Nietykalny, niewzruszony Shah Rukh Khan
Wywiad ze Stardust, październik 1998r.
Autor: S.Shiva Kumar (Bangalore)
To nie jest już przemysł filmowy z jednym człowiekiem na
czele. Tron opuszczony przez Amitabha Bachchana jest wciąż
pusty. On sam próbował znowu go zająć, ale się nie udało.
Różnica między czasem, kiedy był na szczycie, a obecnym jest
taka, że kiedyś nawet jego przeciętne filmy świetnie się
sprzedawały. Dzisiejszy masowy widz niechętnie się
przyznaje, że lubi tworzyć szufladki. Kiedy chodzi o
ekranowego idola, lubi przewidywalność. Więc Govinda może
wciągnąć brzuch, Nana Patekar popaść w obsesję, a Aamir
wyhodować sobie węzły mięśni – i tak nie zetrze czekolady z
buzi. Dzisiejsze fortuny są kapryśne i zmieniają się co
piątek.. Między trzema Khanami – Salmanem, Aamirem i Shah
Rukhiem trwa bitwa, a w chwili obecnej ten ostatni wydaje
się mieć smak ulubiony przez wszystkich.
Możesz spotykać wielu gwiazdorów, ale tym, który natychmiast
przychodzi ci na myśl, kiedy myślisz o Shah Rukhu jest
dandys Dev Anand. Tak jak Dev (dodanie saab do nazwiska
postarza go), ma w sobie coś eterycznego i bardzo poważnego,
nie wspominając już o jego oddaniu pracy i nieposkromionej
energii. A także i fakt, że to, co widzisz na ekranie, jest
odbiciem jego własnej osobowości. Możesz być pewien, że w
realnym życiu będzie reagował tak samo. Owszem, czasami
wychodzi ze skóry. Rzeczywiście, czasami myślisz o nim „Thoda
Rukh Shah” („Król pełną gębą?” - przypisek mój). W dniu, w
którym dotrze do niego, że zbyt wiele gestów odciąga uwagę
od jego wrażliwych oczu – będzie wielkim aktorem. Teraz ma
poklask, który będąc oznaką aprobaty dla tego, co się robi,
jest też aktorskim afrodyzjakiem. „Dil Se” Maniego Ratnama,
jego kolejna przebojowa premiera, może to wszystko zmienić,
bo Mani niczego nie nadzoruje, ale ma umiejętność
wydobywania z aktora tego, co najlepsze.
Wpadam na Maniego, który kończy kręcenie „Dil Se” w Kerali.
„Nie stwarza absolutnie żadnych problemów” – mówi Mani,
który oglądał tylko „Dilwale Dulhania Le Jayenge” i był pod
wrażeniem żywotności Shah Rukha. Shah Rukh rozpracowuje
sekrety Masterminda z (choreografką) Farah Khan, kiedy Mani
mnie przedstawia. Nie jest przystojny („Zazdrośnik!” –
prychną zaraz jego fanki), ale zdecydowanie atrakcyjny. W
końcu sława ma moc zaczarowywania czyjegoś wyglądu. Jesteśmy
w Allepey, na przepięknych rozlewiskach. Fragmenty piosenki
są kręcone na łodzi w przerwach pomiędzy uporczywymi
deszczami. Operator Santosh Sivan jest bardzo zapalony do
zorganizowania większej nasiadówki, bo w tym samym hotelu
mieszkają supergwiazdy Mohanlal i Mammoothy. Nie udaje się,
więc Shah Rukh zaprasza mnie do swojego pokoju po ważnym
meczu mistrzostw świata w piłce nożnej. „Brakuje mi Romario”
– wzdycha, kiedy już się rozsiadamy. Wdychając dym z
papierosa, przez parę godzin cierpliwie odpowiada na moje
pytania. Wiem, że go nie nudzę, kiedy pyta na koniec: „To
już wszystko?”
Oto zapis słowo w słowo naszego tete-a-tete.
Czy zacząłeś grać dla
rozrywki?
Właściwie byłem całą duszą oddany sportowi. Kilka dyscyplin,
jak krykiet i futbol, opanowałem na poziomie krajowym. Kiedy
studiowałem, nie byłem do końca pewien, kim chcę być. Choć
zdobyłem tytuł MBA, to skończyłem, studiując komunikację
masową, która była czymś w rodzaju szkoły filmowej w Delhi.
Pewnego razu w college'u doznałem poważnej kontuzji
kręgosłupa, więc musiałem zaprzestać treningów. Zawsze
miałem i mam nadal talent do parodiowania, choć teraz sam
jestem gwiazdą i już tego nie robię. Po kontuzji
postanowiłem więc zgłosić się do teatru Barry'ego Johna.
Zostałem tam przez sześć lat, naprawdę to lubiłem i
nauczyłem się wiele o aktorstwie. Ale nie miałem zamiaru
nigdy zostać bohaterem w filmach hindi. Są ludzie, którzy
się do tego z góry przygotowują. Myślę, że – paradoksalnie –
ja byłem bardziej predystynowany do grania w nich. Zawsze
czułem, że jestem lepszym aktorem, a kino hindi nie było dla
poważnych aktorów. Lubiłem bardzo Kamala Haasana,
Naseeruddina Shaha, Smitę Patil. Zawsze uważałem, że oni
potrafią grać. Mniej więcej w tym czasie bardzo wyrosła
telewizja. Pan Lekh Tandon i Pułkownik Kapoor zobaczyli mnie
na scenie, i zaangażowali do serialu. Zgodziłem się chętnie,
bo było to coś nowego, a dzięki temu dostałem też propozycje
filmowe. Zostałem bezceremonialnie usunięty ze studiów.
Powiedziałem siostrze i Gauri, że będę kursował między Delhi
i Bombajem, bo podpisałem kontrakt na serial z Azizem i
Saedem Mirzą. To byli twórcy, jacy mi się podobali. Do ich
kręgu należeli Kundan Shah i Mani Kaul. Wszyscy oni
próbowali mnie przekonać, że jestem interesujący i że mam
predyspozycje aktorskie. W końcu się poddałem, powiedziałem,
że potraktuję to jako oderwanie od pracy na jeden rok. 26
czerwca 1991 roku podpisałem kontrakty na cztery filmy – z
G.P. Sippym, Hemą Malini, Rakeshem Roshanem i M.C. Mehrą.
Cztery dni potem doszedł do tego „Deewana”. Zabrało mi rok
ich nakręcenie. Jest teraz rok 1998, a ja wciąż nie mogę
wrócić.
