|
w skrócie
autobiografia
wywiady
artykuły
przemówienia
o filmach
Still Reading Khan
mapa wspomnień
co lubi SRK ?
nagrody
inni o SRK
|
Wywiad z 1997 roku.
Autor: Suguna Sundaram
"Na górze róże, na dole
twaróg,
Świat jest szalony, lecz mniej niż Shahrukh"
Och, ten wierszyk po prostu mi się wypsnął, ale oto, co robi
ze mną kilka dni w towarzystwie Khana. Wyobraźcie sobie mnie
na jego planie filmowym. Śmieję się jak głupia do sera,
skaczę z miejsca na miejsce jak wariatka, pochłaniam
nieskończone filiżanki herbaty i usiłuję ułożyć tego puzzla,
zahaczając o siebie dwie wypustki każdego kawałka. I tak
się zahaczam, odhaczam, zahaczam, odhaczam, wiszę na
zawiasach i z nich spadam. A towarzystwa w tym domu wariatów
(przyczepie Shah Rukha) dotrzymuje mi sam Shah Rukh oraz
Aziz i Juhi, podbierający sobie nawzajem od czasu do czasu
puenty. Strumienie ludzi wciekają do środka (ale nie
zauważyłam, żeby w ogóle wyciekały), a dziesiątki innych
snują się wokół przyczepy, żeby choć zerknąć na ulubionego
cudownego chłopca, ulubieńca tłumów.
„Dil To Pagal Hai” okazał się sukcesem i Shah Rukh jest
naprawdę szczęśliwy. Drugim szczęściem jego życia jest
dziecko imieniem Aryan, urodzone 12 listopada. W porze
lunchu Shah Rukh urywa się, żeby popatrzeć na nowe światło
swoich oczu, bo kręcą akurat w Bandrze – o rzut kamieniem od
domu. To będzie nowy film Shashilala Naira, z Jackiem, Juhi
i Shah Rukhiem.
Atmosfera jest kompletnie niekonstruktywna dla wywiadu, więc
po prostu przygotowuję się, żeby móc zacząć w każdej chwili.
To wszystko, czego potrzebujesz, kiedy jesteś z Shah Rukhiem.
Jest taki zachłanny, chwyta życie wielkimi kawałami i masz
szczęście, jeśli choć przez chwilę możesz w tym
uczestniczyć. Brałam w tym udział przez całe dwa i pół dnia,
i jakoś w końcu zapędziłam go do roboty polegającej na
mówieniu. Przyjechałam przygotowana, ze zmianą odzieży i
szczoteczką do zębów, i ostrzegłam go, że już się mnie nie
pozbędzie. Pomyślałam, ze to w końcu zadziała, ale on musi
zawsze mieć ostatnie słowo. Mówi: „Ja to robię przez cały
czas. Podróżuję z ubraniami na zmianę i szczoteczką do
zębów”.
Nawet po „Dil To Pagal Hai”
utrzymujesz, że nie chcesz być romantyczną ikoną?
Jako aktor po prostu nie lubię ról romantycznych. Wolę filmy
akcji, komedie. Ale Yash Chopra i Aditya Chopra uważają, że
jestem bardzo dobrym bohaterem romansów. Mówię im ciągle:
„Czemu zmieniacie mnie w amanta? Nienawidzę romansów”. Ale
oni wciąż od nowa mi to robią.
Chcę być aktorem grającym różnorodne role. Kiedy grałem
czarne charaktery, wszyscy mówili: „Och, ten chłopak gra
same typy spod ciemnej gwiazdy, powinien dodać do tego jakiś
trochę jaśniejszy odcień”. Nakręciłem więc „Dilwale Dulhania
Le Jayenge”. Po „DDLJ” zrobiłem „Ram Jaane” i „Koyla” (dwa
filmy akcji), „Yes Boss” (raczej mało romantyczną rolę) i
oczywiście „Dil to Pagal Hai” i „Pardes”, jedyne filmy
romantyczne. Niestety, „Koyla” nie zrobiła wielkiej furory.
Może nakręcę inny, superprzebojowy film w tym stylu i
wszyscy będą mówić: „Jak możesz chcieć być bohaterem kina
akcji?”
