
wspólne pożegnanie się z życiem. O tak, jeden z nich
faktycznie wziął to na poważnie. Powiedziałem mu: „Nie
wydaje mi się. Samobójstwo to nie jest żadne rozwiązanie.”
Popatrzyli na mnie i wypalili: „No coś ty, nie mieliśmy tego
na myśli.” Nawet razem nas policja złapała! Mieliśmy swój
mały gang, nazywaliśmy się C-Gang. Przejęliśmy literkę „C”
od grupy, do której uczęszczaliśmy. Moja żona zachowała
piękny album z naszymi zdjęciami stamtąd z siódmego piętra.
Miałeś kiedyś dni „złej fryzury”?
Nigdy nie czeszę włosów, jeśli nie muszę iść na plan. Biorę
kąpiel i później palcami rozgarniam włosy. Nie mam
grzebienia, nie podróżuję ze szczotką do włosów w bagażu. W
stosunku do siebie jestem na luzie.
Czy są takie filmy, przy których śmiejesz się z tego, jak
wyglądała twoja fryzura?
Och, już zawsze tak będzie. Juhi kiedyś powiedziała: „Shah
Rukh wygląda jak jakaś flądra – ma takie śmieszne włosy,
jest taki ciemny i kościsty.” Włosy, skóra, wygłaszanie
dialogów, taniec - wszystko jest źle, ale spróbuj mnie
pobić! (uśmiech)
Jak to było kręcić z Kajol po ośmiu latach przerwy?
Tak jak już powiedziałem w temacie przyjaźni – nie uznaję
tego za coś wyjątkowego, ona myśli podobnie. Zaczęliśmy tam,
gdzie ostatnio skończyliśmy i normalnie spotykamy się mimo
upływu czasu.
Karan mówi, że nie umie wyjaśnić, jak wy to robicie.
Tak, wiem, że tak mówi. W „My Name Is Khan” jest scena
pogrzebu, nasi przyjaciele nie żyją, a Kajol trzyma mnie
mocno. Cierpię na autyzm, siedzę w czarnym garniturze. I
nagle nałożyłem przyciemniane okulary, pokazuję jej, żeby
zrobiła to samo i spontanicznie zaczęliśmy odgrywać „Matriksa”
i „Facetów w czerni”. Sprawiło to nam dużo więcej
przyjemności, niż odgrywana scena. Karan ciągle łazi i coś
gada. Mówimy mu: „Och, zamknij się. Jeśli wszystko jest OK,
to pozwól nam iść do domu.” Przyjaźń moja i Kajol jest
wspaniale zwyczajna - dlatego na ekranie wyglądamy razem
nadzwyczajnie.
Niedawno miał swoją premierę film „Dev. D”. Jesteś ciekaw,
jak wygląda ten Devdas?
Wczoraj w nocy widziałem program Anuraga Kashyapa [reżysera
filmu „Dev. D” – przypis tłumacza]. Lubię go, bo ma takie
szaleństwo w oczach, jest wiecznie zamyślony. Lubię jego
scenariusze – chciał, żebym nakręcił „No Smoking”. Nie chcę
iść na seans „Dev. D”, bo sam zrobiłem „Devdasa”, ale ze
względu na Anuraga… to taki dziwny talent. Piosenka „Emosanal
Atyachaar” brzmi naprawdę nieźle! Nie mówię tego z powodu „Devdasa”.
Jestem pewien, że Abhay [ Abhay Deol – odtwórca głównej roli
w „Dev. D” – przypis tłumacza] zrobi lepszą robotę, niż ja.
Co tak naprawdę wydarzyło się między tobą i Akshayem
Kumarem podczas przyjęcia urodzinowego Preity Zinty?
Przepraszam, co? (zaskoczony)
Mówiło się, że obeszliście się ze sobą dość chłodno i że
to nowa wojna w Bollywood.
(znów patrzy z niedowierzaniem) Nie, nie, to kompletne
bzdury. Z powodu mojego ramienia dotarłem na imprezę dość
późno, kiedy Akshay już opuścił przyjęcie. W takim razie
starliśmy się wtedy, kiedy nas tam nawet nie było. (śmiech)
Jak twoje doświadczenie ze Złotymi Globami?
To niesamowite być na liście Newsweeka wśród najbardziej
wpływowych ludzi świata, a Hollywoodzkie Stowarzyszenie
Prasy Zagranicznej było tak miłe, że wybrało z nich właśnie
mnie. Przedstawiono mnie wszystkim sławom i największym
aktorom świata – spotkałem Emmę Thompson, Clinta Eastwooda,
Marka Wahlberga, Jennifer Lopez, Cameron Diaz i tą drugą z
„Aniołków Charliego”…?
Drew Barrymore?
Och, tak, ona jest naprawdę piękna - jak lalka! I Catherine
Zeta Jones – uf, piękność! Goście ze „Slumdoga” byli
naprawdę przemili. Spotkałem Deva Patela przelotem w
toalecie. Jak mnie zobaczył, powiedział: „Nie wierzę, że
sikam razem z Shah Rukhiem Khanem. Jestem twoim fanem!”
Chciałbym kiedyś przyjechać na ceremonię rozdania Globów z
własnym filmem hindi.
Znałeś film „Slumdog. Milioner z ulicy” zanim poznał go
cały świat. Czy to nie było dziwne uczucie?
Tak, tak, Danny [Danny Boyle – przypis tłumacza] usiadł ze
mną i rozmawialiśmy o filmie. Przeczytałem książkę, bo sam
chciałem ją zekranizować. Rozmawialiśmy o tym z Dannym. Ale
scenariusz nie pokazuje przecież w pełni prawdy. Dlatego
uznałem, że rola, która przypadła później Anilowi Kapoorowi
nie była dla mnie zbyt odpowiednia. Dlatego postanowiłem
służyć jedynie radą i pomocą. Ale ta książka mnie nie
opuściła – od momentu przeczytania jej, aż do gali Złotych
Globów zatoczyłem koło. A teraz – jak Bóg pozwoli – czas na
Oskary.
Na jak długi czas odsuniesz się od obowiązków po operacji?
Osiem tygodni z temblakiem i jeszcze potem dwa miesiące.
Przez ten czas będę mieć oko na IPL, ale nie sądzę, żebym
był zdolny fikać i skakać w tłum. Muszę być w pełni sprawny,
żeby móc wrócić do ćwiczeń – na przełomie czerwca i lipca,
tak myślę.
Widzisz, to dobry czas na zakończenie autobiografii.
O tak, wciąż mam jeszcze sprawną prawą rękę! (śmiech)
Tłumaczenie: shahrukhkhan.pl
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"