Studiowałeś komunikację
masową, próbowałeś aktorstwa, a nie chciałeś być bohaterem w
filmach indyjskich? Co więc chciałeś robić?
Filmy reklamowe. Lubię proces ich tworzenia. Nawet teraz
lubię robić trailery do moich filmów, jak „Duplicate”i „Yes
Boss”. Uwielbiam pomysł komunikowania czegoś w 30 sekund,
wysiłek powiedzenia wielu rzeczy w tym krótkim czasie. To
jest jak moje aktorstwo. W kilku ujęciach próbuję dużo
powiedzieć.
Mani Ratnam mówił mi kiedyś,
że określona przeciętność dała mu odwagę do kręcenia filmów.
Uważał, że może coś poprawić. Czy z tobą też tak było?
Niezupełnie. Nikogo nie stawiałem na piedestale. Nie byłem
arogancki. Granie ma mieć w sobie wolność tworzenia. Uważam,
że Mammoothy jest znakomity, Mohanlal fantastyczny, a Kamal
doskonały, ale nie jest dobrze porównywać się z nimi.
Porównywanie Maniego do Subhasha Ghaia mija się z celem. To
jak porównywanie Dalego do Picassa. Nie dojdziesz do żadnych
konkluzji, bo mają odmienne style, a możesz lubić ich obu.
Kreatywność jest artystycznym wyrazem nauki. Jest taka
subiektywna. Tworzysz coś własnego i oddajesz innym, którzy
ocenią to obiektywnie. Bardzo potrzebujesz akceptacji z
zewnątrz i nie można tego personalizować. Sądzę, że bardziej
niż o potomności, myślimy o własnym obrastaniu w piórka,
niekoniecznie w kategoriach materialnych. Musisz wiedzieć,
jaka jest reakcja na ciebie. To nie jest już sztuka dla
sztuki.
Czy tak było zawsze?
Nie, nie w filmie. Nie powinno tak być. Mówimy o masowej
komunikacji. Musisz dotrzeć do każdego. Nie sądzę, żeby kino
miało jakiś specjalne społeczne powinności czy moralne
obowiązki. Niczego nie wartościujemy, nie wydajemy żadnych
moralnych osądów. Najwyższym celem moralnym jest rozrywka
sama w sobie. Przyjdźcie i odprężcie się. To jest właśnie
według mnie nasza służba ludziom. Pozwalamy im na moment
oderwać się od codziennej harówki. Tak, wiele się nauczyłem
od ludzi, co do których wiem, że nie chciałbym być taki, jak
oni, choć nie dlatego, że uważam się za lepszego.
Są oczywiście aktorzy, od których wiele się uczę. Czasami,
kiedy kręcimy, mówię Maniemu: „Sir, zagram to jak Kamal”.
Kopiuję jawnie i bezwstydnie, ale gdybym ci tego nie
powiedział, nie zorientowałbyś się nawet. Kiedyś
powiedziałem, że zagram jak John Cusack. Mani na to: „Ja już
to wiem, ty też, lepiej więc tego nie róbmy”. To mi się w
Manim podoba. Robi coś odmiennego, w narzuconych z góry
ramach. To znacznie trudniejsze. To odróżnia go od reszty.
Masz na myśli wychodzenie
poza schematy?
Taaa, zawsze próbuje przerwać monotonię i to jest świetne.
Bóg był dla mnie bardzo łaskawy, nie mam pojęcia, dlaczego.
Mógłbym nakręcić dziesięć bezpiecznych filmów, co do których
byłbym pewien, że będą hitami, i żyć spokojnie. Ale jednak
fajnie jest pracować nad filmem, co do którego nie wiesz,
czy wypali, czy nie. Nie porównuję filmu Maniego z innymi.
Jeśli wypali, będę w siódmym niebie.
Pewnie spodziewałeś się, że
„Duplicate” się spodoba,. Co poszło nie tak?
Niektóre filmy robi się dla konkretnej publiczności, a „Duplicate”
jest bardzo bliski memu sercu. To jeden z moich ulubionych
filmów.
Wygląda na to, że bardziej
chodzi ci o twoją rolę niż film jako całość. Grałeś podwójną
rolę i byłeś w prawie każdym ujęciu, a mimo to film jest
okropny.
Pracowaliśmy zespołowo, więc będę ostatnim, który powie, że
to inni zawalili. Cóż mogę powiedzieć? To bardzo
subiektywne, ale ja kocham ten film.
To jakby filmowiec mówił, że
kocha swój film, ale zastanawiał się, czy poza nim ktoś
jeszcze.
Przecież nie mówię, że ludzie nie rozumieją tego filmu i
dlatego on nie wypalił. Sprzedawał się na średnim poziomie.
Powinienem się może bardziej postarać.
Ale to był film z Shah
Rukhiem jako gwiazdą?
To trochę nie fair, w momencie, kiedy moje ostatnie filmy
dobrze się sprzedają
Ale osiągnąłeś taki status.
Wiem. Nawet „Yes Boss” nie uważa się za przebój
wystarczający dla moich standardów, a to jeden z
najwspanialszych filmów, jakie zrobiłem. „Pardes” z kolei
jest uważany za hit, a ja nie zaliczam go do moich
najlepszych filmów.
No cóż, trudno te filmy
porównywać w kategoriach jakości. W „Duplicate” było mnóstwo
niedorzeczności.
Ale podwójna rola już sama w sobie jest nielogiczna.
Szczerze mówiąc, nigdy nie marzyłem, żeby zagrać podwójną
rolę. Uważałem, że to głupie. Ale reżyserowi jakoś udało się
mnie przekonać. Miałem nadzieję, że to będzie niezwykły
film. Jak powiedziałeś, powinienem pewnie bardziej pójść za
reżyserem. Jest wiele wytłumaczeń, czemu film się nie
spodobał. Ale to jest ten gatunek, jaki uwielbiam kręcić.
Lubię Jerry'ego Lewisa i Jima Carreya. Naprawdę nie sądzę,
żeby dziś był ktoś lepszy od Jima Carreya. Dla mnie jest on
znakomitym aktorem.
W wielu miejscach scenariusz zawiódł już w trakcie kręcenia,
jednak był to jeden z nielicznych filmów, w tworzenie
którego zaangażowałem się aktywnie, także na etapie pisania
scenariusza. Niech więc część winy spadnie na mnie.
Układałem wiele scen akcji. Nie oskarżam publiczności, po
prostu uwielbiam ten film. Mogę go oglądać bez końca, choć
normalnie nie oglądam moich filmów. Uwielbiam też ludzi,
którzy go kochają. Wiele osób pytało mnie, czy znowu nakręcę
coś podobnego. Czemu nie?