Jeśli nie lubisz romansów,
to co cię zainteresowało w „Dil To Pagal Hai”?
Podoba mi się, że to jest przegadana komedia romantyczna. To
film o mówieniu. To jak pocztówki z piekła. Ma trochę inny
styl. Ma oczywiście całą tę otoczkę piosenek i komercji, ale
nie jest wprost bardzo „filmi”. A czego poza tym trzeba
więcej: jest Madhuri Dixit, Karisma Kapoor, świetne
piosenki. Czemu nie miałem go nakręcić? No i jeszcze podoba
mi się rola Madhuri. Uważam, że aktorki – gwiazdy zasługują
na filmy jak ten. Świetnie było uczestniczyć w tak wielkim
filmie. Zawsze chętnie to zrobię dla niektórych moich
partnerek, nawet jeśli to nie ja będę główną postacią filmu.
Chcesz powiedzieć, że
nakręciłeś „Dil To Pagal Hai” tylko dla Madhuri?
Decydujący był fakt, że to film Yasha Chopry. Kiedy jednak
przeczytałem scenariusz, nie mogłem nie zauważyć, że film
opiera się na Madhuri. Nie zadrasnęło to mojego ego, bo ona
jest wielką artystką. Nie osiągnąłem nawet czterdziestu
procent tego, co ona. Wystąpiłem w „Army” tylko i wyłącznie
dla 2 scen z Sridevi. Zrobiłem dwie sceny z panem Mehmoodem.
To są wielkie nazwiska przemysłu filmowego. Będę szczęśliwy,
mogąc uczestniczyć w czymkolwiek u ich boku. Madhuri i ja
stworzyliśmy razem parę niesamowitych momentów w „Dil To
Pagal Hai”. To jest wspaniałe: budować niezwykłe chwile z
artystką, która prawdopodobnie przejdzie do legendy.
Jednak „Dil To Pagal Hai”
nie dodaje nic nowego do bogatego dorobku Yasha Chopry.
Komercyjnie jest to największy sukces, jaki Yash Chopra
kiedykolwiek odniósł jako reżyser. Może się teraz śmiać
przez całą drogę do banku. Nie znoszę, kiedy ktoś pisze: „Po
Yashu Choprze nie spodziewałem się tego rodzaju romansu”.
Czemu po prostu nie docenicie faktu, że robi on czyste,
przyjemne filmy, kończy je na czas i od czterdziestu lat
dostarcza wam jednego po drugim dobrego, rozrywkowego filmu?
Doceńcie to. Nie spodziewajcie się kina ambitnego.
Wszyscy jęczą o szyfonowych sari, czy robi „Chandni”, czy „Lamhe”.
Oczywiście, może powinien robić też „Deewar”, ale to jego
wybór. Ma około 70 lat i wciąż pełno energii do robienia
młodych, nowoczesnych filmów jak „DTPH”. Jest jednym z
naszych największych filmowców. Czemu to wykorzystywać
przeciwko niemu? Pozwólmy mu robić jego filmy. Pozwoliliście
Maniemu Kaulowi, Kumarowi Shahaniemu, Ketanowi Mehcie czy
Adoorowi Gopalakrishnanowi na robienie ich rodzaju kina.
Pozwólcie na to też Yashowi Choprze.
Który występ był lepszy –
Madhuri czy Karismy?
Choć obie były fantastyczne, ja byłem najlepszy.
Rok 1996 był raczej smętny.
Musiałeś poczuć ulgę po dwóch hitach, „Dil To Pagal Hai” i „Pardes”.
Mam trzy hity w tym roku. „Yes Boss” był przebojem, bez
względu na to, co się ludziom wydaje. Zagrany był bardzo
spokojnie, bo był to film dla mieszczuchów. Miał tak samo
dobre wyniki jak „Gupt”, a nawet momentami lepsze.
Oczywiście byłoby cudownie, gdyby „Yes Boss” był równie
wielkim hitem w całych Indiach, także na peryferiach.
Dostałem nagrodę za „Koyla”, tymczasem „Dil To Pagal Hai” i
„Pardes” zarobiły tyle, co „Hum Aapke Hain Koun”. Nie wiem,
czemu ludzie uważają, że ubiegły rok był kiepski. Kiepski
jest wtedy, kiedy twoje nowe filmy nie sprzedają się dobrze.