Ale po co?
Bo - czemu nie?
Włożyłeś w niego tyle
ciężkiej pracy, że już obiektywnie tylko z tego powodu
ludzie powinni pójść i go obejrzeć. Kiedy to się nie
stało....
Jest wiele filmów, nad którymi nie napracowałem się wcale, a
cały kraj wiwatował. Niech więc tak będzie dla zachowania
równowagi. Są filmy, w których w ogóle nie powinno mnie być,
ale jestem zawodowcem i nie migam się od zobowiązań.
Mówisz o „Karan Arjun”?
Tak, jako aktor byłem bardzo nie fair w stosunku do tego
filmu.
Więc po co w ogóle
podpisałeś kontrakt?
To długa historia i bardzo osobista
Dobrze, więc nie lubiłeś „Karan
Arjun”, a on był przebojem. Czy właśnie dlatego zdecydowałeś
się kręcić „Koylę”?
Nie. Faktem jest, że już kiedy wysłuchałem scenariusza „Karan
Arjun”, nie byłem zachwycony. Nie wierzę w reinkarnację, ale
cóż – nie zawsze możesz robić to, co lubisz. Tak to już jest
w życiu. Tak czy inaczej, postanowiłem przyjąć rolę Karana.
Ale wcześniej Rakesh Roshan opowiedział mi „Koylę”, do
którego miał zaangażować Sunny'ego Deola. Zapytałem: „Czemu
nie mnie?” Odpowiedział: „Ty nie wyglądasz jak mój bohater”.
Odpowiedziałem: „Wydaje mi się, że wyglądam”. On jednak
chciał zrobić film z Sunnym. Historia z „Koyli” podobała mi
się bardziej. Powiedziałem więc, że skoro nie weźmie mnie do
„Koyli”, to nie nakręcę też „Karan Arjun”. Ale Salman Khan
jest dla mnie jak brat, a miał się wtedy bardzo źle.
Przeżywał trudny okres. Uległem więc jego naleganiom.
Powiedziałem, że na planie będę po prostu posłusznie robił,
co mi każą. Żeby film wyszedł dobrze, musi być dobry powód
jego kręcenia, nie tylko konieczność czy potrzeba. Kiedy
film okazuje się potem hitem, to jest jak gwiazdka z nieba.
A jednak ten, który lubiłem bardziej, „Koyla”, nie był
przebojem. Filmy, którymi się cieszę, w większości nie są
przebojami.
Czy jest coś takiego jak
wyczucie scenariusza, które rozwija się w aktorze?
Będę szczery. Ja go nie mam. To nie moja działka, znać się
na scenariuszu.
To pewnie dlatego filmy,
które lubisz, nie robią furory...
Też nie. Moim zadaniem jest lubić bohatera, którego gram.
Znam ludzi, którzy potrafią
uwieść cię opowiadaniem scenariusza, ale nie potrafią go
efektywnie przenieść na język filmowy.
Nikt mnie nie uwiedzie scenariuszem, nie na tym etapie.
Powiem ci coś dziwnego. Ja robię filmy wyłącznie z powodów
twórczych. „Duplicate” był bardzo twórczy, bo grałem
podwójną rolę i miałem używanie, ale są filmy, które
postanawiam nakręcić, bo podoba mi się jedna scena. Było
takie ujęcie w filmie Maniego. Biegnę ulicami Delhi, a
kamera jedzie za mną w samochodzie. To ujęcie mnie
oczarowało, ale ostatecznie wyleciało z filmu.
Uwodzą mnie małe scenki, których ludzie nawet nie zauważają
w gotowym dziele. Wszystko to razem jest kumulacją wielu
małych rzeczy, które wzięte razem powinny zagrać. Nakręciłem
około 25 filmów, z których około piętnastu odniosło sukces.
Powinienem poudawać i powiedzieć: „Taaa, mam nosa do
scenariuszy”. Nawet nie potrafię powiedzieć, dlaczego
niektóre z nich nie wypaliły. Ludzie lubią upraszczać
powody, dla których coś jest hitem. Tak było z „DDLJ”.
Mówili: „film rodzinny”. Tysiąc dni kręcenia, trzy i pół
godziny w kinie zredukowane do kilku słów.
Ale z sukcesem nigdy się nie
spierasz, a znajdujesz mnóstwo słów na usprawiedliwienie
porażki.
Myślę że to nadmierne uproszczenie. Kilku przebojowych
filmów po prostu nie lubię. Jakaś przyczyna, dla której „Pardes”
wypalił, jednak musi być, ale ja tego nie rozumiem.
Widziałem film i stwierdzam, że technicznie rzecz biorąc,
pierwsza część jest bardzo dobra. Z drugą jest już o wiele
gorzej, ale i tak całe to cholerstwo było hitem, a „Duplicate”,
który mogę oglądać dwadzieścia razy pod rząd – nie. Nawet
żona mi mówi, żebym już nie robił takich filmów, bo moje
poczucie humoru jest zbyt absurdalne. Ale ja nadal twierdzę,
że powinno się mieć zabawę w trakcie kręcenia filmów. To
czynnik pierwszoplanowy. A nikt w całych Indiach nie ma
większego niż ja zmysłu do zabawy. Nie mam wyczucia
scenariusza, aktorstwa, czasu, piosenek i rytmu. Mam tylko
zabawę podczas kręcenia filmów. Nie chodzi mi o wygłupianie
się na planie. Pracuję bardzo ciężko z nadzieją, że
powstanie coś nieprzemijającego, niezależnie od powodzenia
czy niepowodzenia filmu w box-office. „Koyla” będzie zawsze
bliski memu sercu, „Dil Se” także, niezależnie od jego
losów.
Ale sukces komercyjny jest
bardzo ważny.
Tak, zapewne tak jest. Nie robię nigdy założeń, że dany film
będzie czy nie będzie hitem. Podpisując kontrakt nie myślę,
czy robimy hit wszechczasów. Nie byłbym w stanie w ogóle
pracować.
Współcześni Tobie aktorzy
mają swoje określone wizerunki, ale deklarują, że chcą robić
poważniejsze filmy. Ajay Devgan kręci „Thakshak”, Sunil
Shetty „Hu Tu Tu”, a Aamir – „Earth”.
(Z uśmiechem) Cóż, ja nie kręcę „Earth”.
A miałeś propozycję?
Tak. Ale nie mogłem jej przyjąć, bo teraz pracuję dla
Maniego. Govinda Nihalani także proponował mi film.
A „Darmiyan”?
Hmmm. Zadzwoniłem i powiedziałem, że chcę go robić.
Wracając do mojego pytania –
czy kręcisz tylko takie filmy, jakie sam chciałbyś oglądać?
Tak, przeważnie. Uwielbiam filmy, które robię, po prostu
dlatego, że lubię poważne kino. Nie zgadzam się na kręcenie
filmów, z których oglądania nie będę miał radości.
Czym jest dla ciebie kino
poważne?
„Duplicate”, „Yes Boss”, „DDLJ”, nawet „Ram Jaane”. I
oczywiście „Dil Se”. To, co robię, wiele dla mnie znaczy.
Może to i dziwne, ale nie pracowałem nigdy dla nagród.
Jestem szczęśliwy, kiedy jakąś dostaję, choć nie wiem
dlaczego. Może dlatego, że świadczą o popularności. Nie
oszukuję samego siebie myśleniem, że to są nagrody za
niesamowite kreacje. Osobiście każdym ujęciem próbuję
sięgnąć po National Award, ale żadnej jeszcze nie dostałem.
Cieszę się swoimi filmami, bo uważam, że są trochę odmienne.
Oczywiście, miewam momenty czysto ludzkiej słabości, chęci
zrobienia czegoś innego w jakimś dobrym celu.
Jak to?
Chciałbym zagrać rolę eunucha, to coś innego. Bardzo im
współczuję. Nie lituję się, ale czuję, że takim filmem
mógłbym zrobić dla nich coś dobrego.
Sprawić, że będą bardziej
szanowani?
Na ile ich znam, byłoby dobrze, gdyby mogli czerpać trochę
dumy z faktu, że ktoś powiedział coś o ich życiu. Musiałbym
spędzić z nimi trochę czasu, zobaczyć, jak żyją. Nie chcę
grać w filmach, które już z góry głoszą swoją wielkość. Ja
nie traktuję siebie zbyt serio, umiem się z siebie śmiać.
Branie siebie na serio sprawia, że się usztywniasz, tracisz
elastyczność. A jeśli nie jesteś elastyczny, nie możesz być
też twórczy. Musisz być otwarty. Brzmi to strasznie głupio,
kiedy aktorzy mówią czasem, że tkwią korzeniami w realnym
życiu. To już świadczy, że tak nie jest. Ciągle jeszcze nie
przyjąłem do wiadomości faktu, że jestem gwiazdą. Mogę cię
przekonać, że gdzieś głęboko jestem bardzo poważnym aktorem.
Mogę udzielić ci bardzo poważnego wywiadu i dostaniesz
niesamowitą publikację. Ale nie uważam, że trzeba koniecznie
robić bardzo poważne kino, żeby coś udowadniać. Nie ma
poważniejszego reżysera niż Mani, a ja się świetnie bawię
pracując z nim.
Twoje aktorstwo przypomina
mi wczesnego Kamala Haasana. Grasz, jakbyś sądził, że żeby
oddać emocję, musisz użyć każdego mięśnia, którym tylko da
się poruszyć. Czy to twoja idea dobrego aktorstwa?
Bardzo lubię Kamala Haasana i Naseeruddina Shaha. Czuję, że
właśnie ci dwaj aktorzy mają kapitalne wyczucie
wykorzystania przestrzeni. Przyszedłem z teatru, tego uczył
nas Barry John. Grasz wszystkim, od palca u nogi do szyi, a
twarz robi resztę. Kiedy któryś z tych dwóch aktorów gra
starca, nie potrzebują nawet charakteryzacji, ułożenie
sylwetki już o tym mówi. Uważam, że są lepsi niż Dustin
Hoffman i Robert de Niro razem wzięci. Ich wyczucie
fizyczności daje ich aktorstwu trzeci wymiar. Wiem, że Kamal
może samym wyrazem oczu sprawić, że zapłaczesz. Wiem, jakie
robi pauzy. Ma niesamowite wyczucie czasu, wie, co lubi
widownia. Jest czystej wody technikiem. Taki sam jest Naseer.
Każdy aktor powinien dążyć do osiągnięcia takiej świadomości
i samokontroli.
A czy twoja gestykulacja
wynika z faktu, że nie wiesz, co zrobić z rękami?
Absolutnie nie, to banał. Ok, powiedzmy, gram ciebie. Jaką
mam pewność, że ty nie poruszasz rękami? Czemu mam zakładać,
że jesteś sztywny i bardzo się kontrolujesz, tylko dlatego,
że jesteś dziennikarzem? Czemu nie masz być człowiekiem
wymachującym ramionami, histerycznym, z wytrzeszczem, głupim
jak but?
Dzięki, Shah Rukh.
Nie, ja naprawdę i szczerze uważam, że nie ma czegoś
takiego, jak dobry albo zły sposób zagrania jakiejś sceny.
Popatrz, obrazy Dalego nie przypominają niczego, co istnieje
w realnym świecie, a ludzie i tak rozumieją ich znaczenie.
Nigdy nie ekscytowałem się dziwacznymi słonecznikami Van
Gogha, ale... Mam po swojej stronie masę energii i młodość.
Wierzę całym sercem, że dopóki mogę, nikt mnie nie
powstrzyma. Zacznę grać bezpiecznie w dniu, w którym poczuję
się znudzony i zmęczony, w którym nie będzie już mi się
chciało padać na ziemię i rozśmieszać ludzi. Będę grał
jeszcze 20 lat i dostawał nagrody. Ale to nie teraz. Kiedy
przyjechałem do Bombaju, byłem pewien, że nie będę robił
tego, co bombajscy herosi i że mniej lub bardziej będę trwał
przy swoim.
Czyli przy czym?
Na przykład przy graniu złych facetów. Może to nie zabrzmi
skromnie, ale moje aktorstwo nie jest bardzo „filmi”. Nie
podaję kwestii we właściwy sposób. Ludzie kwestionują
sposób, w jaki mówię dialogi. Robię to po swojemu. Jeśli ci
się to podoba, oglądaj. Jeśli nie, odpuść. Shabana Azmi
mówi, że moje występy ją męczą. Cóż, niech nie traci więc
czasu na oglądanie mnie. Niech zamiast tego ćwiczy, będzie
zdrowsza. Nie chcę, żeby to zabrzmiało chamsko czy
arogancko. Nie robię czegoś tylko dlatego, że to się
sprawdza. Większość ludzi na samym początku potraktowała
mnie jak fuksa. Nikt nie sądził, że przetrwam. Nikt nie
dawał złamanego grosza za mój sukces. Na tym etapie mojej
kariery ten styl jest ważny dla mnie jako aktora. Nie wierzę
w ten sposób na granie, nie uważam, że ktokolwiek powinien
próbować mnie naśladować. Chyba że za dwa lata, kiedy będą
mnie boleć stawy i będę gruby, zacznę uprawiać spokojne
aktorstwo. Tak naprawdę to bez trudu przychodzi mi stonowana
gra, ale to jeszcze nie teraz, teraz chcę przeskakiwać przez
dach. Jestem „bhaand”, jestem aktorem teatru ulicznego. Będę
miał jeszcze mnóstwo czasu, żeby być spokojnym i nudnym.