Miałem tylko jedną premierę: „Chahaat”. W „Army” wystąpiłem
gościnnie. Jestem rozczarowany każdym kiepskim wynikiem
filmu, bo nad każdym bardzo się napracowałem. Można
powiedzieć, że ubiegły rok nie był tak efektywny jak obecny
tylko pod względem ilości premier.
Urodziłeś się pod szczęśliwą
gwiazdą.
Mam błogosławieństwo od Boga. Jestem w branży już sześć lat
i nigdy nie miałem naprawdę złej passy. To się chyba
niewielu zdarzyło. Aziz powiedział kiedyś, że jeśli 2376
ludzi mówi ci codziennie, że jesteś bogiem, to nie możesz
pozostać zdrowy na umyśle. Ale ja chciałbym, żeby milion
ludzi mówiło mi codziennie, że jestem bogiem. Głupio mi
czasami, kiedy widzę, jak moje niektóre partnerki (o
partnerach nie mówię, bo tak naprawdę nie znam zbyt wielu
facetów, a nawet gdybym znał, to „męskie” sprawy się
zdarzają i nikt o nich nie mówi) popadają w depresję, bo ich
filmy robią klapę. Ja po prostu lubię sam proces pracy.
Chciałbym, żeby wszyscy tak cieszyli się pracą. Mnie nie
cieszy aż tak bardzo gotowy film, nawet nie jego sukces.
Bardzo podobała mi się praca przy „Chahaat”. Czasami podczas
kręcenia nie ma frajdy, a filmy są hitami. Ja na przykład
nie cieszyłem się z kręcenia „Karan Arjun”, bo nie wierzyłem
w ten film. To tylko absolutne przekonanie Rakesha Roshana
sprawiło, że go dokończyłem. I za to go bardzo szanuję, bo
sam niewiele wiem o kinie. Nigdy wcześniej nie robiłem filmu
akcji i pewnie mówię coś, czego nie powinienem powiedzieć.
Bardzo szanuję także Subhasha Ghaia, bo naprawdę nie mam
pojęcia, jak zrobiono „Pardes”. Muszę się ciągle wiele
nauczyć, tak myślę. To chyba moje niedouczenie sprawia, że
czasami nie cieszą mnie niektóre filmy.
Tyle już powiedziano o
twojej ekranowej energii. Co wolisz osobiście: spokojną grę
czy swoją zwykłą intensywność?
Gra spokojna nie jest niczym przeciwnym mojej osobowości. Po
prostu hamowanie temperamentu wymaga więcej wysiłku niż
rozpuszczanie go. Inaczej mówiąc: nie sprzeciwiam się moim
reżyserom. Nie robię rozróżnień: gra spokojna, gra
energiczna. To tylko głupie aktorskie przesądy. Nigdy nie
działam tak: „Shit, czemu niby mam to robić?” Zrobię
wszystko, co każe mi reżyser, jeśli to ma nas doprowadzić do
celu. Inaczej mówiąc – wciąż potrafię zagrać emocje, gniew,
rozterki, szczęście. Niektórzy reżyserzy chcą tylko, żebyś
popatrzył, dodają muzykę i mają już swoje ujęcie. Nie ma
sprawy, może być i tak.
Kiedy ogląda się film Shah
Rukha, zakłada się z góry, że dostanie się sporą dawkę
energii. Co na to można poradzić?
Nic. Kochaj albo rzuć. Chcę powiedzieć jedno wszystkim,
którzy zadają wciąż to pytanie: pokażcie mi jednego
nieprzewidywalnego aktora na całym szerokim świecie. Czemu
każdy ode mnie oczekuje nieprzewidywalności? Co jest takiego
przewidywalnego we mnie w „Dil To Pagal Hai”? Co jest
przewidywalnego we mnie, kiedy wracam w pusty kadr w „Pardes”,
kiedy Mahima pyta: „Odchodzisz?”, a ja mówię: „Tak”, po czym
wracam i mówię: „Nie”. Uważam, że to jest świetne. To jeden
z nielicznych momentów, które uwielbiam w „Pardes”. To
nieprzewidywalne. Każde ujęcie może być nieprzewidywalne.