Będę grał niezwykle intensywne role nie poruszając nawet
mięśniem, a ludzie powiedzą: „Ma tyle samokontroli i
intensywności”.
Mówisz, że Mani nadał nowy
odcień twojemu aktorstwu. Jak go znam, to jestem pewien, że
cię ściśle kontroluje.
A teraz to ty upraszczasz. To wcale nie sprawa kontroli.
Jestem na tyle wykształcony, żeby wiedzieć, że potrafię tak
grać i wziąć za to pełną odpowiedzialność. Gram u Maniego i
choć nie wiem, czy jego styl jest dobry, czy zły, potrafię
nim zagrać.
Co masz na myśli?
Już mówię, bo ludzie mogą zrozumieć to opacznie. On mnie nie
może kontrolować. Nikt nie może. Jeśli będę miał na ekranie
dostać obłędu, dostanę obłędu. On po prostu wzmocnił moją
pewność siebie i pewien rodzaj... Powiedział mi coś, co
bardzo do mnie dotarło, wprowadziło wiele sensu. Powiedział:
„W życiu aktora przychodzi taki etap, że nie umiesz już
odróżnić, co jest grą, a co jest naturalne”. Coś w tym
stylu. Poprowadził mnie tak w pewnej scenie, którą grałem ze
starszą panią, że zrozumiałem, że jest taki styl – nie tyle
aktorstwa, co bycia. Pojąłem, że po latach obserwowania i
pracy w branży traci się z oczu najbardziej ewidentne
rzeczy. Niby je znasz, ale potrzebujesz, żeby ci ktoś je
pokazał i nakłonił, żebyś je wykonał. Ludzie na pewno będą
mówić, jaki jestem stonowany i że to osiągnięcie. Mogę każdą
scenę zagrać na osiem różnych sposobów. Zawsze też będzie
trochę prawdziwego mnie w każdej roli, ale zakamuflowanego
pod postacią konkretnego bohatera. Nigdy nie ogłupiałem się
wiarą, że tak głęboko wchodzę w rolę, że zapominam, kim
naprawdę jestem. W określonych sytuacjach będę musiał
wydobywać wiele z Shah Rukha. To coś, co muszę wliczyć w
moje aktorstwo. To jest coś, czego się nauczyłem od Maniego.
Co więc wolisz? Wolisz, żeby
cię pozostawiono samemu sobie, czy wolisz być prowadzony?
Jestem bardzo elastyczny. Ja wiem, jak zrobić daną scenę i
uważam, że to najlepszy sposób, ale reżyser może sądzić
inaczej, więc moją opinię zachowuję dla siebie. Robię
dokładnie to, co mi każe, bo to moja praca. Mogę
zaproponować moją interpretację. Jeśli się spodoba, to
fantastycznie, bo przyszła mi ona w sposób naturalny. Ale
będę pracował tak, jak mi reżyser każe. Jeśli to, co
zaprezentuję, nie spodoba się reżyserowi, zachowam to dla
filmu, który sam wyreżyseruję. Jest masa sposobów na
zepsucie sceny. Będę więc próbował jednego po drugim,
zamiast iść właściwą drogą.
Jak myślisz, dostaniesz
kiedyś rolę introwertyka?
Już taką grałem, w serialu...
Na bok seriale, nie chodzi
mi o to, że nie jesteś zdolny do jej zagrania, ale
pamiętając o twoim nadaktywnym wizerunku...
Nie wiem, to bardzo hipotetyczne...
Powiedzmy tak. Jeśli ktoś
napisze scenariusz, którego bohater będzie introwertykiem,
nie pomyśli o daniu go tobie.
Ale dlaczego? Mówisz, że nie jestem dość dobry, żeby
udźwignąć taką rolę.
Mówiłem ci, nie o to mi
chodzi.
No cóż, nikt do tej pory mi czegoś takiego nie zaproponował.
Powinienem dostać taką rolę, tak. Już najwyższy czas.
Zaczynam się już momentami nudzić samym sobą. Lepiej już
przepraszać niż być bezpiecznym. Jeśli pójdzie mi źle, mogę
powiedzieć: „Przepraszam, starałem się”. Satysfakcja z
podjęcia się raz na dziesięć lat czegoś kompletnie nowego i
sprawienia, że to się podoba, to dość, żeby odłożyć na bok
tych dziewięć lat by opowiedzieć jakąś historię. Tak było z
„Karan Arjun” i „Pardes”. Komercyjnie mam je we wdzięcznej
pamięci, ale nie pokazałbym ich synowi, mówiąc: „Popatrz, co
tatuś zrobił, żebyśmy mieli basen w domu”.
Masz żal do Subhasha Ghaia?
Ani trochę. Większość z tego to robota mediów.
Czemu więc ciągle łączą to z
„Karanem Arjunem”?
Jako aktor nie przepadam za tym filmem. Nie widziałem go,
więc może nie powinienem mówić niczego negatywnego. Jesteśmy
(Rakesh Roshan i ja) bardzo dobrymi przyjaciółmi.
Daj spokój z przyjaźnią.
Po całej tej sprawie to już nie przyjaźń. Uważam, że jest
świetnym filmowcem.
W porównaniu z „Trimurti” to
jednak lepszy film.
Szczerze – naprawdę wolę „Trimurti”. Nie to, że mnie
oszukał, ale przedstawił mi mojego bohatera zupełnie
inaczej. Kiedy już zaczęliśmy kręcić, powiedział: „Jako
reżyser postanowiłem, że twojego bohatera zrobimy tak i
tak”. Hej, ta postać jest introwertyczna. To ktoś w stylu
Shah Rukha, a nie typowego filmu indyjskiego.
Czy to kwestia ilości scen?
Nie, wcale. W moim pierwszym filmie, „Deewana”, pojawiałem
się dopiero w drugiej połowie.
Nie, mówimy o gwieździe, o
której mówi się, że przewyższyła sukces Amitabha Bachchana.
Dla aktora ten film był nudny. Siedziałem na planie, nie
mając nic do roboty. A ja lubię pracować dwadzieścia cztery
godziny na dobę. Połowę scen z filmu Maniego wycięto, ale ja
przy nich pracowałem. Nie szkoda mi, że jedne z
najtrudniejszych scen poszły pod nóż. Po „Pardes” jakoś nie
miałem poczucia spełnienia. Kiedy moje filmy odnoszą sukces,
mam uczucie – „hej, ja też się do tego przyczyniłem”. Kiedy
robią klapę, wiem, że mogłem się bardziej postarać. Co do
tego jestem uczciwy.
Obciążasz swoje aktorstwo
winą za klapę
Nie mówię o winie. To tak, jakby twoja klasa grała w nogę.
Twoja klasa wygrywa, a ty myślisz, że się do tego
przyczyniłeś, bo siedziałeś na trybunach. Powiedziałem
Subhashowi Ghaiowi, że nie pochwaliłbym się mamie, że grałem
w tym filmie. Rozumiał to i nie miał mi za złe. W „Pardes”
jest przynajmniej jedno ujęcie, które lubię. A niestety, w „Karan
Arjun” nie ma nawet tego. Fizycznie pracowałem przy „Karan
Arjun” bardzo ciężko, bo czułem się łyso, że nie mogę się w
film zaangażować mentalnie. Zrobiłem nawet kaskaderkę za
jednego z kaskaderów. Nie jestem więc wkurzony, bo wiem, że
film to medium reżyserskie. Nie wierzę, że jakikolwiek film
odnosi sukces dzięki mnie. I vice-versa.
Wydajesz się być przekonany,
że to nie sukces się liczy. Coś innego...
Coś innego się liczy, tak.
Ale co to jest? Chodzi mi o
to, że kiedy film się dobrze sprzedaje, to jest od razu znak
dobrego przyjęcia przez widownię.
I tym bardziej jest to dziwne, że cała zasługa idzie na
konto głównego bohatera. Nasza branża jest zdominowana przez
mężczyzn. Czasami przykro mi ze względu na moje partnerki.
Ale bohater nie ponosi całej winy za klapę. Nawet po „Duplicate”
wiele osób mówiło, że nie lubi filmu, lecz mnie – owszem. A
więc to to „coś innego”, czego szukam – łatwo mi to osądzić
– będzie tym, co pokażę moim dzieciom, puchnąc z dumy? Mój
ojciec walczył o wolność. Ja tego nie widziałem, ale kiedy
czytam artykuły oddające cześć „thamara pathras”, czuję się
dumny. Chciałbym, żeby moje dzieci też tak czuły w stosunku
do mnie. Nie powinny się czuć źle, że mają tyle dobrych
rzeczy w życiu. Najgorsze, to jeździć mercedesem, na którego
się nie zasłużyło. Te dwa filmu sprawiły, że tak podle się
czułem. Mam dreszcze, kiedy widzę je w telewizji. Wiem, że
takie wartościowanie nie ma sensu, ale kiedy pojawiają się
tam piosenki z „Duplicate”, czuję się dumny.
Gdzie więc jesteś dziś, w
kategoriach biznesowych?
Mówią, że w tej chwili sprzedaję najwięcej. Na rynkach
zagranicznych nikt nawet nie zbliża się do mojej pozycji.
Wiesz, kiedy zaczynałem, mówiłem, że moje filmy powinny mieć
znak jakości. Coś powinno je wyróżniać, choćby maleńki
dźwięk na płycie. Powinno być widać efekty wysiłku. Często
aktorzy płaczą i smucą się, kiedy ich filmy padają. Kiedy
mają hit zadzierają nosa i mówią: „A nie mówiłem?” Obie
skrajności są złe. Wierzę w ciężką pracę. Kiedy kończę
dubbing, mówię moim reżyserom: „Skończyłem z tym filmem”.
Rezultat nie złamie chęci do ciężkiej pracy i nie zmieni
mojego stylu aktorskiego. Czasami najlepsze nie wystarczy.
Więc w kategoriach biznesowych powiem, że moje filmy dobrze
sobie radzą.
Czy jesteś wielokrotnego
użytku?
Nie. Sądzę, że tym, co ludzi wiąże ze mną, jest chęć pracy z
tymi, którzy chcą robić interesujące kino.
I to nie ma nic wspólnego z
wyczuciem scenariusza?
Nie sądzę, że publiczność tak myśli. To działa tak: „Lubisz
tego gościa? Taak, dobrze gra i jak na dziś, to lubię jego
styl”. Być może jestem właściwym facetem we właściwym
czasie. Wiedzą, że nie zawiodę ich kompletnie.
Krótko mówiąc – jesteś wart
swojej ceny?
Tak, chyba tak. I to jest moje podejście do biznesu, nie
„wielokrotny użytek”. To ma tylko film, nie gwiazda.
Spotkałem gościa z
Singapuru, który mówił mi, że nigdy nie widział tak
ekstatycznej reakcji na widok żadnego śmiertelnika, jak
wtedy, kiedy Ty pojawiłeś się na scenie. Czy to cię
zachwyca? Czy przeraża?
(Długa pauza). Myślałem o tym dużo. Oszukiwałem nawet samego
siebie mówiąc sobie, że to nie reakcja na mnie, tylko na
moją osobowość ekranową. Ale nawet to nie odpędza myśli, że
to były tysiące krzyków. Kiedy przechodzę, ludzie chcą mnie
pocałować. Ja tego nigdy nie czułem w stosunku do nikogo.
Ani do pana Bachchana, ani do pana Rajnikantha. Tylko do
Kamala. Kiedy się po raz pierwszy spotkaliśmy, zapytałem,
czy mogę go dotknąć.
Trudno jest na to pytanie odpowiedzieć.
Myślę, że gdzieś z tyłu
głowy masz poczucie, że to wszystko jest ulotne.
Mam tego świadomość, a jednak nie chciałbym, żeby kiedyś
zniknęło. Wiem, to nie będzie trwało. Miałem po prostu
szczęście. To chyba wszystko błogosławieństwo mojej matki.
To, co dostałem od Boga i moja żona to moje szczęście.
Jestem też niesamowicie utalentowany. Tak o tym myślę, ale
nie potrafię tego nadal wyjaśnić. Nie przeraża mnie to.