Jaką niby nieprzewidywalność mogę pokazać, prowadząc
samochód przez oświetloną neonami ulicę? Mogę na przykład
zapalić papierosa, ale wszyscy wtedy krzykną: „Eee, stary,
ta sama rutyna”. Próbuję dać coś nowego w każdym ujęciu, co
ludzie wykorzystują przeciwko mnie, mówiąc: „Jak on się
usilnie stara za każdym razem. To mnie męczy”. Jeśli ja cię
męczę, idź do psychoterapeuty. I naucz się cieszyć chwilą.
To jest kapitalne, kiedy Madhuri wraca do mnie w „Dil To
Pagal Hai”, a ja patrzę na nią z nadzieją, że może wróciła
do mnie, ale ona tylko bierze torebkę i wychodzi. Ciekaw
jestem, ilu ludzi to dostrzegło. Już to jedno spojrzenie
jest nieprzewidywalne. Albo na przykład finał „Dil To Pagal
Hai”. Można to było zagrać gniewnie: „Popatrz mi w oczy i
powiedz, że mnie nie kochasz!”. Albo rzewnie: „Proszę,
powiedz, że mnie kochasz”. Albo błagająco: „Powiedz choć
raz, że mnie kochasz”. To są przewidywalne możliwości. Nikt
tego nie zagrał tak jak ja, z kpiną. „Nie słyszę. Nie
kochasz mnie? Powiedz, że mnie nie kochasz”. Ona mówi, „Nie,
nie kocham.”, a on dalej: „Powiedz to trochę głośniej,
dobrze?” Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że często jesteśmy
ironiczni w stosunku do tych, których kochamy.
Jeśli w filmie możesz wyczarować dwie – trzy
nieprzewidywalne rzeczy, to dobrze. Robię to w każdym
filmie. Zrobiłem to w „Ram Jaane”. Który bohater nakłoni
oszustwem bandziora, żeby rzucił pistolet, a potem strzeli
mu w głowę? Ten bohater to prawdziwy skunks. To takie
nieprzewidywalne. Naciskałem na reżysera, żeby tak to
zostawił. Wielu ludzi uznało to za przesadne. Mówili: „Czemu
on od razu wchodzi w takie rejestry? Czy nie lepiej trochę
spuścić z tonu?”. Dla mnie spuszczenie z tonu jest synonimem
średniości. Są wyżyny albo niziny. W środku nie ma nic.
Zarówno w filmach, jak w życiu.
Domaganie się lekkiej zmiany
image'u Shah Rukha Khana przychodzi ze strony publiczności,
reżyserów czy jego samego?
Publiczność nie uważa, że popadam w rutynę. To istny
Paragraf 22. Publiczności trzeba pokazać, czego chce, zanim
ona sama o tym zdecyduje. Gdzieś z tyłu głowy wiedzą, że
może chcą czegoś innego, ale przecież nie pokażą palcem i
nie powiedzą: „Chcę, żeby to i to było inaczej w tym filmie
albo chcę takich i takich zmian w Shah Rukhu”. Ty im to
musisz pokazać. Niektórzy mówili, że „Koyla” się nie
podobał, bo grałem w nim osiłka. Ja tak nie uważam. W
którymś miejscu film poszedł nie tak. Publiczność jest
gotowa zaakceptować wiele rzeczy, ale w momencie, kiedy już
podejmie co do tego decyzję, wysiłek aktora już poszedł na
marne. Może fatalnie polec na tym, co już zrobił. Ale to nie
musi znaczyć, że film czy postać były chybione. Tu po prostu
różnica nie była wystarczająca. Publiczność chętnie obejrzy
dobrze nakręconą „Maachis” i „Virasat”. Zaakceptuje „Yes
Boss” i „Judaai”, które są trochę inne. Tegoroczne filmy
były najlepszym przykładem. Popatrz na „Border”, początkowo
nie został przyjęty dobrze, a wyrósł na wielki hit. „Pardes”
też się nie spodobał początkowo, a stał się hitem. „DTPH”, o
którym mówiono, że jest filmem niedokończonym, jest wielkim
hitem. Oznacza to, że publiczność poszła na te filmy, bo
była na nie gotowa. Ona jest bardziej świadoma
intelektualnie niż krytycy. Krytycy wolą zasiąść i rozrywać
na strzępy „Darmyian” i podobne filmy, bo uważają, że jeśli
tego nie zrobią, to będą mało intelektualni.
A skoro mówimy o „Darmyian”,
Kalpana Lajmi twierdzi, że to rekiny biznesu wyperswadowały
ci zagranie eunucha.
Nawet mi to odpowiada, że ona tak o mnie myśli. Bardzo
chciałem zagrać tę rolę. Dzwoniłem do niej i mówiłem, że
chcę. Jeśli ja bym to zagrał, zaakceptowano by to w stu
procentach. A nikt nie odmówił pójścia na „DTPH”, bo
wcześniej byłem „chakka”. To bardzo smutne, że kiedy robi
się film o eunuchach, sposób, w jaki ona o tym wspomina,
świadczy, że wśród ludzi pokutuje przeświadczenie, że oni są
dziećmi gorszego boga. Ona chyba wierzy, że oni są gorsi.
Jakie będą twoje najbliższe
filmy?
Najbliższa premiera to „Duplicate”, w którym gram podwójną
rolę. Będę w dwóch osobach. Nie możecie znieść jednego, a
będzie dwóch. Widzieliście mnie już w rolach pozytywnych i
negatywnych, teraz zobaczycie obu naraz. Dwóch Shah Rukhów,
jedna gaża, tak „Sobowtór” się wyraża. To jest logo filmu.
Uwielbiam go. Jest cudownie zabawny. Fantastycznie się go
kręciło, ostentacyjnie komercyjny film, bez jakiegokolwiek
przesłania. To mój osobisty ulubieniec.
Następnie jest „Dil Se” Maniego Ratnama, a to już mówi samo
za siebie. Inne są jeszcze w początkowej fazie. Do „Josha”
nakręciłem pierwszą partię zdjęć, „Kuch Kuch Hota Hai”
Karana Johara, „Baadshah” i film Shashilala będą gotowe do
premiery pod koniec roku lub na początku 1999.
Od jakich filmów zaczynałeś?
Jakie filmy kręcisz teraz?
Jestem jak widownia, otwarty. Miałem to szczęście, że
pozwolili mi takim pozostać i mogłem nakręcić filmy takie
jak „Baazigar”, „Darr”, „Dilwale…”. Jedyny warunek, jaki
zawsze stawiam filmowi, to jego oprawa. Powinien być
zrobiony jasno, z ikrą i dbałością o szczegóły. Ale kiedy
zaczynamy, nie wiemy, czy film właśnie taki będzie. Jednak
ktoś powinien trzymać kontrolę i decydować, jakie sceny
chcemy mieć w filmie. Nie kwestionując niczyjego statusu,
jak na przykład kamerzysty, kierownika muzycznego czy
kogokolwiek, chcemy mieć pewność, ze każdy pracuje ciężko i
każdy przykłada się do stworzenia nowej jakości. I tak na
przykład K.V. Anand próbuje stworzyć coś nowego, czego dotąd
nie było, Santosh Shivan próbuje stworzyć coś nowego, czego
dotąd nie było. Z ludźmi w ten sposób zarabiającymi na
własne nazwisko chcę teraz pracować.
Czy kiedykolwiek
wmanewrowano cię w sytuację (podczas kręcenia jakiegoś
filmu), że nic od ciebie nie zależało?
Czasami, kiedy kręci się gdzieś daleko poza studiem,
sytuacja wymaga kompromisów. Ale na tym to wszystko polega.
To jak w życiu. Starasz się jak najlepiej w warunkach, które
są ci dane. Czasami, jak w życiu, jakieś zupełnie nieważne
sceny, stają się tymi najładniejszymi, najbardziej
ulubionymi. Uszkodziłem sobie kręgosłup i byłem bardzo
zasmucony, że nie zostanę przez to sportowcem. Zostałem za
to aktorem. Teraz więc jestem szczęśliwy, że uszkodziłem
sobie kręgosłup.
Czy film Maniego Ratnama
jest tym innym?
A co to jest inny film? Nakręciłem ich 25. Ile jeszcze
różnic mogę wymyślić, których nie było w tych 25 filmach?
Czyli jeśli nakręcisz
jeszcze 500 filmów, to w każdym zobaczymy mniej więcej tego
samego Shah Rukha Khana?