Kocham to, cieszę się tym. To nie arogancja, ale duma z
tego, kim jestem i czego dokonałem. Może robię to tylko dla
pieniędzy. Może dlatego, że nic lepszego nie mam do roboty.
Naprawdę dostałem się do tej branży przypadkiem i nagle
znalazłem się w sytuacji, kiedy ludzie są szczęśliwi, że
mnie widzą. Nigdy nie byłam zbyt skromny, ale wierzę w Boga
i to jest trochę tak, że kiedy w coś mocno wierzysz, to to
się pojawia. Bóg jest teraz dla mnie wręcz namacalny. Nie
wiem, może to moje włosy, dołeczki czy sposób mówienia. Nie
wiem i nie chcę tego za bardzo dociekać. Dziękuję Mu za to,
że mogę dać ludziom falę szczęścia, nawet przez makrosekundę.
To dziwne, bo nikt inny, prócz mojej rodziny, nie jest w
stanie wywołać takiego poczucia u mnie. Jestem szczęśliwy,
kiedy mój syn gaworzy w słuchawce. Jestem jak dziecko, które
nie zdaje sobie sprawy, że może uszczęśliwiać ludzi. I tak
naprawdę fakt, że ludzie uznają coś tak mało ważnego,
głupiego, małego jak ja za źródło szczęścia, sprawia, że
chce mi się pracować mocniej. Pracuję tak ciężko, że pewnie
któregoś dnia to mnie zabije. Publiczność może się mną
znużyć, ale mnie nigdy nie znuży wysiłek włożony w próby jej
uszczęśliwienia.
Wydaje mi się, że teraz
więcej kobiet jest zazdrosnych o twoją żonę, niż mężczyzn
jest zazdrosnych o ciebie.
(Śmiech) Nie wiem. Moja żona mówi to samo, ale dodaje, że to
dlatego, że mnie nie znają. Nie jestem nadzwyczajnym mężem.
Ona jest o wiele lepszą osobą.
Może to dlatego, że
deklarujesz wieczną miłość i zapewniasz, że jesteś
monogamiczny.
Nie zapewniam. Po prostu do tej pory pozostałem
monogamiczny. To nie jest tak, że ja się bardzo staram. Nie
obiecuję, że w przyszłości to się nie zmieni. Może zakocham
się w kim innym, może mi się to zdarzyć, mówię o tym mojej
żonie. Może nawet już jestem w kimś zakochany. Osobiście
jestem bardzo nieśmiały. Nigdy nie spotykałem zbyt wielu
kobiet. Nawet kiedy zostałem gwiazdą, mam tylko kilka
partnerek, które szczerze uwielbiam. Wierzę w to, że są
możliwe platoniczne damsko-męskie związki. Mam taki z
Madhuri, Juhi i Kajol. Najbardziej je lubię, bo w pracy są
zdeterminowane. Tak czy inaczej, sądzę, że to bardziej
mężczyźni powinni mi zazdrościć, bo Gauri jest po prostu
wspaniała. Nie jest bardzo troskliwa. Nie jest dla mnie
wcale słodka, nie rozpieszcza mnie. I tak naprawdę nie jest
nawet dla mnie miła. Lubię ją taką, jaka jest, i myślę, że
to bardzo ważne, że jest ktoś, kto zna mnie od podszewki.
Uśmiecha się na mój widok, choć to nie zdarza się za często,
może raz na pół roku. Ale wiem, że ten uśmiech jest tylko i
wyłącznie dla mnie. Nigdy nie zapewniałem, że jestem
mężczyzną jednej kobiety. Rzecz chyba w tym, że po pracy
jestem śmiertelnie zmęczony. Nigdy mi nie przyszło do głowy,
żeby sypiać z dziewczynami, z którymi pracuję. Nie jestem
taki. Kocham piękne, inteligentne kobiety, ale nie widzę w
nich obiektów pożądania. To jak w tym dialogu z „Forresta
Gumpa”: „To wybór pomiędzy spokojem sumienia a kawałkiem
d....”. Wolę ten pierwszy. Nikt do tej pory nie
zainteresował mnie tak, żebym chciał utracić mój spokój
sumienia. Gauri bardzo mi ufa, a ja jej nie zawiodłem. Ale
poza tym nie jesteśmy specjalnie dopasowani. Nie
wygralibyśmy konkursu na najlepszą parę świata. Może rzecz
jest nie tyle w miłości, co w zmyśle moralnym, jaki mam.
Jak ważna dla twojej pracy
jest domowa harmonia?
Niezbyt ważna. Jestem niespokojnym duchem.
Wyobraź sobie, że masz w
domu masę problemów.
Myślę, że wtedy po prostu grałbym lepiej. Cokolwiek złego
czy dobrego robię, wynika z tego, że jestem niezmordowany.
Po śmierci rodziców byłem bardzo samotny. Nie chcę nadawać
temu romantycznej otoczki. Po prostu chcę zadowolić jak
największą ilość ludzi. W jakiś sposób próbuję skryć się w
tłumie i uciec od samotności. Więc jeśli w domu żona mnie
tłucze, to gram lepiej. Gra jest jak zawór bezpieczeństwa.
Grałem nawet, kiedy grożono mi śmiercią. Rozśmieszałem
ludzi, kiedy ciało mojej matki leżało w domu. To brzmi
surrealistycznie, ale taka jest prawda.
Mówiąc o zagrożeniu życia i
związkach branży filmowej z przestępczym podziemiem, czy
zatańczyłbyś na prywatnym przyjęciu w Dubaju, gdyby ktoś
zadzwonił i cię o to poprosił?
Nie dzwonią do mnie, żebym tańczył na przyjęciach. Wiedzą,
że kiepsko tańczę.
Są dowody, nagrania video
gwiazd występujących na takich zamkniętych imprezach.
Mnie nikt tego nie proponował. Kiedy pojawiłem się w
Bombaju, mafia nie była aż tak wpływowa. Jeśli pytasz mnie o
to jako gwiazdora siedzącego przed tobą, to powiem – nie,
nie zrobiłbym tego. Jeśli pytasz mnie jak człowieka, który
odczuwa wszystko na własnej skórze, powiedziałbym: tak. Nie
zaprzeczę. I za jedno, i za drugie popadłbym w kłopoty.
Jeśli dostałbym telefon z żądaniem stawienia się w
określonym miejscu, a musiałbym się stawić, bo być może nie
mam dostatecznej ochrony, żeby odmówić, powiedziałbym:
„tak”. Nie jestem bohaterem. Mam wiele do stracenia
Czemu więc grożono ci
śmiercią?