Osobiście uważam Maniego Ratnama za największego reżysera w
kraju. On jedyny może tworzyć dzieła międzynarodowe. Jest
jednym z najbardziej wykształconych i najsympatyczniejszych
spośród wszystkich, z którymi współpracowałem. Uwielbiam
jego filmy. Marzę o tym, żeby mieć swój udział w kinie wśród
tak dobrych filmów jak „Roja” czy „Bombaj”.
Czy uważasz, że każdy film
powinien nieść jakieś przesłanie?
Nie. Lubię robić filmy, które nie mają żadnego przesłania.
Bardzo fajnie jest móc coś powiedzieć za pośrednictwem
swojego filmu, ale niekoniecznie trzeba to robić za każdym
razem. Kręcę teraz pięć filmów, film Maniego ma przesłanie,
pozostałe cztery – nie.
Jaki powinien być idealny
scenariusz?
Nie ma czegoś takiego. Od samego początku filmy żyją własnym
życiem. Kręcisz przez dwadzieścia dni, a film okazuje się
być całkiem inny niż zakładałeś. To najlepsza część całego
procesu. Masz to dzieciątko, które powstawało i rosło na
twoich oczach, aż wstaje i mówi: „Teraz ja przejmuje
kontrolę. Teraz ty pracujesz dla mnie”. Kiedy zaczynasz,
chcesz nakręcić film, a pod koniec to film kręci tobą.
Czy w życiu też tak jest?
Czy małe dziecko opanowało twoje życie?
Nie nie i nie. Nigdy nie pozwolę, żeby Aryan stał się filmem
w moim życiu. Co do filmu masz zawsze założone oczekiwania.
Nie mam żadnych oczekiwań co do Aryana – że na przykład
powinien mieć 6 stóp i dwa cale wzrostu, czy cokolwiek
innego. Pozwolę mu po prostu być, nie będę oczekiwał, że
będzie kimkolwiek. W ten sposób się nie rozczaruję.
Co czułeś, kiedy po raz
pierwszy wziąłeś dziecko na ręce?
Że jest maleńki. Całkiem, jak Bill Cosby, który powiedział
żonie, która właśnie urodziła dziecko: „Wiesz, co
wyprodukowaliśmy jako owoc naszego trzynastoletniego romansu
i sześcioletniego małżeństwa? Wyprodukowaliśmy jaszczurkę”.
Aryan, kiedy się urodził, wyglądał jak jaszczurka, mała
chińska jaszczurka. Sinoniebieska. Ale co jest w nim miłe,
to to, że nie płacze. Śpi po całych dniach. Też tak
chciałbym. Lubię spokojnych ludzi.
Kto wybrał mu imię?
Ja. Siedziałem sobie i Aryan po prostu przyszedł mi do
głowy. Zawsze tam gdzieś było to imię, nigdy nie używane.
Powiedziałem sobie: „Czemu nie Aryan?”
Czy Twój związek z Gauri
zmienił się, kiedy pojawiło się dziecko?
To dopiero 25 dni. Gauri podoba mi się jak dawniej. Teraz
tylko wydaje się bardziej dojrzała. Wydaje się starsza ode
mnie. Teraz postrzegam ją jako matkę, jest matką bardziej
niż ja jestem ojcem.
Matką dziecka czy Twoją?
Po prostu matką. Kobieta ma fazy, kiedy jest dziewczyną,
partnerką, żoną, a potem matką. Niesie to ze sobą bardzo
dziwne uczucia. Zawsze szanowałem kobiety, nie tylko moją
żonę. Kobiety są istotami wyższymi. Wszystko w nich jest
wyższego rzędu. Zawsze uważałem Gauri za osobę milszą ode
mnie, a przynajmniej równą mi. Teraz już nie jest mi równa.
Jest lepsza. Jest daleko lepsza ode mnie. Ktoś powiedział:
„Nie poniżaj kobiet mówieniem, że są równe mężczyznom”.
Kobiety już na starcie są lepsze, a ponieważ istoty lepsze
Bóg bardziej obdarowuje, im dał przywilej rodzenia dzieci. I
czasami Bóg im daje dobrych mężów (śmiech). Ale właściwie to
jest jedyna negatywna rzecz, jaką Bóg dał kobietom.
Mężczyźni.
Czy zanim się urodził Aryan,
myślałeś kiedykolwiek poważnie o rodzicielstwie i o
sprowadzeniu na ziemię nowej, niewinnej ludzkiej istoty?
Wciąż nie myślę o rodzicielstwie. Bycie nowym i niewinnym to
robota Aryana, nie moja. To, jaki będzie, kim będzie, zależy
tylko od niego. Ja jestem, jaki jestem, bo pozostawiono mi
dużo swobody. Pozwolono mi po prostu być sobą. Czy okażę się
w ostatecznym rozrachunku dobry, czy zły, to była wyłącznie
moja odpowiedzialność. Myślę, że Aryan będzie mniej więcej
wolny. To chcę właśnie dać mojemu dziecku – wolność. Niczego
nie chcę się po nim spodziewać. Nie chcę nawet dawać mu
poczucia bezpieczeństwa w takich kategoriach, że zostawię mu
wszystko. Musi sam zrobić, to, co ma zrobić.
Czy masz plany co do Aryana,
czy obawy o jego przyszłość?
Życie to najlepsze, co mu dałem. Nic większego nie mogę mu
dać. A i w tym mój udział wynosił jakieś 10 do 15 procent.
Bardzo jestem z tego zadowolony.
Czy rodzicielstwo wpłynęło
na twoje aktorstwo?
(Ryczy ze śmiechu). Tak, teraz traktuję moje partnerki jak
dzieci. Noszę je na rękach, przytulam, mówię do nich „baby”.
Nie, nie sądzę, żeby to miało wpływ na moje aktorstwo.
Gdzieś głęboko w środku zawsze byłem miłym facetem. Jeśli
gdzieś trzeba będzie zmieniać pieluszki, to na pewno teraz
lepiej to zagram. To jedyna rzecz, jaka się poprawiła.
Czy fakt, że ma się w domu
małe dziecko, zwiększa wrażliwość?
Ja i tak jestem nadwrażliwy. Moja żona i przyjaciele czasami
się z tego wyśmiewają, nie na tyle, żeby mnie zranić
oczywiście. Jestem też bardzo wrażliwy na innych ludzi.
Mówiłeś o książce „Ultimate
seduction” o życiu gwiazd. Mówiłeś, że dla większości z nich
istniała tylko praca albo seks. A co ty wybierasz?
Moja żona się złości, kiedy to mówię, bo uważa, że to zbyt
osobiste, ale ja kocham się kochać. To świetnie działa i na
mnie, i na moją cerę. Lubię też pracę. W jakiś sposób obie
te sprawy mają te same orgazmiczne właściwości. Nie lubię
ani trochę jedzenia, istnieje więc tylko robienie filmów i
kochanie się. To moje filmy są seksowne, nie ja sam. Zresztą
kobiety i tak mnie nie chcą. Tylko mówią o moich namiętnych
ustach. Zawsze słyszałem, że to kobiety uwodzą, a żadna tego
nie robi mnie. Powtarzam żonie, że jestem już w takim
punkcie, że kobiety powinny mnie podrywać, ale nic takiego
się nie dzieje. A ona mówi wciąż: „Nie wierzę”. Może to ja
jestem jakiś tępy i gruboskórny. Tak bardzo lubię grać „za
bardzo”, że nie docierają do mnie subtelności. Powiedz, co
dziewczyny zwykle mówią? Czy jak usłyszę, że mam ładne oczy,
to już jest uwodzenie? Ok, pewnie gdyby mówiły, że mam ładny
nos, to już byłby wyraźny podryw (ale także kłamstwo).
Powinny stawiać sprawy jasno, ocierać się o moje nogi,
przytulać mnie mocno, całować ostro w usta. Powinny robić
coś takiego, żebym od razu pomyślał: „Achaaa, to już chyba
jest podryw. Ta dziewczyna mnie pragnie”.
A co będzie po tym, jak już
będą się ocierać o twoje nogi?
Ech, może na tym poprzestańmy. I tak żadna tego jeszcze nie
zrobiła.
Tłumaczenie: Mowilka
© Tekst chroniony prawem autorskim.
Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
Więcej informacji w dziale "strona"
|