Nie wiem. Policja zadzwoniła, żeby powiedzieć, że moje życie
jest w niebezpieczeństwie, więc dadzą mi ochronę. Bardzo
bałem się o swoją rodzinę. Nie bałem się, że to ja mogę
dostać kulkę. No i pojawili się ci ludzie, co do których
podejrzewałem, że są z mafii. Zaprosili mnie na jakąś
uroczystość religijną. Odmówiłem, bo miałem zdjęcia.
Następnego dnia byli juz na planie zdjęciowym.
Nawrzeszczałem na nich za to. Odciągnęli mnie na bok i
wyjęli broń. Zawsze mi się wydawało, że kiedy ktoś wyceluje
we mnie z broni palnej, będę krzyczał i odepchnę go. A wtedy
nie byłem w stanie nawet drgnąć. Mogli mnie z łatwością
zabić. Okazało się, że to zapalniczka, a pojawili się, żeby
przeprosić, że mnie do czegoś przymuszali. To było jak scena
z filmu. Potem dzwoniła policja, żeby mi powiedzieć, że
widziano mnie w Dubaju, kiedy układano spisek na śmierć
Gulshana Kumara. Nie znałem tych ludzi. Powiedziałem więc,
że to ich praca wiedzieć, że nie pojadę do Dubaju. Okropne
jest, kiedy nawet nie wiesz, kto tak naprawdę cię chroni.
Czasami potrzebujesz ochrony
przed obrońcami.
Taaak, czasami lepiej jest ulec. Jestem yuppie. Mam dużo
dumy, ale kiedy pojawia się problem wyboru między dumą a
rozsądkiem, wybieram ostrożność i mówię, że tego nie zrobię,
bo siły do tego przeznaczone nie są w stanie zapewnić mi
ochrony. Fakt, że ci ludzie znają mój zastrzeżony numer
telefonu sprawia, że wolę czasami ulec.
Jakie są więc zagrożenia, a
jakie radości bycia gwiazdą?
Jest wiele przyjemności. Możliwość grania przed kamerą to
jedna z nich. To coś takiego, jak codziennie występować w
mistrzostwach świata. Nie ma wielu niebezpieczeństw.
Czy żałujesz prywatności,
jej utraty?
Ani trochę. Uwielbiam brak prywatności. Gdybym miał
prywatność, byłbym samotny. To chyba nawet modne, robić
takie oświadczenia. Wolę mieć problem z pójściem do
restauracji bez wywoływania sensacji, niż żebym przeszedł
przez całe Chandni Chowk nierozpoznany. Aktor połowę życia
pracuje usilnie na to, żeby być rozpoznawalnym, a drugą –
nosząc ciemne okulary. To głupie. Inni znowu wymagają
specjalnego zachowania w miejscach publicznych, jak na
przykład niepalenia podczas rozmowy z prasą. Jestem uczciwym
aktorem. Nie chcę, żeby ludzi mieli poczucie, że coś przed
nimi udaję. Jeśli pytasz, co sprawia, że odniosłem sukces,
powiem, że jestem bardzo prosty. Nie mam głosu Amitabha,
talentu aktorskiego Kamala, umiejętności tanecznych Prabhu
Devy czy siły komicznej Govindy.
Czy masz jakiś osobisty kod
postępowania? Czy są rzeczy, których nie zrobiłbyś przed
kamerą?
Nie całuję moich partnerek w usta. Czuję się zbyt
skrępowany. Jeśli zacząłbym je całować, musiałbym pójść na
całość. Ludzie mówią, że to tanie, ale ja nie lubię aluzji i
podtekstów seksualnych. Nie lubię też żartów z fizycznych
ułomności. Zrobiłem to parę razy w różnych filmach, bo nie
było to wyraźnie wyszczególnione w scenariuszu, ale kryło
się w narracji. Ale chętnie w filmie zagrałbym osobę
niepełnosprawną. Nie lubię też poniżających uwag w stosunku
do kobiet. Wolę pocałować kobietę w czoło niż w brzuch, a
osiągam ten sam stopień zmysłowości. Za to lubię filmową
krew. Wiele osób uważa to za przejaw złego smaku.
Skąd wy wiecie, jakiej gaży
zażądać od producenta?
Niezależnie od tego, co przeczytasz w gazetach, ja pytam
producenta, ile jego zdaniem powinien mi zapłacić. Wierzę,
że jeśli wymieniają jakąś kwotę, to jest ona proporcjonalna
do kosztów całego filmu. Od czterech – pięciu lat pracuję z
ludźmi, którzy nie potrzebują mnie, żeby korzystnie sprzedać
film. Zwykle wymieniają kwoty, które wydają się rozsądne.
Nie mam ustalonej ceny. Wiele osób oferuje mi udział w
zyskach za granicą, ale się nie zgadzam, nawet kiedy
potrzebuję pieniędzy. Czuję, jakby próbowali kupić mnie na
własność, a ja jestem tylko do wynajęcia.
Gdybym więc zjawił się z
torbą wyładowaną plikami banknotów, na kiedy moglibyśmy się
umówić?
Teraz robię około czterech filmów rocznie i czuję, że to za
dużo. Postanowiłem zredukować tę liczbę. Kończymy „Dil Se”,
„Kuch Kuch Hota Hai” jest gotowe, „Josh” ukończony w 90
procentach. Zaczynam dwa następne filmy, „Baadshaha” i
następny film Shashilala Naira („One 2 Ka 4” - przypisek
tłumacza). Postanowiłem nie podpisywać następnych
kontraktów. Przesunąłem filmy Davida Dhavana i Raja Kumara
Santoshi o następnych pięć miesięcy. Jeśli więc chciałbyś
mnie zaprosić do swojego filmu dzisiaj, to umówmy się na
opowiadanie scenariusza na listopad, z opcją rozpoczęcia
zdjęć w sierpniu.
A gdybym powiedział, że
będzie reżyserował Mani Ratnam?
To tym bardziej nie miałoby sensu, bo moje terminy są
ścisłe. Inaczej musiałbym odrabiać dwie dniówki na raz albo
odwołać terminy u kogoś innego. Tamta osoba wściekłaby się i
przeklęła mnie, i film Maniego zrobiłby klapę. Moje filmy są
kręcone przez około 78 dni, mniej więcej tyle samo czasu
trwa postprodukcja. Dlatego jestem cenioną gwiazdą.
Producenci podpisują ze mną chętnie kontrakty, bo wiedzą, że
w ciągu roku zakończą film. A to również dobra gwarancja dla
dystrybutora.
Tłumaczenie: Mowilka
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"